Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Jola Pawlak


Za pięć minut do nieba


policzek dostanie czas

został w tyle drabiniasty 
wóz z karym
wyskubany zapach 
polnych róż
uwiązł w ciasnym 
prześwicie wczoraj

nie chcę przystanąć
spocone teraz 
wydłuża odległość

prędzej

zdążę przed zwisającym
zachodem słońca
nie stać mnie na czerwień

tylko nie patrz jak 
wyprzedzając siebie
gubię kolejny paciorek


Wystarczy rozłożyć ręce
noc dawno rozścieliła twarz
siedzę na brzegu łóżka
nie chcę zdjąć resztek dnia

tyle zostawionych krzyży
rozpaliło znicze
rozstawione wspomnienia

wydzielona część 
rozchyliła płatki
ofiarowane już dawno
kiedy mniej było babci
a więcej nieba

nie jest samotny przyjęłam
pamiętam co szepnął
idź i podaj 
kiedy się zatrzymasz


Przekonać Bumerang
w samo południe 
wypuszczam pluszowego motyla
dla dni miękkich ikolorowych
niech będą wasze

dorosły wózek supermarketu
obciążony 
chwiejącymi się kręgosłupikami
bliźniaczych drobin
zastygłych wyczekującym spokojem
nawet nie dotkną opakowań
czar sytej soboty prysłby
naruszony palcem

strzałminiaturowego spojrzenia
przyciąga 
do chmurnych stempli wokół oka
skręt serca wykręca
słabnąca prośba matki

tanie zrzynki wędlin
oddałabym moje wypasione zakupy
gdyby bieda potrafiła zapomnieć o dumie


Po odcięciu
 kiedy się zatrzymam
puszczę cień
przygarnie spadający deszcz
śladom przykrytym falą
następnego dnia
zabroni szukać

obejmę sen 
przeskakując wspomnienia
nie odwrócę milczenia
z drugiego końca
raczkuje człowiek
chwytając moje miejsce 


Pierwszy między ostatnimi
zawsze będziesz klęczał
trzymając hostie
biała modlitwa wspiera krzyż

okryta czerwień
sączy się
przy zdradliwych złoceniach 
nie jest łatwo 
zbierać rozlane życie

za siebie przepraszam
czasem wbijam serce
w jezusowe rany

a ty wierzysz 
zapalone ognisko przywołuje
znam kierunek
postaram się dotrzeć do brzegu


Odwracając ziarna klepsydry
w tym pokoju zawsze 
będzie konwaliami pachniało
zastygły pomiędzy 
schowanymi stronami

trochę dziwi błękit córki
zatrzymujący się 
na skrzypiącym kluczu
odpycha ciszę 
przemieszanych barw

jutro dopowie
nie ma nienarodzonych miejsc
zbyt wiele snów 
złożyło historie w cieple piasku


Bukiecik zawilców
zaspany las ziewa konarami
płocha zwierzyna otrząsa się 
po zimowym dniu

ciepłe promienie zaczynają 
budować życie
skulone pączki nabrzmiewają sokami

a wśród tylu opadłych listów jesieni
wątła zieleń znaczy miesiąc

na długich szyjach 
z wyciągniętymidłońmi
poruszają się zawilce
łany białych płochych płatków

z takich kwiatów bukiet tworzę
chodź chroniona to cnota
to marzeniem przeniosę 
dowazonu pożegnania

niech króluję z dobrym słowem
w podzięce za tyle miłości
Ojcze


Z nieba błękitem
 niebieskie oczy spojrzały
spod obłoków
przymrużyłam powieki

tak ciepło 
okrywa spokojem

schylając się
po niezapominajki
podniosłam różaniec
 
zwykłe paciorki 
smakujące chlebem


Szczęść Boże
jak powiew wiatru niesie orzeźwienie
widzisz obrazy zapisane pozdrowieniem
to staruszka z pochylonym nosem
przygarbione plecy niosą chrust
chłopak ze słowem otuchy 
życzy Szczęść Boże i zabiera trud
a Bóg zapłaci czułym spojrzeniem
widok sercem zapisany 
przetrwa ziemski czas

jak radośnie śpiewa skowronek 
gdy oraczrozpoczyna znój
Szczęść Boże grudami się ściele
Bóg zapłać odpowiada chleb

w polu ciężka praca 
ciemny płaszcz gleby trzebaopielić
więc pędzi haczka po radlinach
a za nią pracowity dzień
Szczęść Boże ludziom zmęczonym
Bóg zapłać dziełu ich rąk

Z przed lat maluję obrazy
te stare płótnażyją wśród nas
i chodź wzór na niech spłowiały
to wiara przywróci dawny kształt

Szczęść Boże ludziom nowej ery
Bóg zapłać odpowie nam czas


Przegryzaczpereł
 nie będę apostołem
spuszczając wieko 
szczelnie
zamykającej się muszli
 
ciężar ziarna ukryję
pomiędzy 
wygodniejszymi myślami

a jednak czekam 
na twoją sprawność
wślizgującą się do wnętrza

potrafisz wyłuskać
łagodnie obracając między słowami
miażdżąc blichtr wysuwasz cząstki
zmuszającdo zastanowienia


Ogrzewając dni zbyt słabe żeby tęsknić
 kiedyś wyciągnę rękę po te bławatki
a ty rozchylisz błękit

róże położyłeś obok snu
biel najbardziej zachwycała
 
a teraz powiedz
przygarniesz

przecież nie pozwolisz 
podeptać ślepym butom


Paraliż
czasami jestem jak daltonistka
poniedziałkowo- niedzielna
wbita w obojętność

obowiązkowo zasiadam w 
kościelnej ławie
zaczyna wypływać jezusowa 
czerwień

tylko ja trzęsąc się u stóp krzyża
boję się powyrywać gwoździe


Modlitwa
 nie proszę o nic
te ptaki to dar- śpiewem dodają sił
czerwone maki gną się na wietrze
tak krucho jak każdy dzień

wysmukłe drzewa zieloną twarzą
przypominają z czego zrobiliśmy krzyż
cichy świt zagląda do końca snu
mam iść

słońce rozgrzewa ciało
nie zmarznie rodząca się myśl
potknięcia są ulgą
gdy głową wadzę o błękit
zbyt dumna jestem wśród chmur

siadam nad rzeką obmywając stopy
czuję się lżejsza bez złych chwil
z niewinnym odbiciem nie pobrudzę chleba
mogę spożyć mądrość słów

czuję modlitwę ona jest we mnie
dotyka mnie krawędzią
jesteś wokół i we mnie 
nie musze szukać to Ty


Ballada o kapliczce
kawałek starego dębowego pnia
drewniana postać w małej kapliczce
trochę podniszczona 
otoczonawilgocią pór roku

za nią całe stado drzew szumiące szczęściem 
mogą mieszkać w takim towarzystwie
przydrożna kapliczka składa ukłon nisko
to w szacunku dla mojego miłowania
samego Pana Boga.

tak żyje las ze swoim sąsiadem będącym wszędzie
cofając się wzdłuż drogi napotykam twarz chłopa
jedzie na pola formować chleb codziennego znoju
zsuwa płócienną czapkę oddając pokłon
drewnianej postaci

pracuje od świtu do zmierzchu
a miedzy tymi godzinami krople potu
wyciśnięte przez harówkę niosącą radość, smutek
i gest pozdrowienia

w tym samym czasie inny człowiek mija miejsce
to cygan wolny ptak swojego rodu
kilka razy nawraca wóz jadąc na rynek huczący życiem
do taboru ogrzać się przy ognisku
tam i z powrotem 
przydrożna kapliczka odpowiada na ukłony

te oczy spotykają się 
spracowane z zapachem koszonej trawy
wolne z nuta cygańskiej muzyki
osmaloneżarem ognisk

tyle razy w ciągu dnia możesz pozdrawiać
a ja tylko dwa- w jedną i druga stronę
zazdrość biję ze zmęczonego serca
czy to sprawiedliwe?

wiatr wtrącając podpowiedź szemrze
cicho rozwiewając żal
wypowiadaj pozdrowienia 
a ja na moich skrzydłach przeniosę je do kapliczki 
będziecie równo chwalić Boga


Pożegnał się choinką
tak bardzo kochał
że odszedł wcześniej

w pokoju ubrane drzewko
prezenty zamknięte ciszą
zostawił jeszcze list
ostatnie słowa
wpisane w opłatek

modlę się

nie potrafiłeś już ukryć dni 
choroba za bardzo drążyła świt
zaczęły wystawać poranki
 
Staruszku 

został szacunek i chwila ciszy
ułożona na ostatniej
świerkowej gałązce





Miłość której nie widać nie zasłania sobą. Słowa sercem pisane 2 Miłość której nie widać nie zasłania sobą. Słowa sercem pisane 2
Ks. Jan Twardowski
Kolejny tomik z poezją ks. Twardowskiego, to wybór wierszy o miłości - miłości Boga, z której wypływa miłość do człowieka. Znajdziemy tu m.in. wiersze: "Śpieszmy się", "Na szpilce", "Bliscy i oddaleni" zilustrowane akwarelami. Do tomiku dołączona jest płyta CD zawierająca wiersze recytowane przez samego Autora... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 kia kot hirek kuba: 24.05.2009, 14:42
 ioawe lalalalalalalallalalalalalla
 kuba pawlak: 19.04.2009, 14:46
 koham kuba do jola
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej