Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Ostatni w swoim fachu

     Być może za kilka lat już ich nie będzie, a ich pełne uroku warsztaty w ogóle przestaną istnieć. Teraz opowiadają swoje historie.

     - Dziś już nikt nawet nie wie, kim jest rymarz. Kiedyś było ich w Warszawie kilku, a teraz zostałem sam. Najbardziej mnie śmieszy, kiedy ludzie przynoszą do mnie buty do naprawy. Myślą, że jak zajmuje się skórą, to wszystko naprawię - żartuje Tadeusz Przeździecki. W długim ciągu szarych bloków przy ulicy Wołoskiej, nic szczególnego nie zwraca uwagi przechodniów. Codziennie mijają metalową kratę i mały szyld: "usługi rymarskie".

     Kiedy 30 lat temu Tadeusz Przeździecki wynajął tu małą pakamerkę, adres ten znało wielu warszawiaków. - Teraz pozostaje mi jedynie naprawa damskich torebek, chociaż jak widzę taką tandetę, to nawet i tego się nie chce - kokietuje trochę, bo przecież jesl także znanym siodlarzem.

     Do warsztatu wchodzi młody klient, na oko licealista. Czy jego zamówienie jest już gotowe? Rzemieślnik bez trudu poznaje klienta, sięga po duży pas, strzepuje pył z ładownicy i poprawia sprzączkę przy chlebaku. - Będziemy to wykorzystywać przy obronie Berlina albo Twierdzy Modlin, nie wiem jeszcze dokładnie - tłumaczy Gabriel z grupy rekonstrukcyjnej. Rymarz lekko się uśmiecha. - Trochę pomieszał gatunki, bo takich rzeczy używali żołnierze SS z Afryka Corps, ale i tak nikt się na tym nie pozna. Ja siedzę w tym fachu ponad 55 lat, a militariami interesowałem się od dziecka. Jak pani chce zobaczyć moją pracę, to proszę sobie obejrzeć ' scenę myśliwską z "Pana Tadeusza" albo przyjrzeć się oddziałowi kawalerii w filmie "Karol, człowiek, który został papieżem". Ale cieszę się, że młodzi interesują się coraz częściej historią, bo dawniej miałem tu samych weteranów!

     - Chyba jak każdy chłopak, chciałem być lotnikiem. Albo strażakiem - opowiada Tadeusz Przeździecki.

     - Skończyłem jednak szkołę ekonomiczną, bo taka była akurat najbliżej. Potem przyszedł czas na podjęcie pracy. Pracowałem w zakładzie rymarskim jako pracownik umysłowy! Bo dawniej każdy kto siedział za biurkiem, był nazywany umysłowym. Po 25 latach założyłem własny warsztat i tak udaje, przed Urzędem Skarbowym, że prowadzę swój własny "biznes". Teraz to już tylko po to, żeby nie siedzieć w domu i trochę dorobić do emerytury. Czasem to sam z siebie się śmieję, że jestem ostatnim Mohikaninem, bo drugiego takiego wariata nie ma. W Warszawie jest jeszcze paru moich kolegów po fachu, ale z takimi drobiazgami odsyłają ludzi do mnie. Bo tę robotę trzeba lubić i wkładać w nią trochę serca, bo inaczej na chleb nie zarobisz. Nie wiem ile tu jeszcze popracuję, bo szkoda mi tego wszystkiego zostawiać. Syn skończył Politechnikę, zrobił doktorat, nikt tu po mnie nie przyjdzie, wszystko pójdzie na śmietnik, tak ak i ten zawód.

     POGODA DLA BOGACZY

     - W tej branży wszystko zależy od pogody. Bo jeśli świeci słońce, to po co komu parasol? A jeśli można go kupić na 10 zł, to po co komu parasolnik? - mówi Witold Choynowski.

    - Dawniej parasole służyły ludziom latami. Kiedy szmata przetarła się już ze starości, to na stary szkielet nakładało się nowy materiał, a kiedy złamał się drut, to wymieniało się sam drut zamiast wyrzucać całą parasolkę. Teraz Chińczycy robią parasolki, a parasolnik je sprzedaje - ironizuje.

     Ten zawód jego rodzina kultywuje od pokoleń. Ale sklep przy Chmielnej nie przypomina już przedwojennej "Fabryki parasoli męskich i damskich - J. Gostkiewicz". Naprzeciwko frontowych drzwi stoi stelaż z kapciami i drewniakami, obok kilka sztuk drewnianych lasek. Na półkach leżą równo poukładane mechaniczne parasolki, z górnych listewek zwisają dłuższe, też automatyczne. Nie ma w nich już nawet cienia ich przedwojennych luksusowych przodków. Tamte, noszone przez magnatów z brawurą i nonszalancją, służyły jednocześnie jako rekwizyt.

     - Nie powiem, żebym się poświęcił - opowiada parasolnik - bo matka zestarzała się sprzedając parasole, a kiedy nie mogła już w ogóle pracować, rzuciłem pracę w Instytucie Elektrotechniki i wróciłem do sklepu. Nawet nie pamiętam, kiedy i kto mnie tego nauczył. Od dziecka bawiłem się w warsztacie dziadka, wśród drutów i kolorowych ścinków. Kiedyś nie było dostępnych materiałów, parasole robiło się na przykład ze spadochronów. Trzeba je było tylko zaimpregnować, żeby nie przepuszczały wody. Można to było zrobić nawet zwykłą pastą do podłogi, bo kiedyś ludzie mieli pomysł na wszystko.

     Dziś warsztat na pięterku stoi zapomniany, wraki babcinych parasolek już się nikomu nie przydadzą. Do naprawy wystarczy kilka nitów, igła i kombinerki.

     - Panie parasolniku, pomocy! Wiatr był taki straszny, że cała się zniszczyła, kiedy mogłabym odebrać? - wpada klientka. Pan Choynowski odbiera przedmiot delikatnie, jak uszkodzonego ptaka. Ogląda. Bierze igłę i pudełko z nitami. Po chwili oddaje - już zrobione. Zaskoczona klientka odbiera parasol, płaci i wychodzi.

     Na dyplomie Izby Rzemieślniczej widnieje wyblakły napis: "Witold Choynowski, z dniem złożenia egzaminu, ma prawo używać tytułu mistrza w rzemiośle: parasolnictwo" - O moim zawodzie przypomina mi czasem tylko ta ramka. Nawet nie zauważyłem, że od dnia złożenia egzaminu mistrzowskiego minęły już 22 lata.

     SPECJALISTKI OD DZIUR

     - Dziecko! Teraz to już nie te oczy, kiedyś to się pracowało po osiem godzin, a potem zabierało robotę do domu i cerowało do nocy - opowiada Genowefa Łajszczak. Wczoraj klient przyniósł dywan, który mógł mieć ponad 200 lat, ale ja już się takich rzeczy nie podejmę. Nie wiem, kto mu to może zrekonstruować, bo nie znam już nikogo, kto by jeszcze cerował dywany i kilimy. Przez pół wieku wykształciłam tyle dziewcząt, ale żadna nie podjęła się nigdy tego zawodu. Została tylko Bożenka, która objęła u nas warsztat krawiecki.

     Trzy przebojowe krawcowe postanowiły kiedyś, 45 lat temu, pójść "na swoje". Powstały trzy zakłady: cerowania dywanów i kilimów, cerowania garderoby i repasacji rajstop. - Utrzymujemy się przez tyle lat tylko dlatego, że jesteśmy razem, bo każda miała chwile załamania. A w tej pracy niezależnie od rodzaju materiału potrzeba dużo cierpliwości. Zakład krawiecki przy ulicy Wilczej stoi jakby nienaruszony przez ząb czasu. W starej kamienicy pośród nowoczesnych sklepów, jest pomnikiem tamtej epoki. Meble pamiętające jeszcze towarzysza Gierka, maszyny do szycia i małe radyjko z nastawionym na stałe I Programem Polskiego Radia. - Nasz warsztat czynny jest zawsze od 11 do 18, aleja od lat przychodzę tu codziennie z samego rana, kiedy nikogo nie ma. Lubię ciszę. A przy moich kilimach dodatkowo się relaksuję. Przyszłam jako młoda dziewczyna, chciałam się uczyć. Myślałam, że będę nauczycielką. Ale ze względu na niepewne czasy, mama stwierdziła, że lepiej będzie jak pójdę do pracy i tak zestarzałam się tutaj - urywa pani Genowefa. Po chwili podnosi wzrok, na zegarze minęła właśnie 14. - Ja już kończę na dzisiaj - dodaje i powoli wstaje od swojego stanowiska, zdejmuje fartuszek, żegna się z współpracownicami, a po chwili opuszcza swój zakład. Dywanik dokończy jutro, jak zwykle po wschodzie słońca.


Marta Troszczyńska


Tekst pochodzi z Tygodnika

10 maja 2009


Zrozumieć sakramenty Zrozumieć sakramenty
Albert Rouet
Sakramenty są dla nas czymś tak oczywistym, że rzadko zastanawiamy się, jakim są skarbem. Popadamy w rutynę i przyjęcia ich nie przeżywamy jako osobistego spotkania z Jezusem... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej