Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Tytus - syn kowala

     Na skraju miasta żył młody kowal. Kuł zbroje, tarcze i miecze dla gladiatorów, którzy walczyli na arenach. Kuźnię odziedziczył po ojcu; który też - tak jak on teraz - pracował dla gladiatorów. Już jako dziecko cale dnie spędzał w kuźni. Bawił się z klientami ojca, walczył z nimi swoim dziecinnym mieczem, bronił się przed ich uderzeniami swoją dziecinną tarczą. Gdy go pytali, kim chce być w życiu, odpowiadał zawsze niezmiennie to'samo: gladiatorem. Chciał walczyć na arenach, chciał zwyciężać, zdobywać sławę i pieniądze. W miarę upływu czasu robił szybkie postępy. Starzy fachowcy wróżyli mu dużą przyszłość. Miał świetne warunki fizyczne: dobrze zbudowany, silny, wysoki, nie za ciężki. Miał szybki refleks i odwagę. Zapowiadał się na doskonałego zawodnika. Nawet zaczął brać udział w igrzyskach. Niestety, czy też na szczęście, śliczna dziewczyna, jego obecna żona, uprosiła go, aby tego zaprzestał. Zgodził się na to, choć z dużymi oporami. Mimo że faktycznie zrezygnował z kariery gladiatora, to jednak nie opuścił ani jednego ważnego widowiska. Wciąż, jak dawniej, interesował się życiem zawodników. Przyjaźnił się z wieloma z nich. Nie tylko rozmawiali o fechtunku, ale nawet razem z nimi ćwiczył, na placu przed kuźnią, w czasie przerwy w pracy. On ich uczył tego, co sam zdąży) odkryć i udoskonalić, oni pokazywali mu, jak walczą.

     Urodziło mu się dziecko, którego obydwoje z żoną od dawna oczekiwali. Nazwali go Tytus. Ale urodziło się słabiutkie i wymagało dużej staranności i troskliwości, bo łatwo zapadało na rozmaite choroby. Zwierzał się ze swoich zmartwień przyjaciołom. Któryś z nich polecił mu jednego z lekarzy. Ale ostrzegał go, że to jest bardzo drogi lekarz, leczy tylko dzieci bogatych patrycjuszy. Kowal zapamiętał adres i nazwisko. "Na wszelki wypadek" - pomyślał z obawą.

     Niestety, sprawdziły się jego niepokoje. Razu pewnego, gdy wracał po pracy do domu, nie wyszła mu naprzeciw, jak zwykle, jego żona. Zaniepokoiło go to. Znalazł ją przy łóżku dziecka. Tytus był chory. Pojawiła się wysoka gorączka, która nie chciała ustąpić ani następnego dnia, ani kolejnego. Znajomy medyk był bezradny. Kowal najchętniej pozostałby w domu, aby opiekować się chłopcem, ale nie mógł, ponieważ miał cały szereg pilnych prac z powodu zbliżających się wielkich igrzysk. W któryś kolejny dzień wpadła do kuźni jego żona z dzieckiem na ręku:

     - Umiera.

     Wystarczył mu jeden rzut oka, by stwierdzić, że tak jest. Porwał syna w ramiona i tak jak stał, we fartuchu skórzanym, pobiegł do lekarza. To było na szczęście niedaleko. Lekarza zastali w domu. Przebadał dziecko gruntownie. Kowal czekał z żoną na diagnozę jak na wyrok. Po długiej chwili lekarz orzekł:

     - Dziecko jest w ciężkim stanie, bardzo poważnie chore. Może mi się udaje uratować. Jednak musi pozostać u mnie co najmniej dwa tygodnie, a może i dłużej. Ale ta kuracja będzie bardzo dużo kosztowała, lekarstwa są drogie. Będziesz mógł zapłacić? - spytał kowala.

     - Ile?

     Lekarz wymienił orientacyjną sumę. Była tak wysoka, że przekraczała wszystko, co kowal miał oszczędzone. Nawet gdyby sprzedał swój domek i całą kuźnię, to i tak nie potrafiłby zapłacić. Ale zdecydował się natychmiast:

     - Dobrze.

     - Pierwszą ratę wpłać mi w ciągu najbliższych dni. A resztę gdy syn wyzdrowieje. Jeżeli uda mi się go wyleczyć. Żona patrzyła na kowala z niepokojem:

     - Skąd ty weźmiesz tyle pieniędzy?

     Nie odpowiedział. Wrócił do kuźni, by wykańczać zamówienia. Gdy zamykał kuźnię, wyciągnął z ukrycia swój sprzęt gladiatorski. Przymierzył go, wyczyścił. Wiedział, że sumę, której żąda lekarz, może zdobyć tylko jako gladiator. Sposobność nadarzała się znakomita. Igrzyska, jakie miały się odbyć w mieście za parę dni, były jedne z największych w ciągu roku. Zdawał sobie sprawę z ryzyka, jednak wiedział, że nie ma innego wyjścia. Nie mógł inaczej postąpić.

     W miarę jak zbliżał się dzień rozpoczęcia zawodów, kowal był coraz bardziej niespokojny. W noc przed igrzyskami nic nie spał. Rano wyszedł wcześnie z domu, jak zawsze w dzień igrzysk. Po drodze wstąpił do kuźni. Zbroję, nagolenniki, tarczę, miecz okręcił w płótno, tak żeby nikt nie mógł rozpoznać, co on niesie, i poszedł. Idąc na stadion nie spotkał na szczęście nikogo ze swoich znajomych.

     Chwilę czekał przed wejściem. W ostatnim momencie, gdy już wszyscy gladiatorzy poczęli wychodzić na arenę, wszedł do przebieralni, włożył zbroję i hełm. Jego hełm był głęboki, zakrywał nos i kości policzkowe, stąd też pozwalał kowalowi pozostawać nierozpoznanym. Na piasku były'już wyznaczone pola dla każdej pary. Mieli walczyć systemem po dwóch. Kolejni zawodnicy spotykali się ze sobą, i tak do końca, aż wreszcie na arenie miało pozostać dwóch gladiatorów. Ci mieli walczyć o palmę pierwszeństwa. Na ile mógł się zorientować, było ich wszystkich około czterdziestu. Miał więc przed sobą pięć względnie sześć walk. Wskazano mu stanowisko. Spojrzał po trybunach. Były pełne. Przyszło mu do głowy: "Ten, kto wygra, zbierze dużo pieniędzy".

     Jego pierwszym przeciwnikiem był jakiś nieznany młody chłopiec. Kowal spostrzegł, że tamten jest niespokojny, że bardzo się denerwuje. Żal mu go było. Konsul prowadzący igrzyska dał znak na rozpoczęcie walki. W tym momencie chłopiec rzucił się na kowala. Najwidoczniej bojąc się, że ma przed sobą starszego gladiatora o dużej praktyce, chciał przez zaskoczenie zakończyć walkę błyskawicznie. Kowal zrobił unik, ale chłopiec znowu zaatakował, skakał jak szaleniec. Technicznie był jednak słaby. Nie krył się dostatecznie, odsłaniał się. Kowal patrzył spokojnie na to miotanie się, unikał jego ciosów. Nie chciał go zabić. Odczekał i wykorzystał kolejny błąd. Gdy chłopiec przy zamachowym ciosie odsłonił się, pchnął go mieczem. Chłopiec upadł na ziemię. Krew poczęła rozlewać się czerwoną plamą po piasku. Teraz, spod hełmu, który spadł, rozsypały się blond włosy. Na twarzy chłopca pojawiły się łzy. Płakał. Z bólu czy z powodu przegranej? Kowal nachylony nad nim poczuł, że i jemu łzy płyną po twarzy. Bardzo chciał, żeby ten chłopiec nie umarł. Nie wiedział, jak mu pomóc. Patrzył na chłopca bezradnie. Przyszli niewolnicy, którzy ściągali rannych i zabitych gladiatorów, grabili piasek, rysowali patykami nowe pola walk, dla tych, którzy zwyciężyli. Zwycięzców było około dwudziestu.

     Zaczęło się. kolejne spotkanie. Kowal walczył jak we śnie. Wciąż miał przed oczami tamtą, cierpiącą twarz swojego pierwszego przeciwnika. 0-przytomniał pod wpływem bólu. Nie dość szczelnie się zasłonił i ześlizgujący się po jego tarczy miecz przeciwnika skaleczył go w rękę. Trysła krew. Ujrzał w oczach gladiatora błysk zwycięstwa. Wykorzystał ten moment dekoncentracji i uderzył celnie. Nie patrzył. Nie chciał widzieć, czy zabił, czy tylko zranił. Zajął się swoim ramieniem. Na szczęście uderzenie nie uszkodziło mięśni, zdarło tylko skórę. Krew się sączyła, ból mu dokuczał, ale ramię było sprawne.

     Potem następowały po sobie dalsze walki. W miarę upływu czasu czuł, że jego siły wyczerpują się, był coraz bardziej zmęczony. Pot zalewał mu twarz, ręka trzymająca tarczę coraz częściej mu drętwiała. Nie był w stanie uderzać mieczem tak silnie, jak by tego chciał, potykał się. Tego bal się najbardziej. Był cały poobijany, podarty, pokaleczony. Uszy pełne wycia tłumów, oczy na wpół widzące, drżące nogi. Nie wiedział już z iloma walczył.

     Opamiętał się, gdy spostrzegł, że arena jest pusta, a na placu został tylko on i jego ostatni przeciwnik. Nie obchodziło go, kto to jest. Nie było go stać na to, był tak zmęczony. Czekał z opuszczoną głową, chcąc by ta przerwa trwała jak najdłużej. Niewolnicy wyrównywali piasek na arenie. Wreszcie, gdy dano znak na rozpoczęcie walki, podniósł głowę i oprzytomniał natychmiast. Ostatnim przeciwnikiem był jego stary przyjaciel. Tamten nie poznał go. Kowal od początku walk aż dotąd nie zdejmował hełmu, chociaż marzył o tym, by otrzeć twarz i ochłodzić się, tak jak to wszyscy robili. Ale chciał pozostać do końca nierozpoznany. - "Jeżeli wygram, wtedy niech mnie poznają". - Patrzył na swojego przeciwnika z głębokim wzruszeniem. Przyjaźnił się z nim od dziecka. Razem się bawili, razem ćwiczyli fechtunek, nie było jednego chwytu, którego by obaj nie znali, nie było uderzenia, które byłoby niespodzianką. Zaczęła się walka. W miarę, jak minuty płynęły, czuł, że w jego przeciwniku coraz bardziej rośnie zdziwienie. Przyjaciel najwyraźniej nie mógł pojąć, dlaczego nie udają mu się najlepsze chwyty, jak również skąd jego przeciwnik potrafi parować ciosy, które były nie do obrony. Wreszcie kowal rozstrzygnął walkę w dziecinnie prosty sposób. Podstawił przeciwnikowi po prostu nogę, a potem runął na niego, przystawił miecz do gardła i zmusił do poddania się. Wtedy odskoczył. Jego przyjaciel ciężko dźwignął się z areny i zaczął odchodzić. Teraz do uszu kowala doszedł huragan oklasków. Amfiteatr powitał to zwycięstwo i to rozwiązanie śmiechem i brawami. Widzowie najwyraźniej mieli dość krwi, cieszyli się i śmiali jak dzieci. Kowal rozejrzał się. Dopiero teraz zorientował się, że jest ulubieńcom stadionu. Domyślił się, że widzowie obserwowali wszystkie jego walki, że spodobał się, że zyskał sympatię.

     Kowal zdjął hełm z głowy. W tym momencie odchodzący z areny jego ostatni przeciwnik odwrócił się i zamarł w bezruchu. Potem roześmiał się i pełen radości podbiegł do kowala, rzucił mu się w ramiona. Amfiteatr ogarnął szał uniesienia. Klaskano, wołano, śpiewano. Wreszcie ludzie powstali z miejsc i zaczęli rzucać pieniądze.

     Rozpoznano go. Tajemniczy nowy gladiator, to był kowal płatnerz. A on patrzył na lecące pieniądze jak na życiodajny deszcz. To były pieniądze dla jego dziecka. Potem objął starego towarzysza, i tak spleceni w przyjacielskim uścisku szli przez arenę do szatni. Jego powrót do domu był marszem triumfalnym. Kowal szedł otoczony wieńcem przyjaciół, kolegów, znajomych, sympatyków, którzy podziwiali jego walkę. Niewolnicy przynieśli mu zebrane z piasku areny pieniądze. Było ich tyle, że z łatwością starczyło na zapłacenie całego leczenia dziecka. Gdy się już zbliżali do domu, z daleka wybiegła żona naprzeciw. Dowiedziała się wszystkiego od ludzi, którzy wcześniej wyszli z igrzysk. Zapłakana ale szczęśliwa, że wraca zdrowy, rzuciła się mu na szyję i powiedziała:

     - Już nigdy, prawda, ty już nigdy nie wystąpisz na arenie.

     - Nie. Teraz już będę walczył - odpowiedział. W domu jej wyjaśnił, dlaczego będzie walczył:

     - Drugi raz w takiej sytuacji nie chcę się znaleźć, bo kiedyś znowu może się okazać, że będzie potrzeba mnóstwo pieniędzy, jak w tym wypadku i nie będzie skąd ich wziąć. A więc będę walczył. Tylko ci obiecuję; że to będzie trwało już krótko. Krótko, ale intensywnie. A potem porzucę zawód gladiatora i będziemy żyli spokojnie.

     Zwycięstwo tak efektowne uczyniło go sławnym. Dostał natychmiast wiele ofert z rozmaitych miast. Przebierał starannie. Żądał dużo pieniędzy za każdy swój występ, niezależnie od tych datków, które rzucali widzowie. Skoncentrował się na dobrym przygotowaniu. Dużo trenował, dzień za dniem, od rana do wieczora. Brał najlepszych fechmistrzów, prosił do współpracy swoich dawnych kolegów gladiatorów, których jeszcze znał z czasów, kiedy prowadził kuźnię.

     Równocześnie myślał o swojej przyszłości, a właściwie o przyszłości swojego syna. Polecił pośrednikom, którzy zajmują się kupnem i sprzedażą domów, żeby mu znaleźli w dzielnicy patrycjuszy jakiś wygodny dom. Kupił okazyjnie willę z ogromnym ogrodem, urządził ją bardzo bogato.

     Zmieniło się w jego życiu dużo. W tym nowym okrutnym życiu, w życiu, gdzie każdy dzień był wypełniony troską o siebie i o swoje interesy, nie było czasu ani miejsca na przyjaciół. Znikli oni tak niepostrzeżenie jak jego żona. Któregoś razu wrócił po długiej podróży do domu i dowiedział się, że umarła na serce. Do końca nie zgadzała się na to jego nowe życie. Nie protestowała. Od dawna nie mówiła nic. Ale czytał w jej oczach, że wciąż boi się o niego, że błaga go, by zaniechał walk na arenach. Przyjął fakt jej śmierci bez specjalnego wrażenia. Dla niej nie było miejsca w życiu, na które się zdecydował.

     Pieniędzy zarobionych nie rozrzucał. Bogacił się rozumnie, rozważnie. Kupował pola, inwestował w gospodarstwa, liczył się z tym, że w krótkim czasie wycofa się. A odejść chciał ze swojego zawodu gladiatorskiego nawet nie dlatego, że czuł się nie w formie, tylko myślał o swoim synu. Zresztą, nieraz w późniejszych latach opowiadał znajomym, że był to dla niego najtrudniejszy krok życiowy. Przyznawał, że nigdy nic nie było dla niego trudniejsze, jak decyzja zejścia ż areny. Podkreślał, że uczynił to przede wszystkim dla swojego syna.

     Nie chciał, żeby syn wiedział, jak wygląda jego prawdziwe życie. Nie rozmawiał z nim na te tematy. Nigdy nie brał udziału w igrzyskach na terenie swojego miasta. Wciąż w rozjazdach, nie miał czasu zajmować się wychowaniem Tytusa, sprowadził więc świetnych pedagogów, którzy mieli jego syna nauczać i wychowywać. Nie zdawał sobie sprawy, że Tytus wiedział o ojcu bardzo dużo. Chło* piec chłonął każdy szczegół, każde rzucone zdanie, które dotyczyło ojca. Interesował się każdym jego wyjazdem, każdą jego walką i zwycięstwem. Wzrastał w atmosferze walk, przemocy, zwycięstw, sławy, pieniędzy. Nawet uprosił ojca - mimo że ten się przed tym długo bronił - aby zezwolił mu na uczęszczanie do szkoły szermierczej. Na ćwiczeniach był zajadły, nieustępliwy, chciał zawsze zwyciężać. W walce i w zwycięstwie widział cel swojego życia. Zresztą nie tylko w czasie ćwiczeń. Nadmiernie ambitny, zarozumiały, bezczelny, arogancki, pewny siebie, pewny wpływów ojca, pieniędzy ojca, sławy ojca, nie liczył się z nikim ani z niczym. Zaczepiał ludzi na ulicy, wszczynał burdy. O tym wszystkim ojciec nie wiedział. Służba nie śmiała mu donosić o poczynaniach jego syna. Kryła wybryki Tytusa.

     Kiedyś szkoła Tytusa urządziła zawody szermiercze z drugą podobną szkołą szermierczą w mieście. Chłopiec szczęśliwie doszedł do finału, ale w ostatniej walce natrafił na przeciwnika lepszego od siebie. To go rozwścieczyło. Chciał zwyciężyć za wszelką cenę. Nerwy go poniosły. Zaczął walczyć wbrew przepisom. Zranił swojego partnera. Został zdyskwalifikowany. Nie chciał tego uznać. Zrobił awanturę. Poobrażał swoich kolegów i przełożonych. Ojciec dowiedział się o tym. Dopiero teraz zaczął dopytywać się i interesować się swoim synem. To zajście otworzyło mu oczy na stan faktyczny. Uświadomiło mu, co się z jego synem dzieje. Rozmowa z Tytusem niewiele dała. Wprost przeciwnie, przekonała go, że stracił z nim kontakt, że nie umie się z nim porozumieć. Chciał więc przynajmniej jakoś doraźnie z tego incydentu wyjść. Polecił Tytusowi, by przeprosił swojego kolegę. Tytus się zaciął, oświadczył, że tego nie zrobi. Kowal nie chciał doprowadzić do ostateczności, powiedział ugodowo:

     - Dobrze, pójdę razem z tobą.

     I tak też zrobił: poszli razem.

     Był to stary zamożny dom położony w odległej dzielnicy. Stara, dobra rodzina. Kowal przeprosił rodziców za syna, a potem wreszcie Tytus wypowiedział słowa przeproszenia, tak jak sobie ojciec życzył. Już pogodzeni Tytus ze swoim kolegą spacerowali po ogrodzie. I wtedy przybiegła do nich dziewczyna, jego siostra. Tytusa uderzyło, że jest jakaś inna niż dziewczęta, z którymi się dotąd spotykał. Nawet nie bardzo mógłby powiedzieć, na czym ta inność polegała. Zresztą miał takie wrażenie, że cały dom był inny niż te, gdzie dotąd bywał. Musiał przyznać, że dobrze się tam czuł. Stąd też pod rozmaitymi pozorami zaczął tam zachodzić. Zaprzyjaźnił się serdecznie ze swoim byłym przeciwnikiem i jego siostrą.

     Kiedyś zaprosił Weronikę do swojego domu.

     - Nie. Jutro nie mogę przyjść. W niedzielę jestem zajęta.

     - A co robisz?

     - Spotykamy się na łamaniu chleba.

     - Kto my?

     - My, chrześcijanie.

     - Toś ty jest chrześcijanka? - prawie zaniemówił z wrażenia. To wszystko, co słyszał o chrześcijanach, było albo złe, albo przynajmniej dziwaczne. Weronika nie pasowała mu do tego obrazu. Żeby przerwać niezręczną ciszę, która zapanowała, zaczął mówić: - Coś o chrześcijanach kiedyś słyszałem, ale nie bardzo sobie przypominam. Aha, już wiem. Chrześcijanie to ateiści. Nie wierzą w Boga.

     Uśmiechnęła się:

     - Ależ wierzymy w Boga.

     - Nie znam się bardzo na tym, ale mówiono chyba, że nie chcecie składać ofiar bogom Rzymu. Czy tak?

     - Tak. To prawda, ale to nie znaczy, że nie wierzymy w Boga. Najwyraźniej nie mógł tego zrozumieć, co ona starała się mu wytłumaczyć. To go zdenerwowało:

     - Poczekaj. Ty jesteś przecież Rzymianką. A jeżeli tak, to powinnaś czcić boga naszego narodu, czy nie? Jeżeli nie czcisz, to znaczy, że nie wierzysz, to znaczy, że jesteś ateistką. Czy źle mówię? - zapytał agresywnie.

     Patrzyła na niego trochę rozbawiona. A potem powiedziała pojednawczo:

     - I tak, i nie. My wierzymy w jednego Boga, który jest Bogiem Greków, Rzymian i Żydów, wszystkich ludzi na całym świecie.

     Słuchał jej nie bardzo dowierzając temu, co mówiła. Inne miał zdanie na ten temat. Spytał więc wymijająco:

     - A dlaczego nazywacie się chrześcijanami? Czy to prawda, że uważacie za Boga człowieka skazanego na śmierć przez prokuratora rzymskiego? - pytał ją surowo, jak na przesłuchaniu. Znowu się uśmiechnęła:

     - Prawda, ale nie całkiem. Jezus jest dla nas Słowem Bożym: Logosem. Pamiętasz, co mówią na temat Logosu stoicy? To jest podobnie, chociaż trochę inaczej. Ale - przerwała nagle - jeżeli chcesz coś więcej wiedzieć o chrześcijanach, najlepiej przyjdź kiedyś do nas, wtedy zobaczysz, jak to wszystko wygląda. Dobrze?

     - Dobrze, chętnie - odpowiedział.

     - Tylko najpierw muszę się spytać prezbitera, czy zgodzi się na twoją obecność.

     - A kto to jest prezbiter?

     - Ten, kto przewodniczy naszemu spotkaniu. Z tym, że nie będziesz mógł być na całym naszym spotkaniu, ale trochę zobaczysz.

     - Gdzie mam przyjść?

     - My się spotykamy u naszych ludzi, w ich domach. W jedną niedzielę u jednych, w inną u drugich.

     Był bardzo ciekawy tego spotkania. Tego - jak to mówiła - łamania chleba. Nie mógł się doczekać decyzji prezbitera. Ale po paru dniach Weronika dała znać, że prezbiter zgodził się.

     W niedzielę poszedł na wyznaczone spotkanie. To było całkiem niedaleko. Przyglądał się wszystkiemu uważnie. Najpierw było bardzo zwyczajnie. Przychodziły całe rodziny z dziećmi albo pojedyncze osoby. Niektórych nawet znał. Zauważył, że prawie każdy przynosił coś. Przeważnie chleb i wino, ale również odzież, czasem pieniądze. To wszystko było składane na ogromnym stole u wejścia. Przychodzący witali się, rozmawiali. Starał się słyszeć, o czym rozmawiano. Wszyscy zachowywali się jak dobrzy znajomi, jak przyjaciele, jakby sobie bliscy. Takiej atmosfery, musiał przyznać, jeszcze nigdy i nigdzie nie spotkał. Takiej serdeczności, takiego zainteresowania kłopotami innych. Gdziekolwiek tylko jakaś trudność zaistniała, zawsze ktoś ofiarowywał chętnie swoją pomoc.

     Na koniec pojawili się całkiem biedni ludzie. I oni wchodzili w tę grupę jak pomiędzy swoich. Domyślił się, że to chyba dla nich było to ubranie, jedzenie, i pieniądze, które znoszono.

     Ale największa niespodzianka miała dopiero nastąpić. Nagle spostrzegł jakichś niewolników, którzy weszli do atrium. Patrzył nie będąc pewny, czy go wzrok nie myli. Po co oni tu przyszli?, Co to ma znaczyć? - pytał samego siebie. Ale właściwie domyślił się natychmiast. Widział zdumiony, jak niewolnicy włączali się w grupę już zgromadzonych. Zauważył w ich sposobie bycia jakiś cień nieśmiałości, ale poza tym zachowywali się zupełnie normalnie. Tak, jak gdyby byli ludźmi wolnymi. Reszta tak ich też traktowała. Musiał przyznać, że wchodząc tu liczył się ze wszystkim najgorszym, chociażby na podstawie plotek, które krążyły o chrześcijanach. Ale czegoś takiego się nie spodziewał. To było ponad jego wytrzymałość nerwową. Chciał natychmiast opuścić ten dom. Jeżeli zdecydował się jednak pozostać, to tylko dla Weroniki. "Pozostać muszę, nie wolno mi odejść, nie wolno mi robić przykrości Weronice" - powtarzał sobie. Równocześnie doszedł do przekonania, że odkrycie niewolników u chrześcijan dało mu klucz do uchwycenia charakteru tej sekty.

     Przypomniał sobie, co Weronika powiedziała: "Jest jeden Bóg. Bóg Rzymian i Greków, wszystkich ludzi". - "Z tego, co widzę, wynika - myślał - że chrześcijanie wierzą, że ten ich Bóg jest Bogiem nie tylko ludzi, ale zwierząt i niewolników". - To odkrycie oszołomiło go. Oprzytomniał dopiero, gdy podeszła Weronika i powiedziała:

     - Pozostań w atrium, a my wszyscy wejdziemy do wnętrza domu, na łamanie chleba.

    - Mnie tam wejść nie wolno? - zdumiał się.

     Jeszcze raz wezbrała w nim fala oburzenia, gdy patrzył na niewolników wchodzących w głąb domu. "Tym żebrakom i bydlętom wolno, a mnie nie?" Z trudem powstrzymał się, żeby nie zrobić jakiegoś nierozsądnego kroku. Potem wstał i przysłuchiwał się dolatującym go jakimś czytaniom, modlitwom, śpiewom. Uspokajał się powoli. Melodie były proste, ale bardzo pogodne, wręcz wesołe, łatwo wpadające w ucho.

     Czekając na Weronikę mógł spokojnie myśleć. To, co tutaj widział, było czymś zupełnie nowym. Innym niż Rzym i Grecja, niż cały świat, w którym dotąd żył. Gdyby to było czysto teoretyczne rozważanie filozofa chrześcijańskiego, można byłoby z tego spokojnie poźartować. Ale to już było życie. Cokolwiek by się o chrześcijanach powiedziało, jedno jest pewne: jeżeli wierzą w Boga, który jest Bogiem ludzi i zwierząt, to zdobyli sobie wszystkich niewolników i barbarzyńców. To, co przed chwilą widział na własne oczy, było czymś tak absolutnie nowym, jak zdobycie ognia przez Prometeusza. W taki sposób nie byli nigdy dotąd niewolnicy przez nikogo traktowani. Wniosek nasuwał się prosty: nie będzie i nie ma niewolnika, który by nie chciał należeć do społeczności chrześcijańskiej. Jeżeli tak - stwierdził z ogromnym przejęciem - to świat jest u progu nowej epoki.

     Po chwili przyszła refleksja. Ale co na to wieczny Rzym, Roma aeterna? Co na to dotychczasowy dorobek wieków, pokoleń, myślicieli, wychowawców, na których koncepcji stoi rzymski porządek, pax Romana? Czy cezar i senatorowie rzymscy wiedzą, co tuż za ich plecami się dzieje? Czy wiedzą, kto to są chrześcijanie? Chyba jeszcze nie wiedzą. Ale co się stanie, gdy zdadzą sobie z tego sprawę? Nie było dla niego żadnej wątpliwości, jak zareagują. Nie zgodzą się na tę nową religię, bo by zaprzeczyli samym sobie. To oznacza podważenie porządku Rzymu, wszystkiego, na czym stoi to ogromne imperium. Chyba, że ta religia umrze śmiercią własną. Ale na to się nie zanosi.

     Nagle przypomniał sobie. To było przy okazji uczenia się dziejów Rzymu. Pamiętał nawet całkiem dokładnie. To był fragment u Tacyta, opisujący panowanie Nerona. Tacyt pisał, że chrześcijanie podpalili Rzym. Przynajmniej, że o to zostali oskarżeni. Od dawna zostało udowodnione, że to nie chrześcijanie podpalili Rzym, tylko sam Neron. Ale równocześnie teraz stał się dla Tytusa jasny głębszy sens oskarżenia. Pomysł takiego o-szczerstwa wcale nie był głupi. Chrześcijaństwo nie grozi spaleniem budynków Rzymu, lecz spaleniem jego ideologii. To wszystko miało miejsce ponad sto lat temu. Od tego czasu, na ile się Tytus orientował, liczba chrześcijan ogromnie wzrosła i stanowią oni jeszcze większe zagrożenie dla Rzymu.

     Gdy wracali do domu, gdy robił wyrzuty Weronice, że brata się z niewolnikami, nic nie odpowiadała, tylko uśmiechała się po swojemu. Na koniec stwierdził:

     - Byłem na twoim łamaniu chleba, to ty teraz pójdź ze mną na igrzyska gladiatorów.

     - Ja naprawdę nigdy nie chodzę na igrzyska i teraz nie mogę. Nie pójdę.

     - Dlaczego?

     - Dlatego, ze nie wolno nikogo zabijać.

     - Ludzi nie wolno - zgodził się - ale niewolników, gladiatorów, to co innego, to bydło - oświadczył.

     Zamilkła, ale nie wytrzymała i po chwili po cichu powiedziała:

     - A twój ojciec? On też był gladiatorem. Nie wiesz o tym?

     -Wiem.

     - Więc jak mogłeś tak powiedzieć.

     - Mój ojciec zawsze zwyciężał.

     To nie była właściwa odpowiedź. Obydwoje o tym wiedzieli. Po chwili Weronika odezwała się pojednawczo:

     - Wiesz co, chodźmy, coś ci pokażę.

     - Co? - spytał zaciekawiony.

     - Ty widzisz tylko tych, którzy zwyciężają, a nie patrzysz na tych, którzy giną i umierają.

     I poszli. Zaprowadziła go w jakąś odległą biedną dzielnicę. Mała chatka, bardzo biedna. Wewnątrz leżał człowiek z płową czupryną, wychudły i zniszczony chorobą, okręcony w szmaty. Najwidoczniej leżał już długo w takiej nędzy. Weronika chwilę z nim porozmawiała. Zostawiła jedzenie i świeże bandaże, przeprosiła, że tak krótko u niego będzie, ale jest zajęta. Obiecała, że wkrótce przyjdzie i wyszła.

     Gdy wracali do swoich domów, wypytywał Weronikę o tego biedaka. Jak się okazało, opiekowała się nim od dłuższego czasu. Była prawie codziennie u niego.

     - Bo wiesz, tyś chciał wiedzieć, co to znaczy być chrześcijaninem. Trudno wytłumaczyć, ale powiem ci tyle, że naszym obowiązkiem jest właśnie to, co robię.

     - Skąd ty go znasz? - spytał podejrzliwie, nie słuchając tego, co do niego mówiła. - To było dawno. Kiedyś ktoś, gdy byliśmy na łamaniu chleba, opowiedział o rannym gladiatorze, którym nie ma się kto opiekować. Ponieważ miałam czas, zgłosiłam się i odtąd prawie co dzień przychodzę do niego. Może kiedyś jeszcze stanie na nogi.

     Nasunęła mu się pewna myśl:

     - Czy wiesz przypadkiem, gdzie on odniósł tę ranę?

     - Tak. Tu w mieście, podczas igrzysk. Niepokój w nim wzrósł:

     - Czy wiesz przypadkiem, w walce z kim został ranny? Kto go ranił?

     - To twój ojciec go pokonał.

     Umilkł jak uderzony. Po chwili spytał ją:

     - Czy pozwolisz, abym z tobą przychodził, abyśmy razem się nim opiekowali?

     - Oczywiście.

     I tak rozpoczęło się jego chrześcijaństwo od tego ciężko rannego gladiatora. Zresztą o tym wszystkim nikomu nie opowiadał. Również ojcu nic nie mówił. Nie widział potrzeby, żeby zawracać mu głowę takimi sprawami.

     Aż razu pewnego, gdy wracał z wizyty u gladiatora, kowal zapytał go:

     - Gdzie byłeś?

     Nie chciał dłużej skrywać przed ojcem, co się ostatnio działo. Skorzystał oz okazji, aby mu wszystko przedstawić.

     - Byłem z Weroniką u chrześcijan.

     - A co ona tam robiła? Po co do nich poszła?

     - Ona jest chrześcijanką.

     - Chrześcijanką?

     Ojciec był zdumiony, wręcz przerażony. Tytusowi przypomniało się, że jego reakcja była podobna.

     - Zdawało mi się, że to sekta religijna, do której należą tylko niewolnicy. - Ależ skąd, tam należy wielu patrycjuszów.

     Kowal nie był zorientowany, kto to są ci chrześcijanie. Ale jakoś uważał tę sprawę za nieczystą, niewyraźną. Nie chciał jednak wprost Tytusowi zakazywać kontaktu z chrześcijanami, przede wszystkim ze względu na ojca Weroniki, sędziego miejscowego, na którym mu bardzo zależało. Poza tym lubił Weronikę. Zawdzięczał jej, jej wpływowi, że Tytus tak się zmienił na korzyść. Przyznawał, że gdyby nie Weronika, no i może, gdyby nie ci chrześcijanie, to jego syn mógłby zupełnie pójść na złe drogi. Ale gdy dowiedział się, że Tytus regularnie tam chodzi, a poza tym odwiedza jakichś chorych, czy ciężko rannych, zaniepokoił się i powiedział, że sobie tego nie życzy.

     - Możesz kontaktować się z chrześcijanami, ale nie chcę, żebyś schodził pomiędzy najniższe doły społeczne.

     Tytus skwitował tę jego wypowiedź milczeniem.

     Pewnego dnia ojciec Weroniki przyszedł do kowala. Sędzia był najwyraźniej zaniepokojony a nawet zmartwiony. Otrzymał pismo z Rzymu, a w nim nakaz rejestracji wszystkich chrześcijan.

     Powiedział dalej, że na ile on się orientuje, to wygląda tak, iż nastąpią jakieś represje wobec ludzi wyznających Chrystusa.

     Kowal przestraszył się tą wiadomością. To już nie była sprawa chodzenia do chorych. Znowu wziął Tytusa na poważną rozmowę.

     - Muszę ci powiedzieć, że mam jak najgorsze przeczucia. Po tym wszystkim, co widzę, co zaczyna się dziać, boję się, że może się powtórzyć historia sprzed stu lat, kiedy cesarz Neron prześladował chrześcijan.

     - Przecież chrześcijanom chyba nie mają do zarzucenia nowego spalenia Rzymu - Tytus usiłował obrócić całą sprawę w żart, choć wiedział, że nie pora na to.

     - Zarzut łatwo dorobić.

     Tym razem Tytus już poważnie odpowiedział:

     - A jakie masz wnioski odnośnie do mnie i Weroniki?

     - Chcę, żebyś zerwał z chrześcijanami, bo po prostu boję się o ciebie - powiedział krótko kowal.

     Tytus nie spodziewał się, że aż tak daleko idące żądanie ojciec wysunie. Po chwili namysłu zdecydował się:

     - Zgoda, rozumiem cię. Nie chcę, żebyś się martwił. Przyrzekam ci, że nie będę chodził do chrześcijan na łamanie chleba. Ale proszę cię, nie żądaj, abym musiał zrywać z Weroniką.

     - Dobrze - zgodził się kowal. I na tym stanęło.

     Tymczasem przewidywania sędziego niestety zaczynały się spełniać. Już po krótkim czasie przyszły kolejne zalecenia z Rzymu. Nakazano wszystkich zarejestrowanych chrześcijan wzywać i żądać od nich, aby przed posągiem bogini Rzymu złożyli ofiarę.

     - Wystarczy wziąć garść kadzidła i rzucić na ogień, oddając w ten sposób hołd bogini Rzymu - referował ojcu Tytus.

     - To jest czysta formalność - stwierdził kowal. - Co myśli o tym Weronika?

     - Nie rozmawiałem z nią jeszcze.

     Kowal sam zdecydował się na rozmowę z Weroniką, ale nie był pewny wyniku. Spróbował tłumaczyć jej tak, jak to mówił i do Tytusa:

     - W końcu jest to czysta formalność. Przecież sama mówisz, że nie jest ważne, co ludzie p nas myślą i mówią. Rzucisz kadzidło dla świętego spokoju. - Czekał na to, co odpowie.

     - Nie mogę się zaprzeć Chrystusa.

     To było pierwsze i ostatnie słowo Weroniki na ten temat. Jeszcze nieraz przy spotkaniach z nią starał się przedstawić jej swój punkt widzenia w tej sprawie. Ale ona uparcie to samo powtarzała. Nie wiedział, jak jej pomóc. Zaczął szukać rozwiązania pomiędzy samymi chrześcijanami. Ryzykując swoją własną opinię, nawiązał kontakty z nimi. Tak jak przypuszczał, panowało wśród nich duże zamieszanie i różnica poglądów. Byli tacy, którzy myśleli tak jak on. Trzeba się po prostu ratować, bo nie ma sensu tracić życia dla jakiegoś przepisu. Byli tacy, którzy uważali, że należy być ponad to wszystko, czym jest państwo rzymskie, że ono jest nieważne - jak to mówili - "ważne jest tylko Królestwo Niebieskie". Wobec tego wszystkie akty państwowe nie obowiązują. Byli jeszcze inni, którzy szli dalej, twierdząc, że państwo rzymskie jest dziełem szatana, stąd wszystkie jego akty prawne są szatańskie, wobec tego każde oświadczenie wobec sądu jest dozwolone. Wreszcie byli i tacy jak Weronika: nieustępliwi. Tymi ostatnimi się nie interesował. Był ciekawy, jak ci pierwsi dają sobie radę. Stwierdzał, że w przeważnej większości uciekli oni z miasta na prowincję, gdzie rozporządzenia były opóźnione albo nie przestrzegane ściśle. Zdecydowali się przeczekać na prowincji .tę falę terroru, stojąc na stanowisku, że wiecznie to nie będzie trwało. Część z tych, którzy już byli zarejestrowani i nie mogli z jakichś powodów miasta opuścić, decydowała się na złożenie czci bogini Romy, traktując to jako czysto formalny akt. Inni, którzy nie chcieli się na to zdecydować, uzyskiwali z pomocą przekupstwa czy znajomości dokument, który poświadczał, że dokonali aktu złożenia czci bogini Rzymu.

     Na tej drodze zdecydował się również kowal przyjść Weronice z pomocą. Za duże pieniądze uzyskał poświadczenie, że Weronika dopełniła aktu złożenia ofiary bogini Rzymu w jakiejś odległej mieścinie i przyniósł jej to. Nie był pewny reakcji. Obawiał się, że Weronika może na to się nie zgodzić. I rzeczywiście tak się stało.

     - Co chcesz ode mnie, żebym kłamała? Chciałbyś, ażebym zaparła się w takiej sytuacji swoich przekonań?

     - Zrozum, wielu rozsądnych chrześcijan, bo przecież ich poznałem, decyduje się na taki krok. Nie będziesz ani pierwsza, ani ostatnia. Nie uważaj siebie za najmądrzejszą - powiedział surowo. Weronika była nieustępliwa:

    - Jeżeli inni mogą ginąć, dlaczego ja nie mam zginąć tak jak i inni. Dlaczego ja mam się wykręcać i wypierać Chrystusa. On powiedział: "Kto się mnie zaprze przed ludźmi, ja się go zaprę przed Ojcem moim, który jest w Niebiesiech".

     Uznał to za młodzieńczą brawurę, ale nie miał na nią rady. Próbował jeszcze parę razy wpływać na Weronikę z pomocą jej ojca. Niestety, żadne perswazje nie odniosły skutku.

     Przyszły aresztowania. Wszyscy, którzy nie złożyli ofiary bogini Rzymu, zostali umieszczeni w więzieniu. Weronika również. Kowal był w tym czasie na prowincji. Po powrocie wszedł do pokoju Tytusa. Na stole leżał list od niego. Tknięty najgorszymi przeczuciami kowal zaczął go czytać. "Idę z Weroniką do więzienia. Nie jestem chrześcijaninem, ale nie mogę jej opuścić w takiej sytuacji".

     Kowal ze ściśniętym sercem poszedł tam. Znał kazamaty więzienne. Wiedział, jak bardzo są zimne, ciemne i śmierdzące. Poprosił o widzenie się z synem. Łatwo uzyskał zgodę. Duże sale, duże lochy, w nich gromady ludzi wychudłych, cierpiących, obojętnych albo wściekłych. Chrześcijanie nie byli umieszczeni w osobnych celach, ale razem z przestępcami najrozmaitszego gatunku. Wreszcie odnalazł Tytusa i Weronikę. Najpierw podszedł do niego Tytus. Dzieliła ich tylko gruba krata. Stal przy nim bez słowa. Nie był w stanie nic powiedzieć, chociaż obiecywał sobie, że jeszcze może uda mu się skłonić Tytusa do powrotu do domu. Tytus coś mówił, tłumaczył się: - Nie mogłem inaczej - powtarzał wciąż te same słowa, które napisał w liście.

     Potem przyszła Weronika. Była spokojna, choć bardzo poważna. I bardzo zdecydowana wytrwać w postanowieniu. Oczywiście zaznaczyła, że Tytus niepotrzebnie przyszedł tutaj z nią, że powinien zostać w domu.

     Odtąd kowal codziennie starał się być w więzieniu, tym bardziej, że ojciec Weroniki z racji swojego urzędu nie mógł tam przychodzić. On zresztą ze względu, na to, że Weronika była jego córką, był wyłączony zupełnie od prowadzenia spraw chrześcijan. Pozostawał pod ścisłą obserwacją. Każdy ruch jego był kontrolowany, tak, że nie miał żadnych możliwości działania.

     Kowal za każdym spotkaniem przynosił im wieści ze świata, z domu, z miasta, z prowincji, z Rzymu, które docierały do niego. Czasem opowiadał im ostrożnie, żeby nie dotknąć Weroniki, albo żeby nie wywołać w niej przeciwnej reakcji - o chrześcijanach, którzy przestraszeni groźbą kary, śmierci wycofywali się ze swojego stanowiska, składali ofiarę bogini Rzymu i wychodzili z więzienia na wolność. Zresztą o tych faktach ona też wiedziała.

     Równocześnie, widząc że tą drogą nic nie uzyska, przygotowywał inną akcję wraz z ojcem Weroniki: wyrwanie Tytusa i Weroniki z więzienia. To przy pewnym wysiłku i ryzyku było do przeprowadzenia. Planował potem wysłać ich gdzieś daleko, by mogli ukryć się na czas prześladowań. W końcu ten koszmar nie mógł trwać wiecznie. Rzecz w tym, aby przetrzymać rok, może dwa. Z ojcem Weroniki przygotowywali wszystko bardzo dokładnie, żeby nie popełnić jakiegoś fałszywego kroku, nie spowodować konsekwencji dla swoich domów. Dopiero wtedy, gdy wszystko było już przygotowane, poinformował Weronikę i Tytusa o szczegółach ucieczki. Napotkał zdecydowany opór Weroniki. To go zaskoczyło.

     - A co inni powiedzą, ci, którzy nie mieli tyle pieniędzy na przekupstwo i przygotowanie ucieczki? A więc oni mogą zginąć, a ja nie? Może... - tu przerwała, kowal czekał na te słowa jak na wybawienie - może gdybyśmy jeszcze przed aresztowaniem-opuścili miasto. Ale teraz - znowu się poderwała - teraz jest już na to za późno.

     - Nie rozumiem. Wytłumacz, dlaczego?

     - Moja ucieczka byłaby zgorszeniem. Wielu chrześcijan mogłoby się załamać. Uważam, że od mojego stanowiska zależy i ich postawa. . Nie wiedział, co jej na to wszystko odpowiedzieć.

     Niespodziewanie przyszedł rozkaz z Rzymu wykonania wyroków śmierci na tych, którzy nie dopełnili wymaganego aktu. Jako jedna z pierwszych została wyznaczona właśnie Weronika. Czy ktoś się przypadkiem o tym dowiedział, czy też ktoś zdradził zamiar ucieczki z więzienia przygotowywanej przez kowala, trudno dociec.

     Nie by o żadnych szans, ażeby uratować Weronikę. Wszystkie możliwości zostały wyczerpane. Trudność tkwiła przede wszystkim w niej samej. Jako ostateczna ewentualność pozostawał cezar. Ojciec Weroniki zdecydował się jechać do Rzymu, ażeby interweniować u cezara: prosić o łaskę. Oczywiście pozostawało, pytanie: czy zdąży? Gdy kowal usiłował dowiedzieć się daty wykonania wyroku na Weronice, otrzymywał odpowiedzi wymijające. Nie wyglądało na to jednak, ażeby to miało nastąpić szybko. Trzeba było ryzykować.

     Jednakże na drugi dzień po wyjeździe sędziego przyszła wiadomość, że wyrok na Weronice zostanie wykonany podczas igrzysk, jakie mają odbyć się w najbliższych dniach. Kowal wysłał specjalnego gońca, aby zawrócić z drogi sędziego.

     W dzień igrzysk kowal ze ściśniętym sercem poszedł do teatru. Wiedział już, że Weronika ma zginąć rozszarpana przez lwa. Jak zwyczaj każe, miała otrzymać miecz i tarczę. Gdy pokona lwa, b$dz e wolna. Zupełny nonsens. Po pierwsze Weronika nie umiała posługiwać się ani mieczem, anj tarczą, a po drugie było wątpliwe, czy by w ogóle tę walkę podjęła.

     Amfiteatr wypełniały tłumy ludzi. Kowal zajął swoje miejsce przy bandzie wraz z grupą znajomych. Atmosfera była niezwyczajna. Panowało napięcie i skupienie. Rozmawiano prawie półgłosem. Wszyscy wiedzieli, że igrzyska poprzedzi wykonanie wyroku śmierci na Weronice, córce sędziego. Konsul dał znak.

     Otworzono boczne drzwi i wtedy kowal zobaczył ku swemu przerażeniu, że na arenę wychodzi Weronika z Tytusem. Patrzył, oczom swoim nie wierząc. Poczuł, że zimny pot występuje mu na całym ciele, jakby go kto wodą oblał. Jego usta stały się nagle suche, tak że z trudem wybełkotał:

     - Co to ma znaczyć? - mechanicznie powtarzał to zdanie trochę do siebie, trochę do współsiedzących. - Dlaczego on wyszedł na arenę? Może chce ją odprowadzić? - jeszcze sam siebie uspokajał.

     Tymczasem Tytus i Weronika, trzymając się za ręce, otoczeni grupą żołnierzy doszli do środka areny i tam przystanęli. Nagle zobaczył, że któryś ze strażników położył u ich stóp dwa miecze i dwie tarcze. Wszystko stało się jasne. Żołnierze zaczęli odchodzić w kierunku skąd przyszli, pozostawiając na środku Tytusa i Weronikę. Kowal liczył jakimś rozpaczliwym aktem nadziei, że teraz Tytus weźmie w objęcia Weronikę, pożegna się z nią i pójdzie za żołnierzami. Konsul dał kolejny znak. Kowal zrozumiał, że już wszystko przepadło, że Tytus zdecydował się zginąć wraz z Weroniką. Z przeciwległej strony areny otworzono drzwi. Uwaga wszystkich skupiła się na czarnym otworze. Po chwili wysunęła się z niego głowa lwa, wreszcie ukazało się ogromne zwierzę w całej okazałości. Lew oślepiony słońcem przystanął nieruchomo. W momencie, gdy go Weronika i Tytus zobaczyli, rozłożyli ręce. Dwa krzyże stojące na środku areny. W ciszy, która wciąż trwała na stadionie, kowal nagle usłyszał swój okrzyk:

     - On nie jest chrześcijaninem!

     Głos, który niespodziewanie wybuchł, nie zburzył ciszy. Amfiteatr obserwował wszystko uważnie. Gest skazańca widzowie odczytali jednoznacznie: jako odmowę walki. Rozległy się gwizdy niezadowolenia. To byli ci, którzy znali Tytusa jako świetnego fechmistrza, i spodziewali się, że będą świadkami wspaniałego widowiska. Tymczasem zwierzę zaczęło przecinać arenę w kierunku stojących bez ruchu ludzi. Lew był najwyraźniej zgłodniały.

     - Broń się! - wykrzyknął kowal głosem pełnym rozpaczy.

     Ale Tytus jakby tego nie słyszał. Stał w dalszym ciągu z rozkrzyżowanymi ramionami. Kowal machinalnie złapał się za pas, ale nie miał przy sobie miecza. Nikt z wchodzących na igrzyska nie mógł wnosić ze sobą broni. Jedyna broń, która była, to te dwa miecze leżące na środku. Kowal szarpnął się, jednym susem przeskoczył wysoką bandę, spadł z dużej wysokości na piasek areny. "A teraz tylko byle szybciej. Może zdążę dobiec do miecza".

     Lew natychmiast zauważył go. Przestał interesować się stojącymi nieruchomo postaciami. Uznał za wroga tego biegnącego człowieka. Zmienił kierunek i szybkimi, miękkimi ruchami zaczął zbliżać się w stronę kowala. Odległość pomiędzy nimi zmniejszała się błyskawicznie. Nagle kowal kątem oka zobaczył lecący ogromny pocisk ciała zwierzęcia. Rzucił się na ziemię, żeby nie dać się powalić. Liczył na to, że lew przeleci nad nim, a wtedy jeszcze uda mu się może dosięgnąć mieczy. Ale nie zdążył. Poczuł tylko, jak ciężar lwa przywalił go do ziemi. Zdawało mu się, że miażdży mu wszystkie kości. Poczuł straszliwy ból w okolicy karku i stracił przytomność. Nie widział już tego, że w tym momencie Tytus schylił się po miecz i skoczył na lwa. Wyuczonym w szkole szermierczej ruchem uderzył zwierzę tuż pod łopatką, zabijając je na miejscu.

ks. M. Maliński


Lew świętego Hieronima i inne opowiadania Lew świętego Hieronima i inne opowiadania
Justyna Kiliańczyk-Zięba
W jaki sposób święty Hieronim oswoił dzikiego lwa? Jak pies uratował świętego Rocha przed śmiercią? Jakimi słowami święty Franciszek rozmawiał z wilkiem?... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Abadon: 16.12.2009, 19:22
 Fajne opowiadanie. :)
 Abadon: 16.12.2009, 18:40
 Fajne. :)
 Monika z I c gimn.: 29.10.2008, 17:03
 To opowiadanie przerabiamy teraz na lekcjach katechezy.Mamy do nich pytania na Zad.Domowe.
 chiniol: 12.05.2008, 15:14
 bardzo fajne opowiadanie
 Baldachim: 15.04.2008, 21:02
 Całkiem całkiem:0
 
(1)

Autor

Treść




Poprzedni[ Powrót ]Następny
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej