Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Życia nie zmarnuj

     Trzeba cały czas iść do przodu. Nawet jeśli się upadnie, trzeba powstać i iść dalej - mówi Jakub Błaszczykowski. A przeszkód na drodze świetnego piłkarza nie brakowało.

     Młody, przystojny, sławny i bogaty. W grudniu 2010 w plebiscycie tygodnika "Piłka Nożna" został wybrany najlepszym polskim piłkarzem roku - tak samo zresztą, jak przed dwoma laty. Kilka tygodni temu przejął od kończącego karierę Michała Żewłakowa opaskę kapitana reprezentacji Polski, w której zadebiutował w marcu 2006 w towarzyskim meczu z Arabią Saudyjską. Od trzech lat mieszka w Dortmundzie, gdzie gra w jednej z najlepszych drużyn ligi niemieckiej, Borussii. Jednocześnie ciepły, normalny, skromny i pracowity, jak chłopak z sąsiedztwa. Dumny ze swojej polskości, po ponad trzech latach pobytu w Niemczech nie zapomniał języka ojczystego. Myśli o kraju i o rodzinie w Polsce, nie może się doczekać pobytu w domu babci Felicji, która jak zwykle poczęstuje go jego ulubionym kotletem mielonym z modrą - jak to się mówi na Śląsku - kapustą.

     WUJEK MÓJ IDOL

     Od rodzinnych Truskolasów pod Częstochową, gdzie urodził się w 1985 roku, przebył daleką drogę. - Nie było łatwo - przyznaje. - Trzeba było wiele wyrzeczeń i potu, bez tego nie byłbym tu, gdzie jestem. Ludziom ze wsi zawsze jest trudniej, mają pod górę, ale przez to i więcej samozaparcia. Od początku grałem przecież z wieloma chłopakami z miast. Mieli talenty, ale zabrakło im charakteru.

     Jako ośmiolatek razem ze starszym o trzy lata bratem Dawidem zaczął codziennie dojeżdżać do Częstochowy, by trenować w tamtejszym czwartoligowym klubie Raków. - Tego się nie da zapomnieć, jak się jeździło się po 2,5 godziny na trening, który trwał 1,5 godziny, a często nie było PKS-u, Trzeba było czekać na przystanku albo jechać z przesiadkami - wspomina. W piłkę z bratem grali od małego. - Kiedy na święta przyjeżdżał wujek, kopaliśmy z nim piłkę na prowizorycznym boisku koło szklarni babci Felicji. Albo przebieraliśmy się w stroje wujka i graliśmy w dużym pokoju! A po wygranej śpiewaliśmy nawet hymn. Poleciał wtedy nieraz żyrandol, ale sprytnie to kryliśmy. Na strychu był taki sam, z którego wyjmowaliśmy szybki i wkładaliśmy w miejsce wybitych.

     Wujek to Jerzy Brzęczek, starszy od Jakuba 14 lat, pochodzący z tych samych Truskolasów i także wychowanek Rakowa. W tamtym czasie już srebrny medalista z Barcelony i reprezentant Polski, wreszcie kapitan drużyny narodowej. Obecnie trener macierzystego klubu z Częstochowy. - Jak się ma takiego wujka, to nie można inaczej - mówi Błaszczykowski. - To on dostrzegł we mnie talent, kiedy miałem 10-11 lat.      Brzęczek zmobilizował siostrzeńca do powrotu na boisko, kiedy jako dwunastolatek chciał zrezygnować z treningów i na dwa miesiące zawiesił buty na kołku. Wspierał jego kolejne kroki: krótką grę siedemnastolatka w Górniku Zabrze, transfer do Wisły Kraków w lutym 2005. -Dał mi siłę i pozytywne myślenie, że wszystko jest możliwe - stwierdza dziś pomocnik Borussii Dortmund. - Jest jedynym wzorem, jaki w życiu miałem, kimś, kogo starałem się naśladować nie tylko na boisku, ale i w życiu. Zastąpił mi ojca.

     KAŻDEMU JEGO KRZYŻ

     Kiedy Jakub Błaszczykowski miał 11 lat, wydarzyła się tragedia. Ojciec zabił matkę, stało się to na oczach syna. Dziś Kuba nie ma żadnego kontaktu z ojcem, ale może już o tym mówić. - Dopiero po roku-dwóch dotarto do mnie, co się tak naprawdę stało. Byłem w szoku. Kiedyś uciekałem od tej tragedii, wstydziłem się, chciałem zapomnieć. Ale nie da się uciec. Teraz myślę o tym nawet coraz częściej. Nie mam rodziców, straciłem wszystko, co najważniejsze, z dnia na dzień, ale przez to chyba stałem się bardziej odporny na tragedię, na zło... Dojrzałem. - Kiedyś jeden z moich wujków powiedział: "Jezus Chrystus uczył wybaczać, i to jest bardzo ciężkie wyzwanie, ale jakie piękne..." To była dla mnie wielka nauka, choć usłyszałem ją w wieku 16 lat, czyli w okresie buntu.

     - Za błędy innych nie możemy odpowiadać, choć piętno zostanie we mnie już na zawsze - dodaje Błaszczykowski. - Tak jak pytanie: dlaczego? Nie wiem, czy do końca życia dostanę odpowiedź... Ale trzeba walczyć, po to jest życie. Nie po to, aby je komuś odbierać czy krzywdzić innych. Bóg daje życie, aby jak najlepiej ten czas wykorzystać. Każdy ma zapisaną swoją drogę i każdy swój krzyż musi nieść. I musi się poświęcić, aby coś osiągnąć.

     - Po moich przejściach z każdej rozmowy, z każdego spotkania staram się wyciągać wnioski, jakąś naukę dla siebie - mówi. - Życie jest zbyt krótkie i cenne, aby je marnować!

     MAMA CZUWA

     Nie trafił do domu dziecka, bo zaopiekowali się nim wujek Jurek i babcia Felicja. Zwłaszcza ona, która przejęła wszystkie matczyne obowiązki. - Nie wiem, co by wówczas było, gdyby nie babcia - mówi dziś piłkarz. - Pewnie nie starczyłoby mi charakteru. Odegrała główną rolę w tym, żebym stał się normalnym człowiekiem.

     Babcia Felicja Brzęczkowa - mama Jerzego, wychowawczyni dwóch reprezentantów Polski! - jest dla Jakuba osobą bardzo bliską: dzwoni do niej, zawsze przyjeżdża na święta. Do dziś babcia modli się za każdy pomyślny mecz Kuby. - Jest niesamowita - wyznaje zawodnik - zna ligę polską, angielską, niemiecką, ogląda każdy mój mecz, czasem przeklina, tak przeżywa. Potrafi czasem mnie zbesztać: "Co ci tak słabo poszło!" albo ma uwagi do sędziego. Już żona jest w tym o wiele łagodniejsza!

     Każdego gola, każdy sukces Jakub Błaszczykowski dedykuje swojej mamie. - Ona bardzo chciała, abym był piłkarzem. Cały czas wierzę, że mi kibicuje. To co robię, robię dla niej! Chociaż dopiero kilka lat temu zrozumiałem, że mógłbym jej sprawić wiele satysfakcji przez to, kim teraz jestem. Wciąż zmaga się z kontuzjami, które raz po raz uniemożliwiają mu grę. W 2007 roku, z dwuletnim opóźnieniem, zdał maturę. - Wiele razy spadałem na cztery łapy - dodaje - i wiem, że to mama mi pomaga. Ci, których nie ma z nami tu, na ziemi, stale opiekują się nami. Mama czuwa - tak, jestem o tym przekonany.

     REWANŻ KUBY

     - Moim zadaniem jest przekazywać to, co dali mi Jurek i babcia, czego mnie nauczyli, w czym ukierunkowali - mówi Błaszczykowski. - Staram się odpłacać innym za wszystko, co dobrego mnie spotkało. Nie umiem zostawić nikogo w potrzebie. Nie zapominam, że ja też kiedyś pomoc otrzymałem.

     Piłkarz wspiera różne akcje charytatywne, pomaga także chłopakowi choremu na zanik mięśni, mieszkającemu niedaleko jego rodzinnej wioski. Nie lubi jednak o tym mówić.

     - Nie chcę się chwalić przed kamerami. Ważne, że sam wiem, iż robię dobrze. Choć niektórzy są o to zazdrośni... Najbardziej naszej pomocy potrzebują ci, którzy o nią nie proszą - dodaje - bo są na to zbyt dumni, wstydzą się.

     Sprzedany z Rakowa do Wisły za 70 tys. złotych, w dwa lata później był wart 3,3 min euro - tyle zapłaciła za niego drużyna Bundesligi. Na żółtej klubowej koszulce Błaszczykowski ma oprócz numeru 16 samo imię: Kuba - wymówienie nazwiska wydaje się dla Niemców zbyt trudne. Jest w Dortmundzie znany i rozpoznawany. W roku 2009 został wybrany najlepszym zawodnikiem roku Borussii, przed Nevenem Suboticiem i Alexandrem Freiem; co trzeci kibic oddał głos na niego.

     - Nie wyzbyłem się polskości -stwierdza. - Często zwracam uwagę tutejszym Polakom, że zbyt szybko zapomnieli języka. Mnie to denerwuje. Z tym czymś w sercu się rodzisz i musisz to pielęgnować.

     W RODZINIE SIŁA

     - Staram się przekazywać życiowe doświadczenie innym - mówi Błaszczykowski.

     Przy każdej okazji podkreśla, jak w tym doświadczeniu ważna jest rodzina. - Byliśmy wychowywani w rodzinnej atmosferze, to było bardzo istotne. Dzięki rodzinie nie zabrakło mi silnej woli, gdyby nie oni, nie wiem, gdzie bym teraz był - stwierdza. - Do dziś trzymamy się razem, poszedłbym z nimi w ogień... I to chciałbym przekazać w przyszłości moim dzieciom.

     W czerwcu ubiegłego roku zawarł małżeństwo z Agatą. Niedawno urodził mu się syn. Chciałby stworzyć to, czego nie dane mu było doznać w domu rodzinnym, w pewien sposób nadrobić stracony czas. - Obawiam się, że aż mógłbym zabić tą miłością! - śmieje się piłkarz.


Krzysztof Ziemiec
Współpraca Lidia Molak

Tekst pochodzi z Tygodnika

24 kwietnia 2011


Sakramenty. I co z tego? Sakramenty. I co z tego?
o. Leon Knabit OSB
Zapis rozmów ojca Leona Knabita OSB z młodymi zbuntowanymi, opornymi, niewierzącymi i tym podobnymi - na temat sakramentów, Kościoła, życia... » zobacz więcej


   




Wasze komentarze:
 Andre: 05.06.2011, 00:30
 Jezus do Św. Faustyny: Jestem święty po trzykroć i brzydzę się najmniejszym grzechem. Nie mogę kochać duszy, którą plami grzech, ale kiedy żałuje, to nie ma granicy dla Mojej hojności, jaką mam ku niej. Miłosierdzie Moje ogarnia ją i usprawiedliwia. Miłosierdziem Swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się Serce Moje, gdy oni wracają do Mnie. Zapominam o goryczach, którymi poili Serce Moje, a cieszę się z ich powrotu. Powiedz grzesznikom, że żaden nie ujdzie ręki Mojej. Jeżeli uciekają przed miłosiernym Sercem Moim, wpadną w sprawiedliwe ręce Moje. Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję [się] w tętno ich serca, kiedy uderzy dla Mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski Moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im czego pragną.(Dz 1728)
 Matka: 20.05.2011, 10:18
 Tak ,trzeba zawsze iść do przodu.Największą motywację mają ludzie po przejściach,ale nie zawsze słuchają rodziny,Pan Jakub miał ten dar od Boga i wykorzystał. Każda matka byłaby dumna z takiego syna.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej