Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Krzyż na skrawku wolnej Polski

     Dziesięciometrowy drewniany krzyż rzuca się w oczy z oddali, kiedy jeszcze nie wiadomo, że zbliżasz się do stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk w Hornsundzie na Spitsbergenie. Postawili go tam polarnicy w styczniu 1982 r., w stanie wojennym, gdy poszła plotka, że Rosjanie zajmą bazę.

     W akcie erekcyjnym krzyża naukowcy napisali: "50 lat temu zimowała na Wyspie Niedźwiedziej pierwsza Polska Wyprawa Polarna. 25 lat temu prof. Stanisław Siedlecki zbudował Stację Naukową w Isbjornhamna. W czwartym roku pontyfikatu papieża Polaka Jana Pawła II, my Polacy pracujący w Hornsundzie, uczestnicy wypraw polarnych wznieśliśmy ten krzyż dla upamiętnienia 50-lecia naszej działalności w Arktyce. Niech ten symbol będzie dowodem woli naszego istnienia i nadziei. Jeszcze Polska nie zginęła!"

     Polska Stacja Polarna Hornsund im. Stanisława Siedleckiego, położona jest na Wilczekodden (Przylądku Wilczka) kilkaset metrów od brzegu Zatoki Białych Niedźwiedzi wewnątrz fiordu Hornsund, na południu wyspy Spitsbergen. Stację prowadzi Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. Polacy na Spitsbergenie obecni są od 1931 r., kiedy podpisali Traktat Spitsbergeński (porozumienie określające status archipelagu z 1921 r.). Polska stacja została założona w lipcu 1957 r. przez członków wyprawy PAN działającej w ramach Międzynarodowego Roku Geofizycznego, którą dowodził Stanisław Siedlecki, znany badacz polarny, geolog i taternik, weteran pierwszych polskich ekspedycji do Arktyki.

     W 1975 r. był tam prof. Witold Plichta z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, jeden z najwybitniejszych polskich gleboznawców, dziś już na emeryturze. Wraz z innymi Polakami urządzał stację na nowo po wieloletniej przerwie i doprowadzał polską bazę "do porządku". - Wówczas - zaznacza - wyprawy były jedynie w okresie od wiosny do jesieni, która za kołem podbiegunowym trwa mniej więcej od połowy czerwca do połowy września. Profesor Plichta prowadził w Hornsundzie badania gleboznawcze. Dziś wspomina z sentymentem tamten czas. Od 1978 r. w stacji pracują już całoroczne ekspedycje. Jest to najdalej na północ wysunięta całoroczna polska placówka naukowa, do której przylgnęła nazwa "Polskiego Domu pod Biegunem".

     Krzyż na Wilczku to dla wielu za kołem podbiegunowym miejsce szczególne. A zwłaszcza dla tych, którzy ocaleli na morzu mimo zagrożenia życia. - W tamtym miejscu nie ma już żartów, jak wpadnie się do wody, to są małe szansę, że wyjdzie się z niej żywym - mówi dr Jan Klementowski z Instytutu Geografii i Rozwoju Regionalnego Uniwersytetu Wrocławskiego. I zaraz dodaje, że wśród polarników polskiej stacji polarnej nie było dotąd żadnego śmiertelnego wypadku, a w sumie na Spitsbergenie zginęło dwóch Polaków.

     Profesor Krzysztof Migała, kierownik Zakładu Klimatologii i Ochrony Atmosfery Instytutu Geografii i Rozwoju Regionalnego Uniwersytetu Wrocławskiego, który prowadzi do dziś badania w Hornsundzie, w swoich listach z bazy opisuje, co się tam dzieje. O postawionym w stanie wojennym na Wilczku krzyżu pisze, że od tamtej pory służy wielu polskim polarnikom jako miejsce "zadumy". Ale jest to także punkt orientacyjny w czasie nawigacji w Zatoce.

     - Tradycja stawiania krzyży na Spitsbergenie jest długa - mówi dr Klementowski. Pomorcy, lud zamieszkujący wybrzeże Morza Białego, stawiali tam krzyże już w XVII wieku. - To byli bardzo dobrzy żeglarze, którzy pojawili się wcześniej na Spitsbergenie niż Skandynawowie. Stawiali pięknie zdobione krzyże w miejscach bardzo eksponowanych i były one jednocześnie miejscem kultu religijnego, ale też posiadały pewne cechy, które miały pomagać żeglarzom. Jedna część krzyża byta ociosana na płasko i orientowana zawsze do północy - zaznacza dr Klementowski. - W latach 50. Rosjanie zaczęli te krzyże wycinać. Ale udało się Norwegom ten proceder zlikwidować. Do dziś na Spitsbergenie zachowało się takich krzyży kilkanaście.

     Dziś natomiast krzyż na Wilczku to miejsce szczególne dla wszystkich tam przybywających. - Był nawet taki zwyczaj wśród niektórych ekip, że polarnicy pod krzyżem symbolicznie przekazywali sobie klucze do stacji - mówi dr Klementowski. Zaznacza też, że polarnicy na stacji zawsze świętują pod krzyżem niedziele. Jeżeli nie ma wśród nich kapłana, to każdy udaje się tam na krótką modlitwę. - To jest naprawdę cudowne miejsce - podkreśla.

     Obok krzyża na Spitsbergenie zbudowano również mały polowy ołtarzyk, przy którym odprawiane są Msze i nabożeństwa. Na krzyżu polarnicy przybili też kilka tabliczek z podziękowaniami za uratowanie życia, ale też za pomoc w rozwiązaniu spraw osobistych.

     Pierwsza Msza św. pod krzyżem odprawiona została w 1987 r. przez polskiego księdza Wojciecha Egierta ze Zgromadzenia Misjonarzy św. Rodziny. Spitsbergen bowiem należy do położonej kilkaset kilometrów na południe parafii norweskiej, w której posługuje polski ksiądz. - "Ołtarzem", przy którym odprawiono tę pierwszą Mszę św., był składany stolik turystyczny, który polarnicy obłożyli kamieniami, żeby wiatr go nie porwał - wspomina dr Klementowski, który był jej uczestnikiem.

     - To było niesamowite przeżycie - wspomina z kolei ks. Egiert, który Mszę odprawił. Ale też dobrze pamięta cały pobyt u polarników. - Polacy daleko od swego kraju, noc polarna, wizyta białego niedźwiedzia kilka metrów od stacji i ta "polska" atmosfera.

     - Nasz biskup z Tromsó, gdzie byłem proboszczem, rozmawiał z biskupem protestanckim, a ten z kolei wcześniej z pastorem ze Svalbardu i obaj doszli do wniosku, że dobrze byłoby, gdyby Polaków w Hornsundzie odwiedził ksiądz katolicki. Bez pomocy pastora byłoby to niemożliwe ze względów finansowych. Pastor zaś miał wówczas prawo używać helikopter, którego mi wtedy użyczył. Rodacy z Hornsundu wiedzieli, że przyjedzie ksiądz, ale nie spodziewali się Polaka i stąd ich ogromne zaskoczenie - mówi ks. Egiert, wyjaśniając, jak doszło do tego, że się w polskiej stacji znalazł. Doktor Jan Klementowski dobrze pamięta lądowanie helikoptera, z którego wysiadł " taki trochę tykowaty gość, dwumetrowy, ale chudy jak makaron". Okazało się, że to jest polski misjonarz, ks. Wojciech Egiert, który gdy tylko się zadomowił, chciał odprawić Mszę św. Kierownik zimowania nie pozwolił, żeby odbyła się w obrębie stacji polarnej i dlatego odprawiono ją właśnie pod krzyżem - mówi.

     Wówczas polska baza była zakładem państwowym i odprawienie Mszy na terenie stacji byłoby przestępstwem. - Najbardziej podpadł kierownik stacji. Wydarzenie to bowiem jako historyczne opisała tamtejsza gazeta, a że nad porządkiem w polskiej stacji czuwał wtedy radziecki konsul, sprawa dotarła przez Moskwę do Warszawy, czego rezultatem byta komisja z kraju i groźba odwołania kierownika stacji - relacjonuje ks. Egiert. Kierownik ten został do końca sezonu w bazie, ale przydzielono mu "opiekuna". - Kilka lat później chciał pojechać na Antarktydę, ale przed wyjazdem cofnięto mu pozwolenie na wyjazd - mówi ksiądz i podkreśla, że to nie on miał problemy z powodu tamtej Mszy św., ponieważ już wtedy pracował w Norwegii i nic mu nie groziło, ale ówczesny kierownik stacji.

     Żadnej notatki o tym wydarzeniu nie udało się zamieścić w polskiej prasie. Klementowskiemu udało się jedynie w prasie polonijnej opublikować informację pt. "Pierwsza Msza św. na Spitsbergenie" ze zdjęciem polarników i ks. Egierta pod krzyżem. - Potem Polska Akademia Nauk rozpoczęła dosłownie "totalne śledztwo" w tej sprawie: kto zaprosił księdza i po co? To było bardzo przykre. Przyjechało dwóch panów, żeby na miejscu zbadać, kto zaprosił do stacji kapłana - zaznacza. To i tam nie były łatwe czasy. Choć - jak podkreśla prof. Plichta - wtedy polarników interesowały tylko badania i dalecy byli od polityki.

     Walka z krzyżem pod biegunem północnym okazała się bogata w skutki, choć przez SB nieoczekiwane. Doktor Jan Klementowski wspomina, że gdy w czerwcu 1989 r. Jan Paweł II był z pielgrzymką w Norwegii, w polskiej stacji koło krzyża zadzwonił telefon, gdy naukowcy podnieśli słuchawkę usłyszeli: "Halo, tu papież". Było to tuż po upadku komunizmu w Polsce.

     A potem, 20 września 1996 r., Prymas Polski kard. Józef Glemp odprawił pod spitsbergeńskim krzyżem Mszę św. Polakom podarował obraz Matki Boskiej, a w księdze pamiątkowej stacji napisał: "Ze wzruszeniem wpisuję się do Księgi Polaków, którzy tu w Hornsund na Szpicbergu pełnią służbę dla Polski i dla ludzkości przez badania naukowe. Pod krzyżem z widokiem na lodowiec odprawiłem Mszę św. wraz z moim sekretarzem ks. dr Januszem Krokosem. Dziękuję Bogu za łaskę bycia z Rodakami. Szczęść Boże wszystkim Wyprawom Polskim, które będą nawiedzać te polarne strony. Hornsund 20 IX 1996 x Józef kard Glemp Prymas Polski".

    Krzyż, który polscy naukowcy na Spitsbergenie wznieśli jako znak wolności, istnienia i nadziei w sytuacji zamachu na wolność, stał się symbolem. Stał się dowodem woli istnienia i nadziei w "Polskim Domu pod Biegunem".


Kaja Małecka-Kotiarz


Tekst pochodzi z Tygodnika

3 stycznia 2010


Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii
Ks. Zbigniew Wit
Oddajemy w ręce Czytelnika miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Kościoła. Przewodnik, napisany prostym i zrozumiałym językiem, wzbogacony zdjęciami ilustrującymi każde z omawianych haseł, ma na celu pomóc Czytelnikowi bardziej świadomie uczestniczyć w liturgii... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:
 Adam: 11.03.2011, 13:46
 Brawo Wojtku. Pozarzwiam. Adam z Kazimierza B
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej