Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Co się stało z naszą wiarą?

     Coraz częściej daje się słyszeć, także w środowiskach chrześcijańskich, z troską stawiane pytanie: Co się dzieje z polską wiarą? Czy nie zagubiliśmy jej źródłowych treści, łączących z Jezusem i świadectwem apostołów, tworzących pierwotny Kościół, umocniony tajemnicą z tajemnic - zmartwychwstaniem Chrystusa?

     Czy przypadkiem nie stajemy się, z dnia na dzień, ludźmi obarczonymi koniecznością ponawiania niedzielnego uczestnictwa w liturgii, na ogól usypiającej wrażliwość religijną, zamykającej w coraz bardziej kostniejącym rytuale? Przy tym nacisk procesów sekularyzacyjnych, promujących obojętną postawę wobec wszelkich form nabożnego zaangażowania sprawia, że w wielu środowiskach egzystencjalne odwołania do Boga straciły na znaczeniu i nie wywołują już żadnych osobowych reakcji, nie wpływają też na jakość społecznego życia. Kościół bywa przyrównywany do człowieka niespełna rozumu, który pod rządami Benedykta XVI, nie potrafi rozpoznać otaczającej go rzeczywistości, jak bez skrupułów stwierdził Gianni Vattimo, postmodernistyczny siewca intelektualnego zamętu i prowokator nowoczesności.

     Inni, przeciwnie, uważają, że Kościół od chwili narodzin znajdował się i znajdować się będzie pod pręgierzem krytyki, zaś nieustający sprzeciw wobec "tego świata" jest wpisany w kościelny styl bycia. Nie ma więc powodu, aby zbytnio niepokoić się gwałtownie narastającą nagonką eklezjalną; raczej powinno się dbać o utrzymanie dogmatycznego i ustalonego w historii obyczaju, będącego konsekwencją życia w świetle Bożych pryncypiów. Wszyscy tworzymy Kościół, którego definicja zawiera się w rozpowszechnionym przez św. Pawła obrazie ciała Chrystusa. Jego realnej obecności doświadczamy właśnie w Kościele. Dlatego Kościół zyskuje swoiste pierwszeństwo przed nami. Nie chodzi tu o jakąś władzę czy określone formy zewnętrznego nacisku; raczej o to, że przez sakramenty i słowo karmi On nas, edukuje i wspiera w chrześcijańskim życiu, w takim stopniu, w jakim jesteśmy gotowi te dary przyjmować. Jest tedy nieuchronnie hierarchiczny, a nawet elitarny, ponieważ niektórych członków Kościoła uważa za bardziej wykształconych lub duchowo zaawansowanych. Wspomniana metafora organizmu pozwala na wyraźne zróżnicowanie funkcji. Trzeba zatem, chcąc być osobą szczęśliwą, odnaleźć (z Bożą pomocą) swoje miejsce w Kościele, swoje małe powołanie i nigdy nie przeżywać żadnego niepokoju z tego powodu, że ktoś inny zyskał w Kościele znaczniejszą godność czy bardziej wyróżnione miejsce.

     Mając to na względzie, zachowując pełnię ewangelicznej wiary, będzie można ochronić się przed złowieszczą potęgą kultury, świadomie ograniczającej pole swego działania i oddziaływania do sfer zamkniętych na jakiekolwiek znaki transcendencji. Oczywiście, dopóki Kościół pozostaje wspólnotą pielgrzymującą w ziemskich krajobrazach, nie ma prawa wychwalać siebie pod niebiosa; raczej powinien zadbać o własny rozwój, w osobach swych przedstawicieli dawać przykład formacji nastawionej na realizację życia godnego, pomnażającej wspólne dobro, bardziej miłosiernej niż sprawiedliwej, w teologicznym sensie tego określenia. Nie jest to łatwe. Z jednej bowiem strony nie wszyscy wierzący podejmują trud współpracy z Duchem Świętym, tracą religijną odwagę, poddając się aurze wytwarzanej przez współczesny świat, będący w wyraźnej opozycji do chrześcijaństwa; z drugiej zaś mamy do czynienia z jawną utratą wśród ludzi zrozumienia istoty Kościoła Chrystusowego. W tej zdecydowanie perfidnej sztuce osłabiania świadomości eklezjalnej znamienną rolę odgrywają środki społecznego przekazu, które zdają się - niemal w imieniu hierarchów - kształtować program duszpasterski Kościoła. Poprzez medialną koncentrację uwagi tylko na zagadnieniach organizacji i reorganizacji struktur kościelnych, kwestiach etycznych, celibatu, roli kobiet w liturgii, homoseksualizmu, inżynierii genetycznej, podkreślaniu, że zupełnie nie interesują rządzących Kościołem moralne aspekty kapitalizmu, przedsiębiorczości, czy problemy pracowników - zatraca się sam nerw obecności Kościoła w świecie, prawda o zbawieniu, wysłużona przez Jezusa na krzyżu. Funkcje Kościoła sprowadza się najczęściej do zaspokajania czysto ludzkich potrzeb, niemających wiele wspólnego z tym, co chciał Chrystus.

     ILE W NAS CHRYSTUSA?

     Benedykt XVI przypominał swego czasu, że Kościół tylko fasadowo jest zbudowany "przez ludzi". Za tą ludzką strefą znajdują się przecież Boskie, nadprzyrodzone, więc nietykalne struktury. Tego żaden reformator, socjolog, organizator nie ma prawa ani możliwości tknąć. Gdyby pozostać na tym poziomie pojmowania Kościoła, wówczas i prawdy wiary mogą wydawać się arbitralne, a wiara traci autentyczny, zagwarantowany instrument, poprzez który mogłaby się wyrażać. Ewangelia staje się tylko Jezusem-projektem, projektem społeczno-wyzwoleńczym, czysto historycznym, tylko pozornie religijnym, w gruncie rzeczy - ateistycznym. Trzeba za wszelką cenę unikać tego rodzaju myślenia i wracać do podstawowej nauki Kościoła, opartej na fundamentalnym doświadczeniu wiary, dotyczącej Boga i Jego opatrznościowej opieki nad ludźmi i całym kosmosem; wiary, która wyrasta z głębokiego przeżycia, nie wikła się natomiast w spekulacje wiodące najczęściej do religijnych karykatur zagrażających ostatecznie samej wierze. Od tego, czy pozostaniemy osobami wierzącymi zależy miejsce, jakie będzie zajmował Kościół w społecznościach nowoczesnych.

     Chodzi - powtórzmy dobitnie - o zachowanie dogmatycznego kośćca katolicyzmu; życie w świetle Tradycji i porządku sakramentalnego ustanowionego przez Chrystusa. Zęby taka sytuacja mogła nastąpić i umacniać się, powinniśmy wiedzieć, że jesteśmy ludźmi słabymi i zbyt łatwo nie rozgrzeszać się ze zła, które czyha z wielu stron. Płytkie samozadowolenie z siebie to groźna pułapka. Należy również uznać za oczywiste, że to właśnie Jezus ma moc wyzwalania z grzechów, przyjmowania do grona swoich najbliższych, którzy - właśnie dlatego - są zobowiązani do odwzajemniania Mu się wiernością. Nie przez przypadek łacińskie słowo "fides" oznacza równocześnie i wierność, i wiarę. Skoro zostaliśmy wybrani przez Jezusa, włączeni w Jego duszpasterski krąg, warto ponowić ważne pytanie: jakimi argumentami popieramy swoje zawierzenie Jezusowi? Ile w nich jest Chrystusa, a ile osobistej ambicji, chęci wielkości i zachowywania faryzejskich nawyków.

     Uczniowie Mistrza z Nazaretu, wybrani do głoszenia Królestwa Niebieskiego, spełnili powierzone im zadanie. Niektórzy z nich dostąpili nawet łaski męczeństwa. A my? Czy przynależność do Kościoła nas kosztuje? Czy raczej traktujemy swe związki z Kościołem jako obyczajowy dopust, gest uspokajający sumienie albo nawet wybranie tak zwanego mniejszego zła? Tymczasem ponowoczesna rzeczywistość wymaga zaangażowanego prorokowania. Uczeń Jezusa głosi prawdę o ludzkim życiu, sensie historii, przeznaczeniu człowieka, zbawieniu bądź potępieniu. Pozostaje świadkiem Boga żywego. W tym sensie każdy chrześcijanin musi spełniać funkcje apostolskie, tym bardziej że otrzymał chrzest - sakrament wtajemniczenia chrześcijańskiego. Jego posługiwanie ma być konkretne, realistyczne, przezorne, wyczulone na moralne niuanse współczesności. A ponieważ ewangeliczne przesłanie odczuwa się miłującym sercem, stąd też słuchanie będzie właściwe przy próbach uchwycenia tego, czego nie widać, a co objawia się w sposób ukryty i zostaje siłą wiary wydobyte na światło dzienne.

     Nie wpadajmy przeto w sieci zastawione przez samych siebie, własną wygodę, wyniosłość i egoizm. Jezus posyła nas - jak apostołów - abyśmy głosili wieść o szczęściu życia wiecznego. Nie wolno jednak nikogo zmuszać do podejmowania decyzji nacechowanych religijnie. Wiara - "słuchająca, posłuszna, uległa, ufająca i pełna zawierzenia odpowiedź udzielona Bogu", jak to sprawnie ujął Hans Urs von Balthasar, wymaga wolnego rozstrzygnięcia i świadomości, że może będzie trzeba oddać życie, bo sprawą najważniejszą jest wierność słowu Bożemu. Wymaga to ofiary. Niszczenie grzesznych pokus zawsze sprawia niepokój, wywołuje ból, wewnętrzny skurcz. Chrystus jednak zaświadcza, że wszyscy mamy szansę zasługiwania na zbawienie. Modlitwa i skupienie wskazują, że Bóg jest tuż obok, że umacnia serca. Dlatego nie lękajmy się podejmować zadań ewangelizacyjnych, we własnych rodzinach, środowiskach pracy, w miejscach życiowej aktywności. Od naszej jedności z Jezusem zależy siła dochowanego świadectwa, zawsze, chcąc nie chcąc, narażonego na niepowodzenie. Chrystus o tym wie, dlatego obdarzając misją zachęca, byśmy najpierw uzyskali pokój z samyrni sobą, czyli odczuwali samych siebie jako osoby intymnie spójne, jednolite. Nie wyklucza to zasadniczego niezadowolenia z tego, co już uczyniliśmy, czy aktualnie czynimy. Niemniej jednak powinniśmy, jak to tylko możliwe, łagodzić konflikty codzienności; niekiedy wystarcza jedno ostrzejsze spojrzenie, pospiesznie wypowiedziane słowo, a już zjawia się żal, zniechęcenie, strach.

     PRZEBACZENIE I NADZIEJA

     Lecz, pamiętajmy, wina jest zawsze po obu stronach, a pokój rodzi się z przebaczenia i nadziei, że krzywda nigdy nie jest na tyle silna, aby miałaby uniemożliwić nawiązanie ponownych więzi. Jeśli potrafimy przyjąć takie rozeznanie, nasze religijne świadectwo wyda dobre owoce. I wywiążemy się z zadań, jakie stawia przed nami Jezus. Jesteśmy posłani. To bardzo zobowiązujące. Bóg zechciał być z nami i przemawia w naszym indywidualnym języku. Próbujmy wejrzeć głęboko w samych siebie. Ileż tam spraw do przemyślenia, przezwyciężenia. Należy złamać pychę, próżną dumę, ciążące pożądania. Zasługujemy na Boże wybranie i Boże dary? Jezus nie zawiedzie się na nas?

     Pytania te na szczęście tracą nieco na ostrości w obliczu wydarzenia Zmartwychwstania Pańskiego. Przynosi ono trudną do opisania radość. Najbardziej wymownym wyrazem radości bywa taniec. Ewangelie często przypominają zdanie Jezusa: "Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście..."(Mt 11,17). Trzeba przeto tańczyć, gdy Jezus pokonał śmierć. Radować się, skoro radość należy do koła Bożych obietnic. Biblia podkreśla znaczenie radości w codziennym życiu, zwłaszcza radości wewnętrznej, która ujawnia się w dobrym słowie lub spojrzeniu, radości z samego faktu istnienia, bycia na Boży obraz i podobieństwo. Fakt, że możemy każdego ranka odnawiać swe ludzkie doświadczenie, dostrzec rodzący się blask dnia, chmury na niebie i pierwsze wiosenne liście, że zjawiają się przed nami ludzie, których historia życia bywa wsparciem i duchową mocą, czyż to nie powinno napawać dziękczynnym drżeniem serca? Radujmy się radością znamionującą działanie Ducha Świętego. Nie chodzi o jakąś egzaltację, wywoływaną niekiedy przez słowo Boże i znikającą pod naporem narastających trudności, lecz o promienność ducha, kiedy nawet przeżywając ból dajemy o Jezusie dobre świadectwo, kiedy pokładamy w Nim całkowitą nadzieję.

     Łatwo skrytykować tego rodzaju przekonanie. Niedogodności życia, zło i krzywda są tak wielkie, że przesłaniają potęgę satysfakcji, zgodę na ułomną codzienność. Ale radość, o której piszę, jest radością zawierającą trud dorastania do prawdy i wierności. Naturalnie, każdą formę radości przenika specyficzny cień, niekiedy cierpienie. Nigdy nie jesteśmy dostatecznie gotowi do wyrzeczeń. Jakże często nie potrafimy pokornie pochylić giowy, przeprosić, przyznać się do błędów. Niekiedy wychwalamy nazbyt głośno osobiste zalety i talenty, korzystamy z kłamstwa, aby wznieść się, chociaż o jeden stopień, na drabinie społecznego uznania. Tłumimy podszepty Ducha normą prawną i administracyjną, osobistym autorytaryzmem i przesadną surowością. Wówczas radość zyskuje przewrotny charakter, staje się fałszywa.

     BÓG NIE JEST PROFESOREM

     Dlatego szczerze pytajmy: Czy nasze codzienne życie nie powiększa rozczarowania Jezusa, będącego wynikiem założenia Kościoła? Czy przypadkiem nie żyjemy tak, że - po ludzku sądząc - sprawiamy Bogu ból? Może warto przyznać: Bóg jest nami rozżalony, zawiedziony Kościołem, który zamiast chwalić Boga, służyć Mu i wielbić - goni za "cudzymi bogami". Czyż nie bywa tak, że traktujemy na przykład Mszę świętą jako sposób uzyskiwania kameralnego samozadowolenia; na końcu liturgii rozlegają się oklaski, jeśli przedstawienie było udane, kazanie krótkie i - jak to mówimy - ładne, albo modlitwę pojmujemy jako higienę duszy. W ten sposób chowamy własną wiarę gdzieś głęboko w sobie, przykrywamy naskórkiem konwencji i przyzwyczajenia. Mamy dostęp do Bożego światła, ale nie zdobywamy się na to, aby rozświetlić nim drogi codzienności, nie tylko własne, ale przede wszystkim innych ludzi. Nasze wnętrze przypomina komorę pełną najróżniejszych metalowych przedmiotów, szpilek albo igieł, pod których ciężarem gaśnie Boża łaska; podejmowane przez nas czyny są chaotyczne, pozbawione harmonii i wyraźnego celu. Tracimy w ten sposób poczucie jedności z najbliższymi. Jak możemy prosić Boga o miłosierdzie dla siebie i dla nich, jeżeli nie lśni w nas światło umożliwiające osiągnięcie duchowego spokoju? Bywamy tak zablokowani emocjami, zazdrością, zawiścią bądź nawet wrogością, że każdy, kto zbliża się do nas, zostaje natychmiast poraniony, i w konsekwencji odrzucony.

     Tym, co uodpornia na własne niedociągnięcia, jak i na różnego rodzaju zarzuty dobiegające ze świata, jest wiara, i to wiara poważna - unikająca fideizmu, istnej plagi naszej epoki - mająca uzasadnienie i racjonalne podstawy. Wiara odniesiona bezpośrednio do Boga i tylko do Niego. Dogmaty formułowane przez Kościół nie są jej przedmiotem. Wszystkie jednak mają na celu to - wyjaśniał Francois Varillon - byśmy nie ulegali złudzeniom na temat miłości, nie pochlebiali sobie bezzasadnie, że rozumiemy na podstawie własnego tylko doświadczenia prawdziwą naturę miłości, jej warunki, następstwa i implikacje. Podtrzymują one przylgnięcie do wiary, prostują lub poprawiają, zapobiegają skrzywieniom lub rozkładowi. Zapewniają autentyczną interpretację tajemnicy, która nieskończenie je przerasta. Wierzyć abstrakcyjnie na przykład, że Bóg jest Trójcą, nie ma dla nas wartości egzystencjalnej. To tajemnica objawiona i Kościół formułuje ją jako dogmat - ale nie po to, byśmy się "dowiedzieli" o tajemniczym życiu Bożym za pośrednictwem gry pojęć, lecz by oświetlić drogę, która wiedzie do naszego wszczepienia w owo życie. Bóg nie jest uniwersyteckim Profesorem, który przedstawia wykład na swój własny temat, chcąc zaspokoić czyjąś ciekawość, nawet uprawioną. Jest światłem, dzięki któremu możemy żyć.

     Jakie z tego płyną wnioski? Każdy z nas odpowiada za cały Kościół. Odbija niejako we własnym wnętrzu Jego miłość i ciepło. Pozostaje stróżem chrześcijańskiego dziedzictwa i sam nawraca się, oczyszcza, aby ukazywać niczym nieskażoną istotę Kościoła. Doświadczył już bowiem wsparcia Ducha Świętego i zyskał przejmującą świadomość, że nieustająco znajdujemy się wszyscy pod panowaniem prawa Zmartwychwstałego, w życiu i w śmierci przynależąc do Niego. Oby tylko nie słabła w nas wiara, oby jasno płonęła, zarysowując przestrzeń wolności, skupiającej wszystkie odcienie miłości. Oby lęk przed Herodem, polityka cesarza, zakusy medialnych korporacji, prywatne słabości, groza cierpienia nigdy nie były w stanie zawrócić nas z tej radosnej, choć najeżonej niebezpieczeństwami, Chrystusowej drogi...


ks. Jan Sochoń


Tekst pochodzi z Tygodnika
Warszawsko-Praskiego "Idziemy"

12 kwietnia 2009


Nie-ludzki Bóg Nie-ludzki Bóg
Paweł Lisicki
"Nie-ludzki Bóg" to zbiór esejów, w których autor analizuje twórczość literacką współczesnych poetów i pisarzy, m.in. Zbigniewa Herberta, Bolesława Leśmiana, Czesława Miłosza, Milana Kundery, Isaaca... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej