Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
A gdy anioły zgubią skrzydła

Na zapchanym peronie dworca w Katowicach leżała pijana kobieta. Bezdomna, brudna, śmierdząca. Przypominała szarą plamkę na czarnym asfalcie peronu. Zapędzeni ludzie omijali ją szerokim łukiem, unikając przypadkowego nawet spotkania z nią. Spod nieruchomego ciała sączyła się kałuża moczu. Pęcherz widocznie nie wytrzymał... Kilka pobożnych kobiet splunęło z obrzydzeniem za ziemię po czym przeżegnało się pospiesznie. To już szczyt wszystkiego. Jak się można tak zezwierzęcić?! Mijały minuty, widzowie zmieniali się wraz z kolejnym odjazdem i przyjazdem pociągów. Tak. Teraz będzie przynajmniej o czym dyskutować w przedziale... Nie potrzeba już będzie wysłuchiwać rodzinnych historii skoro życie podsunęło jedną, o wiele ciekawszą... Przyglądano się jej z zaciekawieniem, bo to przecież niecodzienny widok.
Widowisko przerwał wlekący się z trudem starzec w wypłowiałym, dziurawym płaszczu. Drewnianą kulą pomagał sobie w chodzeniu. Spod przydługawych spodni wystawały dwa różne buty. Lump... Ludzie spojrzeli na niego z lekką pogardą... Pewnie kompan od butelki. Zresztą chyba przyniósł kolejną, bo kieszeń w płaszczu jakoś dziwnie wypchana... No to się teraz będzie działo... Tłum pęczniał. Przypatrywał się z ciekawością, jak bezdomny niewątpliwie gość przydreptał z trudem do leżącej alkoholiczki... Odrzucił kulę... Nieludzkim wysiłkiem podniósł lecącą mu z rąk kobietę i na własnych rękach przeniósł ja na stojącą nieopodal ławkę. Pot leciał mu z czoła. Zmęczony przysiadł na moment na ławce, gładząc ręką policzek bezwładnej kobiety. Spod ciemnych powiek popłynęła łza... Wzruszony zdjął z siebie płaszcz. Wyjął z kieszeni kilka zwiniętych wczorajszych gazet. Podniósł delikatnie jej głowę i podłożył pod nią swoje okrycie. Uczynił to z ogromną czułością, tak jak matka układa do snu ukochane dziecię... kiedy spojrzał na przyglądających się ludzi, ci natychmiast spuścili oczy w przenikliwym milczeniu...
Następnie biedak wziął do rąk gazety, zaczął je miąć i wycierać nimi kałużę... Ciężko było mu się schylić, więc poruszał się na kolanach... Wilgotne kawałki papieru pospiesznie lądowały w koszu. Trzeba uprzątnąć teren aby SOK nie miało do czego się przyczepić. Zadowolony usiadł koło kobiety. Teraz już nikt nie będzie mógł jej zgarnąć do izby wytrzeźwień... Poczeka aż poczuje się lepiej... Wtedy zabierze ją do siebie, na opuszczone ogródki działkowe...
Od tego wydarzenia minęło już prawie dwa lata, ale ciągle mam je w pamięci... chyba dlatego, że pojąłem, na czym polega istota miłości. Ta przecudowna w swoim wyrazie lekcja dała mi poznać, że anioły naprawdę istnieją. Ich funkcją jest świadczyć pomoc, podprowadzać, ukazywać miłość, a taką przecież rolę odegrał miłosierny bezdomny. Upadły anioł pomagający drugiemu się podnieść... Nigdy tego nie zapomnę...
Dlaczego tak trudno zauważyć anioła? Bo wypatrujemy chmury ognia, grzmotu, szumu skrzydeł. Kierujemy wzrok w niebo, czekając z nadzieją, że niebiański gość pojawi się w tajemniczym blasku... Anioły przychodzą w inny sposób. Nudniejszy. Taki zwykły, oklepany, codzienny...

***
 Niektórym upadłym aniołom odrastają skrzydła. Naprawdę. Sam widziałem. Nie jest to takie proste jak to często bywa z tymi stworzeniami. Wymaga to wiele bólu, cierpienia i wyrzeczeń. Zresztą wydaje mi się, że każdy to zauważył, wystarczyło tylko wyjść poza czubek własnego nosa, rozchylić wygodne klapki i porządnie się rozejrzeć wokół siebie. Każdego dnia idąc ulicą widzę jak jeden czy drugi zagubiony anioł szpera w różnych brudnych zakątkach poszukując utraconego skarbu... Przyczernionymi, zapuszczonymi pazurami rozgarnia sterty papierów i puszek po piwie w nadziei, że tym razem będzie lepiej. Chociaż jeden fragment poranionego skrzydła, jedna cząsteczka nadziei więcej, jedno pióro, odcisk skrzydła. Niestety... Wielu ludzi przepędza je. Boją się spotkania z nimi, aby nie stanąć twarzą w twarz z prawdą o sobie samym... A anioły zmuszone do ciągłej ucieczki nie mogą dotrzeć do miejsca utraty skrzydeł. Chyba dlatego tak wiele upadłych piór wala się pod naszymi nogami. Anioły nie mogą wzbić się w przestworza i zaczerpnąć wolności. I dlatego tak cierpią trwając w milczącym poszukiwaniu utraconego szczęścia. Bo anioły potrzebują latać, tak jak ryba potrzebuje wody do życia. Chcą być...
Chyba nieco się rozpędziłem: anioły, skrzydła, brudne kosze, ale nie... Tak właśnie jest.
***
Spoglądając na anioły umieszczone w kościelnych ołtarzach uśmiecham się lekko. Piękne, zwiewne – choć czasem tłuściutkie – urocze stworzenia wznoszą swój uśmiech do Boga, porywają ducha do modlitwy wyśpiewując radosne Hosanna. Beztroskie byty wiecznie uśmiechnięte a przez to trochę nierealne. Być może przedstawiają niebiańską rzeczywistość, którą poznamy po przejściu bramy życia, kończąc nasze ziemskie pielgrzymowanie. Moje anioły są zupełnie inne. Ich twarz jest tak bardzo ludzka: choć czasem nieludzkie były czyny, które przekreśliły tę wspaniałą anielskość. Ich serce: jest w nich cały ocean miłości, którego nie poznały, za którym tęsknią i do którego nieustannie zmierzają różnymi drogami. Ciało: ów wspaniały dar, przez które mogą wyrażać to co w duszy gra, czasem pokrzywione chorobą czy wódą, toczone przez ciężar samotności i odrzucenia już nie jest w stanie poderwać się do lotu. Moje anioły to ludzie, których mijam na ulicy. Ludzie od których odwracam twarz, aby nie patrzeć w oczy, w których za mętną zasłoną źrenic ukrywa się milcząca tęsknota za choćby jednym spojrzeniem nie będącym litościwą pogardą. Biedne istoty zwinięte w bólu na śnieżnobiałych prześcieradłach w przytuliskach, bo w domu nie było już miejsca na starego grata. Nie pasował do reszty mebli. To wreszcie młodzi, którym zabrano dzieciństwo, alkoholicy, narkomani, okrutni, dyszący żądzą zabijania mordercy... Tacy są moi aniołowie, którym życie odcięło skrzydła, wyrwało je pozostawiając wielkie krwawiące rany, które niełatwo się goją.
***
Dziękuję Bogu za upadłych aniołów. Byłem jednym z nich. Mnie również wyrywano skrzydła, bezlitośnie pozbawiano piór przez co mój lot stawał się coraz słabszy i krótszy aż do niemożności oderwania się od ziemi. Dziś mogę latać i cieszyć się odzyskaną wolnością, choć trudno czasami poderwać się w górę... Pomagam moim anielskim braciom w podnoszeniu się z ziemi. Czasem przypomina to pierwszy, niezdarny krok dziecka. W niektórych przypadkach ten pierwszy po latach lot bywa krótki i zakończony jest bolesnym upadkiem. Łatwo się wtedy zniechęcają. Nie chcą podejmować dalszych starań, aby wznieść się w powietrze. Dlatego muszę być blisko nich, aby ich zachęcić, wesprzeć, podnieść, przytulić i opatrzyć rany, jeśli taka będzie potrzeba...
Gdzie ich spotkać? Na ulicy, w szpitalu, przytulisku, w cieniu drzewa pod sklepem monopolowym, czy za masywnymi bramami więzień. Żyją obok nas. Są jednymi z nas. Miałem szczęście podpatrzeć każdy z wymienionych gatunków, chociaż tak naprawdę jest ich o wiele więcej. Spróbuję ukazać, że każdy wie gdzie je znaleźć... Bo wszyscy bywamy aniołami, którym od czasu do czasu wysiadają skrzydła i chęci do lotu...

***

Nazywała się Ania. Pomimo swoich 60 lat była pięknym aniołem, któremu życie odjęło skrzydła. Serce jednak biło w niej o wiele mocniej, niż wtedy, kiedy z całą swobodą mogła wzbijać się w powietrze i szybować bez żadnych ograniczeń. Nie mogła mówić. Wylew do mózgu sparaliżował połowę ciała wraz z układem mowy co przynosiło Ani ogromne cierpienie, zwłaszcza w tych rzadkich chwilach, kiedy odwiedzały ją dzieci, wnuki czy inni życzliwi ludzie. Nie było to częste. Bardzo lubiłem z nią rozmawiać, chociaż nie był to normalny dialog. Siadywałem na skraju szpitalnego łóżka, chwytałem ją za drżącą, zimną rękę pokrytą gęstą siecią żył, drugą dłonią gładziłem po policzku. Zwyczajnie uśmiechałem się do niej patrząc jak spod grubych okularów wypływa mała łza, jedna, druga i kolejna... Owe maleńkie błyszczące kropelki musiały mieć w sobie coś niesamowicie uzdrawiającego, bo oto kiedy zbliżały się do kącika wyschniętych warg, te wykrzywiały się w przepięknym grymasie uśmiechu.
Kiedy dogoniła ją choroba, wydawało się, że cały świat oczekiwań, marzeń i planów legł w gruzach. Rzeczywiście, kiedy ją spotkałem po raz pierwszy, wyglądała przygnębiająco. Siedziała skulona na wózku inwalidzkim gdzieś na końcu korytarza, czekając na to, by ktoś położył ją wreszcie do łóżka. Jej świat zawężony został do białego horyzontu szpitalnych ścian, ludzie z którymi przebywała na sali nie zagrzewali tu miejsca na długo. Jednym cichym westchnieniem oddawali duszę Panu kończąc ziemski lot. Umierali często, samotnie, w bolesnej agonii, w nieświadomości... Ona jedna trwała jak milczący świadek kruchości ludzkiego istnienia... Taki był jej świat, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Tamtego sobotniego popołudnia nie umiałem przełamać się, aby podejść i zatrzymać się przy niej na dłuższą chwilkę. Po chwilach wahania udało mi się wykonać zaledwie kilka kroków naprzód, przywitałem się, po czym zorientowałem się, że ona nie potrafi mówić. Zrezygnowany życzyłem powrotu do zdrowia i pospiesznie uciekłem stamtąd. Nie lubiłem tego smutku w jej oczach. Przygnębiał mnie, budził we mnie strach.
Pewnego dnia przechodząc pośród chorych zatrzymałem się przy niej i tak odruchowo pogładziłem ją po głowie. Uśmiech... szczęście... łzy... Od tamtej chwili zatrzymywałem się przy Ani. Po prostu powtarzałem gesty: uścisk dłoni, delikatnie całowałem ją w policzek, chwytałem za dłoń i siedzieliśmy w łagodnym milczeniu. Po kilku chwilach widziałem jak powoli jej dusza napełniała się pokojem i uśmiechem. Oczy niegdyś ciemne i bez wyrazu nabierały blasku. Kiedyś pochyliłem się nad nią, aby jak zwykle pocałować ją w czoło na pożegnanie i usłyszałem jedno z najpiękniejszych słów w życiu: nieporadnie i z wielkim bólem wyszeptane „dzię ę ęękuję”. Znowu pojawiły się łzy, tym razem w moich oczach... Od tamtej pory wiedzieliśmy, że chociaż skrzydła nigdy już nie rozwiną się do lotu, to dusza oderwie się od ziemi, wzbije się ponad ból, lęk i strach, bo poderwie ją miłość, ta najzwyklejsza, objawiona w prostych czynach. Nasze rozmowy nauczyły mnie wiele. Wystarczają drobne gesty życzliwości, aby dać znękanemu człowiekowi nadzieję. Nadzieja powoduje, że skrzydła zaczynają łagodnie szykować się do lotu... Być może nigdy nie zostanie on w pełni zrealizowany, ale już samo oderwanie się od ziemi niesie w sobie pragnienie czegoś więcej.... Owo „więcej” zajaśniało w jej oczach.
Już więcej nie spotkałem Ani. Nie wiem, czy jeszcze żyje, czy może przekroczyła już bramę życia... To był jeden z najpiękniejszych aniołów jakie spotkałem...
Nie potrafił latać, ale poderwał mojego ducha do jednego ze wspanialszych lotów: służby drugiemu człowiekowi...

***

Kolejny anioł sam przyszedł do mnie. Niezapowiedziany.
Dzwonek do drzwi... „Cholera, kogo tu przywiało”. Wyjrzałem przez rolety. Przed domem stał jakiś dziwny typ. Brudny, rozczochrany, z reklamówką w ręce. Pomyślałem sobie: „znowu jakiś cholerny oszust, któremu nie chce się pracować...” Miałem go przegonić, ale coś mnie tknęło. Wyszedłem z domu, podszedłem do furtki. Uderzył we mnie smród. Nie wiem czy widzieliście na dworcu bezdomnych, którzy nie myją się miesiącami. Słodkokwaśny zapach wydobywający się zza pożółkłego kołnierza, odór moczu, który wżera się brutalnie do naszego wnętrza powodując gwałtowne odruchy wymiotne... Nie da się usiąść koło nich. Od razu budzi się obrzydzenie...
- Przepraszam. Jestem głodny...Czy mógłbym dostać coś do jedzenia? – Opierał się o ogrodzenie, bo alkohol mocno uderzał do głowy. Czarne palce kurczowo ściskały reklamówkę, na której dnie znajdowało się kilka sprasowanych puszek po piwie. „Zbieracz złomu... Bezdomny... Pijak... Nierób... Oszust... biedak”: te i inne myśli cisnęły mi się do głowy.
- Pójdę zobaczę czy coś jest, ale niczego się nie spodziewaj – powiedziałem z lekkim zdenerwowaniem w głosie, bo popsuł mi pisanie pracy. Straciłem wątek. Odwróciłem się i poszedłem do kuchni. Miał szczęście. W lodówce był jakiś smalec, zrobiłem więc kilka kanapek, wróciłem do furtki, wcisnąłem jedzenie do ręki.
- Do widzenia– powiedziałem, choć po chwili zorientowałem się, że biedaczyna jakby posmutniał. Odwrócił się i poszedł pomału wzdłuż ulicy, chwiejąc się lekko i szurając nogami. Dwadzieścia metrów dalej usiadł przy murku i zaczął jeść te kanapki. „No dobra, nie oszust. Ten chyba naprawdę był głodny”. Usiadłem zadowolony, bo dokonałem wielkiego dzieła: nakarmiłem bliźniego.
Następnego dnia błogi spokój panujący na dyżurze przerwany został ostrym dźwiękiem dzwonka. Jeden raz. Potem następny... Pomyślałem, że to poczta, więc poprawiłem włosy i wyskoczyłem przed dom a tu... cholera jasna... Dwóch bezdomnych. Jeden z nich uśmiechnął się nieśmiało. Poznałem go: to wczorajszy bezdomny. Jemu mogę zaufać, ale ten drugi... jakiś podejrzany... Trzeba go sprawdzić.
- Dzień dobry. – dzisiaj wydał się nieco inny, głos brzmiał słabo, ale ciepło – Jest nas dwóch, dostaniemy coś do jedzenia? A może jeszcze trochę wody do picia? Gorąco jest...
- Poszukam. Poczekajcie.
Znowu mi się nie chciało. Iść do kuchni to kawał drogi, potem trzeba było poszukać chleba, jakiś słoik na zupę, coś na wodę. Kurcze! Czego to właśnie mnie spotyka. Zawsze ja muszę to robić... A inni nie mogą dawać im jeść? Z niechęcią zabrałem się do pracy. Podając jedzenie zawinięte w kawałek folii dostrzegłem w ich oczach smutek, który coś mi przypominał, choć nie potrafiłem tego dokładnie określić. Długo przyglądałem się, jak oddalali się przekazując sobie z rąk do rąk kawałek chleba...
Nagle zaświtało mi w głowie, że tym ludziom potrzeba czegoś więcej, niż zwykłego jedzenia. W ich oczach jaśniało pragnienie bycia zauważonym. Zrozumiałem w czym leży problem. Dałem im chleb, ale nie dałem im serca. Gest, który nawet jest dobry, ale nie wypływa z głębi serca, nie zawsze potrafi zbudować drugiego człowieka. Jedynie miłość ma tę moc, że najmniejsze sprawy, banalne gesty nabierają innego znaczenia. Miłość nadaje życiu sens... To wielka prawda.
Od tamtej pory Andrzej z kolegą pojawiali się wielokrotnie... Stał się moim znajomym. Andrzej stracił pracę, pieniądze szybko się rozpłynęły, musiał opuścić wynajmowany dom, przygarnęła go ulica... W mieście, które pretenduje do miana kulturalnej stolicy Europy a przynajmniej Polski, nie znalazł się kąt, gdzie mógłby rozpocząć na nowo życie. Andrzej walczyłby dalej o prawo do godnego życia, ale pobyt na ulicy powodował, że ubranie przecierało się, broda rosła a zapach ciała w niczym nie przypominał dobrych perfum... W takim stanie trudno udowodnić, że nie jest się pijakiem... I tak stopniowo, dzień za dniem tracił nadzieję na wyrwanie się z tej brutalnej, śmierdzącej rzeczywistości... Zbiera złom, aby kupić alkohol. Żeby jakoś ciągnąć swój wózek zwany życiem, bo ten na złom stoi i rdzewieje na działce. Niestety konkurencja działa. Kiedy podjechał pod jeden płot, aby zabrać leżący pod nim żeliwny kaloryfer, pamiętający jeszcze Niemca, dosięgły go wszechobecne macki złomiarskiej mafii działającej w tej części Wrocławia. Zwykłe, łyse już motocyklowe opony nie wytrzymały cięcia kuchennego noża konkurencji... Dwa proste ruchy zniszczyły szansę na lepsze życie. Bez wózka Andrzej był niczym. Nowe opony pozostawały poza zasięgiem jego marzeń. Stracił nadzieję, że kiedyś będzie lepiej. Aby ukoić ból, zaczął pic jeszcze bardziej. Okazji było raczej sporo. Takim jak on oferowano różne roboty, ale jeszcze przed wypłatą częstowano alkoholem, żeby przypadkiem nie mieli za wysokich wymagań. Stąd nie miał majątku, tylko czerwone, zapijaczone oczy w których nie dało się jednak stłamsić najprostszego marzenia każdego człowieka na ziemi: kochania i bycia kochanym... Prosta nieogrzewana buda w ogrodzie działkowym stała się jego lokum, zarówno w upalne letnie dni, jak przeraźliwie zimne zimowe noce... Nie potrafię mu pomóc stanąć na nogi. Jedyne co umiem, to podać mu kanapkę, kiedy jest głodny. Podać mu rękę na przywitanie, porozmawiać, poświęcić mu chwilkę... dać mu odrobinę serca...
Smutno mi kiedy widzę Andrzeja pijanego, kiedy leży pod drzewem półprzytomny. Nie marzy nawet o poderwaniu się do lotu. Może kiedyś mu się uda... ja w to wierzę.
PS: Ten drugi nazywa się Radek.
***
Nie wiem czy znacie Wrocław. Piękne, nowoczesne miasto, gdzie na styku dwóch światów: gotyku i nowoczesności rodzą się nowe pokolenia aniołów, które pogubiły skrzydła. Spotkasz ich wszędzie. W tym oto cudownym mieście wznosi się majestatyczny gmach z czerwonej cegły otoczony wieńcem z drutu kolczastego. Wysokie mury, strzeliste wieże a całość zwieńczona czerwoną dachówką. Niebieska brama pilnie strzeżona. Więzienie przy ulicy Kleczkowskiej...
To tutaj nauczyłem się najwięcej o upadłych aniołach. 1500 mężczyzn i ponad dwieście kobiet, ogrom ludzi, którym życie podcięło skrzydła. Tysiąc siedemset aniołów a każdy z nich innego rodzaju, innego zabarwienia i historii. Łączy je jedno: wyrwane brutalnie skrzydła, utrata podstawowego prawa do wzbijania się w przestworza. No i smutek. Ale wszystko po kolei.
Moim wielkim marzeniem było poznać tych ludzi. Dużo o nich słyszałem. Jeden stracił skrzydła podrzynając gardło swojemu wspólnikowi. Gdzie indziej matka morduje siedemnastoletniego syna, bo ten „przeszkadza jej w realizacji planów życiowych”. Wielu zagubiło się zaczynając niewinnie od jednej działki, tak na uspokojenie. Kończyło się na pobiciu staruszki, w której torebce było tylko 20 nędznych złotych... Moje dawniejsze nastawienie do nich było jednoznaczne: śmierć za śmierć, kara musi być okrutna i bolesna, żeby jakoś wykorzenić zło.
Kiedy pierwszy raz przekraczałem bramę więzienia czułem dziwny niepokój. Nie wiedziałem czego się mogę spodziewać, bo przecież nie da się porównać spokojnej pracy z chorymi babciami ze spotkaniami z niebezpiecznym elementem... troszkę się bałem, wstyd to powiedzieć, ale ogarnął mnie strach.
Po załatwieniu formalności, pozostawieniu dokumentu tożsamości, zostałem przywitany przez kapelana więzienia, o. Włodzimierza, misjonarza oblata. Usłyszałem za sobą metaliczny trzask zamykanej bramy i tak nagle w połowie dnia znalazłem się w największym więzieniu Wrocławia. Stalowe bramy otwierały się i zamykały za nami w miarę jak przesuwaliśmy się do przodu. Za jedną z bram zobaczyłem jak w metalowej klatce, za grubymi kratami na przyjęcie pod celę czekała Cyganka: stara, ciemna, ponura, odrażająca. Trzymała w ręku zawiniątko z ubraniami. Na nasz widok odwróciła głowę, bojąc się spojrzeć nam w oczy.
Wreszcie dotarliśmy do celu... już na mnie czekali. Ubrani w szare drelichy spod których wyglądały kolorowe bluzy z charakterystycznymi firmowymi paskami. Było ich trzydziestu kilku, jak się dowiedziałem później, w większości młodzi ludzie siedzący za pobicia, kradzieże i morderstwa. Pierwsze spotkanie było trudne, pretensjonalne, pełne nieufności. Młodzi gniewni chcieli gotowej odpowiedzi na to, dlaczego muszą tu gnić... Nie znałem jej... Dopiero później odkryłem, że leży ona w nich samych. Powiedziałem im wtedy troszkę o sobie i o tym jak Jezus przywrócił mi życie, o tym jak mogłem być jednym z nich, ale On chciał inaczej poprowadzić moje życie.
Przez rok czasu poznałem różne indywidua: Darek, który zawsze próbował zbijać mnie z tropu różnymi przewrotnymi pytaniami. Był niewinny, przynajmniej tak twierdził chociaż cztery lata odsiadki w izolatce nie za bardzo potwierdzały tę wersję. Burza, ciemny, wydziarany, oczy podkreślone czarną kreską, małomówny. Roześmiany, pogodny Szrek, Piotrek, który wpadł po dziewięciu latach gangsterki. Bęben vel Artur, nieufny, negujący prawie wszystko, ale od czasu do czasu dało się z nim porozmawiać. Wreszcie Świr, wychowany na filmach porno niewysoki blondyn. Gdy się przedstawiał, powiedział sam o sobie, że jest najbardziej porąbanym człowiekiem w całym więzieniu. Trzy razy przybijał człowieka gwoźdźmi do drzwi. Kochał zadawać ból... Jedyne czego potrzebował to prochy i filmy... Są też inni. O każdym z nich można napisać książkę. Ich życiowe dramaty byłyby niezłą pożywka dla reżyserów filmowych czy autorów tanich powieści kryminalnych.

***

Chciałbym opowiedzieć o jednym z nich, Januszu, który 15 lat młodego życia spędził pod więzienną celą. 25 lat wyroku, popularna ćwiara za głowę, to znaczy za zabójstwo.
Janusz, niespokojny duchem, wysoki brunet, krótko ostrzyżony, w fazie odrastania skrzydeł. Szykuje się do lotu. Zaczyna samodzielne próby i nawet grube, hartowane pręty w oknie celi nie są w stanie powstrzymać jego zamiłowania do latania... Jak wspomniałem, Janusz siedzi za zabójstwo. Pozbawił planów, marzeń, życia, jednego człowieka. To było piętnaście lat temu...
Kiedy przyszedł na świat nikomu nie przyszło do głowy, jak wielka tragedię przeżyje to maleńkie wówczas dziecko. A nawet gdyby przyszło, to i tak nikt by się tym nie przejął. Janusz, poczęty podczas alkoholowej libacji nie miał żadnych szans na normalne dzieciństwo. Bidulec – to jego pierwszy dom. Z pierwszego został brutalnie wyrzucony, jako bezużyteczny, kilkumiesięczny problem. A problemów w domu było już za wiele...
Jego dorastanie przyniosło kolejne rozczarowanie światem: w szkole był tym z bidulca, którym dowolnie można było pomiatać... Ile razy zarobił w zęby od dzieci z dobrych domów, tego już sam nie pamięta. Gęba może się przyzwyczaić ale w sercu zostają wyryte głębokie bruzdy, które mogłaby uleczyć jedynie miłość, ale tej Janusz nie zaznał... Stąd szybko nauczył się odpowiadać agresją na agresję, ciosem na cios, co nie podobało się jego wychowawcom z domu dziecka. Często podkreślano, że i tak jest wielka łaską, że może tam mieszkać... Kiedy już podrósł, doświadczył po raz pierwszy, że jest komuś potrzebny. Pojawili się przyjaciele, którzy na każde zawołanie starali się, aby nic mu nie brakowało. Potrzeba było tylko odrobiny lojalności... Kradzież samochodów pod wpływem narkotyków to niewielki dowód wdzięczności za okazane serce... Janusz wszedł w układy z cyganami. Płacili świetnie a poza tym super byli z nich kolesie. Był wreszcie niezależny. Mógł kupić sobie miłość, nawet usłyszeć „kocham cię”, kiedy tylko tego zapragnął... Na jednej z wrocławskich dzielnic był kimś. Bano się go.
Miał jednak za dobre serce. Nie bardzo potrafił mówić nie, stąd ulegał często namowom i „okazyjnie” brał udział w różnych „akcjach”... Dobre serce zgubiło go. Kiedy dręczyły go wyrzuty sumienia, chciał skończyć z tym wszystkim. Wycofać się...
Zaczęły się szantaże. Kilka razy grożono mu, że przeciągną go liną za samochodem. Pobito go. Tamtego popołudnia przyjechał cygan, młody gówniarz, cwaniaczek... Wyjął giwerę i zaczął go straszyć. Janusz nie wytrzymał psychicznie: chwycił za żelazny łom i uderzył gówniarza w głowę. Kilka razy... Jak potem mówił, młody mógł jeszcze przeżyć. Bał się jednak mu pomóc. Kiedy cygan zmarł, próbował ukryć ciało, ale nie udało się. Wpadł.
Od pierwszej chwili potraktowano go jak najgorszego zwyrodnialca. Bito go na przesłuchaniach. Bito pod celą, kiedy wszedł tam z wyrokiem w ręku. Bito, kiedy mówił, że mu ciężko... Nie wiedział jeszcze, że w pierdlu nie wolno być mięczakiem. Za to dostaje się w mordę. Trzeba być twardym i git... Pomału poznał więzienne prawo. Tutaj jedynym panem i władcą jest klawisz, który leje w mordę kiedy i za co chce... Tu albo grypsujesz, albo żeś frajer, cwel, szmata... Z upływem lat nauczył się wiele... że słowo „resocjalizacja” istnieje tylko gdzieś na papierze, albo w wybujałym umyśle jakiegoś tłustego urzędasa, który nie ma zielonego pojęcia o rzeczywistości.
Wiele razy załamywał się. Chciał skończyć z sobą. Pragnął odrzucić ciężar wlokący się za nim przez całe lata, wypowiedzieć słowa, które nigdy nie przeszły mu przez gardło... Zapisał się na rozmowę z więziennym psychologiem, ale osiem miesięcy czekania w kolejce rozwiało nadzieję na spotkanie z człowiekiem. Rzucić się na linę skręconą z porwanych prześcieradeł, czy też połknąć przemycone przez uprzejmego klawisza prochy okazało się dla niego zbyt łatwe. Nie chciał śmierci dla niej samej chociaż nie była mu obca. Przychodziła w nocnych koszmarach, dusiła swoją brutalną rzeczywistością. Czuł gdzieś wewnętrznie, że chociaż spaprał swoje życie, to jeszcze jest szansa na coś więcej. Że ma prawo do życia i to życia w pełni. Wbrew wszystkim...
[...]
Gdy go poznałem, był już zupełnie innym człowiekiem. Przemienionym. Lepszym. Co nie znaczy że z jego twarzy zniknęło charakterystyczne więzienne piętno. Jest nim ten zgaszony blask w oczach i to niezależnie od stażu za kratkami czy miejsca w więziennej hierarchii. W szarej, więziennej rzeczywistości spotkał Miłość, która po raz pierwszy w jego życiu przedarła się przez zamknięta bramę jego serca. Owe doświadczenie złamało go. Zwaliło z nóg.. Żeby powstać musiał więc uklęknąć...
Całe życie uciekał od Kościoła. Był ochrzczony, ale wcale go nie obchodził... W szkole próbowano wmawiać mu jakieś niestworzone rzeczy na katechezie, ale zawsze traktował to z przymrużeniem oka. Takie rzeczywistości jak krzyż, oddanie życia za innych, dobrowolnie przyjęte cierpienie były niezrozumiałe, głupie, ciemne. Fakt, przyjmował fakt istnienia Jezusa, ale nigdy jako boga. Dla niego był on jedynie prostym człowiekiem, który nie wiadomo skąd umiał czynić różne cudowne rzeczy. Janusz widział w swoim życiu już tyle dziwactw, że niewiele mogło go zaskoczyć. Cuda Jezusa także. No, może gdyby uczynił cud, że bramy tego cholernego więzienia się rozpadną a wyrok byłby anulowany... ale nie, wiedział dobrze, że takie rzeczy się nie zdarzają. Lepiej stąpać twardo po ziemi.
Mimo to Jezus sam do niego przyszedł. Inaczej... przyszedł do niego więzienny klecha, to znaczy kapelan z propozycją rozmowy. Ciężko było zacząć. Nigdy nie ufał czarnym. Kojarzyli mu się z wyzyskiem, wciskaniem kitu ogłupiałym ludziom i udawanym celibatem. Podobni byli do poborców podatkowych pobierających szybko kopertę za pokropienie wodą mieszkania w czasie zimowej kolędy. A jednak zaryzykował rozmowę. Ten dziwny człowieczek w śmiesznych okularach okazał się nawet fajnym gościem. Nie krzyczał, nie wpadał w dziką euforię, kiedy słyszał o kradzieżach, o zabiciu tego człowieka i o tym, jak bardzo go to męczy. Słuchał... Od czasu do czasu zadawał jakieś pytanie. I znowu słuchał, nie przerywając wypowiedzi. Kiedy już opuszczał celę spokojnym głosem powiedział, że zna sposób na pozbycie się tego ciężaru. Zaproponował spowiedź, ale jej termin zależeć miał od decyzji Janusza. Nic na siłę... Powiedział też, że może przychodzić na więzienne katechezy do kaplicy, jeśli ma ochotę. Kiedy pozwolono mu tam pójść po raz pierwszy nie spodobało mu się. Czuł się wyobcowany, a klepanie pacierza to nie było to co lubił. Kapelan mówił też wtedy o miłości Pana Boga do każdego człowieka, o tym, że w Jego Krzyżu giną wszystkie ludzkie grzechy o ile tylko człowiek zechce Mu je oddać. Podobno nie ma człowieka, któremu nie można odpuścić win, jeśli tylko on sam tego zechce. Dziwne... czuł, jakby te słowa były skierowane specjalnie do niego. Od lat wlókł za sobą ogromny wór popełnionych win, pretensji, żalu za utracone dzieciństwo. Nie chciał mówić o tym nikomu, przecież to była jego prywatna sprawa, więc co komu do tego... Ale ten ksiądz mówił, że trzeba je powiedzieć na głos w sakramencie spowiedzi. Przyznać się do słabości przed drugim człowiekiem?! Nie... To za dużo jak na jeden raz...
Leżał potem na więziennej pryczy. Bił się z myślami. Chciał zrzucić z siebie ten okrutny balast, ale bał się ośmieszenia. Bał się że nie będzie potrafił wyspowiadać się, że się skompromituje... Postanowił porozmawiać o tym z klechą... Rozmowa pomimo obaw poszła łatwo. Powiedział o swoich problemach. Lękał się wyśmiania. Kapelan spytał tylko czy wierzy, że Jezus może zrobić w jego duszy porządek. Że może odpuścić całe popełnione dawniej zło. Janusz zaryzykował. Uwierzył. Janusz po prostu mówił a kiedy skończył, kapelan położył ręce na jego głowę, modląc się po cichu. Na słowa „Bóg Ojciec miłosierdzia ... niech ci udzieli przebaczenia i pokoju, i ja odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” Janusz poczuł jakby ogień ogarniający jego wnętrze. Ogień, który spalał całe zaległe w niej zło, oczyszczał, wyzwalał, przynosił pokój. Jezus wywiązał się obietnicy, czuł to wyraźnie... Płakał jak dzieciak. Szlochał, dotknięty gorącym ogniem Miłości Boga, który przebacza każdemu, nawet jemu. Teraz stało się to jego rzeczywistością.
Zachwycił się tą darmową miłością Boga, który działa w tak prosty sposób: za pośrednictwem drugiego człowieka... Nie była to miłość spod więziennego prysznica zakończona pragnieniem jak najszybszego zmycia z siebie brudu, który zaległ na ciele i w duszy... Ta Miłość była bezwarunkowa i jak zwykle nieoczekiwana. Marnotrawny syn wpadł wreszcie w ramiona stęsknionego Ojca...
[...]
Dziś Janusz, jak wspomniałem wcześniej, powraca do życia. Miłość, którą doświadczył kilka lat temu nadała jego odsiadce nowy kierunek. Nawet gdy przychodzi zwątpienie do ponurej celi, on ma nadzieję. Gdy fale przemocy uderzają w budynek jego życia, on trwa dalej, bo fundament założył na mocnej Skale... Czeka na lepszy dzień, bo wie, że jest szczególnie ukochanym dzieckiem Boga, który nie wyparł się swojego dziecka, lecz cierpliwie czekał. Opłacało się czekać...

***

Dlaczego moje anioły tracą skrzydła? Jest wiele przyczyn. Najważniejszą jest brak miłości, która jest sensem każdego istnienia. Bez miłości anioł nie poderwie się do lotu. Nie wzbije w przestworza...
Tym co pozbawia je skrzydeł jest ciągłe jak ja żałuję, że się urodziłeś... nie mam czasu dla ciebie... przyjdź później... już cię nie kocham... nienawidzę Cię...
Kilka słów zabijających ducha. Powtarzane codziennie skutecznie unicestwiają tę najwspanialszą ludzką kondycję: odrywanie się ponad ziemską, szarą rzeczywistość.
Ania zwątpiła w sens istnienia, dopóki nie odczuła, że może być kochana nawet a może szczególnie w momencie jej choroby i opuszczenia przez wszystkich. Andrzej z Radkiem naprawią wózek i na nowo rozpoczną zbieranie złomu. Będą pić. Upadlać się. Przeżywać swoją drogę krzyżową, aż do chwili, gdy zobaczą, że ich życie ma wartość w oczach Kochającego Ojca, który wciąż czeka. Może warto im powiedzieć o tej miłości...
Janusz pomału ćwiczy. Opanowuje ruchy skrzydeł. Dół... Góra... Dół... Góra... Upada, ale upadek już go nie przeraża, nie paraliżuje jego chęci do życia. Każdy upada. Ale każdy może się też podnieść, wystarczy tylko chcieć. Ziemia już go nie kręci... Chce poderwać swoje życie i szybować wbrew tym wszystkim, którzy twierdzą, że nie ma szans na normalne życie...
I ja... któremu czasami ziemia staje się tak bliska. Ja, upadający często anioł, któremu tak trudno kochać i przyjmować miłość drugiego człowieka...

Każdy chce odczuwać owo najwspanialsze uczucie świata, że kocha i jest kochany. Jeśli zabraknie miłości, świat przestanie istnieć. Jedynie miłość nadaje światu kierunek działania. Każdy upadek, lęk, strach zaczyna się wtedy, gdy zabraknie miłości, kiedy kończy się wiara w sens jej istnienia. Wtedy ziemia stanie się najsmutniejszą planetą we wszechświecie... a jej mieszkańcy to miliardy bezskrzydłych aniołów uwiązanych do ziemi. Obojętnych na wszystko, samolubnych, letnich... Jak ów tłum stojący na dworcu w Katowicach.
Chyba, że znów pojawi się jakiś piękny anioł. Posłaniec samego Boga, który ukaże nam zawstydzonym, że miłość to nie wielkie górnolotne słowa, ale zwyczajny prosty czyn, płynący prosto z serca... Aniołom pomóc mogą tylko kolejni aniołowie. Nie szkodzi, jeśli od czasu do czasu sami nie potrafią odrywać się od ziemi. Po to są kolejni aniołowie, aby pomóc. I tak dalej i dalej... Ich prosta miłość wyrażana w prostych czynach dokona cudów. Bo to miłość sprawia, że skrzydła na nowo uniosą w powietrze.
A może ja będę tym dobrym aniołem dla innych ludzi? Spróbuję... Chyba warto...




Arkadiusz Wawer


Mój przyjaciel kundel rudy Mój przyjaciel kundel rudy
Leszek Aleksander Moczulski
Książeczka zawiera wesołe wiersze o przygodach kundelka Dingo. Tekst uzupełniają kolorowe ilustracje... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 asia: 06.01.2015, 18:39
 BÓG ZAPŁĄĆ ZA PRZEJMUJACE PIEKNE SŁOWA - MOZE I MNIE JESZCZE ODROSNA SKRZYDŁA -NIECH PAN CI BLOGOSŁAWI
 Przemysław (Zagreb) :): 04.01.2015, 02:20
 Dziękuję Arku za uchylenie rąbka anielskiej tajemnicy (zawodowej) ;) Piękne świadectwo i sugestia jak stawać się dobrym aniołem oraz jak ich rozpoznawać - czy latają, wznoszą się, czy też upadają. Podziwiam Twoją determinację w trzymaniu fasonu miłości miłosiernej w czynie a nie tylko na papierze= dla uspokojenia sumienia jałmużny. I tutaj Papież Franciszek, tak sądzę, byłby z Ciebie dumny. Pozdrawiam serdecznie, życząc aby Nowy Rok przyniósł Ci w darze mocne, silne skrzydła wspomagające w przemierzaniu drogi do Boga.
 
(1)

Autor

Treść




Poprzedni[ Powrót ]Następny
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej