Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Zbyszek

     Zbyszek przyszedł na świat jako drugie dziecko w ambitnej rodzinie inteligenckiej, ale po tragicznej śmierci brata, który zginął potrącony przez samochód, bardzo wcześnie pozostał jedynakiem: "oczkiem w głowie" swoich rodziców. Będąc już dorosłym, w wieku, gdy inni młodzi mężczyźni zakładają własne rodziny, uwikłał się w bardzo groźne i niebezpieczne uzależnienie, coraz częściej spotykane w dużych miastach, które dziś dla nich wszystkich stało się tragedią.

     Jak, zdaniem Państwa, mogło dojść do tego nieszczęścia?

     To było dobre dziecko i praktycznie przez cały okres nauki nie mieliśmy z nim żadnych kłopotów. Jako chłopiec zdolny i chętny do wszelkich prac, był naszą radością i dumą. Jednak już w szkole podstawowej, dało się zauważyć jego dziwne wyobcowanie. Wprawdzie miał jednego dobrego kolegę, ale stronił od większego towarzystwa. Podobnie było w szkole średniej. Obecność ludzi krępowała go do tego stopnia, że unikał nawet zbliżenia się do kilku zgromadzonych osób, wybierając np. dłuższą drogę, byle tylko nie przejść obok nich. Z czasem zauważyliśmy, że zaczyna "sam sobie wystarczać". Potrafił bowiem organizować czas i rozwijać zainteresowania bez potrzeby kontaktu z kimkolwiek. Nie nudził się i nie narzekał na samotność.

     Pierwsze poważne zmartwienia zaczęły się wtedy, gdy skończył zawodową szkołę średnią. Nie chciał studiować. Może obawiał się, że znów będzie zmuszony do ślęczenia nad książkami, dlatego wolał pracować. Okazało się jednak, że z powodu przemian, jakie zachodziły w naszym kraju, nie miał szans na znalezienie pracy w wyuczonym zawodzie. Martwił się tym, bo uzyskana specjalność pokrywała się z jego zainteresowaniami, ale konieczne było opanowanie praktycznych umiejętności, tymczasem stopniowo zaczął zapominać nawet posiadaną wiedzę teoretyczną. Postanowił zatem szukać innego zatrudnienia i nawet znalazł je, ale po niedługim czasie wskutek reorganizacji zakładu został zwolniony, przechodząc na zasiłek dla bezrobotnych.

     Na szczęście mogłem go wykorzystać do pomocy w swojej pracy - wspominał ojciec Zbyszka - co przyjął bez oporu i wkrótce dał się poznać jako dobry pracownik. Oczywiście płaciłem mu; nawet więcej, niż płaciłbym obcemu. On zaś rozliczał się ze mną uczciwie. Widząc, jak sobie radzi, postanowiłem wysłać go do Stolicy z poleceniem załatwienia pewnej ważnej sprawy. Przy okazji miał kupić potrzebne urządzenie, na co otrzymał większą gotówkę, ale nie kupił go i wrócił bez pieniędzy. Wtedy właśnie zaczął się nasz dramat.

     Zapytany o zwrot powierzonej kwoty przyznał się, ale tylko matce, że po prostu przegrał ją w kasynie. Matka zaś ukryła ów fakt przed ojcem. Jednocześnie przyrzekł, że zwróci dług choćby w ratach, ale nic z tego nie wyszło. Prawdopodobnie chciał go "odegrać" tutaj, u siebie, na miejscu, ale pogrążał się coraz bardziej i "oswajał się" z kasynem w swoim mieście. Już jako chłopiec fascynował się automatami do gry, wykazując skłonności do hazardu, ale teraz jego pasja miała stać się zgubą.

     Najpierw przegrywał pieniądze z zasiłku, co miało miejsce w zasadzie raz w miesiącu. Obecnie pracuje, więc na bieżąco przegrywa to, co zarobi. Zdarzyło się, że podbierał pieniądze z domu, toteż musieliśmy gotówkę chować przed nim, ale i tak najczęściej znajdował ją. Gdy niczego nie mógł znaleźć, wynosił z domu najcenniejszy sprzęt audiowizualny, oddając pod zastaw do lombardu. Potem nie miał za co go wykupić, więc z ciężkim sercem ponosiliśmy koszty jego szaleństwa. Nieraz okłamywał nas i pod różnymi pretekstami wyłudzał niemałe kwoty.

     Czy Państwo jako rodzice widzicie w tym swoją winę?

     To przykre, ale niestety tak. Byliśmy bowiem wobec niego zbyt surowi. Kochałam go - zwierza się matka - bez miary. Postrzegałam jako cudowny, wzniosły, nadludzki dar i bojąc się, by go nie zmarnować, dokładałam wszelkich starań, aby był chłopcem ułożonym i bardzo dobrze wychowanym. Dbaliśmy o wszechstronny jego rozwój wożąc go na basen i naukę języków obcych. Owszem, miałam dla niego wiele ciepła, ale przede wszystkim byłam wymagająca i czasem bardzo ostra, nie bacząc na wrażliwość dziecka. To jednak było przysłowiową "pestkę" w porównaniu z surowością męża, na której budował swój autorytet.      Mimo, iż chłopiec dobrze się uczył, mąż był zawsze niezadowolony. Z byle powodu czynił mu wymówki i surowo rozliczał ze wszystkiego. Swoje wątpliwości konfrontował z kolegą syna w jego obecności. Zdarzyło się nawet, że ukarał go, ofiarując obiecaną nagrodę - koledze z klasy, który właśnie wszedł. Kiedyś kupił synowi cenny sprzęt elektroniczny, ale potem zatruwał mu życie wymówkami, iż zbyt wiele czasu spędza przy nim. Chłopak rozżalony wkrótce sprzedał ów sprzęt.

     Mąż kochał go nie mniej, niż ja, ale był dla niego szorstki i nie miał w sobie ciepła. Nie potrafił zbliżyć się do własnego dziecka. Nie chodził z nim na żadne wyprawy, nie jeździli razem na rowerach, nie mieli wspólnych tajemnic ani zainteresowań. Nie było między nimi serdecznej, przyjacielskiej więzi i wspólnych, radosnych przeżyć. Nie umiał słuchać syna i nie miał do niego cierpliwości. Nawet teraz, gdy tak bardzo zależy nam na uzdrowieniu wzajemnych stosunków, odruchy życzliwości, albo przyjazne gesty jednego czy drugiego, najczęściej mijają się. Zarówno ojcu, jak i synowi trudno spotkać się na płaszczyźnie miłości.

     Pragnąc do czegoś dojść uczciwą drogą, musieliśmy ciężko pracować i oszczędzać, co znacznie ograniczało możliwości wypoczynku, czy rozrywek, a nieraz było też powodem kłótni w domu, które chłopiec bardzo przeżywał.

     Jak oceniacie Państwo bilans "zysków" i "strat" takiego wychowania?

     Mimo wszystko syn kocha nas po swojemu, czego dowodem jest między innymi nie wymuszona skłonność do pomocy. Poza tym lęka się o nasze zdrowie, nie pozwalając matce podejmować ciężkich prac. Nadal przeżywa wszelkie nasze sprzeczki.

     W rozliczeniach finansowych stara się być uczciwy i nie dopuszcza się nadużyć. Nie pali i nie pije, co w środowisku hazarzistów jest całkowitym ewenementem. Jest jednak rozdarty wewnętrznie, gdyż ma do nas wielki żal. Przechowuje w pamięci najdrobniejsze szczegóły, które poróżniły nas nawzajem i w napiętych sytuacjach bezlitośnie wyrzuca je nam, obarczając winą za wszystko, co zaistniało.

     Manifestuje przesadną dumę i nie daje nikomu prawa do siebie. Nie chce nam cokolwiek zawdzięczać. Niczego od nas nie chce, choć mielibyśmy co przekazać mu. Nie życzył sobie nawet tego, aby mu pomóc załatwić w miarę godziwą pracę. Sam znalazł zatrudnienie, co prawda niepewne, sezonowe, ale sam.

     Może bojąc się publicznego poniżenia, nie zapraszał nikogo do domu, a potem stronił od dziewcząt stając się w końcu odlud-kiem. Może widząc naszą ciężką pracę ma poczucie winy i nie chce od nas niczego, by nie zaprzepaścić dorobku życiowego rodziców? A może miał dość codziennego znoju i grając chciał zdobyć pieniądze na jakieś przyjemności?

     Jakże byliśmy zaślepieni nie dostrzegając rysujących się problemów...

     Czy próbowaliście Państwo wyciągnąć syna z uzależnienia?

     Oczywiście, wszelkimi sposobami. Rozmową, skierowaniem zainteresowań w inną stronę, powierzaniem absorbujących obowiązków itp. Mąż wielokrotnie wyciągał go z kasyna nie szczędząc napomnień i wymówek. Konsultowaliśmy się z kompetentnymi księżmi i z lekarzem specjalistą.

     Wyczerpawszy wszystkie środki próbowaliśmy nawet nie dawać mu jeść, aby do-sięgnął dna i wreszcie odbił się od niego, ale widząc, jak marnieje w oczach, omal nie wykończyliśmy się sami. Oceniając po ludzku zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, lecz niestety, bezskutecznie. Wtedy zrozumieliśmy, że tylko Bóg, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, może nam dopomóc, jeśli zechce; Bóg i miłość rodzicielska. Dlatego w końcu wybraliśmy drogę miłości, jednocześnie pracując nad sobą, nad otwarciem się na syna i wystrzeganiu się przed zadawaniem mu nowych ran.

     Wcześniej byliśmy ludźmi małej wiary, typowymi "niedzielnymi" katolikami, którym na co dzień Bóg do niczego nie był potrzebny. On jednak nie spisał nas "na straty". Widząc, że nie chcemy uznać Go w szczęściu, zbliżył się do nas poprzez nieszczęście. Odtąd wszystko zmieniło się.

     Od kilku lat nieustannie modlimy się za syna. W jego intencji podejmujemy posty i ofiary, zamawiamy Msze święte; odmawiamy różaniec i koronki. Podejmujemy różne nabożeństwa. Związaliśmy się z grupą modlitewną, zanoszącą za nasze dziecko modlitwy wstawiennicze. Jeździmy do przeróżnych sanktuariów i przemierzamy drogi jako pątnicy. Powierzamy go kapłanom i siostrom zakonnym, którzy raz po raz ofiarowują za niego nowenny. Problem naszego syna jest tak "omodlony", że nie wiemy, czy jest jeszcze ktoś, kto tak walczy o dziecko. Z każdym dniem sami coraz bardziej dojrzewamy w wierze, co umacnia naszą ufność w Miłosierdzie Boże.

     Może dlatego nasz syn nie przepadł, ale wciąż zmaga się sam ze sobą. Widać, że chciałby uwolnić się od zgubnego nałogu, ale zło jest bardzo silne. Co roku z własnej woli jeździ z nami na Jasną Gorę licząc na ratunek, ale po powrocie znów poddaje się. Pozwolił nawet byśmy go zawieźli do pewnego zakonnika, który praktykuje modlitwy wstawiennicze. Po dłuższej rozmowie z duchownym zwrócił się do nas z prośbą: "Módlcie się, aby w moim sercu zamieszkał Jezus i Maryja", lecz niestety, po kilku dniach wrócił do tego, co było...

     Co chcielibyście Państwo powiedzieć innym rodzicom?

     Przede wszystkim, aby starali się rozumieć swoje dzieci i dostrzegać w nich godność ludzką. Nie "tresować" je, nie poniżać, nie zawłaszczać! Jak najczęściej rozmawiać z nimi, okazując ciepło i przyjaźń. Muszą umieć przyznać się do winy, a nawet przeprosić dziecko, jeśli zrozumieją, że popełnili błąd. Dzieci powinny mieć rodzeństwo lub kolegów, co pozwoliłoby im wspierać się wzajemnie i uniknąć wyobcowania.

     Ale najważniejszym wnioskiem z naszych doświadczeń jest to, że gdyby od początku Bóg, który jest Miłością, zajmował w naszym domu należne Mu miejsce; gdybyśmy widzieli Go także w naszym dziecku, dziś nie mielibyśmy takich kłopotów.


Rozmawiała: Julia Szwarc


Będziemy mieli drugie dziecko Będziemy mieli drugie dziecko
Elżbieta Zubrzycka
Kiedy ma się narodzić drugie dziecko w rodzinie, często pojawia się niepokój i pytanie: czy będzie ono tak samo kochane jak pierwsze? Towarzyszą temu obawy rodziców, że być może drugie dziecko odbierze część miłości pierwszemu.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej