Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Drogi powołania

     Budowlaniec, bokser, historyk, informatyk, aktor - każdy może i powinien zostać księdzem, jeśli Bóg go do tego woła!

     Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie" - pisat w "Wyznaniach" św. Augustyn. Podobnie jak on niespokojne serca mieli Ignacy z Loyoli, Franciszek z Asyżu, Adam Chmielow-ski i wielu innych świętych. Mieli udane życie, dokonania i poważanie. Jednak "sprzedali wszystko, by nabyć drogocenną perłę". A spóźnione - jakby się wydawało - pójście za Jezusem nie przeszkodziło im dokonywać w Kościele rzeczy wielkich, stać się Jego filarami.

     Bóg od zawsze powoływał ludzi "poniewczasie"- kiedy i jak chciał. Mojżesz miał ustabilizowane życie: żonę, dzieci, teścia, owce. I poszedł za głosem Pana. Apostołowie "za późno powołani" łowili wcześniej ryby czy ściągali podatki. A jak bardzo "spóźniony" był Apostoł Narodów, Paweł z Tarsu!? Także Jan Paweł II po maturze wybrał studia polonistyczne i aktorstwo, i dopiero cztery lata później poszedł za Bożym głosem. Dlaczego i dziś Bóg miałby nie powoływać "spóźnionych" kapłanów?

     KRĘTE DROGI

     Duszpasterz głuchoniemych w archidiecezji warszawskiej ks. Dariusz Furmanik, po maturze skończył policealne studium budowlane i pracował w biurze projektowym. - Praca mi się podobała. Co mnie skłoniło do pójścia do seminarium? Pociągnięcie Pana Boga. To była łaska, która przyszła z zewnątrz. Ja tylko odpowiedziałem. Decyzję podjąłem w jednym momencie - 15 sierpnia 1989 roku, w autobusie jadącym na Tarchomin. Nawet pamiętam, na którym to było zakręcie. Dopadła mnie myśl o kapłaństwie i do dziś nie puściła - śmieje się ks. Dariusz.

     Wyświęcony został w wieku 30 lat. - Jeśli jest myśl o kapłaństwie, to trzeba za nią pójść. Seminarium jest nie tylko dla tych, którzy są pewni, ale może przede wszystkim dla tych, którzy chcą swoje powołanie odkryć - także wtedy, gdy okaże się, że to powołanie do małżeństwa - radzi.

     Wraz z ks. Dariuszem przy placu Trzech Krzyży pracuje ks. Antoni Kieniewicz, z zawodu kartograf, wyświęcony w wieku 69 lat. Jego kapłaństwu poświęciliśmy reportaż opublikowany w "Idziemy" 4 lipca 2010 roku. We Mszy Świętej prymicyjnej wspiera! go jego wcześniej wyświęcony syn, ks. Piotr.

     Ksiądz kanonik Jan Marian Gołębiewski, proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła w Sule-jówku, do seminarium wstąpi! w wieku 27 lat. - Były inne czasy. Niełatwo było zdać maturę, kiedy człowiek nie ukrywał, że chce iść do seminarium. Byłem w wojsku, potem pracowałem. Wtedy ugruntowała się we mnie myśl o powołaniu kapłańskim. W tym kontekście to "opóźnienie" uważam za opatrznościowe. A kard. Wyszyński moje 33 lata, kiedy przyjmowałem święcenia kapłańskie, skwitował: "To przyzwoity wiek, więc możesz być spokojny". No i jestem spokojny. Ojciec Thomas Merton, trapista, mówił, że jeśli Bóg sobie kogoś upatrzy, tego nie puści. Nawet jeśli ktoś się broni, kończy inne studia, Bóg tak pokieruje jego życiem, że pójdzie do seminarium. Nigdy nie jest za późno.

     Ksiądz kanonik Kazimierz Orzechowski, słynny proboszcz ze "Złoto-polskich", wieloletni kapelan, a dziś rezydent Domu Aktora Weterana Scen Polskich w Skolimowie, od zawsze chciał być aktorem. Po maturze w 1948 roku była PWST w Łodzi, potem przez 10 lat sceny łódzkie, a następnie stołeczny Teatr Polski.

     - Już jako aktor uczyłem dykcji kleryków w kilku seminariach i zakonach. Wtedy pojawiła się myśl o nowym powołaniu. Kiedyś prymas Wyszyński na seminaryjnym korytarzu proroczo zagadnął mnie, czy nie myślę o kapłaństwie. Odpowiedziałem, że chciałbym. "No to dobrze. Pójdziesz do Gniezna, żeby cię nie ciągnęło na ulicę Karasia (siedziba Teatru Polskiego niedaleko warszawskiego seminarium - przyp. RM), a jak odejdziesz lub wylecisz, to będzie mniejszy skandal" - relacjonuje ze śmiechem prymasowskie słowa ks. Kazimierz. Po dwóch latach wrócił do Warszawy. - Nic mi nie darowali. Pełne sześć lat. Choć na czas seminarium zostawiłem teatr, tak naprawdę nigdy się z nim nie rozstałem. Wymarzyłem sobie, żeby być dla aktorów, żeby środowisko miało swojego księdza, wywodzącego się "od nich". Prymas znał moje pragnienia, więc od razu po wyświęceniu w 1968 roku powiedział: "No, już idź, pracuj wśród nich. Jesteś ich księdzem". I natychmiast wróciłem na teatralne deski - wspomina ks. Kazimierz. Dziś czuje się spełniony i jako aktor, i jako kapłan.

     Ksiądz Marcin Szuppe, 31-letni wikariusz parafii Najświętszego Zbawiciela, święcenia kapłańskie przyjął rok temu. Zanim poszedł do seminarium, został magistrem informatyki na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował też ekonomię w SGH i muzykę w Instytucie Szkolenia Organistów przy Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Do tego przez pięć lat był organistą w parafii św. Krzysztofa w Warszawie oraz pracował przez rok w banku. Wybierając kapłaństwo, nie porzucił -jak mówi - żadnej z nabytych umiejętności, ale wykorzystuje je dziś w pracy duszpasterskiej.

     - O kapłaństwie myślałem od dziecka, jednak rodzice nie byli tym zachwyceni. Ja także się trochę bałem, że będę musiał wszystko zostawić i zamknąć się w seminaryjnych murach. I tak powołanie poszło do lamusa. Jednak pracując jako organista spotkałem kapłana, który wywarł na mnie duży wpływ przez to, że był otwarty na ludzi, szczery, prostolinijny. Przypomniałem sobie o kapłaństwie. Zapytałem go, czy się nadaję. Odpowiedział: "Idź, zobacz. Zawsze możesz zrezygnować". Poszedłem do seminarium na jeden, góra dwa miesiące, na próbę. I dziś jestem zadowolonym z całej swojej drogi życiowej księdzem - opowiada ks. Marcin.

     Ksiądz Piotr Narkiewicz wstąpił do seminarium w wieku 30 lat. - Głos powołania usłyszałem przed maturą, jednak ani myślałem iść do seminarium. I Bóg dał mi czas. Skończyłem studia na Uniwersytecie Wrocławskim i przez sześć lat pracowałem jako nauczyciel historii. Wiele zmieniło moje wejście na Drogę Neokatechumenalną, gdzie po raz pierwszy zacząłem na serio słuchać słów Boga, pytać, jaki On ma plan wobec mojego życia. Była też pielgrzymka Jana Pawła II w 2000 roku do Ziemi Świętej, gdzie - sparafrazuję - Ojciec Święty powiedział: czy chcesz wygrać będąc po stronie tego świata, czy przegrać tak, jak przegrał Jezus Chrystus, stając po Jego stronie. A potem: Jeśli masz wątpliwości - nie lękaj się. Idź za Chrystusem. Zrozumiałem, że to jest wezwanie do mnie. Na Górze Błogosławieństw, po Mszy Świętej z papieżem, powiedziałem: "Dobrze. Wcale mi się to nie podoba, ale posłuszeństwo Tobie jest dobre, więc spróbujmy" - relacjonuje ks. Piotr. Od trzech lat posługuje w parafii Dzieciątka Jezus na Żoliborzu. Czy czas studiów przed seminarium był czasem zmarnowanym? - Wręcz przeciwnie. Doświadczenie życia w tzw. świecie bardzo się przydaje - twierdzi.

     TO JEST MOJE MIEJSCE

     Niezwykle barwną historię przedkapłańskiego życia ma proboszcz parafii Przemienienia Pańskiego w Radzyminie i dziekan dekanatu radzymińskiego ks. prałat Stanisław Kuć. Zanim w wieku 31 lat wstąpił do seminarium, osiem lat wcześniej, w 1964 roku, zdobył tytuł bokserskiego mistrza Europy Federacji Klubów Kolejowych w wadze muszej. Boksował amatorsko i do dziś jest kapelanem sportowców okręgu śląskiego; słynie ze swej pasji do biegów maratońskich.

     Po maturze ks. Stanisław studiował teologię na Akademii Teologii Katolickiej i pracował w księgarni św. Wojciecha na Nowym Mieście. Po śmierci matki spadł na niego obowiązek utrzymania brata i troski o jego wykształcenie, więc oddalała się myśl o seminarium. Jednak ukończenie teologii zaprocentowało i - kiedy już się zdecydował pójść za głosem powołania - w seminarium spędził jedynie dwa i pół roku. Ksiądz Wojciech Pieniak, wikariusz parafii św. Wincentego a Paulo na Bródnie, do seminarium wstąpił mając 27 lat. Był ministrantem i śpiewał w kościelnym chórze. Od 14. roku życia pochłonęła go lekkoatletyka, co - jak mówi - na wiele lat odbiło się na gorliwości religijnej. Po szkole średniej poszedł do wojska, a potem szukał swojego miejsca w życiu. Rozpoczął zaoczne studia na Akademii Wychowania Fizycznego i przez cztery lata był nauczycielem WF-u w szkole w Gliniance. Tam dzięki napotkanym ludziom reaktywował swoje życie duchowe.

     - Gdy miałem 24 lata, Bóg wzbudził we mnie myśl o kapłaństwie, ale ja nadal miałem swoje plany - wspomina. - Decydujące okazało się wejście na Drogę Neokatechumentalną. W wigilię zesłania Ducha Świętego powiedziałem Panu Jezusowi: rób ze mną, co chcesz. I wszystkie przeszkody w pójściu do seminarium, które dotychczas wydawały się nie do pokonania, nagle przestały istnieć. Na jesieni 1993 roku, kiedy moi rówieśnicy zakładali rodziny, ja znów poszedłem do szkoły. Ale już w seminarium nie miałem żadnych walk. Wiedziałem, że to jest moje miejsce.

     Wikariusz parafii św. Anny w Piasecznie ks. Zbigniew Jędrzejczyk po maturze studiował misjologię na ATK. - Wtedy myślałem głównie o tym, żeby dobrze i w dobrym towarzystwie się bawić, kiedyś założyć rodzinę. Po studiach pracowałem jako katecheta. Gdy skończyłem 30 lat, zdenerwowałem się na Pana Boga, że w moim życiu niewiele się dzieje. Mówiłem Mu: "Panie Boże, miałem pomysły na życie, próbowałem i niewiele mi wychodzi, więc może teraz Ty coś mi podsuń". Z przekory zacząłem chodzić na spotkania dla kandydatów do seminarium, bo prowadził je ksiądz, o którym wiedziałem, że ma dobre rozeznanie i podobnych do mnie wariatów odsyła szukać żony i dobrej pracy. Ale przez rok nie wyprorokował mi ani żony, ani pracy. W tym samym czasie, w 1998 roku, jako członek Drogi Neokatechumenalnej miałem możliwość wyjazdu w ramach wolontaria-tu do parafii w Tbilisi, w Gruzji. To był przedsmak codzienności Kościoła, w jakiej żyją kapłani. Gdy przyszło mi wracać do Polski, musiałem wybrać: albo wrócę do starego życia, albo zacznę coś, o czym wcześniej nie myślałem. I zgłosiłem się do seminarium Re-demptoris Mater. Po czterech latach, w wieku 33 lat, zostałem księdzem. Patrząc całościowo na wydarzenia swojego życia, widzę, że Bóg przygotowywał mnie - przez to, gdzie byłem, w czym uczestniczyłem i przez doświadczenie codziennego życia w świecie - do kapłaństwa na długo przed pójściem do seminarium - opowiada ks. Zbigniew. Zanim ks. Mariusz Wedziuk, dyrektor programowy Radia Warszawa, wstąpił do seminarium, ukończył dwuletnie fotograficzne studium pomaturalne i przez prawie dwa lata robił zdjęcia dla Gazety Wyborczej. - Miałem zawód, niezłą pracę, perspektywy na przyszłość. Jednak w pewnym momencie, gdy uznałem, że praca fotografa to nie jest to, co chcę robić przez całe dalsze życie, usłyszałem wyraźny głos powołania. Myślę, że dzięki temu, iż nie poszedłem do seminarium tuż po maturze, mogłem dokonać dojrzalszego wyboru. Lepiej, choć i tak nie do końca, wiedziałem, z czego rezygnuję. Dziś jestem księdzem szczęśliwym. Choć przychodzą także trudne chwile związane z samotnością, z niezrozumieniem przez ludzi, z brzemieniem posługi przełożonego, z wielością różnych obowiązków w radiu i w parafii, to gdybym dziś miał wybrać ponownie, wybrałbym kapłaństwo - mówi ks. Mariusz

     "SPÓŹNIENI" KLERYCY

     Pośród "powołanych po czasie" jest i przyszłość stanu kapłańskiego - alumni dzisiejszych seminariów. Wśród 37 kleryków z obu warszawskich diecezji i ordynariatu polowego WP, którzy studiują na roku propedeutycznym - jest on rokiem wstępnym przed rozpoczęciem właściwych studiów seminaryjnych - ci "spóźnieni" stanowią większość.

     Darek, 29 lat, jest absolwentem pedagogiki i studiów podyplomowych na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olszynie. - Zawsze chciałem zostać księdzem, ale nigdy nie miałem odwagi. Zabrakło mi jej także wtedy, kiedy już odebrałem maturę. Ociągałem się. Dziś oceniam, że dobrze się stało. Poznałem normalne życie studenckie oraz radości i trudy zwykłej pracy zawodowej - zwierza się.

     Filip, 31 lat, po studiach prawniczych, pracował przez kilka lat w kancelarii prawniczej. - Do seminarium zmierzałem ewolucyjnie. Moja kariera rozwijała się, miałem dobre wyniki w pracy i perspektywę szybkiego awansu, ale z każdym kolejnym miesiącem było mi coraz łatwiej to zostawić. Coraz bardziej - patrząc na modlitwie w głąb siebie - widziałem, że tak, jak dotąd żyłem, nie jestem do końca szczęśliwy i że wybór drogi kapłańskiej to coś, czego pragnę - mówi.

     Mateusz, 25 lat, jest absolwentem Stosunków Międzynarodowych na UW. - Wezwanie do bliskiej relacji z Bogiem odczuwałem w zasadzie już w gimnazjum. O ile jednak życie religijne było dla mnie oczywiste, o tyle droga kapłańska była nie z mojej bajki. W połowie studiów poczułem się na modlitwie wezwany przez Boga, by wybrać kapłaństwo, ale postanowiłem, że czas do końca studiów będzie czasem weryfikacji tego powołania. I uważam, że to był dobry krok. Poza tym dyplom w ręku daje większą wolność, bo w życiu może być różnie - tłumaczy.

     Paweł, 24 lata, skończył Akademię Morską w Gdyni, ma stopień trzeciego oficera. Przed seminarium był luźno związany z Kościołem. - Pragnienie obudziło się pod koniec studiów. Pływałem i Bóg dał mi wtedy trochę czasu na morzu, żebym pomyślał o swoim powołaniu - wspomina. Jako ksiądz już nie popływa. Czy było mu żal? - Było! I ta tęsknota nie zgasła, ale Bóg ma dla nas plany nie do końca tożsame z naszymi tęsknotami. Poza tym nikt dziś nie każe mi wybierać raz na zawsze. Przede mną jeszcze lata studiów; jest czas na utwierdzenie się rozeznania tej drogi lub innej - przekonuje.

     Krzysztofa ze względu na jego 34 lata koledzy nazywają "dziadkiem". Ma doktorat z informatyki, co na razie się nie przydaje. Pracował przez pewien czas w Anglii, gdzie posmakował ciekawego, dostatniego życia. - Przyglądałem się sobie, swojej sytuacji życiowej, dokąd zmierzam, a jednocześnie traciłem zapał do wykonywanej pracy, o której wcześniej myślałem, że przyniesie mi spełnienie. Ważne było "spotkanie z relikwiami św. Tereski z Lisieux, które peregrynowały po Anglii. W czasie całonocnego czuwania przy tych relikwiach podjąłem decyzję o seminarium. Święta Tereska pomogła mi ją podjąć. Czy ciężko jest być jednym z najstarszych kleryków? Odwrotnie -nawet łatwiej. Nie znają mnie za dobrze i z góry szanują - mówi żartem.

     Paweł, 28 lat, studiował matematykę na UW i na Politechnice. - Dziś widzę, że trochę mijałem się z powołaniem. Jakieś studia trzeba było robić, lubiłem matematykę, wiec tego się trzymałem. Jak trafiłem do seminarium? Trudno to wytłumaczyć. Nie mogłem znaleźć sobie dobrego miejsca w życiu. Powołanie przyszło dość nagle i niespodziewanie - w nocy, samo z siebie. Nie towarzyszyło temu żadne słowo, ale to było dla mnie ewidentne - opowiada.

     Bartek, 31 lat, skończył SGH i UW, a potem pracował jeszcze pięć lat. - Moje powołanie porównałbym do wzrostu roślinki, która rosła i rosła, i w pewnym momencie była tak duża, że nadszedł dobry moment, by wypuścić pąk. I że trzeba tu przyjść - mówi. "Powołani po czasie" są nie tylko alumni roku propedeufycznego. Diakon Michał Domagała do seminarium diecezji warszawsko-praskiej na Tarchominie poszedł w wieku 29 lat. Po maturze próbował studiować i pracować. - Myśl o powołaniu do kapłaństwa towarzyszyła mi od wczesnej młodości, dojrzewała, ale ją odrzucałem. Gdzież ja tam nadaję się na księdza? - mówiłem sobie. W końcu dojrzałem. Na początku w jednym pokoju mieszkałem z kolegami z wyższych kursów, którzy byli ode mnie młodsi o nawet dziewięć lat. I to oni mówili mi, co mam robić i kiedy. To nie było łatwe. Jeśli miałem w seminarium jakieś problemy, to z nauką. Z wiekiem trudniej wchodzi wiedza - śmieje się serdecznie. - Nie jest też łatwo większość życia uczyć się budowlanego fachu i matematyki, czytać "Superekspres", a nagle przerzucić się na łacinę, grekę, metafizykę i "Sumę teologiczną" św. Tomasza z Akwinu -tłumaczy. Czy młodsi koledzy przychodzą do niego, bardziej doświadczonego, z prośba o życiowe rady? - Raczej przychodzą usłyszeć jakieś pikantne historie z czasów, kiedy byłem budow-lańcem - odpowiada nie tracąc ani na chwilę humoru. - Nawet gdybym nie doczekał do święceń, które będą już 11 czerwca, i tak te lata spędzone w seminarium byłyby dla mnie czasem błogosławionym - kończy.

     Najstarszy wiekiem kleryk na Tarchominie ma 37 lat i jest na II roku. - Odczuwałem powołanie już jako uczeń technikum elektronicznego - mówi Krzysztof Lipiński - nawet złożyłem papiery, ale rodzice byli bardzo przeciwni, i im uległem. Mówili: najpierw skończ np. teologię dla świeckich, popracuj, a potem sam wybierzesz. I tak zrobiłem, pracując jednocześnie jako elektronik. Po studiach trzeba było się zająć chorym ojcem. I tak minęło kilkanaście lat, ale powołanie kapłańskie chodziło wciąż za mną, więc w końcu się zdecydowałem.

     - Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy nie jest za późno na seminarium, nie powinien z tym zostać sam, by to roztrząsać, bo nic nie wymyśli. Po to ma księży w swojej parafii i w seminariach, by się z nimi tymi wątpliwościami podzielić. Na pewno nikt go bez powołania do seminarium ciągnąć nie będzie - mówią prascy seminarzyści.

     NIE WAHAJ SIĘ

     Niełatwo jest rzucić wszystko i -jak Apostołowie - iść za Jezusem. - Później odkrywane powołania lub takie, do których ktoś dorasta później, stają się specyfiką współczesnego społeczeństwa. Bo dziś wszystko, co ważne, dokonuje się wolniej - mówi ks. dr Marek Dziewiecki, krajowy duszpasterz powołań i wicedyrektor Europejskiego Centrum Powołań. Jednak kasandrycz-ne wizje i tu wydają się nieuzasadnione. "Bóg wie, co robi. Nie myli się w przydzielaniu ludziom czasu. Każdemu daje czas na zrobienie tego, co chce, by zrobił" - pisał Michel Quoist. Wystarczy tylko, by - kiedy już Bóg zawoła - nie dać Mu na siebie czekać.


Radek Molenda

Tekst pochodzi z Tygodnika

15 maja 2011


Być samemu nie znaczy być samotnym Być samemu nie znaczy być samotnym
Wunibald Müller
W swoich rozważaniach autor zaprzecza obiegowym sądom na temat bycia samemu i bycia samotnym. Wskazuje na pozytywne aspekty samotnego zmagania się z codziennością i udowadnia, że właśnie wtedy, gdy pozostajemy sami, mamy możliwość poznania samego siebie i zobaczenia prawdziwej wartości życia... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Michał: 29.10.2015, 09:49
 Mam 26 lat, skończyłem studia, pracuję lecz ciągle czuje w sobie ze to nie moja droga. Od dzieciństwa myśl kapłaństwa chodziła mi po głowie, w sercu czuje taki łoskot który nie pozwala mi zapomnieć o mych wcześniejszych marzeniach, myślach o zostaniu księdzem. Nawet teraz będąc w pracy, wśród znajomych te delikatne pukanie ciągle mi o tym mówi. Co mogę zrobić, jak pokierować ten rozpalający się głos w mym sercu. Liczę na Wasze wsparcie i doradzenie. Proszę o modlitwę!
 łukasz: 14.09.2015, 02:31
 Wczoraj tj. 13.09.2013 skończyłem 32lata i chciałbym iść do seminarium, ale nie wiem czy nie jestem za stary?
 Paweł: 08.02.2012, 18:30
 jak masz wiarę możesz wszystko.
 Rafał-kanonista: 20.08.2011, 15:54
 Zależy co pod tym stwierdzeniem rozumiesz. Aby wstąpić do seminarium musisz być stanu wolnego. Jeśli dobrze rozumiem to jesteś po rozwodzie cywilnym- zaróno w takim przypadku jak i w przypadku porzucenia żony nie ma takiej możliwości.
 Janusz: 17.05.2011, 20:01
 Może zadałem niepoprawnie pytanie, ponieważ nie chodziło mi o to aby poruszyć dyskusję: możliwe lub niemożliwe ale aby dostać konkretną odpowiedź czy taki mężczyzna ma jakąkolwiek szansę aby wstąpić do seminarium. Pomimo, dziękuję za powyższy komentarz.
 Jan: 17.05.2011, 08:33
 Moim zdaniem nie ma takiej możliwości
 Janusz: 17.05.2011, 07:48
 Czy jest możliwe aby osoba która zerwała sakramentalny związek małżeński, a dla Eucharystii postanowiła zrezygnować z kolejnego związku, mogła wstąpić do seminarium?
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej