Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
O Straszku

     Jestem. Nie ma mnie. Jestem. Nie ma mnie. Jestem. Nie ma mnie. Jestem. Nie ma mnie. Jestem. Nie ma mnie. Jestem. Nie ma mnie. Jestem. Nie ma mnie.

     Mógłbym tak ciągle, ale jest faktem, że mnie po prostu nie ma. Przyjemnie jest wsłuchiwać się w słowo "jestem", gdy ktoś jest naprawdę, lecz pewnie nie wiecie, jak idiotycznie jest to mówić, gdy się nie istnieje. Bo mnie nie ma. Tak przynajmniej mówią ludzie. I rzeczywiście mnie już chyba nie ma, a chciałbym być. Bardzo. Ale nie mogę, bo ludzie, kiedy już się pojawię, odganiają mnie. Na serio. Mówią "Ciebie nie ma" i zaczynają robić coś, co sprawia im przyjemność, kompletnie nie zwracając na mnie uwagi. Wtedy czuję się bardzo paskudnie. Nie dość, że mnie nie ma, to, kiedy próbuję być, nikt mi na to nie pozwala. Chociaż... Twoim zdaniem, czy coś, czego nie ma, może istnieć? Mam na myśli to, że nie mam ciała, ale myślę i żyję na swój sposób. Bo gdybym nie myślał, to by mnie nie było, ale mam świadomość, że nie istnieję. Czy to może istnieją tylko moje myśli? Trochę to zagmatwane, co nie? Ja sam tego nie rozumiem. No dobra, zostawmy dyskusję o moim istnieniu lub nieistnieniu, na kiedy indziej, teraz powiem coś o sobie.

     Mam Tatę i Mamę. Oni są naprawdę. Ale nie pasują do siebie. Ciągle się z siebie naśmiewają. Tata mówi, że poślubił Mamę, bo uważa, że przeciwieństwa najbardziej do siebie pasują. Tata nazywa się Strach Mężczyzn, a Mama Strach Kobiet. Teraz pewnie wiecie, dlaczego do siebie nie pasują! Tata boi się o to, że mu nie ruszy samochód, a Mama się śmieje, bo uważa, że można pójść gdzieś na piechotę. Innym razem Mama się boi, że straci pracę, a Tata się śmieje, bo uważa, że praca najważniejsza nie jest. Tak więc widzicie, jak to jest z Mamą i Tatą. A ja jestem ich syn - Mały Straszek. Rozumiecie, czemu się zastanawiałem nad swoim istnieniem? Nie? To wam wytłumaczę.

     Tata jest na całej ziemi. W prezydencie Stanów Zjednoczonych i w zapracowanym murzynie. Daje prezydentowi strach o naród, a murzynowi o to, że nie zarobi. To jest strach mężczyzny i nie da go się szybko odrzucić.

     Mama również jest wszędzie. W każdej kobiecie i im daje strach. Strach o męża, o pieniądze. I tego strachu nie da się unicestwić.

     A ja? Ja daję mały strach. A raczej nie daję, ale próbuję dawać. Bo jak ludzie poczują, że chce im dać strach o to, że im się nie udało zaścielić łóżka, to nie chcą go. Machają ręką i zamiast się bać, na spokojnie poprawiają kołdrę.

     Już dawno zaprzestałem prób dania strachu, powiedziałem to rodzicom, ale oni zadziwiająco zgodnie zaczęli się o mnie bać i mierzyć mi gorączkę, czy aby nie wygaduję bzdur. Dlatego poszedłem do mojej najlepszej przyjaciółki, Małej Nadziei. Nie działa na nią nawet strach Taty i Mamy, bo zawsze ma nadzieję i - w przeciwieństwie do mnie - udaje jej się dawać ludziom to, co ma im dawać.

     - Kto tam? - Zapytała Mała Nadzieja, gdy zapukałem do drzwi jej domu.

     - Junior Strach! - Wrzasnąłem, mając nadzieję, że choćby w maciupeńkim stopniu ją przestraszę.

     - Och, witaj Straszku! - Widocznie wcale się nie bała. Otworzyła drzwi i zaprosiła mnie do środka. - Miałam nadzieję, że się spotkamy!

     - No nie żartuj, miałaś nadzieję? - Spytałem ironicznym tonem i opowiedziałem jej o mojej rezygnacji ze straszenia.

     - Mógłbym na przykład zająć się szyciem - zakończyłem propozycją. Myślałem, że Nadzieja odpowie coś błyskotliwego, niestety, zawiodłem się.

     - Ależ Straszku! Jak chcesz zajmować się szyciem, skoro na początku musisz istnieć? Musisz znaleźć co najmniej jedną osobę, którą przestraszysz, a potem, jej rękami, będziesz szyć, mój drogi!

Zasmuciłem się. Trudno będzie przestraszyć kogokolwiek na tym świecie.

     - Ale, Straszku, nie martw się, zawsze jest nadzieja!

     Od razu zrobiło mi się lepiej. Nadzieja dała mi nadzieję. Błyskawicznie podjąłem decyzję.

     - Nadziejko! Kochana Nadziejko! Wyruszę w podróż po świecie! Na poszukiwania! Zacznę już teraz! - Już chciałem się rozpędzić, kiedy Nadzieja mnie powstrzymała i zaciągnęła do swojego pokoju. Z wielką siłą pchnęła mnie na obrotowe krzesło, tak, że z początku pokoju przejechałem na koniec.

     - Chyba muszę porozmawiać ze Śmiałością i Odwagą, to niedorzeczne, żeby tak zaatakowały naszego biednego Straszka - mruknęła Nadzieja, westchnęła i zamknęła okna, żeby czasami nie wpadło mi na myśl, aby nimi uciec.

     - Straszku, samemu bardzo niebezpiecznie jest podróżować, zabierz mnie ze sobą.

     Uśmiechnąłem się. Już myślałem, że w ogóle nie będzie chciała mi pozwolić wyjechać. Ale nie. Nadzieja jest cool. Nie chciała po prostu siedzieć tu beze mnie.

     - Dobra, wezmę cię, ale wyruszamy natychmiast. Nadzieja pokiwała z zadowoleniem głową.

     Chiny mnie przerażają. Nadzieję nie. Uważa, że są cudowne i koniecznie chciała tu zostać. Na darmo próbowałem ją przekonać, żebyśmy znaleźli inne miejsce, bardziej zaciszne, ale ona się uparła.

     - Przecież wyruszyliśmy po to, żeby znaleźć strachliwą osobę, nie? Potrzebujemy tłumów ludzi! Chodź!

     Zatrzymaliśmy się pod Wielkim Murem Chińskim na noc, ale nie zasnęliśmy. Bo my nie zasypiamy. Nawet Mała Nadzieja i Mały Strach w nocy nie mogą zasnąć, bo tak jak w dzień kupa ludzi potrzebuje Nadziei, jak i Strachu. Chociaż ja i tak nikomu nic nie dawałem, to nie zasnąłem ze zwyczajnego przyzwyczajenia.

     Rankiem dużo ludzi przyszło na Mur Chiński. Nadzieja kazała mi przestraszyć małą dziewczynkę z wyłupiastymi oczami, która trzymała za rękę swoją babcię. Żałośnie spojrzałem się na dziewczynkę i odwróciłem wzrok na Nadzieję.

     - Nie, Nadzieja, ja się do tego nie nadaję... No zerknij na nią. Widzisz? Widzisz? Widzisz?? Co widzisz???

     - Eee... No, idealną dziewczynkę do zastraszenia. Wygląda tak, jakby sam twój głos mógłby ją przestraszyć.

     Zjechałem z Muru jak żółtko rozplaśnięte z impendem na patelnie. Nadzieja dołączyła do mnie, tyle, że z gracją.

     - No, co jest nie tak?! Próbuję ci pomóc! - wrzasnęła.

     Wstałem i złapałem ją za ramiona, potrząsając ją.

     - Ja tam widzę biedne dziewczę! Żadną moją ofiarę! Przecież to dziecko mogłoby wylądować w szpitalu, zanim w ogóle pokazałbym się jej na oczy!! Nie widziałaś, jaka jest drobna? Jaka skulona w sobie?? Jaka wstrząśnięta??!!?! NIE ZAUWAŻYŁAŚ, ŻE JEST OFIARĄ DEPRESJI?!?!?!?!? - Krzyknąłem ile sił w płucach, lecz nikt oprócz niej tego nie słyszał, bo umiemy robić tak, by coś doszło tylko do właściwych uszu.

     - Depresja? - Nadzieja zrobiła wielkie oczy. - Ta Depresja, co napadła na mnie w drugiej klasie podstawówki?

     - Jeśli cię napadła, to na pewno ona. Ma bardzo charakterystyczny sposób witania się, prawda?

     Nadzieja pokiwała głową.

     - Co teraz zrobimy? - Zapytałem.

     - Chyba to, co mi przyszło na myśl.

     - Ok.

     - A to bardzo niebezpieczne.

     - Ok.

     - Bardzo, bardzo niebezpieczne.

     - Ok, a co to takiego?

     - Odwiedzimy Depresję w tym jej zafajdanym Berlinie i załatwimy ją.

     - Ok. - powiedziałem, ale w duchu zadrżałem. Jak mamy unicestwić Depresję, którą próbowała zniszczyć połowa naszego rodu?

     - A wiesz jak? - Zapytała Nadzieja.

     - Nie.

     - Ale za to ja wiem. - Uśmiechnęła się tym swoim wyszukanym, bajeranckim uśmiechem, którego ćwiczyła przez kilkanaście lat i wystrzeliła w górę, a ja za nią. Bo wiecie, my umiemy latać.

     No tak, jak mogłem o tym nie pomyśleć? Zupełnie zapomniałem o Zadowoleniu i Radości, jak mogłem!

     Kiedy spotkałem ich razem z Nadzieją, szli uliczkami w Grecji i rozmawiali o tym i owym. Lot z Chin aż tutaj, zajął trochę czasu, byłem bardzo wycieńczony, dlatego, gdy Nadzieja dała komendę wylądowania przed naszymi starymi przyjaciółmi, nie wyhamowałem i wpadłem wprost na Radość.

     - Mój Straszku!! - Przywitała mnie Radość i obdarowała mnie radością. Nie macie pojęcia, jak byłem radosny!

     - Och, witaj, Nadziejo!! - Zakrzyknęła Radość, kiedy tylko Nadzieja wylądowała przy moim boku. - Co was sprowadza do Grecji?

     - Tajna misja. - Powiedziała poważnym tonem Nadzieja. - Musimy unicestwić Depresję.

     Radość zrobiła wielkie oczy, chyba wdarła się do niej moja Mama. A Zadowolenie był wyraźnie zadowolony.

     - A po co? Wiecie, jakie to niebezpieczne? - Zapytała Radość.

     - Wiemy, ale musimy to zrobić. - I opowiedziała historię o tym, jak znaleźliśmy się przy Chińskim Murze, że znaleźliśmy odpowiednią dziewczynkę, którą zaatakowała Depresja i że teraz musimy ją zabić, żebym mógł spokojnie, do końca życia zajmować się szyciem.

     - Ja się zgadzam! - Powiedziała Radość, którą wyraźnie już zostawiła Mama. - I Zadowolenie chyba też, co nie?

     Zadowolenie kiwnął głową, zadowolony z tego, że nie musiał się odzywać.

     - A w ogóle wiemy, gdzie dokładniej mieszka Depresja? - W oka mgnieniu zasmuciła się Nadzieja.

     - Wy nie - powiedziałem. - Ale ja wiem. Wiecie, moja Mama i Depresja to całkiem zgrana para. Spotykali się w pewnych miejscach. Wiecie, strach przed depresją. I nie raz Mama zabierała mnie ze sobą.

     - To, na co czekamy? - Wyparował w końcu Zadowolenie.

     - Na jakiś samolot do Berlina, bo nie mam już sił lecieć długodystansowo - powiedziałem, Nadzieja też pokiwała głową i polecieliśmy powoli na lotnisko.

     - W silniku głównym zdarzyła się mała awaria. To nic wielkiego, wysłaliśmy już mechanika - powiedział bezbarwnym głosem pilot, gdy samolotem, którym lecieliśmy, zaczęło trząść, tak, że wszyscy zaczęli podskakiwać.

     Może wszyscy uwierzyliby w te uspokajające słowa, gdyby zaraz po tym z łazienki nie wyskoczyła stewardessa wrzeszcząc:

     - Katastrofa!!!! KATASTROFA!!!! - łapiąc się za głowę i obijając jak pijana od foteli.

     Od razu na pokładzie zawrzała panika, ludzie zaczęli się bać, a zakochani przytulać. Szczerze mówiąc ja też byłem przerażony. Nie chciałem zginąć w katastrofie samolotowej! Nie taki miał być mój koniec! Radość, Zadowolenie i ja przytuliliśmy się do Nadziei, bo chcieliśmy być najbliżej niej. I wtem, przyszło mi na myśl, że nie istnieję. Nie ma mnie i nie mogę zginąć. W takim przypadku cudownie było pomyśleć, że na tym pokładzie mnie nie ma. Serio.

     Po tej myśli samolotem wstrząsnęło w lewo, w prawo, drugi raz w prawo i zaczęliśmy spadać. W tej jednej chwili pomyślałem, jak bardzo lubię Radość i Nadzieję i nawet małomównego Zadowolenie. Chciało mi się przez sekundę płakać, bo pomyślałem, że oni wszyscy zginą, bo istnieją. I wtedy zobaczyłem - to wszystko działo się w zwolnionym tempie - jakiś chłopaczek, siedzący blisko sterowni, odpiął pasy, otworzył z wysiłkiem drzwi prowadzące do pilota, które leżały płasko, bo przecież spadaliśmy w dół i wszedł tam. Nadzieja poleciała za nim. Zadowolenie i Radość też. Ja wiedziałem, że się nie przydam.

     Zacząłem rozmyślać o śmierci. Jak to jest umierać? Ja nie umrę, ale co będzie, jak umrze Nadzieja, Radość? Co poczną Nadzieja Mężczyzn i Nadzieja Kobiet, rodzice Nadziei, gdy zobaczą, że ich córa umarła? Przestaną działać? Na ziemi nie będzie już nadziei? To byłoby straszne! Nadzieja jest potrzebna ludziom! O macher! Drodzy czytelnicy, wiecie, co odkryłem? To straszne! Nadzieja jest moją przyjaciółką! Dopiero teraz, w obliczu jej śmierci, poczułem, że ją kocham! Co mam zrobić? Co zrobić? Zacząłem panikować. Ale jedyne, co mogłem zrobić to odśpiewać hymn europejski lub zatańczyć salsę. Mogłem robić tylko to, co i tak by się nikomu nie przydało. A bardzo chciałem pomóc. Obok mnie siedziało małe, może trzyletnie, zapłakane dziecko. Przyszło mi na myśl, żeby mu zaśpiewać kołysankę. Naprawdę lubiłem dzieci, a chciałem choć troszeczkę uciszyć wrzawę panującą w samolocie, która powiększała moją panikę. Więc co miałem robić? Otoczyłem dziecko moją umiejętnością, tą, że do jego uszu zaczął dopływać tylko mój śpiew.

     - La, la, la. La, la, la. Były sobie samoloty dwa. Katastrofę sobie ubzdurały, więc się nie bój, mój mały! - może mój głos nie nadaje się do śpiewania, ale dziecku kołysanka się spodobała. Zaczął klaskać w rączki i śmiać się. Nawet jego rodzice spojrzeli na niego z uśmiechem. Pewnie nie uśmiechaliby się tak mocno, gdyby wiedzieli, że kołysankę zaśpiewał mu Mały Strach. Zawsze tak jest, dopóki ludzie czegoś nie widzą, wszystko jest dobrze.

     I nagle sobie uświadomiłem, że od pewnego czasu nie spadamy. HURRA!!!! UDAŁO IM SIĘ!!! JEEESSSST!!!

     Po chwili wszyscy wrócili do mnie.

     - Uff. - westchnęła Radość. - Było trudno. Pilot również spanikował, teraz samolotem prowadzi chłopak.

     - Chłopak? Ile on ma lat? Do Berlina jeszcze kawał czasu i będziemy zdani na łaskę jakiegoś chłopczyka???? - czułem, jak do mojego żołądka ktoś wrzuca dwu tonowy kamień. - A czy wiesz, moja Radości, jaka jest dzisiejsza młodzież? On to pewnie uważa za zabawę, w której jest pilotem! - I jakby na potwierdzenie tych słów samolot zaczął zataczać kółka. Na początku małe, potem większe, większe, aż w końcu całej załodze zaczęło się kręcić w głowach i zaczęliśmy znowu spadać. - A nie mówiłem?!?!?!?!?!? - Wrzasnąłem, kiedy szyby na pokładzie stłukły się, nie wiem dlaczego, a Nadzieja, resztkami sił dała załodze to, co mogła i zaczęła spadać w dół. Bo wiecie, my siedzieliśmy prawie przy ogonie. - Nieeeeeeeee!!!!!! - krzyknąłem równocześnie z Radością i patrzyliśmy, jak Nadzieja mówi coś do nas, z wysiłkiem trzymając się krzesła drugiego rzędu. Wiatr dostający się przez okna wiał za mocno i było widać na twarzy Nadziei rezygnację.

     Co chce nam powiedzieć? Rozmyślałem gorączkowo, gapiąc się na Nadzieję, której palce powoli ześlizgiwały się z fotela. Błyskawicznie podjąłem decyzję. Nie ma mnie. Nie zginę, mogę uratować Nadziejkę. I odpiąłem pasy i zostałem porwany przez ciągnący wicher. Złapałem się krzesła przeciwległego do tego, którego trzymała się Nadzieja. Wiatr tutaj był mocniejszy. Z trudnością łapało się oddech. I wtedy usłyszałem, co krzyczała do nas Nadzieja.

     - Straszku, to ty spowodowałeś strach ludzi w samolocie!!!!!!

     Gapiłem się na nią. To nie prawda. To Mama i Tata to zrobili. Ja nic nie czułem. Czy to możliwe? Nie chciałem uwierzyć. Spojrzałem Nadziei w oczy. Błagała, bym uwierzył. I uwierzyłem. A to by znaczyło... Nie. Tylko nie to. Ja istniałem. Kiedy to pomyślałem, straciłem siły i też zacząłem się osuwać. Zrozumiałem dopiero teraz, że jak się puścimy, to nie polecimy do kabiny pilota, ale wylecimy przez okno. Nie mogłem na to pozwolić. Wszyscy w samolocie wrzeszczeli, kartki, śmieci i odłamki szyb kaleczyły i latały po pokładzie. Wzrokiem znalazłem Zadowolenie, który dotychczas najmniej się zmęczył i kiwnąłem głową, żeby tu przyleciał. Odpiął pasy i złapał się krzesła powyżej Nadziei. Złapałem ją za rękę.

     - Nadzieja, puść krzesło na trzy i złap rękę Zadowolenia! - powiedziałem wyraźnie, przekrzykując hałas. - Raz, dwa, trzy!

     Nadzieja zrobiła co mówiłem, a Zadowolenie złapał jej rękę w ostatniej chwili. Polecieliśmy z największym trudem wprost do Radości. Wiedziałem, że za sekundę się rozbijemy i szybko puściłem rękę Nadziei, łapiąc w połowie sekundy dziecko, któremu śpiewałem kołysankę, a w drugiej połowie, gdy cały dziób walnął w ziemię, wstrząsając samolotem, wylecieliśmy. Teraz nie tylko ja i Nadzieja byliśmy zmęczeni, ale także Zadowolenie i Radość, lecz mimo to lecieliśmy, bo chcieliśmy być jak najdalej od tamtego miejsca.

     Jak się okazało, byliśmy w Chorwacji. Znaleźliśmy jakiś most i schowaliśmy się obok niego. Dziecko, które uratowałem, okazało się chłopcem i na początku trochę płakało, ale nikt nie robił mi wyrzutów. Wszyscy znaliśmy się od najmłodszych lat i wiedzieli, że mam bzika na punkcie dzieci.

     Byłem wyczerpany i przerażony tym, co powiedziała mi Nadzieja, ale mimo to zadowolony. Uratowałem ludzkie życie. Powinni o tym mówić przez lata! Mały pan Strach ratuje, zamiast straszyć, głosiłyby nagłówki gazet. Ale to niestety marzenia. Nikt się nie dowie, że na pokładzie rozbitego samolotu lecieli Zadowolenie, Straszek, Nadzieja i Radość. Co najwyżej ludzie zauważą zniknięcie dziecka. Położyłem się obok niego i zamknąłem oczy, tak jak reszta, parę godzin temu.

     Nad ranem zauważyliśmy, że chłopca nie było. Musiał uciec w nocy.

     - Nie martw się. Znajdą go i oddadzą rodzinie - powiedziała Nadzieja, otwierając jedno oko.

     - Jeśli ma rodzinę - odpowiedziałem zmartwiony i położyłem się na jeszcze parę godzin.

     Mieliśmy wstać po południu, żeby jeszcze zregenerować siły na lot. Nikt jednak nie kontrolował godziny i zerwaliśmy się na nogi następnego ranka. A tak cudownie było leżeć...

     - Lecimy dziś do Berlina? - zapytała Radość Nadziei.

     - Nie wiem, chyba nie ma już sensu.

     - Nie ma sensu? - zdziwiłem się.

     - No... Mówiłeś, że chcesz szyć, bo nie możesz straszyć, a przedwczoraj zastraszyłeś cały samolot!

     Spojrzałem na nią krzywo.

      - Opowiedz - zażądałem.

     - Jak dawałam u pilota nadzieję temu chłopcu, opanowała mnie twoja matka. Powiedziała, że gdy tylko zobaczyła, że cię nie ma, przestała straszyć razem z mężem. I że próbowała się do ciebie dostać, i zapytać gdzie jesteś, ale nie mogła, więc poszła do mnie. I wiesz co jeszcze?

     - Co? - zapytałem.

     - Powiedziała mi jeszcze, że u was w rodzinie, nie można się dostać tylko wtedy, gdy ktoś daje swoją moc. Czyli straszy. Była z ciebie bardzo dumna i powiedziała, że jak wie, że umiesz straszyć, to spokojnie może wrócić do zawodu.

     Podniosłem brew i wykrzywiłem usta.

     - Eeeee... - tylko to zdołałem powiedzieć.

     - Eeeee... - zdołał powiedzieć Zadowolenie, bo tak naprawdę to nigdy nie wierzył w moje umiejętności.

     - Eeeee... - zdołała powiedzieć Radość i patrzyła to na mnie, to na Nadzieję.

     - No co tak czkacie? - zdenerwowała się Nadzieja. - Taka jest prawda, nie mam pojęcia jak to się stało, że Straszek nie poczuł, że komuś daje strach.

     - Nadzieja. Słuchaj. Ja się nie nadaję do straszenia. Chcę robić coś innego. Nie szyć.

     - A co? - zapytał Zadowolenie.

     - Chciałbym ratować ludzi - odpowiedziałem i zaczerwieniłem się, spuszczając głowę.

     Nie widziałem jak Radość unosi brwi, jak Zadowolenie zakrywa ręką buzię, żeby się nie roześmiać, a Nadzieja patrzy na nich srogo, bo jak podniosłem głowę to wszyscy byli odwróceni w moją stronę i uśmiechnięci.

     - Ja się zgadzam - rzekła Nadzieja.

     - Ja też - powiedziała Radość. - I Zadowolenie chyba też, co?

     Zadowolenie był wyraźnie zadowolony z tego, że nie musi się odzywać.

     - Naprawdę chcecie ze mną ratować ludzi?

     - Tak, mój Straszku. Chcemy być z tobą, choćbyś niewiadomo co robił - odpowiedziała Radość.

     - Ach nie wiecie jaki jestem szczęśliwy! - krzyknąłem. - I jak was kocham! - przytuliłem wszystkich po kolei. - Nie jedźmy do Berlina! Zostańmy tu!

     - Tu? Pod mostem? Może lepiej chodźmy do gospody?

     - Och, Nadziejko ty i twoje pomysły! Zawsze masz jakąś propozycję!

     Takim sposobem znaleźliśmy się w Chorwackiej gospodzie, wąchając alkohol, który tu wszyscy pili i oglądając wiadomości.

     - Przedwczoraj obok lasów Zagrzebskich rozbił się samolot lecący do Berlina - mówiła reporterka. - Nikt nie przeżył. Policja, straż przeciwpożarna i odpowiednie jednostki ustaliły, że na pokładzie brakowało jednego pasażera, który cudem wydostał się do lasu. Wczoraj znaleziono trzyipółletnie dziecko, którego brakowało na liście pasażerów i przewieziono do szpitala. Niestety chłopczyk umarł z zimna i głodu.

     Wpatrywaliśmy się w ekran jak zahipnotyzowani. Pokazywali zdjęcia samolotu, rozbitego na miazgę i nagle wpadło mi coś na myśl.

     - Hej! Nie ma mnie! - zaczęli się na mnie patrzyć, ale nie zrozumieli.

     - Nie kapujecie? Wszyscy, których przestraszyłem, zginęli! Znów mnie nie ma! Jak będziecie w niebezpieczeństwie, będę mógł was uratować!

     Nadzieja uśmiechnęła się.

     - Tak, Straszku. Fajnie jest mieć przyjaciela, którego nie ma. I wcale nie musisz straszyć, żeby komuś zaimponować. A bynajmniej nie mi.

     - To co teraz będziemy robić? Nie chcę siedzieć w gospodzie i jak bezrobotna! - zakrzyknęła Radość.

     - Jak ja cię lubię - uśmiechnęła się Nadzieja. - Dałaś mi pomysł na miejsce do pomagania ludziom! - wszyscy spojrzeliśmy na nią. - Straszku, - zwróciła się do mnie - powiedziałeś, że chcesz pomagać, więc zabicie Depresji nie wchodzi w plan, tak?

     - Absolutnie. To robota dla kogoś innego.

     - Więc może pomożemy twojej małej? Tej, którą zaatakowało nasze Depresiątko? Skoro nie chcemy zabić Depresji to może zwyczajnie ją rozwścieczymy, wyganiając ją z ciała tej biednej dziewczynki?

     Radość uśmiechnęła się złośliwie.

     - Dość nam narobiła szkód, nie uważacie? Zaatakowała moją mamę - rzekła Radość.

     - Zaatakowała mojego kumpla - powiedział Zadowolenie.

     - Zaatakowała mnie samą - poskarżyła się Nadzieja.

     Wszyscy spojrzeli po mnie, bo się nie odzywałem.

     - Zaatakowała moją bidulkę - krzyknąłem z powagą.

     - A teraz my ją zaatakujemy. Ktoś ma jakąś strategię? - zapytała Nadzieja.

     - A ty nie masz?! - spytaliśmy się jej, bo to ona zawsze wszystko załatwiała.

     - Mam, ale chciałam się przekonać, czy wy nie macie lepszego. Jeśli nie, to ruszamy z powrotem do Chin, do naszej małej, kochanej perełeczki.

     Gdyby to był film, to pewnie przez naszą podróż do Chin leciałaby jakaś muzyczka. Bo praktycznie nic się nie działo i mało kto się odzywał na jakiś rozsądny temat. Nie piszę naszych rozmówek, bo były katastrofalne. Na przykład kiedy byliśmy przy Kazachstanie, nad morzem Kaspijskim, odezwałem się:

     - Przepiękna pogoda, co nie? - ale w rzeczywistości było wilgotne powietrze, a lodowatość zamroziła mi grubego palca od nogi, co zauważyłem już nad Rosją.

     Wtedy Radość mi odpowiedziała:

     - Nie zagaduj mnie, paskudzie, bo Nadzieja zobaczy jak spadasz prosto w głębię morza, a bądź pewny, że to będzie śmierć nie do zniesienia - była w tak koszmarnym humorze, bo najprawdopodobniej też jej coś zamarzło, tyle, że coś większego od mojego grubego palca. W każdym razie nie dawała po sobie poznać co to takiego, ale na pewno utrudniało to lot. Ja też byłem poważnie zdenerwowany, bo Nadziejka dawała nam odrobinę nadziei, a Radość nie fatygowała się wcale. Odgryzłem się dlatego Radości i dramatycznie westchnąłem.

     - Och, to na pewno będzie drastyczne, zwłaszcza, że nie mogę umrzeć.

     Radość tylko szepnęła:

     - Chrzanić to - i nikt nie odzywał się przez półtorej godziny.

     Tak więc widzicie, że nie ma sensu naszych wszystkich rozmów tu umieszczać.

     Wylądowaliśmy w Chinach przed Wielkim Murem w tym samym miejscu co wcześniej, gdy byłem tu tylko z Nadzieją. Był wieczór, my byliśmy strasznie zmęczeni, więc się położyliśmy. Skłamałem nad ranem, że zamknąłem oczy i całą noc wypoczywałem, bo prawda była taka, że myślałem o biednej ofierze Depresji i o tym, jak było dobrze przy rodzicach, kiedy jeszcze nie podróżowałem.

     Największym naszym problemem było to, że nie wiedzieliśmy gdzie dziewczynka mieszka, albo chociaż jak się nazywa. Nie pomyśleliśmy wcześniej o tym, więc musieliśmy lecieć na Madagaskar po Małe Szczęście, bo innym sposobem odnaleźć małą było niemożliwe. Więc co robić mieliśmy? Wstaliśmy wszyscy i polecieliśmy prostą linią przez Indie. Wstąpiliśmy na Seszele, w odwiedziny do starej Wiary Mężczyzn i Kobiet, którą uwielbiali wszyscy, kiedy byliśmy mali z powodu wszystkich cudownych opowieści, które według niej zdarzyły się naprawdę. Byliśmy tam kilka dni, bo koniecznie chciała nam pokazać przepiękną plażę, różne cuda i najlepsze kawiarnie, które pokazywała nam kiedyś, ale o tym zapomniała, a my nie chcieliśmy urazić jej, wypominając jaką ma słabą pamięć. Mimo, że stara Wiara trzymała nas tam na siłę, spędziliśmy cudowne wieczory słuchając plotek i bajek. Nie mogliśmy być tam przecież wieczność. Wylecieliśmy w końcu przez ocean Indyjski na gorący, dziki Madagaskar.

     Teraz przyznaję, że opary unoszące się z fabryk Chin nie są takie złe w porównaniu z parnością na tej wielkiej wyspie. Z łatwością odnaleźliśmy Szczęcie i przedstawiliśmy jej swoją propozycję na wędrówkę do Chin. Tak na serio to nie spodziewałem się, żeby Szczęście nie chciało opuścić Madagaskaru, ale tak się właśnie stało.

     - Nie, moi drodzy. Przykro mi - powiedziała, a ja przez chwilę stałem osłupiały i za chwilę zacząłem płakać, opierając się o dużą palmę. Krótko trwał mój płacz, bo Nadziejka dała mi nadzieję i powiedziałem do Szczęścia:

     - Ok, wiesz, jak będziesz miała jakiś problem to zwyczajnie mnie napadnij, to będę do twojej dyspozycji, dobra? - zaproponowałem, a Szczęście kiwnęło tylko głową i polecieliśmy z powrotem na Seszele, bo na jakąś dłuższą wędrówkę nie mieliśmy sił.

     Nie wiecie jak Wiara się ucieszyła, kiedy nas zobaczyła! Od razu pokazała nam plażę, różne cuda i najlepsze kawiarnie, sądząc, że nigdy ich nie widzieliśmy. Jeszcze wieczorem tego dnia, zebraliśmy się w salonie Wiary, gdy ta brała kąpiel i myśleliśmy co zrobić dalej. Strasznie chcieliśmy dokopać Depresji, żeby nareszcie zrozumiała, jaka jest okropna.

     Nadziejka nie miała żadnych pomysłów i siedzieliśmy w tym salonie aż do ranka, na nic nie mogąc wpaść. Gdzieś około popołudnia stara Wiara zauważyła, że nad czymś się mocno zastanawiamy.

     - O co chodzi, moje dzieciątka? - zapytała rozkładając się w fotelu.

     Ja zabrałem głos i opowiedziałem calusieńką historię, włącznie z tym, że uratowałem dziecko.

     - Ahh... - westchnęła stara Wiara i rzekła. - No cóż. Nie dziwię się, że nic nie wymyśliliście przez całą noc, a ja wpadłam na to już w pierwszej chwili, w końcu już parę dobrych wieków żyję na tym świecie. Dla mnie to logiczne, że powinniście lecieć do Przeznaczenia, które mieszka na Antarktydzie i zapytać się go, co sądzi o tym wszystkim. Wie, co było i co będzie, łatwo jest go urazić, ale jest naprawdę sympatyczny! Lećcie już teraz, bo czeka was długa i zimna podróż.

     Pożegnaliśmy się wiec z Wiarą i pogratulowaliśmy pomysłu, na który byśmy nie wpadli nawet za kilka lat i wystrzeliliśmy w powietrze, zakładając uprzednio grube kożuchy pożyczone od Wiary.

     I znów byliśmy w szalonej "wycieczce", na której zapewne znowu zamarzniemy, ale tym razem byliśmy na to przygotowani.

     Prawdę przyznam, że lot przez ocean Indyjski był mało emocjonujący. Niezbyt ciekawie jest patrzeć na monotonną taflę wody; tylko czasami przepływał pod nami statek.

     Robiło się co raz zimniej, ale nikt na to nie narzekał. W duchu podziękowaliśmy Wierze za to, że na ciepłych Seszelach trzymała takie ciepłe rzeczy, bo, jak mówiła, wiedziała, że kiedyś się przydadzą.

     Lecąc obok wysp Crozera, przy granicy lodu pływającego, zaczęliśmy śpiewać sobie piosenki, najczęściej wesołe i opowiadające o cieple, które w szkole mojej i Nadziei były bardzo znane. Wkrótce zamarzliśmy prawie na kostkę lodu i nic nie czuliśmy, kiedy próbowaliśmy ogrzać policzki zgrabiałymi palcami. Chciałem wtedy wrócić nad morze Kaspijskie i poczuć, jak to jest mieć zamarznięty tylko palec u nogi.

     Lecieliśmy spokojnie. Aż nazbyt spokojnie i bezproblemowo, nie licząc zimna, które w tych miejscach było raczej normalne. I stała się katastrofa. Było to mniej więcej w odległości trzystu kilometrów od lądu. Nadzieja zaczęła lecieć wolniej i wolniej i powiedziała, że nie ma już sił i zaczęła spadać. Mimo, że my wszyscy też byliśmy wyczerpani, próbowaliśmy ją złapać, ale nic z tego. Refleks zdawał się zamarznąć razem z nami i nie zdążyliśmy złapać Nadziei. Spadła w otchłań bezkresnego oceanu; przepadła. Razem z nią znikła nasza nadzieja i zrozumieliśmy, że umarła. Szybko, w miarę naszych możliwości, znaleźliśmy jakąś większą krę i osiedliśmy na niej. Nie czuliśmy nic oprócz rozpaczy, a ja zastanawiałem się, czy rodzice Nadziei dają nawet teraz nadzieję, czy w ogóle poczuli, że zginęła im córka? Uczyliśmy się w szkole, że niektóre rodziny mają taką zdolność, czy rodzina Nadziejki też?

     Spojrzałem na Zadowolenie. Położył się na lodzie i wyglądał jakby już umarł. Jego twarz pokrywał śnieg. Radość wyglądała odrobinę lepiej, może dlatego, że przykryła całą twarz kapturem z futerkiem i było jej widać spod ubrania tylko kawałek szyi. Przyłożyłem głowę do lodu i poczułem jak zamarzam. Przez pół godziny nie ruszaliśmy się w ogóle i przykryła nas warstwa śniegu.

     Czy taki miał być koniec Małego Zadowolenia, Małej Radości i Małego Strachu? Widocznie tak Przeznaczenie zaplanowało. A czy nie mógłby tu przylecieć i nas uratować? Wszystko wie, więc czemu nie rusza tyłka i nie ma go tu? Na tą myśl otworzyłem usta i krzyknąłem:

     - Przeznaczenie, o Przeznaczenie, czemu nie przybędziesz do nas z pomocą?!

     Po tych słowach poruszyłem się. Czemuż nie mielibyśmy spróbować podróży na najbliższe wyspy?

     Wstałem z trudem i potrząsnąłem Zadowoleniem. Poruszył się, ale nie wstał. Za to Radość, kiedy tylko usłyszała jak wstaję, wyjrzała oczami spod kaptura i chwiejąc się, stanęła na nogi. Patrzyła w niebo szklanymi oczyma.

     - Radość... ! - powiedziałem trochę uszczęśliwiony. - Zadowolenie nie chce wstać, boję się o niego.

     - Przeznaczenie? - chrypnęła jakby nie rozumiejąc co się dzieje obok niej.

     - Nie, to ja, Mały Straszek, nie pamiętasz? Przyjechaliśmy tu od Wiary! - przypomniałem jej.

     - Nie, to Przeznaczenie! - powiedziała głośno wskazując ręką nad moje ramię.

     Odwróciłem się i zobaczyłem Przeznaczenie. Wyglądał bardzo grubo, a może to był efekt szesnastu kurtek, założonych jedna na drugą. Tak czy inaczej strasznie się ucieszyłem na jego widok. W rękach trzymał sieć do łowienia dużych ryb. Leciał szybko i gdy tylko zbliżał się do kry na której byliśmy, rzucił nam sieć. Od razu przenieśliśmy tam Zadowolenie i w ostatniej chwili wskoczyliśmy sami, bo Przeznaczenie nie zwolnił tępa.

     Jeszcze długo lecieliśmy w głąb Antarktydy, a ja traciłem świadomość w łowieckiej sieci.

     Obudziłem się w ciepłej chatce Przeznaczenia. Byłem otulony kilkoma kocami i leżałem na ziemi. Jak trafnie zauważyłem, domek miał dwa pomieszczenia. Kuchnię, w której leżałem i sypialnię, w której na łóżku leżała Radość i ktoś jeszcze, a na dywanie Zadowolenie. Po kuchni krzątał się Przeznaczenie. Był stary i siwy, chociaż jak na swój wiek wysoki. Nucił coś pod nosem idąc wolnym krokiem od piecyka, którym piekło się coś przepysznego, do szafki z warzywami. Zupełnie nie przypominał Przeznaczenia, które przyleciało do nich na krę.

     W końcu zobaczył, że nie śpię.

     - Witam Mały Stachu, na lodowatej Antarktydzie! - jego głos był serdeczny. - Pani Antarktyda nieźle was przywitała, nie ma co! Jak zobaczyłem was na krze, to byliście kostkami lodu. Pan Zadowolenie i szanowna panienka Radość są w lepszym stanie od ciebie, wstali ostatnio dwa dni temu, ale postanowili chyba się jeszcze trochę pogrzać w łóżkach.

     - Dwa dni temu? To ile już tu jesteśmy? - zapytałem.

     - Właśnie leci piąty dzień, kolego!

     Piąty? To z nami było aż tak źle? Odmrażałem się przez pięć dni, owinięty w koce, leżąc przy ciepłym kominku?

     - Ach... - jęknąłem i podniosłem się. Wszystko mnie bolało od długiego nie zażywania ruchu.

     - A Nadzieja? Co z nią? Zginęła, prawda?

     - Nie, Mały Strachu. Gdy tylko przypomniałem sobie, co ma się dzisiaj zdarzyć z Małą Nadzieją, od razu wyruszyłem, żeby ją wyłowić. Była już prawie nieboszczykiem, kiedy ją wyciągnąłem i zawiozłem do Szpitala Białej Werandy na wyspie Kergulenie. Przeżyła jednak, teraz jest pod kroplówkami. Dopiero jak wróciłem, poleciałem po was.

     Wiedziałem, że szpital na Kergulenie jest najlepszym szpitalem na tej części półkuli. Nie mieściło mi się w głowie, ile może kosztować pobyt Nadziei.

     - Niech pan się nie martwi, panie Przeznaczenie, oddam panu pieniądze za szpital. - zapewniłem.

     - Nie trzeba, nie! Ja płacę! Z resztą obniżyli cenę o połowę, kiedy zobaczyli, że to sławny Przeznaczenie przyniósł pacjentkę. - powiedział i mrugnął do mnie okiem.

     Zjadłem ryż z warzywami i kawałek czekoladowej babki w łóżku, a potem do mnie nie docierało nic, oprócz wolnej muzyki puszczonej przez Przeznaczenie.

     Kiedy ponownie otworzyłem oczy, Radość, Zadowolenie i Przeznaczenie siedzieli razem przy stole i jedli jakąś potrawę o nieznanym mi zapachu. Poczułem, że jestem strasznie głodny i że muszę jak najszybciej wstać, żeby rozprostować kości, więc wstałem jak poparzony, aż wszyscy podskoczyli.

     - Straszek! - pisnęła Radość i zarwała się z krzesła, by mnie przytulić. Zadowolenie tylko się uśmiechnął.

     - Choć, zjedz coś z nami, jesteś pewnie głodny - zaproponował Przeznaczenie, a ja z chęcią dosiadłem się do stołu.

     Jak się okazało, Zadowolenie i Radość opowiedzieli Przeznaczeniu już całą naszą historię, choć nie wiem po co, bo on wszystko przecież wie. Później się dowiedziałem, że będziemy mogli polecieć poza Antarktydę aż do wiosny, bo na to nie pozwala pogoda. Tak więc mieliśmy przed sobą cudowną perspektywę spędzenia około czterech miesięcy z Przeznaczeniem, który mówił, że wieczorami dowiemy się trochę o przeszłości i przyszłości różnych osób. Także nasze życie na Antarktydzie nie będzie takie złe.

     - Opowiedz o Małej Bezradności - poprosiła Radość, kiedy siedzieliśmy po turecku z kisielem w słodkich, różowych miseczkach, obok fotela Przeznaczenia.

     Za oknem szalała wielka zawierucha, a my kpiliśmy z jej prób dostania się do chatki. Znowu czuliśmy się jak małe dzieci, które czekają na wieczorną bajkę. Po pewnym czasie przyznaliśmy wszyscy, że na mroźnej Antarktydzie, w domu Przeznaczenia, jest nawet lepiej niż u starej Wiary, u której pachniało babcinymi perfumami i skórkami pomarańczy.

     - Dobrze. Lecz wiedzcie, że tylko wam jednym powierzam tajemnice przeznaczenia i że bardzo jestem szczęśliwy, że gościcie u mnie, bo od paru lat nikogo prawie nie widziałem.

     Mała Bezradność urodziła się w Omanie, obok Arabii Saudyjskiej. Jej rodzice zmarli, kiedy miała trzydzieści osiem lat, czyli była prawie w waszym wieku. Zbudowała sobie dom, ale ten porwał huragan, więc musiała włożyć wiele siły, by zbudować nowy, który nie przetrwał więcej niż cztery lata. Miała narzeczonego, lecz ten ją zdradził. W końcu, nie mogąc znieść tego wszystkiego, ruszyła na pustkowie. Spotkała ją tam burza piaskowa, w której o mało nie straciła życia. Wtedy zrozumiała, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze prześladuje ją pech. Próbowała się zabić, ale zobaczyła, że nie może, ponieważ nie pozwalam jej. Wiesz, Straszku czum byłoby życie bez bezradności? Gdyby straciło się chociaż jedno uczycie, którymi jesteśmy, cały świat wyszedłby z równowagi. Wracając do Bezradności, kiedy zobaczyła, że jest nieśmiertelna, poczuła wielki smutek. Bo czymże jest życie bez śmierci? Poczuła wtedy, jak bardzo jest bezradna na moją decyzję i wycofała się na Saharę, w której sercu tkwi nadal, samotna, nieśmiertelna i bardzo smutna.

     Kiedy Przeznaczenie przestał opowiadać, zrobiło się nam żal Bezradności. Na dodatek było mi wstyd, że chciałem zniszczyć Depresję. Przecież ona też ma uczucia. Może odczuwać miłość i bojaźń, chociaż zawsze pozostanie Depresją. Wtedy postanowiłem, że kiedy wylecimy z Antarktydy, wrócę do rodziców, przeproszę za niezapowiedziany wyjazd i spróbuję straszyć. Skoro raz mi się udało, to uda się i drugi.

     - Biedna Bezradność, miała takie kiepskie życie - powiedział Zadowolenie. - Czemu nie mogę zadowolić Bezradności? Tak się staram.

     Spojrzałem na Zadowolenie, którego twarz zdradzał wysiłek.

     - Drogi Zadowolenie, na Bezradność bardzo trudno jest podziałać. Można powiedzieć, że jej ciało jest odporne na wszystko, co pozytywne. Taka się urodziła i nikt nie może na to poradzić - wytłumaczył Przeznaczenie i ziewnął. - Czas się położyć, do jutra, moi mali podróżnicy.

     Bardzo ciekawie przemijał czas. Kilka razy wychodziliśmy na krótkie przechadzki. Zbliżał się czas świąt Bożego Narodzenia. Ja i Zadowolenie pomagaliśmy Przeznaczeniu robić różne potrawy i ciasta, a Radość wycinała z papieru kolorowe ozdoby na sztuczną choinkę, którą Przeznaczenie trzymał w przybudówce obok domu. Trzeba przyznać, że Radość ma talent plastyczny. Ja nigdy nie zrobiłbym takich ładnych papierowych szyszek, laleczek, kulek i bałwanków. Potem Zadowolenie wraz z Przeznaczeniem robili łańcuchy z czekoladowych płatków do mleka i z zakalca jednego ciasta, bo wyszło tak twarde, że nie było zdatne do jedzenia.

     Wigilia była cudowna. Zawieje ustały, a w kominku palił się wesoło ogień. Choinkę ubieraliśmy przez godzinę, a potem Przeznaczenie dał nam po prezencie.

     - Och, a my nic dla ciebie nie mamy - zmartwiłem się.

     - Nie szkodzi, z resztą, co byście znaleźli na Antarktydzie?

     - A ty w jaki sposób kupiłeś nam prezenty? O ile wiem, nie wychodziłeś z domu - powiedziała Radość.

     - Moja droga, ja od początku życia wiedziałem, że przyjdziecie, więc dawno temu przygotowałem upominki. No, a teraz otwórzcie!

     Rozdarliśmy równocześnie papier ozdobny. Żaden z nas nie widział, co inny dostał, ale każdy był zapatrzony w prezent i głęboko wzruszony. Ja dostałem niebieską ramkę przyozdobioną nartami wodnymi i kołami do pływania, a w niej było zdjęcie Nadziei. Zacząłem za nią tęsknić tak bardzo, na ile pozwala mi na to serce. Biedna Nadzieja, święta spędza sama w szpitalu, ale zapewne wie, że nie możemy do niej przylecieć. Rozumie. W oczach zaszkliły mi się łzy. Patrzyłem na fotografię jak urzeczony. Nadzieja była uśmiechnięta i odrobinę młodsza od teraźniejszej.

     - Dziękuję - powiedziałem, a Przeznaczenie uśmiechnął się. Przez chwilę stał zapatrzony w nas, a potem rzekł: - No, na niebie już pierwsza gwiazda, chodźmy do stołu.

     Przez cały wieczór jedliśmy i rozmawialiśmy o naszym ulubionym jedzeniu i o miejscach, w których chcielibyśmy mieszkać. Około godziny dwudziestej drugiej, ktoś zapukał do drzwi.

     Miałem nadzieję, że jakimś cudem będzie to Nadzieja, jednak okazało się, że to Euforia, przemarźnięta i zmęczona jak my, kiedy tu zagościliśmy. Przeznaczenie złapał ją, gdy się niebezpiecznie zakiwała i kazał mi wyjąć wszystkie koce jakie mamy i ułożyć przy kominku.

     I takim to sposobem mieliśmy w domu Przeznaczenia następnego gościa. Aż do trzeciej nad ranem, Przeznaczenie opowiadał nam, że Euforia przyleciała tu z takiego samego powodu jak my - żeby się dowiedzieć, jak ma zrobić pewną rzecz, ale nie powiedział jaką. O godzinie czwartej położyliśmy się, a ja wpatrywałem się w ogień kominka i myślałem o Nadziei.

     W wiosnę na Antarktydzie było bardzo zimno. Nie mroźno, ale bardzo zimno, czyli temperatura poprawiła się do znośnej. Codziennie chodziliśmy na spacery razem z Euforią, a Przeznaczenie zostawał w domu, ponieważ doskwierała mu migrena.

     W końcu, po niewiadomo jak długim czasie oczekiwania, Przeznaczenie powiedział, że możemy polecieć po Nadziejkę wracać do domu. Zrobiło mi się smutno, bo bardzo przywiązałem się do Przeznaczenia i do Antarktydy. Kiedy tu przyjechaliśmy, nie wiedziałem jak można lubić żyć na tak zimnym i pustym kontynencie. Teraz zrozumiałem, bo pokochałem to miejsce. Razem z Radością ponazywaliśmy poszczególne góry lodowe i płaszczyzny. Nie chciało się wracać, ale ciągnęło mnie do poznawania innych miejsc i moje życie nie mogło ograniczać się do małego domku Przeznaczenia. Wiele nauczyłem się z jego mądrych historii i wiedziałem, co robić, żeby uniknąć niektórych błędów, niegdyś popełnionych przez moich poprzedników.

     Przy pożegnaniu, Przeznaczenie powiedział mi, że nie dla mnie jest straszenie. W życiu będę robił co innego. A ja przez cały czas zastanawiałem się co.

     Staliśmy wszyscy ubrani w grube ciuchy Przeznaczenia i po kolei ściskaliśmy Przeznaczenie. Kiedy przyszła kolej na Zadowolenie, ten stanął obok niego, twarzą zwróconą do nas.

     - Słuchajcie, ja nie wracam. Tu jest mi najlepiej na świecie i... i będę za wami tęsknić - powiedział.

     Wzruszyłem się. Wiedziałem, że włożył wiele wysiłku w to, żeby nam to oznajmić, bo chętnie poprosiłby kogoś, żeby go wyręczył.

     Przeznaczenie spojrzał z czułością na Zadowolenie.

     - Lećcie. Zadowolenie was odprowadzi do granic Antarktydy.

     Jeszcze raz podziękowałem z Radością i Euforią za gościnę, a potem wystrzeliliśmy w powietrze. Cudownie było wzbić się wysoko i poczuć, że niedługo będziemy u Nadziei.

     Gdy ląd pod nami się skończył, Radość uściskała Zadowolenie. Tulili się długo, wspominając w myślach wspaniale spędzone chwile w Grecji.

     - Pa, koleś - powiedzenie tych dwóch słów uznałem za coś wielkiego, bo więcej nie zdołałem przecisnąć przez gardło. Zadowolenie podał mi rękę i popatrzył w oczy. Po chwili umykał z powrotem do Przeznaczenia, co chwilę się do nas odwracając, a gdy straciliśmy go z oczu, ruszyliśmy na wyspę Kergulenę.

     Lot był wspaniały. Po tylu miesiącach dobrze było opuścić Antarktydę.

     Gdy powiedziałem w szpitalu, że przychodzę od Przeznaczenia, od razu zaprowadzono nas do sali Nadziei. Jadła właśnie obiad, była popodłączana różnymi kabelkami i rurkami do kroplówek.

     - Nadziejka! - krzyknąłem z Radością i rzuciliśmy się jak na wyścigi do jej łóżka. Euforia stała w drzwiach.

     - Straszek! Nadzieja! - powiedziała Nadzieja prostując się z uśmiechem.

     - Jak się czujesz? - spytała zatroskana Radość.

     - Teraz lepiej. Wypuszczą mnie pojutrze, a już czuję się zupełnie dobrze!

     - Cudownie - przyznałem i zacząłem opowiadać o dniach spędzonych u Przeznaczenia, o tym, że opowiadał nam najróżniejsze historie, których - niestety - nie możemy jej opowiedzieć, bo Przeznaczenie nam zabronił, a ona wpatrywała się w nas jak w obrazek, pytając co chwilę o kolor i wygląd domku, w którym gościliśmy.

     Nie zdążyłem opowiedzieć wszystkiego, bo czas odwiedzin był ograniczony i pielęgniarka nas wygoniła. Noc przeleżeliśmy przy murze szpitalnym. Kiedy z powrotem przyszliśmy w odwiedziny do Nadziejki, na wszystkich korytarzach trwało zamieszanie. W końcu jakaś pielęgniarka z lekarzem, wciągnęli nas do pustej sali, żebyśmy nie byli stratowani.

     - Pacjentka Nadzieja została porwana! - wrzeszczała spanikowana pielęgniarka. - Przestępcy zostawili kartkę! - wyjęła z kieszeni białego płaszcza jakiś pognieciony zwitek.

     Wyrwałem ją z jej ręki i przeczytałem:

     "Za porwaną z sali dwunastej rządamy kontaktu z Nadzieją Mężczyzn i Nadzieją Kobiet, inaczej małej nikt nie zobaczy. Z i Z"

     - Z i Z? - zapytałem.

     - Zło i Złość, tak myślimy - powiedział doktor.

     W tym momencie chciałem zapaść się pod ziemię. Nadzieja porwana? Nadzieja w rękach Złości?! Nadzieja w rękach Zła?!? Co tu się dzieje???!!! Tego nie wiedziałem, ale byłem pewny, że trzeba ją uratować. I wiedziałem nawet, w jaki sposób. Potrzebujemy po prostu pomocy kilku naprawdę potrzebnych nam starych przyjaciół i wiadomości, gdzie mieszkają Zło i Złość, dlatego zapytałem o to lekarza.

     - Nie wiesz? Zamieszkują stolicę Iraku, Bagdad, moi drodzy - odparł mi zrozpaczonym głosem, ja się przestraszyłem, bo wjechać niepostrzeżenie żywym do Iraku jest bardzo trudno, bo trwa tam wojna i na granicach są jednostki żołnierzy.

     - A najgorsze jest to - podjęła pielęgniarka - że doszła do nas wiadomość od sąsiadów rodziny Małej Nadziei - w tym momencie przełknąłem głośno ślinę - i powiedzieli, że Nadzieja Mężczyzn i Nadzieja Kobiet nie żyją.

     - Och! - wyrwało mi się i usiadłem na pustym, szpitalnym łóżku. Radość złapała się za głowę, a Euforia rzekła:

     - Ale Zło i Złość nie wiedzą o tym, prawda?

     - Nie - odpowiedziała radość razem z doktorem.

     - Mam niejasne przeczucie - zaczęła Euforia - że Straszek ma plan. A ja mam w tym planie wziąć udział. I zgadzam się na to.

     Mimo woli wybuchnąłem głośnym śmiechem, może z powodu radości, a może z powodu histerii. Tak czy tak, po minucie byliśmy już w powietrzu, a ja tłumaczyłem plan.

     ...

     Nie macie pojęcia jakim biednym, ale jakże zachwycającym państwem jest Zambia. Na każdym kroku można było komuś pomóc, doradzić, czy - jeśli miało się pieniądze - kupić jedzenie, lub lekarstwa. Przeznaczenie dał mi sporo pieniędzy z tutejszej waluty, dlatego od razu pomyślałem o tym miejscu, kiedy zastanawiałem się nad kimś do pomocy. Przeznaczenie od początku wiedział, że tu będę, dlatego dał mi tyle pieniędzy, ile starczyłoby na zrobienie szpitala i przyjmowanie pacjentów za darmo. A taki ośrodek z pewnością przydałby się w tym miejscu.

     Puk, puk, puk! - zapukałem do drzwi pewnego domu.

     - Chwila! - odpowiedziało wołanie.

     - Czego? - zapytała skromnie ubrana osóbka, uchylając drzwi. Dopiero gdy uważniej mi się przypatrzyła, krzyknęła:

     - Och! Straszek! Nie poznałam cię! Radość widzę też jest, tak jak za dawnych, szkolnych lat! Wejdźcie! A ty kim jesteś? - spytała ostro moja stara koleżanka Empatia, kiedy Euforia chciała przekroczyć próg domu.

     - Euforia, moja droga - powiedziałem. - Jest z nami.

     Empatia zaprowadziła nas do salonu i zrobiła herbatkę.

     - Empatio, musisz nam pomóc w uratowaniu Małej Nadziei - zaczęła w końcu Radość. - A raczej Nadziei Mężczyzn i Kobiet, ponieważ jej rodzice nie żyją i jak wiesz, robi teraz to, co powinni robić, gdyby żyli.

     Empatia zakryła sobie usta ręką.

     - Rodzice Nadziei? Kiedy to się stało? Jak?

     - Nie znamy szczegółów. Ważne jest tylko to, że Nadzieję porwali Zło Złość i żądają - tak myślimy - usług rodziców Nadziei za jej życie. Myślimy, że kiedy im powiemy, że oboje umarli, zabiją Nadzieję. A wtedy będzie niezły chaos na świecie. Bez Nadziei i jej nadziei, świat będzie zagubiony.

     - Och!!! - wyksztusiła z siebie Empatia i podniosła się w panice z fotela.

     - Spokojnie - powiedziałem niezbyt przekonującym tonem i kazałem jej usiąść. - Właśnie dlatego zorganizowaliśmy ratunek dla Nadziei. Mamy plan, który musi się powieść.

     - Jaki?

     - Polecimy do Iraku. Ja, Radość, Euforia, ty, Zaskoczenie i Odwaga.

     - Ja... dobrze, w porządku.

     -Pomożemy - zadecydowała Odwaga, kiedy przylecieliśmy do niej na Przylądek Dobrej Nadziei.

     - Pomożemy - powtórzył Zaskoczenie, który mieszkał razem z Odwagą i jej rodzicami pod jednym dachem.

     - My też chcielibyśmy się przyłączyć, ale im mniej ochotników, tym lepiej - uznali rodzice Odwagi wychodząc z kuchni.

     - Mamy dla was straszną widomość. Próbowaliśmy się dostać do Zła i Złości, żeby przez chwilę dodać im odwagi i przy okazji sprawdzić, czy nie pochodzą z takich rodzin jak ty, Straszku i mamy dla ciebie złą wiadomość. Nie da się do nich dostać, póki dają zło lub złość. Przykro mi.

     Zamknąłem oczy. Jeśli dorośli nie mogą się do nich dostać, to co dopiero tacy młodzi jak my? Mój plan był oparty na daniu porywaczom po odrobinie strachu i zaskoczenia, ale to, że nie da się tego zrobić, niczego nie zmienia. Tak czy inaczej odwiedzimy Irak.

     Zebraliśmy już wszystkich. Przedstawiliśmy im plan. Mieliśmy działać cicho i bezboleśnie, przynajmniej do przekroczenia granicy Iraku. Tak też się stało. Kiedy wjechaliśmy przez jego granicę, żołnierze zatrzymali nas i przepytali. Spodziewaliśmy się tego, więc wcześniej ustaliliśmy całą historyjkę. Nazywaliśmy się Alan(ja), Kate(Radość), Virginnia(Euforia), Tom(Zaskoczenie), Dina(Empatia) i Rose(Odwaga) Arrangowie i byliśmy wysłannikami z Wielkiej Brytanii, żeby zobaczyć jak mają się sprawy w bazie wojskowej w Bagdadzie. Żołnierze patrzyli na nas z przymrużonymi oczami, naradzali się w swoim języku, czy nas przepuścić, czy nie, ale po dłuuugim czasie któryś z nich powiedział po angielsku, żebyśmy jechali i nie pokazywali im się więcej na oczy. I nie chcieliśmy się pokazywać, bo jeden z żołnierzy - taki najgrubszy - chciał nam na początku zagrozić karabinem. Takim więc sposobem przejechaliśmy granicę Iraku i przez kilka dni zmierzaliśmy samochodem do Bagdadu.

     Za nic w świecie nie chciałbym mieszkać w Bagdadzie. Nie i już. Nie podobało mi się wszystko co tam było i to, że mieszkańcy nie chcieli powiedzieć gdzie są stare budynki, w których - tak, jak myślała mama Odwagi - przetrzymywano Nadziejkę. Strasznie się bałem, że cały mój plan może się nie powieść. Lecz Odwaga dodawała nam odwagi.

     W pewnym momencie wjechaliśmy w straszną bójkę między jakimiś żołnierzami, a mieszkańcami. Nie mogliśmy się wydostać, padły strzały, ale przez ulicę przechodziło tak wiele ludzi, że nie zdołaliśmy przejechać. Euforia udała więc, że jest ranna, ja zwróciłem na nas uwagę krzycząc "Ranna! Lekarz! ". Gdy połowa ludzi zwróciła głowy w naszą stronę, Empatia dała im współczucie tak wielkie, że nie mogli powstrzymać łez i jak najszybciej zrobili nam drogę. Jakiś facet powiedział nam nawet, jak dojechać do szpitala. Takim to sposobem dowiedziałam się, że ludzie z Iraku są pomocni, ale tylko w wielkiej potrzebie. Euforia przestała udawać ranną dopiero spory kawałek od miejsca bójki. Jakiegoś młodziaka, przechodzącego akurat ulicą, zapytałem:

     - Wiesz może jak dotrzeć do starych budynków w tej części miasta?

     Młodzian patrzył to na mnie, to na Radość i odpowiedział:

     - Nie, nie wiem - i ruszył dalej, co chwila oglądając się na nas, czy przypadkiem go nie śledzimy.

     Więc co mieliśmy robić? Euforia znowu udała ranną i nasz samochód przyspieszył i po dużym odcinku drogi, zahamowaliśmy z piskiem opon tuż przed jakąś staruszką. Zapytałem ją o to samo, o co pytałem młodzieńca. Dla ubarwienia sytuacji, Odwaga "zemdlała", a Radość i Zaskoczenie biadolili nad Euforią. Babcia przyglądała nam się podejrzliwie z nad wielkich, czerwonych, drucianych okularów, przygryzła jedną wargę, a potem zapytała:

     - Powiem wam, jak dacie mi kogoś do sprzątania domu i do towarzystwa. - zaskoczyło to nas i nie chcieliśmy zostawić u starej nikogo. Zapaliliśmy dlatego silnik i chcieliśmy znów ruszyć w trasę, gdy babcia krzyknęła:

     - Mało kto wie o tych budynkach! Powiem wam, ale z samochodu musi wyjść kierowca!

     Zgodziłem się, żeby zaskoczenie wyszedł; Odwaga dodawała nam wszystkim odwagi, bo mieliśmy dziwne przeczucie, że babcia robi się nerwowa i że coś się za tym kryje. Niestety owo dziwne przeczucie było prawdą. Kiedy tylko Zaskoczenie wyszedł i pochylił się nad babcią, żeby mogła mu powiedzieć wskazówki na ucho, z okien domów zaczęli skakać ubrani na czarno mężczyźni, przypięci elastycznymi linami do czegoś w budynkach. Jeden z nich złapał Zaskoczenie, który próbował niezdarnie wyrwać się z uścisku babci i porwał go w górę, z powrotem do okna, przez które wyskoczył. Kilkoro z nich otoczyli samochód i mówiąc w innym języku, chyba kazali nam wyjść. Tłumaczyłem wszystkim, że ubrani na czarno, chcą się dowiedzieć kim jesteśmy, bo nikt nam nie robił w Bagdadzie rewizji bagażu, ani nas nie zatrzymywał, choć ja ani trochę nie wierzyłem swoje słowa. Odwaga starała się jak mogła dodać nam odwagi, ale szybkość, z jaką to wszystko się działo, odebrała mu siły. Zdawało się, że Zaskoczenie ze swoim zaskoczeniem działa przeciwko nam, bo po chwili czarni wyciągnęli nas z samochodu i ku totalnemu zaskoczeniu, zaczęli nas kopać gdzie popadnie. Dostałem w brzuch i w rękę, za to z innymi było gorzej. Radość i Empatia straciły przytomność od mocnego uderzenia w głowę, a Odwaga i Euforia były tak zranione, że leciała im krew. Później czarni podskoczyli na elastycznych linach, łapiąc każdego w objęcia i trafiając prosto do pokoi, w których przy oknach leżały materace, które maskowały siłę, z jaką normalnie wpadlibyśmy na podłogę. Wtedy zrozumiałem, że Zło i Złość jakimś cudem dowiedzieli się, że przyjechaliśmy. Babcię pewnie przekupili, że gdyby nas zobaczyła, na nas zatrzymać.

     Wtedy pomyślałem: to straszne, jak ludzie dają się przekupić. Pewnie nie powiedzieli babci, o co toczy się gra, bo czy ktoś normalny zatrzymałby jak najdłużej samochód, by dobrali się do niego Czarni, gdyby wcześniej powiedzieliby mu, że ci w samochodzie chcą uratować jedyną Nadzieję i świat? Nie. Teraz byłem sam. Inni być może są nieprzytomni. Wszyscy, bo nie mam w sobie ani krztyny odwagi, euforii, radości, zaskoczenia ani empatii. Szczerze mówiąc nie czułem nic oprócz zrezygnowania. To wszystko było bez sensu. Misję uratowania Nadziei powinni zorganizować dorośli, bo od czego oni są, jak nie od sprawnego myślenia? Chyba nie istnieją tylko po to, by ślęczeć nam nad uchem i mówić, czego nie możemy, a co możemy robić? Dziwne było to, że byłem sam. Sam na sam walczyłem w mojej duszy ze Zrezygnowaniem. Nic innego nie było we mnie. Dziwne. Wyglądało to tak, jakby wszyscy inni patrzyli z boku na wynik zaciętej bitwy, której żaden z Czarnych nie mógł widzieć. Nikt mi nie pomagał. Nawet mama i tata, nawet Przeznaczenie i Zadowolenie. Nikt. Na pewno Przeznaczenie to przewidział. Zrozumiałem wtedy, jak dużo zależy ode mnie i od nas. Ale był problem. Nie mogłem wymyślić jakiegoś sensownego planu ucieczki, bo nie było we mnie Pomysłu. Głupek pewnie opala się na Majorce i nie wie, jak bardzo jest mi potrzebny.

     Czarni podnieśli mnie z materaca i walnęli pałką w głowę. Gdybym był jeszcze przytomny, zobaczyłbym jak jakiś mężczyzna ciągnie mnie po schodach w dół. Widziałbym też, jak zdejmuje maskę i jak śmieje się przeciągle. Wtedy bym wiedział, że to nie kto inny jak Złość. A gdybym wyszedł z tą świadomością na ulicę i spojrzał na domy, w których jesteśmy, uświadomiłbym sobie, że wyglądają jak stare kamienice. Te których szukaliśmy.

     Nie macie pojęcia jakim biednym, ale jakże zachwycającym państwem jest Zambia. Na każdym kroku można było komuś pomóc, doradzić, czy - jeśli miało się pieniądze - kupić jedzenie, lub lekarstwa. Przeznaczenie dał mi sporo pieniędzy z tutejszej waluty, dlatego od razu pomyślałem o tym miejscu, kiedy zastanawiałem się nad kimś do pomocy. Przeznaczenie od początku wiedział, że tu będę, dlatego dał mi tyle pieniędzy, ile starczyłoby na zrobienie szpitala i przyjmowanie pacjentów za darmo. A taki ośrodek z pewnością przydałby się w tym miejscu.

     Puk, puk, puk! - zapukałem do drzwi pewnego domu.

     - Chwila! - odpowiedziało wołanie.

     - Czego? - zapytała skromnie ubrana osóbka, uchylając drzwi. Dopiero gdy uważniej mi się przypatrzyła, krzyknęła:

     - Och! Straszek! Nie poznałam cię! Radość widzę też jest, tak jak za dawnych, szkolnych lat! Wejdźcie! A ty kim jesteś? - spytała ostro moja stara koleżanka Empatia, kiedy Euforia chciała przekroczyć próg domu.

     - Euforia, moja droga - powiedziałem. - Jest z nami.

     Empatia zaprowadziła nas do salonu i zrobiła herbatkę.

     - Empatio, musisz nam pomóc w uratowaniu Małej Nadziei - zaczęła w końcu Radość. - A raczej Nadziei Mężczyzn i Kobiet zarazem, ponieważ jej rodzice nie żyją i jak wiesz, robi teraz to, co powinni robić, gdyby żyli.

     Empatia zakryła sobie usta ręką.

     - Rodzice Nadziei? Kiedy to się stało? Jak?

     - Nie znamy szczegółów. Ważne jest tylko to, że Nadzieję porwali Zło Złość i żądają - tak myślimy - usług rodziców Nadziei za jej życie. Myślimy, że kiedy im powiemy, że oboje umarli, zabiją Nadzieję. A wtedy będzie niezły chaos na świecie. Bez Nadziei i jej nadziei, świat będzie zagubiony.

     - Och!!! - wyksztusiła z siebie Empatia i podniosła się w panice z fotela.

     - Spokojnie - powiedziałem niezbyt przekonującym tonem i kazałem jej usiąść. - Właśnie dlatego zorganizowaliśmy ratunek dla Nadziei. Mamy plan, który musi się powieść.

     - Jaki?

     - Polecimy do Iraku. Ja, Radość, Euforia, ty, Zaskoczenie i Odwaga.

     - Ja... dobrze, w porządku.

     A po tej rozmowie oddałem wszystkie moje pieniądze, rozsypując je przed oczami najbiedniejszych. Och, jak cudownie jest pomagać!

     -Pomożemy - zadecydowała Odwaga, kiedy przylecieliśmy do niej na Przylądek Dobrej Nadziei.

     - Pomożemy - powtórzył Zaskoczenie, który mieszkał razem z Odwagą i jej rodzicami pod jednym dachem.

     - My też chcielibyśmy się przyłączyć, ale im mniej ochotników, tym lepiej - uznali rodzice Odwagi wychodząc z kuchni. - Mamy dla was straszną widomość. Próbowaliśmy się dostać do Zła i Złości, żeby przez chwilę dodać im odwagi i przy okazji sprawdzić, czy nie pochodzą z takich rodzin jak ty, Straszku i mamy dla ciebie złą wiadomość. Nie da się do nich dostać, póki dają zło lub złość. Przykro mi. Zamknąłem oczy. Jeśli dorośli nie mogą się do nich dostać, to co dopiero tacy młodzi jak my? Mój plan był oparty na daniu porywaczom po odrobinie strachu i zaskoczenia, ale to, że nie da się tego zrobić, niczego nie zmienia. Tak czy inaczej odwiedzimy Irak.

     Zebraliśmy już wszystkich. Przedstawiliśmy im plan. Mieliśmy działać cicho i bezboleśnie, przynajmniej do przekroczenia granicy Iraku. Tak też się stało. Kiedy wjechaliśmy przez jego granicę, żołnierze zatrzymali nas i przepytali. Spodziewaliśmy się tego, więc wcześniej ustaliliśmy całą historyjkę. Nazywaliśmy się Alan(ja), Kate(Radość), Virginnia(Euforia), Tom(Zaskoczenie), Dina(Empatia) i Rose(Odwaga) Arrangowie i byliśmy wysłannikami z Wielkiej Brytanii, żeby zobaczyć jak mają się sprawy w bazie wojskowej w Bagdadzie. Żołnierze patrzyli na nas z przymrużonymi oczami, naradzali się w swoim języku, czy nas przepuścić, czy nie, ale po dłuuugim czasie któryś z nich powiedział po angielsku, żebyśmy jechali i nie pokazywali im się więcej na oczy. I nie chcieliśmy się pokazywać, bo jeden z żołnierzy - taki najgrubszy - chciał nam na początku zagrozić karabinem. Takim więc sposobem przejechaliśmy granicę Iraku i przez kilka dni zmierzaliśmy samochodem do Bagdadu.

     Odzyskałem przytomność. Leżałem w pustym pokoju bez okien, na podłodze. Ręce skute na plecach kajdankami domagały się natychmiastowego uwolnienia i strasznie piekły. Głowa pulsowała tępym bólem, ale krótko. Jeden z Czarnych stał przy drzwiach i zauważył, że otworzyłem oczy, dlatego wszedł i znów mnie uderzył, bym pogrążył się w ciemności.

     Miałem sen. Ale czy to możliwe, skoro ja nie mogę zasnąć? Śniłem, kiedy byłem nieprzytomny? Nie wiem, ale sen dawał rozwiązanie, które pomogłoby Nadziei, mnie i innym. Nie mogłem sobie go przypomnieć niewiadomo jak się starałem. Po tym ciężkim myśleniu zapadłem w inny sen.

     Tak, moi drodzy, w sen. Nikt nie walnął mnie w głowę, poddałem się zmęczeniu i odrętwieniu, tak, jak wy po ciężkim dniu pracy. I nawet chyba wiem dlaczego tak się stało. Przez kilka dłuuugich lat nie spałem, choć nie straszyłem. A przecież my nie śpimy, żeby także w nocy dawać ludziom swoją moc. W końcu nadszedł czas i nie wiecie, jak czułem się zaszczycony, że mi przypadło coś tak wielkiego jak sen. Mały Straszek - pisaliby w gazetach - ten, którego nie ma, został obdarzony przez Najwyższego Boga największym darem, jaki mógł przypaść żyjącemu. A mianowicie snem. Snem, po którym ludzie mówią "straszny, nie chce więcej śnić, boję się", gdy był koszmarem.

     Nigdy bym nie powiedziałbym tak po najgorszym śnie. Bo to najprawdziwszy CUD. Serio.

     Nie chcielibyście pewnie, żeby śnił wam się taki koszmar, po którym balibyście się wyjść z domu? No właśnie. Ale musicie wiedzieć, że Bóg nie chce was zastraszyć. On chce tylko przed czymś ostrzec. A jeśli coś takiego by wam się przyśniło, pamiętajcie, żeby nie wychodzić z domu, bo skutki mogą być katastrofalne.

     Śniło mi się, że Odwaga uciekła od Czarnych. Chodziła cicho po kamienicach, szukając nas. Uwolniła Zaskoczenie i dała nam wszystkim odwagę, po czym zaczęła szukać mnie, Radości, Euforii i Empatii. Jak to w śnie - wszystko się udało. Już wychodziliśmy z budynku, kiedy Radość zemdlała. Po niej Zaskoczenie. Kiedy do nich podbiegłem, byli już nieżywi. Umarli z omdlenia? Dziwne. Potem coś mi się przypomniało. Zapomnieliśmy o Nadziei! Wróciłem do kamienic, karząc Euforii i Empatii pozaciągać ciała kolegów w niewidoczne miejsce. Byłem tak mocno zaszokowany śmiercią Radości i Zaskoczenia, że nie patrzyłem gdzie biegnę. W końcu dobiegłem. Ale, och, gdzie?! Zgadnijcie. Nie wiecie? Trafiłem prosto w sidła Czarnych. Potem wszystko potoczyło się szybko. Zostałem zamknięty, kiedy Złość dowiedział się, że nie da się mnie zabić, a potem zamordował Małą Euforię, Małą Empatię i... Małą Nadzieję. Koniec. Nikt nie miał nadziei na dalsze życie. Wszyscy poczuli się bezradni, choć Bezradność, była szczęśliwa, że jest potrzebna całemu światu... "Nie rodziły się dzieci, bo po co? I tak nie ma już nadziei" - myśleli ludzie.

     I taka była prawda.      Ten sen przypomniałem sobie, gdy pewnego dnia(myślałem że to był dzień, ale nie miałem pewności) przez okienko w drzwiach wyglądnęła Euforia. Minęła chwila, gdy znalazła w pęku kluczy ten odpowiedni i wpełzła po cichu do mojej małej celi, przymierzając różne klucze do mechanizmu w kajdankach.

     - Euforia! Co ty tu robisz, u diabła?! - krzyknąłem na nią szeptem.

     - Ratuję cię! Wszyscy Czarni poszli na lunch, rozplanowałam ich, bo byłam zamknięta przy korytarzu prowadzącym do ich stołówki!

     - A inni? Jak mnie znalazłaś? - spytałem.

     - Przypadkiem - odparła beztrosko Euforia. - Myślę, że reszta jest w kamienicach obok.

     Coś w kajdankach pstryknęło i opadły na ziemię. Przyjemnie było być wolnym.

     - Jakiś plan, jak do nich dotrzeć?

     - Nie. Myślałam, że ty coś wymyślisz.

     - Euforia! - prawie wrzasnąłem, ale nie z powodu tego, co powiedziała. Usłyszałem za drzwiami kroki. Ktoś był daleko, lecz na pewno zmierzał w tą stronę. Euforia też to usłyszała, ale dopiero po chwili. Pisnęła i szarpnęła mnie w górę.

     Jak dawno nie stałem na nogach! Zachwiałem się trochę i szybko - w miarę moich możliwości - ruszyliśmy w przeciwną stronę niż kroki. Przez cały czas myślałem o śnie. Bałem się co z tego wyniknie. Mimo, że przyszła do mnie Euforia zamiast Odwagi, wszystko toczyło się jak we śnie. Weszliśmy do kamienicy naprzeciwko i uwolniliśmy resztę. Nie było tylko Nadziei. Zbliżaliśmy się do wyjścia. Stanąłem. Nie chciałem przecież, by wszyscy oprócz mnie zginęli!

     Radość spojrzała na mnie jak na głupka. Odwaga spojrzała na mnie jak na głupka. Euforia spojrzała na mnie jak na głupka. Zaskoczenie spojrzał na mnie jak na głupka. Pod wzrokiem Empatii, czuło się mniej zdziwienia, bo mi choć trochę współczuła. Ale ja i tak czułem się jak głupek.

     - Straszek! Czemu tak stoisz?! - spytała mnie Radość.

     - Bo... Bo... Ja miałem sen - wszyscy patrzyli na mnie jakby moja głupota rosła bardziej niż bardzo szybko. I wtedy właśnie usłyszeliśmy za sobą kroki Czarnych. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tępie. Zaskoczenie złapał się za głowę, Euforia zrobiła zrozpaczoną minę. Empatia i Radość patrzyły się na mnie wzrokiem mówiącym "To wszystko przez ciebie!". Zaskoczenie nie robił nic. A Odwaga? Co mogła zrobić Odwaga? Zebrała się na odwagę, aby wypchnąć mnie z kamienicy na bagdackie ulice i tym samym uratowała mam wszystkim życie.

     Zobaczyłem wtedy ekipę ratunkową, która przyleciała, by nas ratować. Byli tam moi rodzice, rodzice Odwagi, Zaskoczenia, Empatii, Euforii (którzy przybyli z Hollywood), Mama, Tata i brat Radości, Wiara Przeznaczenie, Zadowolenie, Bezradność (chciało się jej ruszyć z Sahary?!), Spokój (ach, gdzie on był, że się tak opalił?), Śmiałość Mężczyzn i Śmiałość Kobiet, Ufność, Depresja (kiedy na nią pojrzałem spaliłem buraka), Wzruszenie(chodził ze mną do klasy, o rany, jak wyrósł!) i wiele moich kolegów i koleżanek w różnym wieku. Najbardziej jednak zadziwił mnie widok żyjącej od zawsze, lecz zawsze młodo wyglądającej Miłości. Nigdy nie spodziewałam się jej spotkać. W szkole opowiadali nam, że w jakiś sposób jest nieuchwytna. Pokazuje się tylko nielicznym i tylko w nadzwyczajnych sytuacjach. Tylko kilka osób na całym świecie miało zaszczyt stanąć oko w oko z najsilniejszym uczuciem. A ja tak po prostu... Nie mogłem w to uwierzyć. Inni też nie. Wyszli z kamienicy zaraz po mnie i tak jak ja stanęli jak wryci, nie mogąc wyrazić zdumienia. Przez głowę przemknęła mi myśl "Nie tak było w moim śnie", ale nie przejmowałem się tym.

     - Hej! Tu jesteśmy! - krzyknąłem, bo nikt nie zwrócił na nas uwagi, głowiąc się, w którym ze starych budynków jesteśmy.

     Słysząc mój głos, wszyscy rzucili się do nas jak na komendę. Wyglądało to dość zabawnie. Wy też z pewnością wybuchnelibyście śmiechem, gdybyście zobaczyli wyścigi tych zazwyczaj poważnych dorosłych. Ojciec Euforii, tak się ucieszył na widok całej i zdrowej córki, że przewrócił na chodnik bezradną Bezradność; moja mama wydawała z siebie dźwięki, które brzmiały jak "Oaoaua!!", którym wtórowały krzyki małego brata Radości.

     Zrobił się naprawdę wielki rozgardiasz, wszyscy zaczęli się przytulać, uśmiechać i tańczyć z radości i nagle wszystko przerwał wrzask Bezradności, która nie miała zamiaru brać udziału w "ulicznej zabawie" i która obserwowała wszystko dookoła.

     - NADZIEJA!!!!! - pamiętam, że wrzasnęła coś w tym stylu. - Złośliwość, ty paskudzie, puść ją!!!!!!!

     Obróciliśmy się wszyscy w stronę drzwi, z których niedawno wyszliśmy i zobaczyliśmy Złośliwość, który pchał przed sobą Nadziejkę i trzymał jej nóż przy gardle. Tak, prawdziwy nóż, który właściwie wyglądał trochę jak sztylet, ale wciąż do końca nie wiem co to dokładnie było. Złość uśmiechał się paskudnie. Innych Czarnych nie było.

     Jaka szkoda, że moi rodzice nie mogli postraszyć Zła i Złości! Nikt nie może nic zrobić! Czemu akurat oni się tak urodzili?!

     - Gdzie jest Nadzieja Kobiet i jej mąż? - szepnął Zło.

     W ciszy jaka zapadła, wszyscy to dosłyszeli. Pierwszy na odwagę zebrał się Odwaga Mężczyzn. Powiedział tak: - Czyżbyś nie wiedział, że nie żyją? Tak, taka jest prawda, jeśli zabijecie Nadzieję, to będzie koniec. Nie ma życia bez Nadziei - dodał, widząc przerażoną twarz Zła, którego dopadło Przerażenie. Nie wiedział co odpowiedzieć, więc szukał wzrokiem pomocy u Złości.

     - Kłamstwo! - krzyknął Złość i mocniej przycisnął nóż do gardła Nadziei. - Mówicie tak tylko dlatego, że myślicie, że jesteśmy tak głupi, żeby wam uwierzyć! Nie widzieliście kartki zostawionej na Kergulenie? Pisało tam, że chcemy kontaktu z rodzicami Nadziei, a nie dwóch ekip ratowniczych, z misją odbicia małej, prawda? Ale wyraźnie się nie zrozumieliśmy. Teraz na zawsze będziecie wiedzieć, jaką cenę można zapłacić za takie pomyłki!!! - chwila, w jakiej Złość zamachnął się nożem, by zadać ostateczny cios Nadziejce, ciągnęła się w nieskończoność.

     Przeznaczenie stał z założonymi rękami, oparty o ścianę kamienicy i w skupieniu patrzył na rozgrywaną przed nim scenę. "Zaraz będzie ten moment"- powiedział sobie w myślach.

     Zadowolenie stał obok Przeznaczenia, spokojny, bo Przeznaczenie opowiedział mu trochę, co się stanie. Jednak nie opowiedział do końca, więc Zadowolenie czekał na ciąg dalszy.

     Zaskoczenie czuł żal, że dał się złapać Czarnym i nie uwolnił Nadziei.

     Odwaga czuła, że opuszcza ją pewność co do tego, że Złość nie zabije Nadziejki. To samo czuła jej cała rodzina.

     Radość zamarła. "Nie. Tylko nie Nadziejka! Nie ta, co tak śmiała się w szkole z Błogości, który chodził z miną, jakby właśnie był w siódmym niebie! Nie ta, co nie odrobiła pracy domowej i dostała dwie pały, bo cały wieczór siedziała z matematyczką, tłumacząc jej, dlaczego warto się nie poddawać po stracie kogoś bliskiego! NIE TA!!!!" - myślała zrozpaczona, przypominając sobie różne sceny ze szkoły, spędzone razem z koleżanką. Po chwili zaczęła się głośno śmiać, przypominając sobie, że przecież jest Radością. Jednak śmiech jej brzmiał raczej histerycznie.

     Euforia czuła wraz z Empatią wielką pustkę. Wstrzymały oddech, czekając, aż nastąpi koniec.

     "Koniec?"- pomyślałem wtedy. Nie chciałem przecież, żeby tak się to wszystko skończyło.

     Moim marzeniem było wyprowadzenie się od rodziców, założenie rodziny, wędrówki z moim dzieckiem na rękach… Jak cudownie byłoby usłyszeć z jego ust "tata"!

     Moim marzeniem było mieć w domu pieska. Tak, małego kundelka. Albo wilczura, który nosiłby Nadziejkę na grzbiecie. Nadziejkę, która byłaby moją żoną...

     Moim marzeniem było zwiedzić cały świat. Pokochać Anglików i Big Bena; wieżę Eiffela; polowania na Alasce i piramidy egipskie. Zobaczyć kolorowe stroje indyjskie, góry Himalaje, wspiąć się na ich najwyższy szczyt z moim najlepszym przyjacielem Zadowoleniem. Kiedy byliśmy mali, mówili nam, że gadamy tak szybko, że musimy mieć jakieś specjalne dostawy tlenu, bo wcale nie bierzemy oddechu. Może udałoby nam się wejść na górę bez masek tlenowych?

     Moim marzeniem było zmieniać świat na lepsze, ale najpierw trzeba by było go poznać, wiedzieć czego chce i czego potrzebuje. Poleciałbym do Brazylii, w wenezuelskie i kolumbijskie lasy, tam, gdzie mieszkają Indianie, a gdzie żaden cywilizowany człowiek nie postawił nogi, żeby przekonać się, ile złego wyrządzili ludzie na naszej planecie i jak powinna wyglądać naprawdę...

     A może nawet zmieniłbym imię? Hej, to nawet dobry pomysł!

     Ale żeby to zrobić, trzeba uratować Nadzieję.


Opowiadanie napisane przez 12- letnią Paulinę i zamieszczone tu jako niespodzianka urodzinowa,
by uwierzyła, że to, co tworzy jest wartościowe i piękne! Dobrze, że jesteś Palinko!


Duchy bałaganiuchy Duchy bałaganiuchy
Elżbieta Safarzyńska
Opowiadanie o dzieciaku, który z niewiadomych powodów nie chce zasypiać w swoim łóżeczku. "Śledztwo" mamy pozwala odkryć przyczynę ucieczek chłopca do sypialni rodziców - lęk przed straszydłami.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 ola: 19.11.2010, 18:07
 czy można jakoś napisać do tej Pauliny?
 ...: 28.05.2009, 16:07
 Nie czytałam do końca bo długie ale ciekawe jest
 duszu: 21.04.2009, 21:13
 Tozto prawdziwe ahrcydzielo...Gratulacjante mohja drogha. Bravoo.
 Jolly: 17.04.2009, 12:35
 pisz dalej ,rozwijaj swój talent...pomysłów pewnie masz całą głowę..pozdrawiam serdecznie:)
 marlena^^...: 06.04.2009, 10:19
 Pomogłaś mi tym opowiadaniem... Polecę go znajomym... Jesteś moją ulubioną pisarką... W najgorszym momencie życia zajrzałam na tą stronę... i zrozumiałam, że nawet te najgorsze uczucia muszą istnieć...
 marlena^^...: 06.04.2009, 09:41
 Cudowne, po prostu cudowne... Pomogłaś mi Paulinko w najtrudniejszym momencie mojego życia, właśnie tym opowiadaniem... Pisz dalej... Masz talent...
 anonimkowa: 03.02.2009, 12:42
 hmm... długo się czyta, ale myślę, że warto. Tytuł niby o Straszku.. a tak naprawdę opowiadanie jest pełne dobra i nadziei:) Paulinko, pisz dalej i rozwijaj talent.
 ja: 03.12.2008, 00:27
 Bezradnosc wyprowadziła się z pustni i zaprzyjazniła się z Zaradnoscią i tj. CUD przepraszam za moj głos w nieswoim opowiadaniu... Twoja interpretacja autorko jest bezwzględnie najważniejsza.
 K 2: 02.12.2008, 21:42
 chciałabym Ci opowiedzieć o cudzie....usłysz mnie proszę!!!!
 Czana: 02.12.2008, 15:11
 Paulino, to co napisalaś jest piękne!!!! Pisz dalej i jak coś zaczniesz to dokończ, bo może być z tego niezle opowiadanie!
 (...): 30.11.2008, 13:28
 Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja.
 wiatr: 30.11.2008, 01:41
  NADZIEJA ....w Grobie ... Złożona... Kamieniem Wielkim Przywalona ... NIE UMARŁA ... lecz Żyje ... ODDYCHA ... Jej ... SERCE ... Mocno ... Poranione ... UFNOŚĆ ... Całą ...w BOGU ZŁOŻYŁO ... i ... do Trumny Przytuliło ... ! PANIE ... TAK BYć ...miało ... więc ... moje SERCE ... Duszą ...Rozumem ... Wolą ... To ... Ukochało ! PANIE ... BIEL WIDZĘ ... TO MGŁA ... TO MARYJA ...z NIEJ się Wyłania ... TO MATKA ... mojego PANA ... Kamień lekko Odsunęła ... i mnie w RAMIONA SWOJE WZIĘŁA !!! POPATRZ ... Powiedziała ... TAM DZIECINA ... MAŁA ... za TOBĄ się STęSKNIŁA ... PÓJDŹ ... RAZEM JEJ ... KOLĘDĘ ... Zaśpiewamy ... a mgłę ... zostawimy ... za nami ... niech ... minione zło ... Zakryje ... a MY ... Modlitwą Syna w Ogrodzie ... Wzmocnione ... Będziemy Opatrywać RANY ..... CIERNIOWĄ KORONĄ UCZYNIONE ... ! POPATRZ ... ANIOŁOWIE Nam ... Pomagają ... i WSPÓLNOTĘ ... Ludzkich ... DOBRYCH SERC ... UKŁADAJĄ ... Pójdź ... bo ... MIŁOŚĆ ... Nas ... Oczekuje ... i RÓŻA ... Czerwona ...w Wazonie ... też się ...Stęskniła ... i chce Ci wyszeptać Słowa ..." Moja Miła " ... i Dłoń z Dłonią ...Złączona ... UFNOŚCIĄ wzmocniona ... w Komnatach Pana Zamieszkała ... i PEŁNIA ... Zakrólowała !
 Calineczka : 28.11.2008, 09:43
 Jeśli Nadzieja ma Miłość... to znaczy, ze MA WSZYSTKO, w tym wolnośc też....! Bo tylko w prawdziwej Milości mozna osiągnąc prawdziwą wolność ....!.... Nawet od złych ludzi.... i od samego siebie! P .... ja tak uważam. Z Bogiem :)
 Calineczko : 28.11.2008, 08:02
 nadzieja nie czeka na miłosc, bo miłosci jej nigdy nie brakowało,mogłaby obdarować nią pół świata, lecz czeka na Wolnosc od złych ludzi..Ale NADZIEI NA WOLNOSC Już BRAK .wolnosc będzie w niebie. koniec.
 Calineczka : 27.11.2008, 21:04
 ... a Nadzieja .... wciąż czeka w Wierze .... na Miłość !!!!
 ktos: 27.11.2008, 07:52
 oczywiste że ten etap jest tylko dzięki Waszej modlitwie! Dziękuję choc to początek drogi. Pokój z Wami Adonai.
 marta: 26.11.2008, 18:34
 Aby do przodu. ,,Paulinko,, masz talent!
 .: 26.11.2008, 15:59
 Dzięki wielkie..głównie za adrenalinę..choć w realu jej tez nie brakuje..niczym wejscie na ośmiotysięcznik zimą ...ważne by finał był Zwycięstwem..a z Taką Wiarą ! musi byc ZWYCIĘSTWO - INACZEJ BYĆ NIE MOŻE.!!! Z BOGIEM
 wiesia: 21.11.2008, 20:39
 kapitalne opowiadanie czekam na cd wszystkiego dobrego pozdrowionka
 Gosia: 21.11.2008, 00:11
 Cudne:)..... pisz dalej Paulinko rozwijaj się i uwierz w siebie a Pan da Ci siłę
 
(1) [2]

Autor

Treść




Poprzedni[ Powrót ]Następny
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej