Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Plastelina zamiast plomby

     Śmieją się, że powyżej siódmego kolejne dzieci nie robią różnicy. Jednak chęci opiekunów zastępczych są niewspółmierne do pomocy ze strony państwa.

     Święty Mikołaj to patron mądrego pomagania: odkładał złote kule na posagi dla niezamożnych panien, by nie wylądowały na ulicy. Nam jeszcze daleko do takich pomysłów. Miasto nadal buduje domy z przeznaczeniem na rodzinne domy dziecka, w których ostatecznie otwiera filie państwowych placówek. Miasto wykazało, że to o wiele tańsze. A przecież dom dziecka to potrzeba kilkorga wychowawców na kilku etatach (w rodzinach to tylko dwoje opiekunów). Poza tym utrzymanie dziecka w instytucji państwowej kosztuje 5,5 tys. zł miesięcznie, w rodzinnym domu dziecka - 3,3 tys. zł, z czego władze refundują 700 zł. A przecież nawet najlepsze instytucje państwowe nie przygotują do życia tak, jak rodzina.

     - Warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie przyznało rodzinom biologicznym asystentów, co nam, opiekunom zastępczym ich dzieci ułatwiało dialog - mówi Monika Kosmowska z rodzinnego domu dziecka w Wesołej. - Niestety pieniędzy na to przedsięwzięcie starczyło tylko na kilka miesięcy. By przywrócić dzieci ich biologicznym rodzicom, co jest dla nich najwłaściwsze, potrzeba współpracy: sądów, prawników, opiekunów i samych rodzin. Tymczasem u nas wszystkie te instytucje działają w oderwaniu. Brakuje okrągłego stołu, przy którym by zasiadły i wspólnie ustaliły kierunek działań, tak jak to ma miejsce na Zachodzie. Niestety, nasze sądy nadal bardzo boją się przywracać dzieci ich biologicznym opiekunom.

     GRUNT TO RODZINA

     Działania władz rodziny zastępcze komentują jako leczenie zęba plasteliną zamiast plombą, bo tak taniej. Co ciekawe, władze się z tym zgadzają: - W domach dziecka, w których staramy się zmniejszać stan liczbowy wychowanków, nie ma możliwości oddziaływania na nich ciepłem, opieką i przekazywaniem umiejętności życiowych. Instytucji tych nie da się jednak zlikwidować od razu - przekonuje Bogdan Jaskołd, dyrektor Biura Polityki Społecznej m.st. Warszawy. Z satysfakcją dodaje, że jeszcze trzy lata temu w Warszawie był jeden rodzinny dom dziecka, a teraz jest ich 10. W całej Polsce - 350. - To żenująco mało - przyznaje Dariusz Karłowicz, prezes Fundacji św. Mikołaja, która prowadzi kampanię Grunt To Rodzina, promującą rodzicielstwo zastępcze. - Naszą kampanię robimy ze świadomością, że uderzamy głową w mur.

     Rok 2009 upływał pod hasłem Roku Rodzicielstwa Zastępczego. Jego podsumowanie wygląda następująco: 100 tys. dzieci w Polsce nie ma domu. Jedynie 2 proc. z nich nie ma rodziców, reszta została porzucona z powodu alkoholizmu, narkomanii, biedy, chorób fizycznych i psychicznych czy rozpadu rodziny. Zaledwie 3 proc. z tych dzieci znalazło się w rodzinnych domach opieki. W Polsce brakuje 5 tys. niespokrewnionych rodzin zastępczych! - Ich powstawaniu przychylna jest opinia publiczna - mówi Michał Rżysko z Fundacji św. Mikołaja. - Aż 80 proc. ankietowanych zgodziłaby się na założenie rodzinnego domu dziecka w sąsiedztwie, a 85 proc. akceptuje przyjaźń ich dzieci z dziećmi osieroconymi - dodaje. Niestety, przyczyną braku inicjatyw do prowadzenia tego typu działalności przez rodziny jest nadmierna biurokracja i brak wyspecjalizowanych lokalnych punktów informacyjnych.

     - Domy dziecka to komfortowe więzienia, nawet jeśli wychowawcy są aniołami - tłumaczy Dariusz Karłowicz. - Zdarza się, że opuszczający je wychowankowie wciąż nie wiedzą, że chleb występuje w innej postaci niż w kromkach, że śmieci nie wyrzucają się same i że prąd nie jest za darmo. Dzieci trafiające pod skrzydła rodzinnej formy opieki z ośrodków państwowych mają opóźnienia rozwojowe, edukacyjne i zaniżoną samoocenę; na studia idzie ich mniej niż tych, którzy od początku wychowują się w rodzinie. Jeżeli formą życia społecznego jest rodzina, to najlepszym sposobem socjalizacji jest dorastanie w rodzinie. Idealnym rozwiązaniem jest adopcja, rodzinny dom dziecka jest najbliższy tego ideału - dodaje.

     W rodzinnych domach dziecka zdarzają się cuda. Państwo Dąbrowscy z warszawskiej Pragi wychowują troje własnych dzieci i czworo przyjętych z publicznych placówek. Dorota choruje na epilepsję, Janek przeszedł mózgowe porażenie dziecięce, u Rafała rozpoznano płodowy zespół alkoholowy i małogłowie.

     - Kiedy je przyjmowaliśmy, wszyscy byli w fatalnym stanie, dwoje nie mówiło - wspomina pani Beata. Po ciężkiej pracy Robert, który do 12. roku życia miał zostać w przedszkolu, jest już w trzeciej klasie szkoły specjalnej. Dorota jest najlepszą uczennicą, a Janek idzie do normalnej zerówki. Pochwalić się mogą także państwo Madejowie z Łodzi: - Dziesięcioro dzieci z naszego pogotowia opiekuńczego wróciło do rodzin biologicznych, jedno zostało adoptowane. Staramy się dać dzieciom tyle, by w 18. roku życia potrafiły zdecydować o swojej przyszłości - przyznaje pan Witosław. - Jednak przepisy są daleko od nas, los dzieci zależy od prezydentów miast - dodaje Witosław Madej.

     EDUKACJA UCZUĆ

     Podczas gdy ceny idą w górę, płace opiekunów zastępczych, i tak żenująco niskie, stoją w miejscu. Często brakuje pieniędzy na dodatkowe zajęcia, korepetycje czy wakacje. Fundacja św. Mikołaja prowadzi co roku zbiórkę na Fundusz Edukacyjny. - Dzięki tym pieniądzom podopieczni rodzinnych placówek wychowawczych nadrabiają zaległości w nauce, rozwijają talenty i wyjeżdżają na wakacje - wymienia Michał Rżysko z fundacji. Już nie pytają: "Wszystkie dzieci w klasie chodzą na prywatny angielski, dlaczego ja nie?". Z pieniędzy darczyńców finansowana jest także opieka specjalistyczna: indywidualna praca z psychologami, pedagogami czy logopedami.

     Z czego wynikają sukcesy szkolne, które pojawiają się, od kiedy dziecko jest w rodzinnym domu dziecka? - Nie łudźmy się, że dziecko uczy się dla siebie i swojej przyszłości, bo ono nie myśli jeszcze tak dalekosiężnie - mówi dr Barbara Passini, dyrektor Krajowego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego TPD. - Uczy się dla rodziców, którzy je pochwalą i dowartościują.

     Równie ważny jak nauka jest wypoczynek. Tu także rodziny zdają się na pomoc darczyńców. Roli wyjazdów edukacyjnych nie da się przecenić: dzięki nim dzieci mogą przyswoić wiedzę opartą na elementach abstrakcyjnych, nieosiągalną dla dzieci upośledzonych umysłowo w toku stacjonarnych zajęć.

     - Trzylatek zobaczy morze w telewizji i potrafi sobie wyobrazić, co to jest - mówi Michał Dąbrowski opiekujący się dziećmi niepełnosprawnymi. - Dziecko upośledzone nie zrozumie, czym jest morze, dopóki nie spróbuje słonej wody i nie zobaczy fal. W zeszłym roku dzięki Funduszowi Edukacyjnemu 40 osób z kilku rodzinnych domów dziecka w Polsce ruszyło z harcerskiego schroniska na Głodówce do Morskiego Oka. - Widzieliśmy, jak podbudowało je to, że potem w szkole mogły o tej przygodzie opowiedzieć rówieśnikom - przekonuje Witosław Madej. - Wyprawy takie ważne są też dla reszty społeczeństwa: widząc nas, ludzie dowiadują się o nas więcej, widzą, że warto nas wspierać. Jeden pan powiedział, że osobiście przyłoży temu, kto wypowie się źle o rodzinnych domach dziecka - śmieje się pan Witosław.

     - W 2005 r., kiedy ruszaliśmy z kampanią Grunt To Rodzina, 76 proc. rodzin zastępczych zgłaszało brak środków na edukację. W tym roku mówi o tym już 20 proc. - tłumaczy Dariusz Karłowicz i dodaje: - Luka edukacyjna to problem bardziej psychologiczny niż związany z wiedzą, dlatego rozwiązać go może tylko rodzina, otaczająca ciepłem i uwagą. I ją samą trzeba wesprzeć.

     RODZINA BEZ URLOPU

     Sytuację rodzin zastępczych uświadamia Witosław Madej: - Od samorządu otrzymujemy ryczałt w wysokości 560 zł miesięcznie na: utrzymanie, wyposażenie i remonty domu, na dzieci w placówce i pensje - tłumaczy tata 10 dzieci, w tym ośmiorga przysposobionych. Na szczęście przychylna jest nam Rada Miasta, która daje 11 proc. więcej. My jednak jesteśmy w komfortowej sytuacji: ja jestem zatrudniony na umowę o pracę i zatrudniam żonę, która odkłada na emeryturę. Pracownicy rodzinnego pogotowia opiekuńczego pracują na umowę zlecenie, a roboty mają nie mniej niż my! Alina Wiśniewska, dyrektor Departamentu Świadczeń Rodzinnych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, zapowiada zmiany. W 2011 r. ma wejść w życie ustawa, która wychodzi na przeciw potrzebom opiekunów zastępczych. - Chcemy, by rodziny działały profesjonalnie: by miały kwalifikacje, ale i wsparcie, które nie ograniczy się do szkolenia wstępnego, ale które będzie funkcjonowało cały czas. Chodzi głównie o większe pieniądze na wynagrodzenia i utrzymanie dzieci. Pragniemy także dać rodzinom zastępczym prawo do urlopu, którego dotychczas nie mieli: 20 dni roboczych. Dziećmi zajęłyby się wówczas tzw. rodziny pomocowe. Pracujemy nad tym, by czas wykonywanej pracy wliczał się do świadczeń przysługujących innym pracownikom. Wszystkie świadczenia i wynagrodzenia będą określane na poziomie minimum, by starostowie mogli dać więcej, a wiemy, że takich starostów nie brakuje.

     - Wreszcie ktoś daje nam prawo wypocząć, a starostom daje szansę nas docenić - cieszy się Witosław Madej, który jako jeden z wielu opiekunów zastępczych od dłuższego czasu postulował te zmiany. Oby radość nie była przedwczesna.


Monika Odrobińska


Tekst pochodzi z Tygodnika

10 stycznia 2010



   


Jak moje dziecko może nauczyć się logiczno-matematycznego myślenia? Jak moje dziecko może nauczyć się logiczno-matematycznego myślenia?
Dimitris Matzarakis
Dzieci od urodzenia mają kontakt z pojęciami matematycznymi. Nie zauważają tego, gdyż odbywa się to w formie zabawy oraz atmosferze radości.... » zobacz więcej

Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej