Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Tygrysy znad jeziora

     Kąpiele w jeziorze o piątej rano, zbiórka na gwizdek na placu apelowym. Namioty, nocne warty i sport. Czy tak chce spędzać wakacje dzisiejsza młodzież?

     Punkt siódma nad mazurskim jeziorem Bełdany, ciszę przerywa dźwięk rześkiej pobudki, dobrze znanej wszystkim obozowiczom. Chwilę potem na placu apelowym pojawia się ks. prałat Mirosław Mikulski. czyli "Szef", i rozpoczyna odliczanie. - Kiedy doliczę do pięciu, zbiórka na placu! Raz! Dwa! Trzy!... - komenderuje z werwą wojskowego kaprala. Na "Cztery!" plac powoli zaczyna się zapełniać. Z namiotów wyłaniają się zaspane postacie. - Teraz pytanie na rozbudzenie umysłu - oznajmia "Szef". - Jak ma na imię ciocia Zosia? - znienacka pyta ziewającego chłopca.

     Zaspani są nie tylko członkowie elitarnej "Grupy pięć". Oni wstali już o piątej, by razem z "Szefem" zacząć dzień od zanurzenia się w lodowatej wodzie jeziora. Choć ten rytuał nie jest obowiązkowy, przez cały czas trwania obozu codziennie staje na molo spora grupa śmiałków. Jest to bowiem najlepszy sposób na zyskanie uznania księdza i podziwu u kolegów. "Grupa pięć" to obozowi twardziele: zdyscyplinowani i wykazujący hart ducha. Takich obozowiczów ..Szef" ceni najbardziej.

     INDIANIE I ŚWIĘCI

     Historia nadbełdańskich obozów "Tygrysy" jest długa i burzliwa. Wszystko zaczęto się jeszcze zanim Mirosław Mikulski, zapalony sportowiec i przyjaciel urwisów wszelkiej maści, nałożył sutannę. Jako chłopiec zaczytywał się w powieściach Karola Maya o Indianach. Kto wtedy mógł wiedzieć, dokąd go ta lektura zaprowadzi?

     Jednak największy wpływ wywarła na przyszłym kapłanie książka o św. Janie Bosco i bł. Damianie de Yesteur. - Jej lektura rozpaliła we mnie pragnienie robienia tego, co oni - wspomina ks. Mikulski. - Jan Bosco docierał do dzieci ulicy przez zabawę i sport, a Damian de Vesteur przywracał trędowatym z wyspy Molokai radość życia poprzez grę m piłkę nożną. Zostałem kapłanem, żeby ich naśladować.

     - Większość moich podopiecznych to dzieci o smutnym dzieciństwie. Znajdują się poza zasięgiem oddziaływania duszpasterskiego Kościoła - dodaje "Szef". - Więc iuż od 48 lat organizuję obozy, żeby zaszczepić im wiarę, wychowywać i przywrócić radość bycia dzieckiem.

     Ksiądz Mikulski, działając zgodnie z zasadą, że nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci. co źle się mają, zaczął pracę z młodzieżą od organizowania nie kółek modlitewnych, ale zawodów sportowych. Chętnych na wyjazdy szukał w domach dziecka, zakładach poprawczych, wśród dzieci, których rodziców nie było stać na prawdziwe wakacje. W swojej parafii wyszukiwał też rodziny o "kręgosłupie moralnym" - i z taką mieszanką wybuchową ruszał na łono natury.

     - Jasne, że łatwiej jest wziąć grupę ministrantów, zapłacić za nocleg w domu rekolekcyjnym, gdzie nie pada na głowę, a kucharki ugotują obiad. Co z tego, skoro mnie to nie porywa - mówi "Szef". - Do dziś pamiętam pewnego malca z domu dziecka, który kradł innym dzieciom komórki, a potem rzucał nimi o drzewa i niszczył. Zapytany, dlaczego to robi, odpowiedział: "Bo oni mają rodziców, a ja nie". To był jego protest, wyraz ogromnego cierpienia. Tego się nie da zapomnieć.

     Obozy spełniają więc potrójną rolę. Przywracają radość dzieciństwa przez sport i zabawę, ewangelizują i kształtują sumienie poprzez katechezy i Eucharystię. A dzięki dyscyplinie i spartańskim warunkom hartują ciało i ducha.

     FAJKA POKOJU I ZAWODY

     Charakterystycznym rysem "Tygrysów" są obecne od lat tradycje indiańskie. W czasie indiańskiego tygodnia "uti", czyli kandydaci na wojowników, muszą przejść pięć prób, żeby dowieść swego męstwa. Próba wody to tygodniowy udział w "Grupie pięć". Żeby przejść próbę samotności, trzeba wytrzymać pewną ilość czasu samotnie w lesie. Próba głodu to dobrowolne wyrzeczenie się wszelkich posiłków od śniadania do kolacji. Wojownik musi też zachować milczenie przez dużą część dnia i nie odpowiadać na zaczepki kolegów. Ostatnie wyzwanie to sprawdzenie odporności "uti" na smaganie pokrzywami, podczas którego , trzeba śpiewać radosne pieśni. Dla mieszczuchów to nie lada wyzwanie. Ale czego się nie robi, żeby otrzymać prawdziwe indiańskie imię, znaki na twarzy i wypalić z Wielkim Wodzem fajkę pokoju?

     Każdy młody wojownik powinien też umieć strzec obozu przed napadem. Aby wykazać się na tym polu, trzeba przez część nocy pełnić wartę. Kto zaśnie albo straci czujność, ułatwia zadanie ekipie, która tej nocy organizuje podchody. Grupa zamierzająca przechytrzyć wartowników zgłasza "Szefowi", co chcą zdziałać pod osłoną ciemności. Pomysły są różne: od wyniesienia krzesła z namiotu dorosłych po przywiązanie wartownika do drzewa.

     "Szef" nie byłby sobą, gdyby nie zaszczepił podopiecznym ducha sportowej rywalizacji. Wszyscy obozowicze biorą udział w turniejach piłki nożnej, koszykówki, ringo i unihoku, a także dziesięcioboju lekkoatletycznym. Na zwycięzców oprócz sławy czekają puchary i nagrody. Znakiem firmowym rozgrywek jest "Bieg Tygrysa", w którym uczestniczą nawet najmłodsze - jeszcze raczkujące - tygrysiątka.

     DUCH DZIELNEGO TYGRYSA

     Zgodnie z indiańską tradycją, imię ma znaczenie szczególne dla całego plemienia. Tak więc nazwa obozu i jego totem - Tygrys - mają głęboki sens. Pod tym właśnie pseudonimem działał wujek ks. Mikulskiego, Feliks Kowalik: w dzień kapłan, w nocy dowódca oddziału partyzantów AK. Już po wojnie ks. Feliks dostał od prymasa Stefana Wyszyńskiego zadanie specjalne: miał szkolić księży na duszpasterzy turystów. Specjalnie przeszkolone brygady duchownych wpadały na pola namiotowe na rowerach, odprawiały Mszę Świętą dla biwakujących i, zanim służby porządkowe zdołały dotrzeć na miejsce, uciekały.

     Ksiądz Mikułski był również zaprawiony w Bożej "partyzantce". Przez pierwsze lata istnienia obozów działał pod przykrywką KIK-u lub harcerstwa. - Władza ludowa ostro nas goniła - wspomina ze śmiechem. - Rozbijaliśmy się w odludnych miejscach i wystawialiśmy czujki, które ostrzegały, kiedy zbliżała się milicja. Wtedy ja kryłem się w lesie. To były szalone czasy! Czyj pseudonim byłby lepszą inspiracją, niż wuja Feliksa, który dla "Szefa" stanowił znak sprzeciwu wobec totalitaryzmu?

     WSZYSTKO ZOSTAJE W RODZINIE

     Przez 48 lat nadbełdańskie obozy krzepły i rozrastały się. Dziś każdy z turnusów liczy około 400 osób. I choć trudno w to uwierzyć, do ich organizacji ks. Mikułski nie zatrudnia pracowników. Wszystkim zajmują się ludzie, dla których "Tygrysy" są nieodłączną częścią życia. W większości są to wieloletni obozowicze, którzy po osiągnięciu pełnoletniości postanowili jeździć na nie nadal, zasilając szeregi "wujków" i "cioć". Teraz przyjeżdżają ze swoimi dziećmi i wnukami, które w swoim czasie przejmą po nich pałeczkę.

     - "Szef" ma niesamowitą zdolność gromadzenia wokół siebie ludzi - mówi Małgorzata Łodyga, od dziesięciu lat obozowa "ciocia". - Kiedy był proboszczem w mojej parafii, wychodził po Mszy Świętej przed kościół i rozmawiał z wiernymi. Zachęcał do przyjazdu na obóz. Tak to się zaczęło.

     Dziś najstarszy syn "cioci" Małgosi sam wstąpił w szeregi "wujków". Najmłodszy nie pamięta wakacji bez wyjazdu nad Bełdany. Z kolei Edward Nowicki, czyli "wujek Edu" trafił do "Tygrysów" jako dwunastolatek. Dziś ma lat 60 i ponad 40 obozów na koncie. Prawą ręką ks. Mirosława jest Zofia Szuba. O "cioci Zosi" wszyscy mówią: najwięcej robi, najmniej mówi. Sam "Szef" twierdzi, że bez niej nie odbyłby się żaden turnus.

     Z taką ekipą nic dziwnego, że tygrysia załoga jest jak rodzina. Słowa "wujku" i "ciociu" są czymś więcej, niż pustym zwrotem. Ci, którzy nie mogą czynnie włączyć się w pomoc, dzielą się bezinteresownie tym, co mają. Już od lat swoją ziemię udostępnia obozowiczom Henryk Rodzim. Ktoś inny sponsoruje nagrody i puchary dla zwycięzców zawodów sportowych, dostarcza drewno do budowy kaplicy i mola.

     - Jak się kocha Pana Boga, to On stawia na drodze ludzi, którzy też Go kochają. Razem z nimi można góry przenosić - tłumaczy ten fenomen ks. Mirosław. - Cieszę się, że znalazłem godnych następców, którzy chcą po mnie przejąć "Tygrysy": ks. Tomasza Połomskiego i ks. Jarosława Traczyka. Ale wciąż apeluję do innych księży: przyjeżdżajcie! Jesteście tym dzieciakom potrzebni!


Iwona Swierżewska


Tekst pochodzi z Tygodnika

18 lipca 2010


Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii
Ks. Zbigniew Wit
Oddajemy w ręce Czytelnika miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Kościoła. Przewodnik, napisany prostym i zrozumiałym językiem, wzbogacony zdjęciami ilustrującymi każde z omawianych haseł, ma na celu pomóc Czytelnikowi bardziej świadomie uczestniczyć w liturgii... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:
 ja: 26.06.2015, 19:59
 jaki jest kontakt do szefa ? dawajcie szybko jak coś ! i kiedy się zaczynają ?
 tomekaudir8@wp.pl: 13.07.2011, 22:41
 TAM JEST SUPER !!!!!!!!!!!
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej