Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
ks. Jerzy Szymik

Śmiech i płacz

[ Kyrie ] [ Śmiech i płacz ] [ Zorze i jaskółki ] [ Z kroniki ] [ Świat jest lustrem ]
[ Choroba, brak leku, modlitwa ] [ Wieczór ] [ Pomysł na scenariusz ]
[ Ratzinger ] [ Miasto ] [ Kolejny koniec filmu ]
[ Koncert Tiny Turner w Amsterdamie, na styku tysiącleci ] [ Urvertrauen ]
[ Tryptyk z Henckenhagen ] [ Rozmowa ] [ W górach, latem ]

Kyrie

Panie,
jest inaczej
niż być miało

ani góry,
ani morwy
nie rzucają się w morze na moje słowo

nieustannie idzie na burzę,
nieustannie czerwieni się zasępione niebo.
fale zalewają łódź. a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne

mam kilka ryb,
siedem chlebów
i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia

dotykałem tylekroć
Twojego płaszcza,
a nie jestem zdrowy

Ojciec Niebieski
ma coraz mniej pracy
z liczeniem moich włosów

a jestem w gorszym
położeniu niż Jair,
bo nie mam córki

mam oczy, a nie widzę,
mam uszy, a nie słyszę;
często też wpadam w ogień i w wodę

moje oczy wilgotnieją nieraz, ale nie od twojej śliny,
stąd też widzę niewyraźnie

ani odcięta prawica,
ani wyłupione oko
nie uczyniły mnie lepszym

tęsknię za Tobą.
Ulituj się nade mną.
Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić

    Lublin, 18 grudnia 1999 r.




Śmiech i płacz


        Ks. Januszowi St. Pasierbowi


właściwie się nie różnią,
wywołują je te same banalne bodźce:
nagły telefon, strzelona bramka, wnętrze prowincjonalnego kina, oszroniony
peron, pusty, z chusteczką w oknie umykającego pociągu (przeklęta
sentymentalność), koniec wojny, egzamin, kostnica bądź
porodówka, twarz na fotografii, słowa ułożone
w nieporadne zdanie, biel lekarskiego kitla,
zwiastuna życia lub śmierci.
W formie sztucznej i wyrafinowanej
wywołują je łaskotki bądź tortury.
l te przejścia słynne:
ze śmiechu w płacz, z płaczu w śmiech.
Typowo ludzkie, częste, niepojęte, irracjonalne, płynne.
Fizjologia obu jest
śmiesznie prosta i płaczliwie tandetna.
Niezbyt zrozumiałe są więc dla chemika
skurcze twarzy, grymasy, spazmy, zachłyśnięcia
choć są znakiem i skutkiem
zachłystywania się życiem
więc znaczą wiele

znaczą twarz stygmatem zmarszczek,
arcyludzkie: śmiech i płacz.
Nawet jeśli były wystarczająco mocne,
zostaje po nich niewiele:
nierówny oddech,
mokra twarz,
przekonanie, że żyjemy naprawdę.

    Lublin, 11-13 grudnia 1998r.


Zorze i jaskółki

Jak kość w gardle
ten wieczór
Jak brzęk szkła
które przetnie, skrwawi, zamąci
ta muzyka
Jak sól w różowych ustach rany
te słowa
Jak wieczny odpoczynek
to milczenie

ufaj
mimo wszystko

żyj
próbuj
kochaj.
To jest możliwe
na przekór
logice i pamięci

spójrz:
nad twoją głową
zorze i jaskółki

    28 czerwca 1997 r.




Z kroniki

            "Drżenie metafory pulsowanie istnienia...
           Czyż nie jest to ten sam gest?"
                                          K. Drecka

dwudziesty ósmy dzień czerwca
owego słynnego roku.
Nastrój podniosły,
żadnej otchłani pod stopami, ani
też gdziekolwiek; popołudnie, lato,
ludzie-dobrzy.
Zapachy: miód, ognisko, jabłka.
Głosy: trzmiel, jaskółki, motocykl, flet.
Kolory: leszczynowa zieleń, na niej plamki
słońca, złocistości przeróżne z domieszką rdzy,
karminu, czerni. Z czasem coraz ciemniejsze, stonowane;
noc.
Dotyki: zgrzane twarze dzieci, ich pot, wilgoć na opuszkach
palców, chropowatość kory, przenikliwe zimno oszronionego
szkła.

Ukłucie, dreszcz.
Spodziewany w takiej chwili.

Przeczucie najpierw,
potem pewność

    28 czerwca 1997 r.




Świat jest lustrem

leżymy na wonnej trawie
płyną nad nami obłoki

lato się w nas przegląda
jak słońce w lipcowym stawie

jak modlitwa w modlitewniku
jak niebo w niebieskim oku

jak Bóg w tym co
ranliwe
przebite na wylot
trafione śmiertelnie
stracone na zawsze
wierne
    lipiec 1997 r.




Choroba, brak leku. Modlitwa

            "Kocham cię jak Irlandię"
                                          (z piosenki)

Boże drogi,
jakie to wszystko byłoby proste,
cholernie proste. Jakże bylibyśmy szczęśliwi,
wyciszeni, skupieni na tym co pewne i nieważne. Jakież to
symfonie konstruktywne przetaczałyby się przez naszą
uporządkowaną wyobraźnię

jakiż jasny,
jakiż piękny byłby cel.


Gdybyśmy tylko nie kochali.


Na (nie)szczęście
miłość jest naszą przypadłością nieuleczalną.
Niektórzy powiadają, że odpowiedzialne za ten stan rzeczy są geny.
A najodważniejsi, że nasz początek w Tobie.
Choroba atakuje
coraz to nowe tkanki, narządy.
Potem finał, czyli
niszczące przerzuty.

Boże,
wykończy nas ta miłość
wykończy.
Ukrzyżuje

    29 maja - 15 listopada 1998r.




Wieczór

słońce
prześwietla pajęczynę,
przemienia szklankę w czarodziejskie puzderko,
przegląda się, narcyz, w tysiącu wiśni naraz,
w naiwnych twarzach bratków,
najłagodniej dogrzewa
wieczór

trwa święto.
Trwoga płynie ukryta
w zacienionych, nieprzeźroczystych korytarzach żył.
Zrgoza odepchnięta, w popłochu i rozsypce, przegrupowuje
siły, by jutro uderzyć znienacka.
Śmierć poza zasięgiem pamięci.
doświadczenia, ręki, bliskich.
Wieczór

    Pszów. 13 lipca 1998 r.




Pomysł na scenariusz

A więc świerszcze. Ospale i rzewnie, długo. Letnia noc.
Za oknem granat, aksamit, upał. Na łóżku książka
i oni. Biała lampa. Wąskie
kreski ust.

Czyjeś pukanie do drzwi. Jej krzyk.

Wrzaski dzieci. Jak świder, jak nóż.

Potem cisza. Już poranna,
słoneczna i głucha.
Nie widzę, nie czuję, nie dotykam.
Cisza.
Ocalałem. Ale
czy żyję? Jeśli tak, to dlaczego
i po co?

    Brenna, 27 lipca 1998 r.
    Lublin, 6 grudnia 1998 r.




Ratzinger

            "Bóg (...) chciałby, aby istniały istoty, które sq doń podobne..."
                                          J.Ratzinger, Sól ziemi, s. 243.

            "Wszystko to dzielą oczywiście przepaście; mamy ich jednak
           w sobie dość. aby wiedzieć, jak łączyć to. co rozdzielone"
                                          11. von l lofmannsthal, Księga przyjaciół, s. 147.

czytając Ratzingera,
dumę Bawarii,
w otoczeniu najwłaściwszym,
czyli wśród pucharów pełnych
Kaltenbergu,
Bier von koniglicher Hoheit,
gdyż sam Luitpold, Jego Królewska Wysokość, Książę Bawarii, ręczy osobiście
za doskonałą jakość trunku: piwo to jest warzone tylko ze słodu jęczmiennego,
chmielu i wody z użyciem drożdży, zgodnie z wydanym w Bawarii w 1516 r.
"Reinheitsgebot",
a więc

czytając Ratzingera
pośród szklanic spienionych bursztynową cieczą,
w nocy z soboty na niedzielę,
w sześć godzin po spowiedzi świętej.
pod trzema różowymi gerberami.
prezentem kobiety tyleż pięknej,
co szczęśliwej i mądrej,
a więc

czytając Ratzingera
wśród kaskady dźwięków funky
płynących z czarnego radia
o przedwojennych kształtach,
na progu wakacji,
w czerwcowym cieple,
wśród zapachów traw
(jak to w czerwcu),

czytając Ratzingera
płomiennego, siedemdziesięcioletniego,
dobrego właśnie na teraz,
na godzinę północy,
rozumiał
(ale też, być może, że to tylko ja
tyle zrozumiałem z jego opowieści)
jasno i wyraźnie
przynajmniej to jedno:
"nie będę jeszcze jutro cierpiał.
Najgorsze jest ciągle względnie daleko
przede mną".
l dodał po chwili:
"Świta. Czerwiec mnie dopadł
i skoczył mi do gardła. Pachnie obłąkańczo, pada.
Es regnet - powiedziałby Ratzinger. l, jak zwykle,
miałby rację",
po czym odłożył słuchawkę.

Spójrz na gerbery,
otwórz okno na oścież,
ucałuj krzyż, zaśnij!!! Wołałem długo,
nie wierząc w milczenie telefonu.
Potem zacząłem

czytać Ratzingera.
Był słoneczny czerwcowy dzień.

    14/15 czerwca 1997 r.




Miasto

Okazało się,
że miasto było puste.
Przemierzał więc ulice wbrew nadziei,
do wyczerpania, zachłystując się zmęczeniem,
tracąc poczucie miejsca i czasu;
przekonany, że wystarczy zadać sobie ból,
chodząc aż do obłędu -
- by się spotkać w nagrodę
nagle,
przypadkowo pozornie,
ale w gruncie rzeczy realizując
ukryty, najgłębszy cel wszechświata:
zetknąć tych, których przeznaczeniem jest miłość.

Ale gdzież tam.
Łykał wiatr, spaliny i łzy,
a mądrość coraz trwałej wwiercała się
w mózg: przez rozpalone stopy, miękkie kolana,
rozdygotane biodra:
niepojęte jest to wszystko.

Ale chociaż
nie wierzył, że można się dowiedzieć
jeszcze czegoś boleśniejszego na temat
niepojętości życia, rozglądał się wokół
bacznie: a nuż gdzieś tutaj, za rogiem...

    Lublin, 9 maja 1999 r.




Kolejny koniec filmu

            "Człowiek zrodzony z niewiasty ma krótkie, i bolesne życie,
           wyrasta i więdnie jak kwiat, przemija jak cień chwilowy"
                                          Księga Hioba, 14,1

Minęło parę lat.
Oni wychodzą z kina nieustannie,
jakby tam właśnie mieli gniazdo.

To fenomenalne,
że ludziom ciągle jeszcze chce się oglądać
cudze fantazje o tym jak było. jak mogło być,
jak może czasem jest.

Choć starzeją się filmy, taśmy, gusta,
zmieniają się nazwy kin, wymiary gwiazd.
choć
umierają reżyserzy,
rdzewieją saksofony,
i brzydną kobiety,

oni stale mają
dwadzieścia lat,
pragnienie, by zbudować dom,
zdusić samotność wianuszkiem dzieci,

zaznać słodkiego smaku nieszczęścia.

Fantastycznie jest być człowiekiem

    Lublin, 10 listopada 1997 r., 15 grudnia 1998 r.




Koncert Tiny Turner w Amsterdamie, na styku tysiącleci

Arena, stadion Ajaxu, Amsterdam, rok 1996.
Czyli koncert sprzed prawie dwóch lat.
Ale już wszystko jest jak trzeba, już się błyszczy i iskrzy,
jak na styku tysiącleci powinno. Pastelowe barwy,
winyle i satyny żółte. Tkaniny sukienek
sztuczne, połyskliwe. Słyszę refren:
Żyjemy, bo jesteśmy z plastyku

Bal. Życie jako taniec gorzki, zabawa rozpaczliwa.
Z erotycznym (pod)tekstem. Emocje, magia,
prymityw, wzruszenia za parę centów.
Słyszę refren: jeśli mamy umrzeć,
to trzeba z tego coś wycisnąć

To jest
mój czas. Na moją miarę i skalę.
Mój czas. Nie będę miał innego.
Dobrze jest nie mieć za złe swoim czasom.
Dobrze jest żyć w zgodzie z pomysłem Najwyższego.
Nie myli się zapewne w przydziale współrzędnych
i epoki najwłaściwszej

Jak dobrze, że jesteśmy.
Właśnie teraz.
Nie było nas wczoraj, nie będzie nas jutro.
Jesteśmy dzisiaj.
To i owo jest tu do zrobienia

    Lublin, 10 /11 stycznia, 19 grudnia 1998 r.




Urvertrauen

czyli
"...ten rodzaj zaufania do świata i ludzi, do rzeczy i stów, bez którego można
tylko kolekcjonować i rozdawać wrażenia, albo »załatwiać« kolejne sprawy, ale
niczego nie można zobaczyć, niczego nie można mieć i niczego nie można
naprawdę poznać..."


Owszem, to ksiądz Tomasz Węcławski.
A wcześniej Carl Gustav Jung.
Jeśli kogoś gorszy, że ściągnięte, dodam od siebie:

bez Uruertrouen
wszystko wydaje się lipne;
bez Uruertrauen
bezbożność jest zbyt łatwo dostępna
(jak brown sugar pod trefną dyskoteką
albo wino owocowe w nocnym sklepie);

bez Uruertrauen
chce się bardziej umierać niż żyć

    Lublin, 15-17 grudnia 1998 r.




Tryptyk z Henckenhagen

            Ewie i Andrzejowi Babuchowskim



I.

Kiedy
Herman von Gleichen
w drugiej połowie trzynastego
wieku metodycznie chrzcił bądź wyrzynał
gryfitów pod chmurnym niebem Pomorza, nie było
jeszcze wiadomo, że siedem wieków później, deszczowym
latem 1998 roku, w Ustroniu Morskim (najnowsza wersja Henckenhagen),
powstanie wiktoriańska smażalnia polskich ziemniaków dla gnuśnej wprawdzie
i siermiężnej, ale na urlopach zaradnej słowiańskiej
middle-class, generowanej hojnie przez
europejskie rewolucje aksamitne
pod koniec dwudziestego
wieku.

Kiedy
Parsętą spływały
korowody zwłok w połowie
zwęglonych, wrzucanych do rzeki
przez w połowie oszalałych z trwogi, a w połowie
ocalałych od "czarnej śmierci", władczyni pomorskiego
quattrocenta, zaczęło się wówczas (właśnie wtedy) ubóstwo tej ziemi. Trwałe.
Trwające po dziś dzień.


II.

To
wszystko
przez ten lodowaty
Bałtyk. Przeklinają go
mewy, co rano. Opuszczają
go ryby, co noc. Wolą sieci. Zachłystują się
jego gorzką pianą meduzy. Pozostają ludzie, niezbyt
pewni domu tutaj, niezbyt trzeźwi. Zwiodą, wzorem nieznanych
przodków, czarną śmierć. To dla nich pachną dzikie róże na wydmach.
One przetrwają.

Jest
sierpień, deszcze.
Niedzielny wieczór. Jak niewiele
potrzeba, by żyć. Widziałem, nie jestem ślepy.
Widziałem niezapominajki, między pokładami szyn,
pośród plam oleju, zardzewiałego żelastwa, ekskrementów
i niedopałków. Były soczyście błękitne. Widziałem łabędzia niemego.
Pozwalał falom na wszystko. Pozwalał się unosić, szarpać, zalewać. Widziałem
małe dziecko, ledwo chodzące, z ręką wyprężoną ku niebu:
zamkniętą w dłoni taty.


III.

Morze
było z rana
beżowe, później
popielate, pod wieczór
łososiowe; cały czas brudne,
ciemniało pod ołowianym niebem,
którego już nikt z nas nie podejrzewał,
że kiedykolwiek odda nam słońce.

Wydawało się,
że - jak w Oeconomi divina - ze świata wycieka istnienie.

I mogłaby to być prawda,
gdyby nie plamki błękitu przy torach,
gdyby nie łabędź,
gdyby nie
wyprężona
ku niebu
ręka

    Ustronie Morskie - Lublin
    sierpień 1998; styczeń 999; grudzień 1999 r.




Rozmowa

Życie przez nas przepływa,
jak ja przepłynąłem przez Ciebie.

Tak ma być i tak jest dobrze. Wiem.
Ono jest większe niż my. Wiem i to.

Płyniemy wartko, gryzmoląc znaki
na drzewach, tabliczkach, ekranach,
na ścianach cel śmierci, na zwojach,
na kartkach skalanych i cierpliwych.
Nietrwałe owoce
uporczywych prób
utrwalenia siebie.

Nie jesteśmy stąd. Wiem.
Wiem też, że jesteśmy tu po to,
by wiązać kruche słowa w zdanie kamień,
by nim wybijać zęby nicości,
by siać.
By przeraźliwie tęsknić,
by płakać z płaczącymi,
by dać odwagę struchlałym.

Wiem to wszystko.
Wierzę. Ufam chyba bardziej niż kiedyś.

A jednak żal,
że nie jesteśmy
tu ze sobą bardziej
i na dłużej

To nie może być tylko rzeka. Nawet jeśli płyniemy
z Niego przez Niego do Niego,
Powiedz to, przekonaj mnie, potwierdź,
Mamo

    29 lipca; 18 października 1998r.




W górach, latem

Pytanie, jedno z wielu,
ale najważniejsze, być może,
tego upalnego dnia:

czy istnieje człowiek,
bez którego twoje życie
stałoby się niemożliwe?

Poczekaj z odpowiedzią, nie śpiesz się.
Rozejrzyj. Spokojnie, z umiarem godnym teologa.
Widzisz ich wielu, niewyraźne sylwetki śmiertelnych,
poprzez strumyki potu, na tle konwulsyjnie drgającej zieleni.
No więc?

Jeśli odpowiesz "nie" -
- może to być znakiem
twojej wolności. Ale niekoniecznie.
Są bowiem rejony, gdzie wolność i egotyzm
pozostają nierozróżnialne
dla człowieczego oka.

Jeśli odpowiesz "tak" -
- twoje życie jest niemożliwe.

Nie odpowiadaj więc.
Niech ci wystarczy
kamień pod stopą, zapach świerków,
rzeka,lato,

pytanie.

Jego gorycz
trzeźwiąca

    Brenna, 22 lipca 1998r.




Elementarz księdza Twardowskiego Elementarz księdza Twardowskiego
ks. Jan Twardowski
W książce znalazły się teksty dotychczas nie publikowane - fragmenty wystąpień, homilii, rozmów i anegdot ze spotkań autorskich, jak również wiersze i teksty zebrane z publikacji czasopiśmiennych i książkowych. Teksty zostały ułożone wokół tematów: dzieciństwo, dojrzewanie, młodość, doświadczenie, lęk, wiara, miłość, rodzina, kapłaństwo, przemijanie... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 materpuerorum: 20.01.2015, 15:56
 Od bardzo wielu już lat dziękuję Panu Bogu za Księdza. Kiedy czytam to, co nowe, wiem,że Pan Bóg mnie nie opuścił - chociaż czasem doświadcza. Proszę wiedzieć - zwłaszcza , kiedy trudno, że się modlę. To moja wdzięczność.
 Wierny : 29.09.2014, 21:05
 Pozdrawiam ks Jerzego Szymika zdrowia życzę.
 pszowianka: 24.10.2008, 12:06
 pięknie. uspokająco. życiowo. słowa pisane sercem. przywracają nadzieję. uczą ufności. za wszystkie - z serca dziękuje
 Ewa: 30.10.2007, 09:15
 może nad moją głową też zorze i jaskółki
 a.: 27.08.2007, 03:51
 Piękne wiersze,pełne refleksji,mądrości życiowej . I ciepło w sercu i radość w duszy.Skłaniają do refleksji fundamentalnych.Słowa -klucze prowadzą do wspólnej wyobrażni...Pisane"bardzo po ludzku", niosą zdeterminowaną,upartą nadzieję.Życzę dalszych sukcesów w pracy twórczej- a.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej