Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Wakacje na manowcach

     Tradycja studenckich wyjazdów na łono natury jest długa i na dobre wrosła w letni harmonogram duszpastrstw akademickich.

     Co zrobić, gdy namiot przecieka? Z którego szczytu widok jest najpiękniejszy? Na szlaku jak w życiu - czasem słońce i zachwyt, a czasem walka ze zmęczeniem i kaprysami natury.

     - Jest w tym takie piękno, które trudno ująć w słowa - mówi Basia Purgał, studentka, organizatorka wyjazdu rowerowego duszpasterstwa akademickiego "Studnia" na Slużewie. - Kiedy dojeżdżamy na nocleg po całym dniu na rowerze, słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. Fizycznie każdy pada ze zmęczenia, ale w myślach i duszy panuje taka jasność i przejrzystość, jakiej trudno doświadczyć w mieście. Słychać tylko odgłosy lasu, a bycie wśród przyjaciół wyzwala samą radość.

     Podobne odczucia mają wszystkie mieszczuchy, które zdecydowały się choćby na krótko porzucić zgiełk wielkomiejskich ulic i zanurzyć w wybujałą zieloność gór i dolin. Oferta jest przebogata, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnicy sportów wodnych mogą zmierzyć się z potęgą żywiołu na spływach kajakowych i pod żaglami wśród mazurskich jezior. Włóczykije będą z plecakami przemierzać górskie szlaki, a zapaleni kolarze śmigać po polnych drogach na rowerach objuczonych sakwami.

     Tradycja studenckich wyjazdów na łono natury jest długa i na dobre wrosła w letni harmonogram duszpasterstw akademickich. Już Karol Wojtyła jako młody kapłan i wychowawca widział w takich wyprawach okazję do pogłębiania wiary i wzrostu osobowego. "Sama się dziwię, że tak łatwo odnaleźć Boga wśród zielonych drzew" - pisała w swoich wspomnieniach z jednej z takich wypraw w 1964 r. zaprzyjaźniona z krakowskim biskupem Wanda Półtawska.

     Podobnie i dziś młodzi ludzie decydują się na kilka tygodni porzucić cywilizacyjne wygody, żeby zmierzyć się z samym sobą i wśród szumu drzew, z dala od zgiełku telewizora i telefonu, usłyszeć Boga i drugiego człowieka.

     "DROGĄ PYLISTĄ, DROGĄ POLNĄ..." ("Krąjka")

     Dzień zaczyna się wcześnie, a i tak, żeby zdążyć ze wszystkim, trzeba działać sprawnie. Na leniuchowanie czasu nie ma. Rano, po porannej toalecie w rzece, trzeba rozpalić ognisko i przygotować wspólne śniadanie.

     - Kiedy myślałem o tym, jak wyglądać będzie spływ kajakowy, sądziłem, że wszystko będzie łatwiejsze - mówi Marcin Beliński, uczestnik tegorocznego spływu Wieprza duszpasterstwa akademickiego "DĄB". - Dla mnie była to cała seria "pierwszych razów". Po raz pierwszy spałem w namiocie, rozpalałem ognisko, pływałem kajakiem. To było ogromne wyzwanie. Nieraz nie miałem pojęcia, jak się za coś zabrać i miałem naprawdę dość wszystkiego. Ale zawsze znalazł się ktoś, kto pokazał, jak daną rzecz zrobić i po prostu pomógł.

     Każdego dnia trzeba zwinąć obozowisko i wyruszyć w drogę. W przypadku spływu kajakowego poza zwykłym pakowaniem dochodzi owijanie wszystkich rzeczy w plastikowe worki, które mają zabezpieczyć dobytek przed zamoknięciem. O tym, jak ważne jest szczelne zawiązanie worka wie każdy, kto zaliczył tzw. "wywrotkę" i musiał wyławiać z wody swoje rzeczy. Od szczelności worka zależy, czy następną noc spędzi się w mokrym śpiworze, czy w suchym.

     Na trasie wyzwań nie brakuje. W przypadku spływu będą to zwłaszcza leżące w poprzek rzeki pnie i konary drzew. Ominięcie przeszkody wymaga sprytu, siły i współpracy. Pływa się dwójkami, więc bez wzajemnej pomocy żaden manewr udać się nie może. Na górskim szlaku wyzwaniem jest zmęczenie, kiedy pokonanie następnego wzniesienia z ciężkim plecakiem wydaje się ponad siły. Pot spływa po plecach, zadyszka utrudnia oddychanie, a końca drogi ciągle nie widać. Pojawia się pokusa rezygnacji z dalszej wspinaczki. Na tych, co nie zrezygnują, czeka widok ze szczytu. Mistyczny moment, gdy niebo jest na wyciągnięcie ręki, dosłownie i w przenośni. Tutaj, w ciszy, Bóg przemawia bez słów, prosto do serca wędrowca. I chociaż droga na szczyt trwała długo, a jest się na nim przez chwilę, nikt nie pyta, czy było warto. Widok, ukryty pod powiekami, każdy zabiera w dolinę.

     - W zeszłym roku zgubiliśmy się na trasie - wspomina ostatni rajd rowerowy Basia Purgał. - Po dwóch godzinach błądzenia po lesie, kiedy wreszcie odnaleźliśmy asfaltową szosę, ojcu Januszowi pękła dętka. Jakby tego było mało, rozszalała się burza z piorunami, co w sytuacji, gdy jechaliśmy poboczem trasy szybkiego ruchu, było bardzo niebezpieczne. Zatrzymaliśmy się więc, pomimo że mieliśmy spore opóźnienie i zaczynało się robić ciemno. I kiedy tak staliśmy, ociekając wodą wśród huku wiatru i błyskawic, ktoś wyciągnął brewiarz. Słowa: "Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie, pospiesz ku ratunkowi memu" miały wtedy niesamowitą móc.

     COŚ DLA DUCHA, COŚ DLA CIAŁA

     "Lubię budować ołtarz w lesie, w drzewach, wśród krzaków (...) Gdy Msza Święta odprawiana jest w lesie, myśl moja jest zawsze rozdwojona między tę treść na ołtarzu i tę dookoła." - pisała w "Beskidzkich rekolekcjach" Wanda Póltawska.

     Podobne odczucia mają chyba wszyscy, którzy mieli okazję uczestniczyć w Mszach polowych, gdy odwrócony kajak staje się ołtarzem, świątynią ukwiecona łąka, a związane wiosła zmieniają się w krzyż.

     - To są wyjątkowe sytuacje, kiedy nie da się dotrzeć na Eucharystię do świątyni, bo rozbija się obóz na zupełnym odludziu - opowiada duszpasterz akademicki o. Piotr Kropisz SJ. - Kościoły i oprawa liturgiczna są bardzo potrzebne, ale takie sytuacje pozwalają zobaczyć, co tak naprawdę jest samą istotą Eucharystii. I to, że Kościół tworzą ludzie, a nie mury, I że dachem może być rozgwieżdżone niebo.

     Dla wielu osób, które na wyjazdy zgłaszają się nie z pobudek religijnych, ale turystycznych, jest to często okazja powrotu do Kościoła.

     - Właśnie na spływach i górskich wyprawach spowiadam najwięcej młodych ludzi, którzy gdzieś się zagubili - mówi o. Piotr. - Tutaj mają okazję po raz pierwszy zobaczyć księdza, który poci się podczas wspinaczki czy suszy mokre ubranie nad ogniskiem. Poznać go, pożartować. To ośmiela. Tutaj też widzą wierzących kolegów, nawiązują się przyjaźnie, prowadzone są długie rozmowy o życiu przy ognisku. Wszystko bardzo naturalnie, bez nachalnego przekonywania, mimochodem.

     Dla wszystkich wyprawy te są prawdziwą szkołą miłości bliźniego. Kiedy doskwiera zmęczenie, upał czy deszcz, nie zawsze łatwo pomyśleć o innych. A warunki same wymuszają współpracę. Każdy ma swoje zadanie i dokłada cegiełkę do wspólnego sukcesu. Gdy ktoś złapie gumę na rowerze, reszta musi poczekać. Przepchnąć kajak, który ugrzązł w zaroślach też trzeba wspólnymi siłami. Do rozpalenia ogniska potrzeba kilku osób, podobnie jak do ugotowania obiadu.

     "W GÓRACH JEST WSZYSTKO, CO KOCHAM..." (Jerzy Harasymowicz)

     To wszystko, czego" można doświadczyć na szlaku - zachwyt nad otaczającym pięknem i bogactwo treści ukrytych w gestach i słowach - wieczorami wyraża się we wspólnym graniu i śpiewaniu. Przy każdym ognisku, we wszystkich schroniskach, dziwnym trafem zawsze jest ktoś z gitarą, a cała reszta zna te same wersety poezji śpiewanej. Wysłużone, używane jeszcze przez pokolenie rodziców i dziadków śpiewniki przechodzą z rąk do rąk.

     W przerwach pomiędzy piosenkami Grechuty i "Starego Dobrego Małżeństwa" toczą się "nocne Polaków rozmowy" i wypijane są hektolitry herbaty. Po całodziennej wędrówce wyśmienicie smakuje niesłodzona saga doprawiona dymem i popiołem z ogniska. Poszczególne schroniska mają nawet swoje dania firmowe. Chatka Akademickiego Klubu Turystycznego "Maluch" w miejscowości Ropianka w Beskidzie Niskim słynie z wybornych wafelków kajmakowych przyrządzanych na tradycyjnej kuchni kaflowej. Spożywa się je przy blasku lamp naftowych i świec, gdyż chatkowicze celowo nie doprowadzili do niej prądu.

     Na spływach kajakowych króluje potrawa o wdzięcznej nazwie "na winie": czyli co się nawinie kucharzom pod rękę, to wrzucają do garnka. Jedno, czego nie można zarzucić temu daniu, to monotonii - zawsze wychodzi inaczej.

     Bo górskie wędrowanie, spływanie rzeką i rowerowe rajdy to nie tylko nowe szczyty i rzeki, ale też nowe przyjaźnie, nowe pieśni, nowe smaki. Zrozumie to tylko ten, kto się odważy wziąć ciężki plecak i wyruszyć. Kogo obudzi szum fal i wschód słońca na plaży po dopłynięciu do miejsca, gdzie rzeka wpada do Bałtyku. Kto zamykając drzwi schroniska, zrozumie, że wróci tu za rok i będzie wracał zawsze.


Iwona Świerźewska


Tekst pochodzi z Tygodnika

7 sierpnia 2010


Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Czy rozumiem liturgię Kościoła? Miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii
Ks. Zbigniew Wit
Oddajemy w ręce Czytelnika miniprzewodnik po znakach i symbolach w liturgii Kościoła. Przewodnik, napisany prostym i zrozumiałym językiem, wzbogacony zdjęciami ilustrującymi każde z omawianych haseł, ma na celu pomóc Czytelnikowi bardziej świadomie uczestniczyć w liturgii... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej