Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Muzycy na ulicy

     Uliczni grajkowie przyznają, że monety wrzucane "do czapki" są ważne. Ale też że grają, bo lubią.

     Na ulicy słychać muzykę. Gra kapela podwórkowa, saksofonista z sopockiego molo, wiolonczelista spod katedry, skrzypaczka z poziemnego przejścia... Dlaczego tam stoją? Wzięliby się za jakąś robotę, myślimy. Ale dla nich to właśnie jest praca - twierdzą uliczni grajkowie. Tylko mniej wdzięczna, bez stałych dochodów, ubezpieczenia i ciepłego miejsca za biurkiem. Tak zaczynali Zbigniew Hołdys, Maciej Maleń-czuk, Robert Janowski i wielu innych znanych obecnie artystów.

     W RYTMIE STOLICY

     - Orkiestra z Chmielnej to legenda, która trwa już 82 lata. A grać będzie, dopóki nam życia starczy! - wykrzykuje Janusz Mulewicz, kierownik zespołu i wokalista, z wykształcenia aktor.

     - Ale dlaczego na ulicy? Bo nie widzę innej formy! Do filharmonii ani do teatru nie pasujemy - śmieje się Mulewicz. - Nasza twórczość wymaga bezpośredniego kontaktu z publicznością, a taki mamy tylko na ulicy. Tu jest nasza promocja. Jesteśmy obecnie jedyną kapelą uliczną z takimi tradycjami, bo kapele podwórkowe właściwie już nie istnieją. Młodzież też się nie garnie do tej muzyki, jako za trudnej; lubi jednak posłuchać.

     Kierownik Orkiestry zapewnia, że grają legalnie: - Od lat mamy podpisaną umowę z miastem, że możemy grać w podziemiach. Co ciekawe, w tym samym czasie schodzą się tutaj inni "zbieracze", bo wiedzą, że będzie się coś działo i może więcej zarobią. Starsi panowie z Chmielnej przez lata wypracowali swój własny, niepowtarzalny styl: marynarki w kratę, kapelusze lub kaszkiety, czasem fular pod szyją. Zabawiają przechodniów przez dwie godziny od wtorku do soboty, zawsze od 11 do 13. Stare tanga, walczyki, półeczki i sztajerki grane na klasycznych instrumentach: akordeonie, gitarze* kontrabasie, banjoli i perkusyjnych, czasem na skrzypcach.

     W niedzielę goszczą na rynku Starego Miasta lub koncertują po Polsce. Mają już nagranych dziewięć płyt, a wkrótce ukaże się dziesiąta. Są zespołem coverowym, co oznacza, że adaptują stare przeboje. Mają też własne kompozycje. Repertuar wciąż się zmienia. W zespole gra obecnie pięć osób, z których cztery to muzycy z wykształcenia.

     - Muzyka to jest sztuka, którą się czuje albo nie. Muzykę trzeba mieć tutaj - wskazuje na serce jeden z członków Orkiestry z Chmielnej.

     I CO W TYM ZŁEGO?

     - Dla mnie jest to sposób, by przeżyć. Mam troje dzieci i problem z podjęciem pracy w stałym wymiarze godzin - mówi 33-letnia Anna, grająca najczęściej w podziemiach Metra Politechnika. Jej nieodłącznymi towarzyszami, oprócz gitary, są pies i kot - Lio i Kola - leżące grzecznie obok niej. Przez siedem lat "występów" na ulicy również one zgromadziły grono wielbicieli.

     - Na początku zwierzęta pomagały mi przezwyciężyć wstyd, nie tylko ja byłam do oglądania. Teraz wpisały się w mój wizerunek i nie wyobrażam sobie grania bez nich. One już się przyzwyczaiły i kiedy biorę w domu gitarę do ręki, czekają już przed drzwiami do wyjścia. Po latach mają tu osoby, które je rozpoznają, głaszczą i regularnie dokarmiają - snuje swoją opowieść Anna.

     Jest po szkole muzycznej. Najczęściej wykonuje poezję śpiewaną, kawałki z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa i Wolnej Grupy Bukowina, piosenki Stachury. - Ludzie zazwyczaj reagują bardzo pozytywnie - przyznaje. - Dziś był pan, który siedział ze mną przez 40 minut i słuchał. Jest kilka osób, które dobrze mnie już znają, niektórzy mówią, że specjalnie jadą okrężną drogą do domu, żeby tu przyjść na chwilę, posłuchać i zobaczyć zwierzaki. Na każde święta dostaję paczki dla moich dzieciaków.

     - Zdarzają się nieprzyjemne historię, ale mogłabym je zliczyć na palcach - opowiada Anna. - Kiedy niektóre służby starają się zbyt kurczowo przestrzegać regulaminu, pasażerowie stają w mojej obronie, mówią? żeby straż zajęła się czymś innym. Znam wielu grajków i wiem, że byliby skłonni nawet opłacać jakieś licencje na granie w miejscach publicznych, ale nikt nie daje nam takiej szansy.

     Mija właśnie druga godzina pracy, ręce sztywnieją i coraz bardziej odmawiają posłuszeństwa, głos cichnie. Repertuar został wyczerpany. Z oddali słychać nieliczne brawa. - Dziękujemy bardzo - mówi muzyczka i powoli zbiera swój skromny ekwipunek. Przyglądam się w milczeniu i pytam na koniec: - A dzieci? Są dumne ze swojej mamy? Delikatny błysk w oku, a po chwili słyszę w odpowiedzi: - Zdziwi się pani, ale tak.

     NA PRÓBĘ

     - Jestem muzykiem z zawodu, 12 lat nauki na skrzypcach i na altówce, ale teraz studiuję medycynę i raczej z nią wiążę przyszłość - mówi 21-letnia Kasia Zasadzińskaj altowiolistka. - Na ulicy zaczęłam grać wcześnie. Kiedy miałam 15 lat, pojechałam do Frankfurtu i zagrałam pierwszy raz. Lubię mieć kontakt z ludźmi. Lubię, kiedy się do mnie uśmiechają, mówią, że ładnie gram i "jaką mamy zdolną młodzież". Czasem ktoś podchodzi i pyta, czy mam trudną sytuację materialną i czy mógłby mi jakoś pomóc. Ale ja lubię to robić. Co jakiś czas ktoś prosi, żebym zagrała u niego na ślubie lub Komunii, i wszystko to traktuję jako dodatkowy zarobek - opowiada studentka. - Na ulicy nie gram nic ambitnego, bo nikt nie chce tego słuchać. Wszyscy wolą kawałki lżejsze i wpadające w ucho. Poważniejszą muzykę gram tylko w orkiestrze uniwersyteckiej - dodaje.

     - Dla nas jest to codzienna próba, tyle tylko, że przy udziale publiczności - mówią Magda i Kasia, studentki trzeciego roku Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie. - To sposób na pokazanie naszej sztuki, kontakt z publicznością, oswajanie stresu. Będzie nam łatwiej wyjść na prawdziwą scenę z profesjonalnym repertuarem, a pomoc materialna nigdy nie zaszkodzi - dodają z uśmiechem.

     Dziewczyny stoją zazwyczaj obok archikatedry. - Jeżeli pogoda pozwala, to gramy w południe i wieczorem, ale wtedy trzeba przyjść dużo wcześniej, żeby zaklepać sobie miejsce, bo inaczej będzie nas zagłuszał ktoś inny - wyjaśnia Kasia. - Ostatnio zauważyłyśmy, że najbardziej podoba się ludziom "Eine kleine Nachtmusik" Mozarta i "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa. Mamy to więc opracowane perfekcyjnie - dodaje Magda.

     NIEBIESKO-CZARNY

     Pod łukiem barbakanu na warszawskiej Starówce siedzi człowiek-orkie-stra. Oprócz gitary w różnych miejscach ma poprzyczepiane instrumenty: tam-buryn, kołatkę własnej roboty, harmonijkę, kazoo.

     - Jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie w moim wieku, to mam wykształcenie muzyczne, ale całe życie grałem na perkusji - mówi. Był wieloletnim perkusistą w zespole Niebiesko-Czarni. - Nazwisko znajdzie sobie pani na płytach, Tadeusz Głuchowski - przedstawia się.

     - Grałem pod koniec epoki Gomułki, była wtedy straszna bida. Sztywne stawki i niczego się nie negocjowało. Jak solista miał dobry mikrofon, to już było fajnie.

     - Łatwo było się przełamać i wyjść na ulicę? - pytam. - Pół roku to trwało. Największym wrogiem była żona. Kilka razy tu przychodziłem, sprawdzałem akustykę, podobało mi się w tym miejscu, ale jakoś nie miałem odwagi. Jak się tu rozstawiałem dwa lata temu, miałem miękkie nogi, a tremę większą, niż dawniej na koncercie w paryskiej Olimpii. Długo się z tym kryłem. Kiedy przechodzili znajomi, uciekałem. Zainwestowałem nawet w specjalną gitarę do grania na ulicy, taką z bazaru za 10 zł, bo przecież nie wezmę z domu amerykańskiego Ovationa wartego 1000 dolarów - śmieje się Głuchowski. - Z reguły kolejność jest odwrotna: najpierw ulica, potem scena, ja miałem w życiu to szczęście, że najpierw wylądowałem na scenie.

     Zaczyna śpiewać piosenkę z repertuaru Erica Claptona. A potem jeszcze dodaje: - Ulica ma swoje prawa. Trzeba śpiewać głośniej, żeby przekrzyczeć hałas, ale łuki Barbakanu dają świetną akustykę. W ciągu tych dwóch lat zrobiłem milowy krok do przodu, bo z repertuaru country przeszedłem na muzykę rozrywkową. To moje granie w 75 proc. jest dla przyjemności. Jak Boga kocham! Nie kokietuję! Że troszkę przybędzie do mojej emerytury, to nie zaszkodzi, ale nawet gdybym dostawał połowę tego, też bym przychodził. Dziś mogę tu wytrzymać maksymalnie cztery godziny dziennie. Były takie momenty, że zeszło ze mnie powietrze i choćby nie wiem ile ludzie wrzucali, wstawałem, pakowałem się i wracałem do dontu. Uliczny grajek nie oznacza żebraka. Jeśli komuś podoba się to, co robi, warto docenić jego wysiłek. Żadna praca wszak nie hańbi, a może dzięki temu uda mu się odbić od ulicznego bruku.


Marta Troszczyńska


Tekst pochodzi z Tygodnika

5 września 2010


Siedem darów Bożych. Jan Paweł II o siedmiu sakramentach świętych Siedem darów Bożych. Jan Paweł II o siedmiu sakramentach świętych
Jan Paweł II
Jest ich siedem. Są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski: SAKRAMENTY. Są jak dotyk Pana Boga. W sakramencie chrztu dotyk Boga-Ojca. W sakramencie bierzmowania dotyk namaszczenia na apostoła. W sakramencie Eucharystii dotyk Jezusa-Miłości, która nie zna miary... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej