Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Ewa Tomaszewska - wolność jest w niej

     Złu trzeba stawiać opór. Wiele zła dzieje się dlatego, że ludzie nic nie robią - mówi Ewa Tomaszewska, sztandarowa postać Solidarności.

     Spokój i wewnętrzna harmonia - to pierwsze, co uderza w spotkaniu z panią Ewą. Nie widać zmęczenia, choć musi je czuć jak każdy pielgrzym, który właśnie wrócił z pieszej pielgrzymki - dla niej już 21. - do Częstochowy. Przedtem zdążyła jeszcze zorganizować wypoczynek dla dzieci z okolic Płocka, którym woda zalała domy. O tym jednak dowiaduję się dopiero od jej przyjaciół. Niezwykle skromna, pokazuje, że nie siła głosu stanowi o sile człowieka. - Solidarność była najważniejszą sprawą w moim życiu - zaczyna, mieszając herbatę.

     - Przed strajkami czuło się atmosferę ogólnego zastoju, w której nie dało się już oddychać. Czuliśmy, że już dłużej tego nie wytrzymamy, podusimy się, jeśli się nic nie zmieni - mówi. Była wtedy pracownikiem Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Pomocy Naukowych i Sprzętu Szkolnego. Od razu we wrześniu 1981 r. włączyła się w działalność Solidarności Regionu Mazowsze. Sama o sobie mówi, że była "wolontariuszem". W rzeczywistości działała jako interwent, mediator, konsultant. Przez pierwszy miesiąc stanu wojennego ukrywała się, ale 18 stycznia poszła na chwilę do pracy. Sekretarka szybko powiadomiła odpowiednie służby. Tomaszewska natychmiast została zatrzymana przez SB. Wiele godzin trwało nocne przesłuchanie w Pałacu Mostowskich.

     - W pierwszym momencie jest zaskoczenie, ale myśmy byli przygotowywani w Biurze Interwencji Solidarności przez Zbyszka Romaszewskiego na takie sytuacje - mówi pani Ewa. Esbek postawił sprawę jasno: albo opisze dokładnie wszystko, co robiła w Zarządzie Regionu Solidarności, z jakimi osobami współpracowała, jakie były między nimi relacje - albo 10 lat więzienia. - Powiedziałam, żeby nie fatygował się z papierem! Prawdę mówiąc, z lenistwa zachowałam się przyzwoicie, choć pewnie papier przydałby się w celi - żartuje Ewa Tomaszewska. Do 10 lutego była przetrzymywana w areszcie śledczym na Olszynce Grochowskiej, a potem przewieziono ją do Gołdapi. - SB nas przesłuchiwało, ale ponieważ miałyśmy status internowanych, nie było żadnego powodu, żeby się temu poddawać - mówi. - Jak byłam wzywana przez głośnik na przesłuchania, nie szłam. Jeśli nie dawało im się argumentów, było się bezpieczniejszym. Po pierwsze, bo nie będą wiedzieli, po drugie, bo nie będą mieli vdokumentu na piśmie z podpisem jako dowodu, którym mogą się posłużyć w procesie sądowym. Było wiadomo, że każde słowo, które się powie, może być wykorzystane przeciwko mnie i innym - komentuje pani Ewa. - Pamiętam jak złamano jedną osobę, bo ktoś inny powiedział rzecz, wydawałoby się, nieszkodliwą: że wspólnie jedli kapuśniak. A SB potrafiło to wykorzystać: "Wiemy o was wszystko, byliście tam razem, jedliście kapuśniak".

     Esbecy próbowali znęcać się nad internowanymi psychicznie. - Kiedy syn jednej z koleżanek przyjechał na widzenie, pokonując setki kilometrów, powiedzieli mu, że matka nie chce go widzieć. Poinformowane o tym przez jednego z żołnierzy, szybko ogłosiły głodówkę. Przywieźli go, już ze stacji PKP. Innym razem podjęły głodówkę, kiedy nie chciano puścić Haliny Gaińskiej na pogrzeb syna do Szczecina. Poskutkowało. - Trzeba stawiać opór. Wiele zla dzieje się tylko dlatego, że ludzie nic nie robią - podkreśla Ewa Tomaszewska.

     Z Gołdapi wyszła w lipcu 1982 r. - Potem, kiedy pytano na przesłuchaniach, gdzie poznałam Annę Walentynowicz czy inną działaczkę Solidarności, ucinałam ich wnikliwość jedną odpowiedzią: "W Gołdapi" - żartuje.

     Już 25 sierpnia włączyła się w głodówkową akcję protestacyjną o wypuszczenie na wolność zatrzymanych kolegów z Solidarności i zakończenie stanu wojennego.

     - Drastyczne groźby pod adresem hierarchii kościelnej spowodowały, że po trzech dniach opuściliśmy kościół św. Barbary w Częstochowie, gdzie trwała akcja - mówi. O rocznicy powstania Solidarności, 31 sierpnia, SB nie zapomniało. - Rewizja w mieszkaniu, z odzieraniem grzbietów książek, żeby je celowo zniszczyć, i zatrzymania. W Pałacu Mostowskich w celi spotkałam się z moją obecną bratową, działaczką opozycyjną, w dniu, w którym się umawiałyśmy, tylko w innym miejscu - żartuje po latach.

     Tymi aresztowaniami chciano zastraszyć środowisko Solidarności. - "Nie znacie dnia ani godziny" - mówi pani Ewa. - To działa do pewnego momentu, a potem człowiek staje się psychicznie przygotowany - ocenia. Tak było, kiedy wybrała się pod kopalnię "Wujek" 4 grudnia 1983 r.

     - Esbek, widząc, że zabrałam ze sobą szczoteczkę do zębów, pastę i kapcie, krzyczał wściekły: "Jak to, to pani wiedziała?!". Wiadomo, że kiedy wybiera się pewne wartości i służy im, to mogą dotknąć człowieka represje. Jeśli się od wartości odstępuje, strach uzależnia całkowicie. To jest ważne, żeby zachować wolność, swobodę myślenia i wybór samodzielnej drogi. W końcu Pan Bóg dał nam wolną wolę. I nie dam sobie jej odebrać byle ubekowi, myślałam wtedy - wspomina Ewa Tomaszewska.

     - Skąd to poczucie wewnętrznej wolności? Ono jest chyba w nas zakodowane, kształtuje się od dzieciństwa - mówi, wspominając, jak ojciec uczył ją i brata modlitwy, a jako harcerz wpajał wrażliwe, patriotyczne spojrzenie na rzeczywistość. Mówi także o Liceum Ogólnokształcącym im. Królowej Jadwigi, z dobrym harcerstwem, w którym angielskiego uczyła Hanna Zawadzka, siostra Tadeusza Zawadzkiego "Zośki". W kwietniu 1983 r. odbył się proces protestujących pod kopalnią "Wujek".

     - W czasie procesu zwolniono Anię Walentynowicz, następnego dnia mnie. To, że wyszłam, zawdzięczam ks. Jerzemu Popiełuszce, który napisał o moim aresztowaniu do bp. Władysława Miziołka. Biskup wystąpił o zwolnienie do gen. Kiszczaka. Wyszłam ze względu na pogorszenie zdrowia z powodu cukrzycy - mówi pani Ewa. Choroby nabawiła się po Gołdapi.

     - Trafiła do szpitala po tym, jak "nieznani sprawcy" napadli ją na ulicy - opowiada o innym przypadku Ryszard Zieliń-ski, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Uniwersytetu Warszawskiego, którą kiedyś zakładała Ewa Tomaszewska.

     Nie dała się zastraszyć. Od roku 1986 do 1990 była członkiem Komisji Interwencji i Samorządności NSZZ Solidarność, a potem, już od roku 1989, członkiem Zarządu Regionu Mazowsze i członkiem Społecznej Komisji Pojednawczej. - Do tej pory mam u siebie bibułę i książki drugiego obiegu, które przynosiła wtedy do pracy - mówi Anna Ratajska z Centrum Informatycznego na Uniwersytecie Warszawskim. - Dawała nam wiarę, że ci którzy chcą dobrze, zwyciężą - mówi Jerzy Szatyłowicz, wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Uniwersytetu Warszawskiego. Na tej uczelni także dzięki jej staraniom powstała Komisja ds. Płac. - W 1987 r. poszliśmy z Ewą do Ministerstwa Pracy, prześledziliśmy przepisy i zaczęliśmy domagać się godziwych płac dla pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. A nieco później, w ramach NSZZ Solidarność - już dla pracowników całej sfery budżetowej: oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki, służby zdrowia, sądów, straży pożarnej, policji - mówi dr Julian Srebrny, wówczas wykładowca fizyki na UW.

     Tomaszewska w 1997 r. została posłanką z ramienia AWS, potem senatorem, a w ostatnich dwóch latach była eurode-putowaną w Parlamencie Europejskim. - Bardzo pracowita, kompetentna, zawsze przygotowana. Czasem obrady w Sejmie kończyły się o godz. 2-3 w nocy. Często na zakończenie wygłaszała podsumowujące przemówienie. Nocowała potem gdzieś na sejmowej kanapie - mówi Stanisław Szwed, poseł PiS-u. - Ma poglądy i potrafi ich bronić, a jednocześnie nie wywołuje konfliktów. Dla mnie jest wzorem parlamentarzysty - dodaje senator Antoni Szymański. - Ewa to chodząca dobroć - zaznacza.

     Nie sposób wyliczyć inicjatyw, w które się zaangażowała. - Współtworzyła Hospicjum św. Krzyża na Mokotowie - mówi Magdalena Hoser, dyrektor placówki.

     - Próbowała zawsze wczuć się w sytuację człowieka cierpiącego, skrzywdzonego, usiłując już jako posłanka poprzez przygotowanie odpowiednich ustaw wprowadzać działania systemowe.

     Nierzadko swoje diety poselskie przeznaczała na działalność charytatywną. - Nie potrafiła przejść obojętnie obok potrzebującego. Często wykupywała recepty tym, którzy czekali na nią na pod biurem - opowiada Janina Trzeciak, wieloletnia dyrektor biura poselskiego, senatorskiego i brukselskiego Tomaszewskiej. - Wiele osób wykorzystywało jej dobre serce. Ona mierzy ludzi swoją miarą. Kryształowy człowiek, nie wierzy, że ktoś może ją oszukać.

     Choć przed rokiem Ewie Tomaszewskiej skończył się mandat eurodeputowanej, nie zwalnia tempa życia. Prowadzi poświęcony związkom zawodowym wykład monograficzny na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Na swoje pasje - malowanie obrazów i pisanie wierszy - nie starcza jej czasu. Zwłaszcza, że wciąż żyje Solidarnością. Została wybrana na Krajowy Zjazd Delegatów Związku.

     - Zawsze możemy się do niej zwrócić. Ewa to jedna ze sztandarowych postaci Solidarności. Jest znakomitym ekspertem od spraw społecznych, pochyla się nad ludźmi, jest wrażliwa na ludzką krzywdę - mówi Janusz Śniadek, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ Solidarność. Za działalność w okresie Solidarności Ewa Tomaszewska otrzymała odznaczenie z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W 1997 r. została Człowiekiem Roku "Tygodnika Solidarność". - Była pierwszą laureatką tego tytułu, obok nagrodzonych później m.in. Jerzego Buźka, abp. Sławoja Leszka Głódzia, Tomasza Strzembosza. Otrzymała go za "reprezentowanie w sejmie interesów ludzi pracy najemnej i warstw najuboższych" - wyjaśnia Jerzy Kłosiński, redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność".

     - Nigdy nie oczekiwałam podziękowań, odznaczeń - mówi Ewa Tomaszewska. - W moim życiu największym uhonorowaniem było, że ks. Jerzy Popiełuszko mówił do mnie po imieniu.


Irena Świerdzewska


Tekst pochodzi z Tygodnika

29 sierpnia 2010


Bóg przychodzi do mnie Bóg przychodzi do mnie
Beata Kołodziej, Ewa Stadtmüller
Książka przybliża dzieciom siedem sakramentów świętych. Ta pięknie ilustrowana pozycja z pewnością pomoże wszystkim dzieciom przygotować się na przyjęcie Bożego daru, jakim jest sakrament. Do książeczki dołączony jest rachunek sumienia dla dzieci z Janem Pawłem II... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:
 hiper: 04.05.2014, 20:25
 sfanatyzowane i chore-szkoda słów
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej