Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Sztanga i papież

     Dwukrotnie zdobywaf olimpijskie srebro. Najpierw jako nastolatek w Sydney, gdzie bardzo chciał wygrać. Tak bardzo, że popłakał się wówczas z wściekłości. Minęło 8 lat i drugie miejsce w Pekinie również przyjął ze łzami. Tym razem były to łzy szczęścia. Niby dwa takie same medale...

     Biografia Szymona Koleckiego nadaje się na filmowy scenariusz. Wciąż miody, a z bagażem doświadczeń, jakich nie powstydziłby się dojrzały mężczyzna. Kibice kochają go nie tylko za sukcesy, ale też za charakter - ma mentalność urodzonego zwycięzcy. Niezwykły upór, ambicja, wola walki - to cały on. Szymon jest prawdziwym twardzielem, a pewność siebie dał mu właśnie sport. Na co dzień dźwiga niewyobrażalne ciężary, spędza setki godzin na treningach i działa w Polskim Związku Podnoszenia Ciężarów. Jest też mężem, ojcem, wrażliwym człowiekiem i... świetnym historykiem.

     Przygoda z historią zaczęła się nietypowo. Dziesięć lat temu uznawano go za największy talent polskich ciężarów. Miał przenosić góry i gdy już zaczął to robić, sięgając po kolejne medale, przyszła koszmarna kontuzja kręgosłupa. Gdy nie mógł trenować, zaczął pochłaniać książki, przede wszystkim historyczne. - Zacząłem czytać z konieczności. Musiałem dużo leżeć, a z takiej pozycji ciężko ciągle oglądać telewizję - śmieje się sztangista. - Szybko jednak czytanie stało się moją pasją.

     Jego ulubione książki "Hrabia Monte Christo" i "Faraon" szybko zastąpiła prawdziwa literatura historyczna. Książki jeździły z nim na zgrupowania i rehabilitacje. Szymon przyzwyczaił już Polaków do swych sukcesów ze sztangą, ale nie gorzej wypada na ogólnopolskich testach wiedzy organizowanych przez Telewizję Polską. Najpierw wygrał "Wielki test z historii", dystansując tak znane postaci jak Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz czy Maciej Orłoś. Kołecki to szczery facet i przyznał, że jednak troszkę pomógł mu Antoni Macierewicz. - Nie mam większej wiedzy niż wybitni historycy. Miałem od nich więcej szczęścia - puszcza zawadiacko oko. Kolejnym wyzwaniem dla "Kołka" był test z wiedzy o Karolu Wojtyle - Janie Pawle II. Szymon bardzo poważnie podszedł do rzeczy. - Zawsze chcę się sprawdzać. Tym razem motywuje mnie Jego świętość - powiedział w nagraniu dla TVP. Sportowa maksyma, że łatwiej coś zdobyć niż potem tego bronić, ponownie okazała się prawdziwa. Nasz mistrz tym razem nie wygrał, ale zajął doskonałe III miejsce.

     JASNY CEL

     Na treningi ciężarowców Szymon trafił za sprawą ojca, który był trenerem sekcji podnoszenia ciężarów w Wierzbnie. Na sali chłopiec przyglądał się wysiłkom zawodników, ale sam uganiał się za piłką. Treningi ze sztangą rozpoczął, mając 8 lat. Rodzice ciężko pracowali, ale nie przeszkadzało im to w wychowywaniu syna. - Wpoili mi podstawowe zasady. Przede wszystkim szacunek dla innych, wrażliwość na ludzką krzywdę i odpowiedzialność za swoje zachowanie. Jak wychodziłem na podwórko, to z góry było określone, dokąd mogę iść i o której mam wrócić - wspomina zawodnik.

     Jego życie koncentrowało się wokół sportu. Gdy w wieku 15 lat opuszczał rodzinne strony, miał już określony cel: występ na igrzyskach olimpijskich w Sydney. W Ciechanowie ruszał ośrodek przygotowań olimpijskich Sydney 2000. Z całej Polski wyłaniano najzdolniejszych młodych sztangistów. - Bardzo chciałem tam trafić, ale od początku mama była niechętna. Bała się o mnie. Na szczęście ojciec mnie poparł - opowiada. Początki na Mazowszu były bardzo trudne. Przede wszystkim w szkole. - Na dzień dobry zaliczyłem trzy pały z polskiego. I już chciałem wracać - mówi Szymon. Do tego rytm dnia wyznaczały ciężkie treningi. Na tyle wyczerpujące, że po roku Kołecki przeniósł się do szkoły zaocznej, ale w Ciechanowie został. - Cztery lata przed igrzyskami w Sydney rwałem 120 kg i podrzucałem 150. Wiedziałem, że muszę na olimpiadzie rwać około 190 i podrzucać 235 kg. Takich postępów się nie robi w cztery lata. Ale ja wierzyłem - z błyskiem w oku wspomina Szymon. Na bok poszły przyjemności, maturę zdał eksternistycznie już po igrzyskach.

     NAJWIĘKSZY ZAWÓD

     Szymon osiągnął swój cel i znalazł się w kadrze na igrzyska w Sydney. Miał 17 lat, mistrzostwo Europy i srebrny medal mistrzostw świata w 1999 r. Usłyszał o nim cały ciężarowy świat. Okrzyknięto go atletą jutra, sztangistą XXI wieku. Na treningach bił wszystkie rekordy, imponował formą. Był pewien swojej ogromnej siły. Tymczasem w Australii zajął "tylko" drugie miejsce. - Na drodze do złota stanęła kontuzja kostki. Byłem w stanie przecież podrzucić więcej! - ocenia rozgoryczony.

     Szymon przegrał o włos. Nie mógł się wówczas pogodzić z porażką. Płakał. - Przez 8 lat po olimpiadzie nie wiedziałem, gdzie jest mój medal. Nie chciałem go oglądać, bo był symbolem klęski. Dopiero po sukcesie w Pekinie przywiózł mi go ojciec, mówiąc, że będzie do kolekcji - opowiada Kołecki. Wciąż nie chce go jednak oglądać. - Leży gdzieś w szafie - mówi.

     Potem było jeszcze gorzej. Z powodu urazu kręgosłupa nie startował ponad rok. W końcu zdecydował się na operację, po której żaden ciężarowiec nie wrócił do sportu. Groziło mu kalectwo. Na szczęście lekarze spisali się na medal. Wrócił do sportu w 2005 r. - Nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba po prostu wierzyć - mówi.

     Rok później świętował już mistrzostwo Europy. Prawdziwym celem było podium na igrzyskach w Atenach w 2004 r. Niestety, mimo że wygrał walkę o zdrowie, to przegrał na kontroli anty dopingowej. Ciężary to sport zarażony wirusem dopingu, wszelkie ślady po niedozwolonych środkach są natychmiast wychwytywane na kontrolach. - Wykryto nandrolon. Byłem spokojny, bo wiedziałem, że to wynik stosowania leków po operacji kręgosłupa - wspomina Kołecki. - Ekspertyzy były na moją korzyść. Niestety, procedury trwały na tyle długo, że zanim sprawa się wyjaśniła, było po igrzyskach, dosłownie i w przenośni. Już wtedy ruszyła operacja "Pekin 2008". Po drodze zdobywał medale w Europie i na świecie. Ponownie przyplątała się jednak kontuzja. - Bokiem wyszła moja zawziętość. Do Pekinu przygotowywałem się w zasadzie sam i gdy już osiągnąłem życiową formę, chciałem jeszcze więcej. Nie było w tym żadnej myśli, tylko upór i ciężka praca. I tak uszkodziłem sobie kolano - z goryczą wspomina Szymon. Zamiast trenować, spędzał czas u lekarzy. Mimo to do Chin leciał po złoto. - Na wyrost - ocenia. - Wiedziałem, że nie jestem przygotowany tak, jak powinienem. Po prostu za mało trenowałem, nie byłem w pełni sił. Zdobył srebro i tym razem już się z nim zaprzyjaźnił.

     MNICH

     Decyzja o organizacji igrzysk w Chinach, kraju nagminnie łamiącym prawa człowieka, wzbudziła liczne kontrowersje na świecie. Komunistyczne władze z właściwą sobie starannością podjęły przed igrzyskami działania, by zapobiec protestom. Największy sprzeciw wobec igrzysk w Pekinie wystąpił wśród osób zabiegających o poprawę sytuacji w Tybecie, a symbolem oporu przeciwko reżimowi stali się tamtejsi mnisi. Wiosną 2008 r., tuż przed igrzyskami, chińska milicja krwawo stłumiła demonstracje w Tybecie. Spotkało się z to ze stanowczą reakcją światowej opinii publicznej i krytycznymi opiniami zawodników.

     - Zaczęło mi to wszystko przeszkadzać. To, że nikt nie protestuje. Że nikt niczego nie zrobił, aby rozpoczął się dialog chińsko-tybetański. Musiałem jakoś zamanifestować - mówi Kołecki. Karta olimpijska zabrania jednak sportowcom wyrażania podczas zawodów jakichkolwiek poglądów politycznych pod groźbą dyskwalifikacji. Mimo to Szymon postanowił zaznaczyć swój sprzeciw. Jeszcze przed startem obiecał, że wystąpi z ogoloną głową, niczym tybetański mnich. - Na ten pomysł wpadłem, oglądając telewizyjną relację z pacyfikacji demonstracji w Tybecie. To bardzo czytelny symbol, a żadna władza nie może nikomu nic zrobić za ogolenie głowy. Wszyscy doskonale odczytali tę symbolikę - cieszy się sportowiec. Parę godzin później wszyscy bili też brawo, gdy po wspaniałej walce z ciężarami, rywalami, ale przede wszystkim samym sobą, polski "mnich" stanął na podium, a na szyi zawieszono mu srebrny medal.

     LONDYN 2012? ALBO JA, ALBO MNIE!

     Teraz zawodnik cieszy się, że ma wreszcie świetnego gruzińskiego trenera Ivana Grikourovi. W wyniku różnych zawirowań pracuje z nim indywidualnie, poza polską kadrą. - Rozumiemy się bez słów. Ivan układa trening dopiero, gdy spojrzy na moją minę. Wie, co powinniśmy robić, ale jeśli moje oczy mówią coś innego, to zmienia plany - opowiada Kołecki.

     Przed sobą ma jeszcze jedno wielkie marzenie - złoty medal igrzysk olimpijskich w Londynie. Szymon zdaje sobie sprawę, że to jego ostatnia szansa na olimpijski triumf. - Wieku nie da się oszukać. Trudno sobie wyobrazić bym w 2016 jeszcze miał szansę - ocenia. Poza tym nigdzie poza granicami kraju nie będzie mógł liczyć na taki doping, jak w stolicy Anglii. - Londyn to polskie miasto. Cieszę się na myśl o występach tam. Wiem, że wesprze mnie ogromna liczba rodaków. Razem przejmiemy kontrolę nad halą - przekonuje. - Tam już nie będzie kalkulacji, pójdę na ostrą walkę i albo ja ubiję, albo mnie ubiją. Muszę mieć to złoto, inaczej nie będę spełnionym sportowcem - kończy poważnie Szymon.

     Upór to jego cecha nr 1. Uważa, że nie jest specjalnie utalentowanym sztangistą, ale zawziętość i wiara we własne możliwości sprawiły, że dotarł na sam szczyt. - Talent to tylko fundament. Trzeba go poprzeć ciężką pracą, by zbudować dom. A ja lubię ciężko pracować - przyznaje i dodaje z błyskiem w oku: - Ciężary nie są wyjątkowym sportem. Ale ta rywalizacja... To wciąż daje mi siłę, by dźwigać sztangę.

     Mówi, że jest szczęśliwym pechowcem. Ma pecha w sporcie, ale wszystko rekompensuje mu życie prywatne. - Rodzina jest najważniejsza, tylko ona się liczy, bez niej nic nie byłoby ważne, nie byłoby sensu walczyć, wylewać litrów potu - podkreśla. - Solidne fundamenty trzeba mieć nie tylko w sporcie. Dzięki nim pokonałem wiele problemów i nie przejmuję się przyziemnymi sprawami. To właśnie sport i rodzina ukształtowały mnie jako człowieka. Zadowolonego człowieka.


Jakub Majewski


Tekst pochodzi z Tygodnika

6 września 2009


Siedem darów Bożych. Jan Paweł II o siedmiu sakramentach świętych Siedem darów Bożych. Jan Paweł II o siedmiu sakramentach świętych
Jan Paweł II
Jest ich siedem. Są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski: SAKRAMENTY. Są jak dotyk Pana Boga. W sakramencie chrztu dotyk Boga-Ojca. W sakramencie bierzmowania dotyk namaszczenia na apostoła. W sakramencie Eucharystii dotyk Jezusa-Miłości, która nie zna miary... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej