Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Wiem, co to ogień

     Wybuch metanu w rudzkiej kopalni "Wujek-Śląsk", tragiczna śmierć kilkunastu górników i potworne cierpienia kilkudziesięciu ich kolegów skłoniły mnie do napisania kilku uniwersalnych słów, które może kiedyś pomogą znaleźć siłę wszystkim, jeśli znajdą się w trudnej sytuacji.

     Dlaczego piszę? Bo kiedy wahałem się, czy przyjąć zaproszenie w roli gościa do telewizyjnego studia, moja żona powiedziała: po tym, co nam się przytrafiło ponad rok temu, masz teraz moralny obowiązek pomagać w ten sposób innym. A żony trzeba słuchać! W czerwcu 2008 r. ogień, który ogarnął nagle nasze mieszkanie, zniszczył mi 40 proc. powierzchni ciała. To moje niby-piekło przy tym, co przeszli i przechodzą ci biedni górnicy, to jest właściwie bułka z masłem. Ja żyję dlatego, że zaledwie liznąłem tego nieszczęścia, z którym oni - ale właściwie powinienem napisać że ci, którzy przeżyli to piekło - pewnie się jeszcze przez długie miesiące będą musieli zmagać. Ale będąc teraz już w zasadzie sprawnie funkcjonującym człowiekiem, pewnie jak mało kto - bo na szczęście poparzonych ludzi nie chodzi po ziemi tak wielu jak np. po zawale - jestem w stanie zrozumieć i opisać sytuację ich i ich rodzin. Bo w takich wypadkach, siłą rzeczy, rodzina jest w ten wir nieszczęścia chcąc nie chcąc wciągana.

     To, co czuje poparzony człowiek, to głównie ból, który jest nie do opisania. To jest ból ciągły... boli nas całe ciało. Wszystko, od stóp do głów. Nie majak uciec! Oprócz bólu, który męczy chorego 24 godziny na dobę, jest jeszcze ból pięcio-, dziesięciokrotnie większy w ciągu kilkudziesięciu minut, a może i godziny, zależy od stopnia poparzenia. Chodzi mi o zmianę opatrunku. Ta akcja jest wykonywana w szpitalu minimum raz dziennie. Ale jest niezbędna, bowiem trzeba oczyścić zniszczone ciało z martwych części skóry, tak aby nie dopuścić do zakażenia i w rezultacie śmierci. Zmiana opatrunku to właściwie obdzieranie człowieka żywcem ze skóry. Podobne męczarnie przeżywali chyba dzielni młodzi chłopcy i dziewczęta w katowniach gestapo, a potem NKWD i UB. Są wtedy takie chwile, że ma się ochotę po prostu zasnąć na zawsze. Żeby to się wreszcie skończyło.

     Szok przeżywa poszkodowany (choć on przez wiele dni dzięki podawanym lekom nie do końca zdaje sobie sprawę z powagi całej sytuacji), ale równolegle cierpią także jego najbliżsi Wiem, bo widziałem to po twarzach tych, którzy mnie odwiedzali. I pamiętam, że nie byli w stanie spojrzeć na mnie, bo po prostu bali się mojego wyglądu. Ale przychodzili. Niektórzy - tak jak żona - byli codziennie przez kilka godzin, czasem nawet kilka razy. Karmili mnie, obmywali czoło, próbowali rozmawiać, choć ja tylko słuchałem, bo na mówienie nie miałem przez wiele dni sił. Po prostu podtrzymywali mnie na duchu. Nie dali "usnąć raz na zawsze". I to - co rozumiem doskonale teraz, po upływie czasu - pomogło mi równie mocno co podawane lekarstwa.

     Bliskość osób najbliższych w tak trudnych sytuacjach jest nie do przecenienia. Chory musi wiedzieć, musi poczuć, że ma po co dalej żyć, że ma dla kogo się starać i do czego wracać. Żona w sytuacjach krytycznych powinna nawet powiedzieć dosłownie - mężu kochany, wytrzymaj. Jeszcze chwilę. Ja wiem, że cię boli, ale zaraz będzie bolało mniej. Dzieci czekają. Musisz im pomóc. Córka idzie do szkoły, synek do maluchów w przedszkolu - potrzebują ciebie, żebyś je odprowadzał i żeby mieli z kim odrabiać wspólnie lekcje. Równie istotna jest obecność przy chorym osób duchownych i wiem jak bardzo ich w szpitalach brakuje, szczególnie osób dobrze do tego przygotowanych. Ksiądz, który z braku czasu wpada do szpitalnego pokoju na minutę, może tylko skutecznie oddalić nas od Boga. A to zadziała tak, jakbyśmy nagle oderwali sami sobie ratującą nam życie kroplówkę.

     W tej całej złożonej i niezwykle trudnej sytuacji jest jeszcze coś, o czym się zupełnie nie myśli! Otóż najbliżsi powinni równie silnie wspierać matkę czy żonę, która nagle znalazła się na skraju wyczerpania nerwowego, nie wie, co ma robić, być może nagle kogoś bliskiego straci. Zaniedbane jest mieszkanie, dzieci. Nie wiadomo, co dalej z przyszłością, co z finansami? A jak mają poradzić sobie z tym dzieci? One są bardzo wrażliwe. Moje do dziś nie chcą myślami wracać do tamtych chwil. Bo budzi to w nich strach! Tu widzę ogromne pole do popisu dla coraz powszechniejszego młodzieżowego wolontariatu. To doskonała próba okazywania innym naszego miłosierdzia.

     Na koniec: proszę wybaczyć tę prywatę. Ale mam nadzieje, że w ten sposób mogłem komuś pomóc w przypominaniu rzeczy w sumie oczywistych.

Krzysztof Ziemiec


Tekst pochodzi z Tygodnika

4 października 2009


Sms do Pana Boga. Rok C Sms do Pana Boga. Rok C
Ks. Dariusz Madejczyk
Książka jest kolejnym tomem z cyklu "Ewangelia o piątej nad ranem". Znając treść poprzednich felietonów ze spokojem i zainteresowaniem bierzemy do ręki kolejną część; zwłaszcza, że nie chodzi o to, by tę książkę przeczytać jednym tchem. Istotne są rozważania jakie przychodzą nam po zakończeniu każdej strony. A o to autor zadbać potrafi... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej