Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Dom w Henrykowie

     Była tu szkoła, potem dom dla "upadłych kobiet". Teraz w domu u zbiegu Modlińskiej i Mehoffera mieści się Zakład Opiekuńczo-Leczniczy im. Sue Ryder.

     W Warszawie nie ma drugiej takiej placówki opiekuńczej - dla większej ilości pacjentów naraz. Nie o liczby tu jednak chodzi. ZOL w Henrykowie to wyjątkowe miejsce ze względu na nietuzinkowe osobowości związane z tym miejscem i osoby tych, którzy dziś starają się kontynuować ich dzieło. Niedawno ukończono budowę kolejnego pawilonu przeznaczonego dla 100 chorych. Rozbudowa stała się doskonałą okazją do nadania imienia. Zakład wziął za patronkę Sue Ryder, a wczesną wiosną odbyło się uroczyste przyjęcie imienia patronki i odsłonięcie tablicy pamiątkowej umieszczonej na monumentalnym głazie ustawionym między "jej" pawilonami.

     - Dziś, kiedy zamiera model rodziny wielopokoleniowej, domy takie jak ten nabierają znaczenia - mówił podczas uroczystości abp Henryk Hoser. - Współczesne wzorce kultury postmodernistycznej nie lansują szacunku wobec starszych, chorych. Obecny personel zakładu i znamienite poprzedniczki przeczą temu modelowi, a łączy ich serce okazywane odrzuconym społecznie, zapomnianym.

     Odkąd dyrektorem zakładu w 2007 r. została Barbara Kaczmarska, zaczął się nowy okres w życiu domu. Wznowiono współpracę z Fundacją Sue Ryder. Nawiązano kontakt z uniwersytetem medycznym, bo obie strony widzą pilną potrzebę kształcenia nowych specjalistów w dziedzinie geriatrii.

     Goście zabierający głos podczas uroczystości byli zgodni, że dwie niezwykłe kobiety, same będąc już blisko Pana, z pewnością patrzą na to dzieło i cieszą się... Przez Henryków przewinęło się wiele znanych osób, ale dwie nadały zakładowi charakter: Wincenta Jadwiga Jaroszewska i Susan Ryder.

     SAMARYTANKI W PRZYSTANI

     Szpital skórno-weneryczny przy Książęcej cieszył się złą sławą, a praca w nim nie należała do łatwych, ale właśnie tu Jadwiga Jaroszewska została dozorczynią pacjentek na początku lat 20. ubiegłego wieku. Znajdowały się tu zarówno zawodowe prostytutki, jak i dziewczyny, które padły ofiarą sutenerów. Zależało jej głównie na zajęciu się dziewczętami, które miały szansę na powrót do uczciwego życia. Nie mogła liczyć na wsparcie władz kościelnych. Z rezerwą traktowano tę eks-zakormicę, która podjęła pracę w tak gorszącym środowisku. Utworzyła więc świeckie "Stowarzyszenie Samarytanek".

     Niedługo potem samarytanki założyły w Henrykowie "Przystań", dom, który miał być szansą na uczciwe życie. Nie było łatwo wzbudzić zaufanie dziewcząt, ale powoli nawiązywał się kontakt z wychowankami. Któregoś razu s. Cecylia szła zmęczona do domu, dziewczyny chwyciły ją na ręce i zaniosły na I piętro. Choć ten budynek nie jest już użytkowany, to właśnie schody zachowały się do dziś. ,P>      Placówka została przeznaczona dla podopiecznych z Książęcej, mających nie więcej niż 15 lat, nierzadko już w ciąży. Matka Wincenta - jak mówiły o Jadwidze Jaroszewskiej wychowanki i współpracownice - prowadziła resocjalizację, organizując warsztaty ogrodnicze, gospodarskie, hafciarskie, tkackie. Dziewczęta uczyły się prać, gotować, dbać o zwierzęta domowe.

     Jaroszewska stworzyła bezprecedensowy jak na ówczesne standardy system "rodzinkowy" - podopieczne mieszkały w małych grupach, co pomagało im się usamodzielniać w codziennych czynnościach. Zasada ta z powodzeniem jest stosowana do dziś.

     W 1932 r. Kongregacja do Spraw Zakonów zezwoliła Jadwidze Jaroszewskiej na erygowanie Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Samarytanek Krzyża Chrystusowego.

     Przełożoną domu w przededniu wojny była już s. Benigna Stanisława Umińska, dawniej obiecująca aktorka Teatru Polskiego, która po osobistej tragedii odczytała powołanie zakonne.

    PASTORAŁKA DLA PRZYJACIÓŁ

     Podczas wojny w pobliskim budynku; gdzie wcześniej była apteka, Niemcy urządzili dom dla swoich żołnierzy rekonwalescentów korzystających z opieki pielęgniarskiej "Przystani".

     Tuż obok partyzanci ukrywali broń. Przez lata okupacji w Henrykowie ukrywało się wiele osób, również pochodzenia żydowskiego. Jedną z nich była Magdalena Langer, psycholog i pedagog. Wiosną 1944 r. na prośbę pracowników opieki społecznej wyrobiono kenkarty 16 Żydówkom. Dziewczyny mieszkały przez kilka tygodni w zakładzie. Siostry przygarnęły też chłopczyka wyrzuconego z transportu do Oświęcimia. Otrzymał imię Tadeusz i bezpiecznie doczekał końca wojny. Inna Żydówka, Eugenia Szymańska, pracowała w Pruszkowie na kolei w przebraniu postulantki.

     Ukrywał się tu także oficer włoski, dezerter z pociągu na Wschód.

     W 1942 r. s. Umińska poprosiła Leona Schillera o tekst pastorałki, który zamierzała wystawić. Pełna entuzjazmu planowała, że role Heroda i Pachołków zagrają najbardziej pyskate dziewczęta. Reżyser przyjeżdżał kilka razy w tygodniu, a później zamieszkał w Henrykowie aż do Powstania.

     Matka Boska miała "mały, mysi głosik", jak zapamiętał Miłosz, widz — przedstawienia. "[...] Czystość i świętość Matki Boskiej były najniewątpliwiej jej własne, tej dziewczynki-aktorki, choć zarazem była ona kimś innym i ta inna sprzedawała się niedawno niemieckim żołnierzom". Na to przedstawienie i kolejne, a było ich około dwudziestu, zjeżdżała się elita okupowanej 'Warszawy. Po wojnie Irena Sendlerowa zabierała z ulic do Henrykowa "gruzinki", czyli dziewczyny uprawiające prostytucję na gruzach Warszawy. W jakiś czas potem ulokowano tu Państwowy Dom Specjalny dla przewlekle chorych, a także bibliotekę. Od 1960 r. w budynku mieścił się Państwowy Dom Pomocy Społecznej dla Dorosłych nr 5.

     ANGIELSKA POMOC

     Dom zaczął się rozwijać dzięki pomocy Sue Ryder, Angielki. Podczas II wojny światowej służyła w polskiej sekcji tajnej formacji armii brytyjskiej SOE (Kierownictwo Operacji Specjalnych), a jej szczególnym zadaniem było zapewnienie opieki dla "Cichociemnych". Po wojnie bez reszty zaangażowała się w pomoc charytatywną skierowaną do bezdomnych, więźniów, chorych. Dzięki The Sue Ryder Foundation w 15 krajach świata powstało ponad 80 domów - szpitali, hospicjów, domów opieki, które służą potrzebującym do dziś. W 1974 r. fundacja wybudowała i kompletnie wyposażyła przy Modlińskiej dwa pawilony z przeznaczeniem dla 100 osób. W kolejnych latach ministerstwo sfinansowało dwupiętrowy oddział szpitalny. Na wzór powstałych parterowych budynków zbudowano także kolejny pawilon.

     Szefowa fundacji regularnie odwiedzała swoje placówki. W Henrykowie zapamiętano ją jako panią skromnie, ale gustownie ubraną. Pełna ciepła, miała czas, by przysiąść przy każdym pensjonariuszu. Personel z rozrzewnieniem wspomina, że zawsze miała jakiś drobiazg dla nich, na przykład "pachnące Zachodem" mydełko.

     Wieloletni dziś pracownicy zakładu, którzy w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych zaczynali pracę zawodową, z rozrzewnieniem wspominają te czasy. Z okruchów wspomnień powstaje mozaika - historia ludzi, którzy mieszkali w zakładzie. Z jednej strony nędza była straszna. Brakowało wszystkiego: lekarstw, opatrunków. W wielu pokojach była naturalna wentylacja - śnieg sypał przez szpary w zamkniętych oknach. Pani Niemierko pamięta wrażenie, jakie zrobiła na niej w 1974 r., kiedy odbywała tu praktyki pielęgniarskie, piękna, luksusowa zastawa stołowa. Dziś duraleks nie mógłby wywołać takiego efektu, wtedy dar Susan Ryder powodował drżenie serca!

     Pani Teofila Zychalak - niedawno świętowała 101 rocznicę urodzin! - co sobota z panem Jureczkiem, który - jak opowiada - leżał krzyżem w kaplicy, przygotowywała naczynia i szaty liturgiczne do odprawianej w budynku szpitalnym Mszy św. Pamięta wszystko doskonale. Opowiada o zdarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, jakby to było wczoraj.

     Jedną z pensjonariuszek jest kobieta mieszkająca tu od 23 lat. Chorą na stwardnienie rozsiane przysłano tu, żeby umarła, jak mówi siostra oddziałowa. Żyje dzięki pracy zespołu. Zaczęła chodzić, jeździła na rowerze, dziś - na wózku. - Ten dom to ludzie - podkreśla dyrektor Kaczmarska.


Jolanta Bidzińska


Tekst pochodzi z Tygodnika

11 lipca 2010


Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii
Ks. Zbigniew Wit
Oddajemy w ręce Czytelnika miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Kościoła. Przewodnik, napisany prostym i zrozumiałym językiem, wzbogacony zdjęciami ilustrującymi każde z omawianych haseł, ma na celu pomóc Czytelnikowi bardziej świadomie uczestniczyć w liturgii... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:
 Marzena: 14.11.2012, 14:11
 Moja mama jest od roku w ZOL przy Mehoffera (stan po udarze - leżąca z chorobą otępienną). Jestem pełna uznania dla pracy całego personelu Oddziału V. Cierpliwe opiekunki i pielęgniarki związane emocjonalnie ze swoimi podopiecznymi, okazujące serdeczność i troskę. A pan doktor ... profesjonalizm i bardzo ludzkie podejście, wielka chęć ulżenia w cierpieniu. Jedzenie - jestem przekonana, że większość pacjentów w domu nie odżywiała się tak dobrze. Dyrektor ośrodka dba nawet o detale. Ponadto jest "super babką", jak to się mówi właściwą osobą na właściwym miejscu, żyje pracą i cieszy się z sukcesów a przeżywa porażki. U mamy jestem prawie codziennie, często w godzinach wieczornych (mam zgodę na odwiedziny poza wyznaczonymi godzinami). Nawiązując do wpisu swojej poprzedniczki - z ani jednym zdaniem nie mogę się zgodzić. Chorzy przebywają po wiele lat w ośrodku, więc jaka wykańczalnia? Osobiście prosiłam o podanie mamie leków nasennych gdy była pobudzona i zawsze słyszałam odpowiedź, że nie, bo wpłynęło by to negatywnie na jej stan zdrowia. Przychodząc w odwiedziny w godzinach wieczornych nie zauważyłam nigdy aby wszyscy pacjenci spali. Jedni spali, inni oglądali telewizję, słuchali radia, spacerowali po korytarzach (na nogach, wózkach). Warunki lokalowe dosyć skromne ale czysto. Teren ośrodka w zieleni. Bardzo krzywdzące są negatywne opinie. Kocham mamę, bardzo przeżywałam początki mamy w ośrodku, miałam wyrzuty do siebie że się poddałam i nie jestem w stanie zapewnić sama jej opieki. Z perspektywy czasu - nie byłabym w stanie zapewnić mamie tak profesjonalnej opieki w domu. Jeszcze jedno - jestem u mamy praktycznie codziennie. Nie prowadzę grafiku odwiedzin ale jestem po roku w stanie powiedzieć, których pacjentów odwiedzają rodziny i czy często. Bardzo przykre, że o większości pacjentów rodziny zapomniały. Pojawiają się raz - dwa razy w roku albo wcale. Dla ludzi przebywających w ośrodku często najbliższymi są opiekunki i pielęgniarki. Niedawno sąsiadka z mamy sali umierała. Leżała na łóżku przysłoniętym parawanem. Rodziny przy niej nie było. Co chwilę wchodziły opiekunki i pielęgniarki, choć miały pod opieką wielu chorych. Podłączyły tlen, poprawiły na łóżku chorą, otarły twarz, poczesały włosy (ale z jaką tkliwością). W kolejnych dniach rozmawiając ze mną mówiły, że wiedzą że dobrze się stało, że Bóg zabrał sąsiadkę mamy ale jest im bardzo przykro, bo ona była cztery lata i bardzo się z nią związały. Kończąc - wielką krzywdę wyrządza się negatywnymi opiniami personelowi. Jak w życiu mogą się przytrafiać pojedyncze incydenty, że coś byśmy inaczej zrobili niż personel. Osobiście jestem wdzięczna, że mogę spokojnie pracować ze świaomością, że mama jest pod dobrą opieką. Zamiast krytykować ośrodek i jego pracowników lepiej odwiedzać swoich najbliższych, być z nimi i na miarę możliwości pomagać im. Mama przez dwa miesiące była w prywatnym ośrodku zanim trafiła do ZOL-u. Mam skalę porównawczą. W ośrodku prywatnym zdecydowanie wyższe opłaty a opieka na poziomie dużo niższym. Chcę również zwrócić uwagę na fakt - personel ma pod swoją opieką kilkudziesięciu pacjentów. Trzeba ich przewinąć kilka razy dziennie, umyć, wykąpać, zmienić pościel, nakarmić, nasmarować, oklepać, podać leki, wykonać zabiegi pielęgniarskie i ... być na zawołanie.
 beret: 13.06.2011, 22:47
 ale dlaczego pisze te słowa osoba nieznana... przecież z takimi wiadomościami nie należy się ukrywać...
 nieznana: 30.04.2011, 18:56
 zakład OPIEKUŃCZO LECZNICZY W Henrykowie to wykańczalnia starszych potrzebujących pomocy ludzi. Podawane są im środki nasenne szkodzące zdrowiu. Chorzy są nagminnie przeziębiani. Jeden wielki smród wytrzymać się nie da. Personel medyczny jest bezduszny. Wszystko robią z wielka łaską. Kładą chorych o godz. 16 do łózek do tego środek nasenny i maja z głowy. Przytoczę słowa dwóch pensjonariuszek ; tu jest jeden wielki pier........ i pan Bóg ich skarze za to co robią.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej