Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Co nas poróżniło?

     Nie spory teologów, ale ludzka ambicja i pycha, a także ingerencje władz politycznych były najczęściej źródłem podziałów w Kościele.

     Niebezpieczeństwo rozłamów istniało w Kościele od samego początku. Już św. Paweł w Liście do Koryntian pisał: "Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa, ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa». Czyż Chrystus jest podzielony?" (1,11-12).

     - Jeżeli jedność chrześcijan jest wyrażona w trwaniu z Chrystusem i w wierności Jego nauce, to kiedy dochodzi do podziału, zawsze gdzieś jest pycha i same tylko ludzkie koncepcje. Gdyby ludzie stali w jedności przed Bogiem, do podziałów by nie doszło - podkreśla ks. dr Marek Solarczyk, wykładowca historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym w Diecezji Warszawsko-Praskiej i proboszcz parafii katedralnej na Pradze.

     PATRIARCHA PRZECIW PAPIEŻOWI

     Po wielkich sporach teologicznych, które powstawały wśród chrześcijan w pierwszych wiekach, przyszły konflikty o sprawy znacznie bardziej prozaiczne. Ich skutki trwają do dziś. Do pierwszego formalnego podziału pomiędzy Kościołem bizantyjskim a Rzymem doszło za patriarchy Konstantynopola Focjusza (863 r.), którego prawosławni czczą jako świętego. Spór dotyczył jurysdykcji papieża nad całym Kościołem (także nad patriarchatem w Konstantynopolu) oraz sprawy Filioąue, czyli rozróżnienia, czy Duch Święty pochodzi "od Ojca i Syna", czy też "od Ojca przez Syna". Niestety, już wtedy dochodziło do aktów wzajemnej nietolerancji, ignorowania się i spektakularnych gestów: synod, któremu przewodniczył cesarz bizantyjski Michał III, rzucił ekskomunikę na papieża Mikołaja I! Mimo tych trudności, na Synodzie w Konstantynopolu (879-880) udało się doprowadzić do ponownej jedności, która trwała blisko dwa wieki.

     Do wielkiego rozłamu między Kościołem rzymskim a Kościołem w Konstantynopolu doszło jednak w 1054 r., gdy patriarchą bizantyjskim był Michał Cerulariusz. Było kilka przyczyn, które do niego doprowadziły. Przede wszystkim próby wprowadzenia ujednoliconej liturgii w greckich kościołach południowej Italii, którą Normanowie oderwali od Bizancjum i podejmowane w tym samym czasie przez patriarchat w Konstantynopolu zabiegi mające na celu likwidowanie liturgii łacińskiej w kościołach i klasztorach w Bizancjum i wprowadzenie tam zwyczajów greckich. Świątynie, które się do tego nie dostosowały, zostały zamknięte. Sytuację zaostrzył jeszcze list głowy Kościoła bułgarskiego Leona z Ochrydy, napisany w obelżywym tonie i wysłany za przyzwoleniem patriarchy Cerulariusza do Rzymu. Autor listu oskarżył "łacinników" o używanie niekwaszonego chleba w Eucharystii.

     Papież Leon IX wysłał w 1054 r. do Konstantynopola delegację na czele z wywodzącym się z zakonu benedyktynów kard. Humbertem z Silva Candida. Niestety, zamiast woli porozumienia z obydwu stron były obraźliwe słowa, prowokacyjne zachowania i arogancja. Padały oskarżenia o "straszną herezję, głupotę, niesłychane obelgi i krzywdy" i zarzut nadużywania tytułów kościelnych. 16 lipca 1054 r. na ołtarzu w kościele Hagia Sophia kard. Humbert złożył bullę ekskomunikującą patriarchę Cerulariusza podpisaną przez nieżyjącego od 19 kwietnia papieża Leona IX i dlatego formalnie nieważną. W odpowiedzi cesarz Konstantyn IX nakazał ją spalić, a synod zebrany w Konstantynopolu ekskomunikował kardynała Humberta i towarzyszących mu duchownych.

W ciągu ostatnich lat zmniejszył się znacząco dystans oddzielający od siebie Kościoły i Wspólnoty kościelne. Ale ciągle jest to dystans zbyt duży! Nie tak chciał Chrystus!
Jan Paweł II we Wrocławiu, 31 maja 1997
     Minęło ponad 900 lat. W przeddzień zakończenia Soboru Watykańskiego II, 7 grudnia 1965 r., papież Paweł VI i patriarcha Konstantynopola Athenagoras I znieśli nałożone ekskomuniki. W ogłoszonej wówczas wspólnej deklaracji stwierdzali: "Nie można dziś nic uczynić, aby wszystkie te wydarzenia przestały być tym, czym były w owym czasie historii, tak bardzo burzliwym. Lecz obecnie, kiedy bardziej sprawiedliwy osąd został na nie wydany, należy przyznać, że zawierały one wiele przesady, co doprowadziło później do konsekwencji wykraczających - o ile sądzić o tym możemy - poza zamiary i przewidywania ich autorów. Celem cenzur kościelnych było dotknięcie pewnych osób, nie zaś Kościołów. Nie zamierzano również zrywać wspólnoty kościelnej między stolicami w Rzymie i Konstantynopolu".

     Chociaż obydwa Kościoły - katolicki i prawosławny - miały sukcesję apostolską i uznawały te same sakramenty, stosunki między nimi - przynajmniej do pontyfikatu Jana XXIII - były napięte. To napięcie szczególnie wzrosło po czwartej wyprawie krzyżowej, kiedy to krzyżowcy zajęli Konstantynopol i utworzyli cesarstwo łacińskie (1204). Zginęło wielu mieszkańców Konstantynopola. I choć nowe cesarstwo przetrwało tylko nieco ponad pół wieku, Bizancjum już nigdy nie odzyskało dawnej świetności, a w połowie XV w. zostało zajęte przez Turków.

     Znany z dobroci i otwartości serca Jan XXIII, który przed wyborem na papieża był wizytatorem apostolskim w prawosławnej Bułgarii i Grecji, usiłował przyczynić się do poprawy stosunków katolicko-prawosfawnych. Dlatego też zaprosił na Sobór Watykański II obserwatorów z Kościoła prawosławnego, w tym z Patriarchatu Moskiewskiego. Wiele dla polepszenia relacji katolicko-prawosławnych uczynili Paweł VI i Jan Paweł II, choć udało im się to głównie z Konstantynopolem, a nie z Moskwą. Tu blokadą - bardzo skuteczną - dla Pawła VI okazał się stan tzw. zimnej wojny między mocarstwami, a dla papieża Wojtyły jego narodowość i polsko-rosyjskie zaszłości historyczne. To za pontyfikatu Jana Pawła II padały oskarżenia o prozelityzm prowadzony jakoby przez Kościół katolicki, zaś niezadowolenie i protesty wywołały mianowanie przez niego dla katolików w Rosji biskupów i utworzenie diecezji.

     Dziś Benedykt XVI i kard. Walter Kasper mają nieco łatwiejsze zadanie, choć na razie nie słychać, aby w niedalekiej przyszłości miało dojść do spotkania papieża z patriarchą Cyrylem, a jeszcze mniej pewna jest wizyta Benedykta XVI w Moskwie.

     BRAK CIERPLIWOŚCI?

     Niespełna pięć wieków po schizmie wschodniej świat usłyszał o Marcinie Lutrze, byłym wykładowcy na uniwersytecie w Wittenberdze. Ten należący do zakonu augustianow ksiądz, doktor teologii, w 1511 r. przebywał w Rzymie w sprawach zakonnych. Tam zachwycił się co prawda zabytkami, ale rozczarował ludźmi. U wielu dostojników widział wielkie zepsucie i ich troskę o siebie, a riie o Kościół. Gdy wrócił do Wittenbergi, właśnie przybył do miasta wysłannik arcybiskupa Moguncji, dominikanin z Lipska Johann Tetzel, który rozpoczął akcję udzielania, a praktycznie sprzedaży odpustów. Zebrane przy okazji pieniądze miały być przeznaczone na budowę Bazyliki św. Piotra.

     Po latach, w liście z okazji 500. rocznicy urodzin Marcina Lutra, Jan Paweł II zauważył, że zakonnik z Wittenbergi był człowiekiem "głęboko religijnym".

     - Reformatorzy często odznaczali się czy odznaczają cechami człowieka zmierzającego do świętości - podkreśla ks. prof. Henryk Seweryniak, wykładowca teologii ekumenicznej w kilku kościelnych uczelniach. - Bieda zaczyna się wtedy, gdy nie potrafili, nie potrafią przejść w Kościele, razem z Kościołem "próby czasu". Wielcy święci, jak choćby ludzie, którzy reformowali zakon karmelitański - św. Teresa Wielka, św. Jan od Krzyża czy w XX wieku św. Faustyna Kowalska - przechodzili takie próby, niekiedy dramatyczne, i wychodzili z nich zwycięsko. Podział rozpoczyna się od przekonania reformatorki czy reformatora, że droga, którą proponuje "tu i teraz" jest jedyną szansą trwania czy przetrwania prawdziwego Kościoła Chrystusowego. Niebezpiecznym zjawiskiem jest niecierpliwość, zakotwiczona w owym "tu i teraz", w przekonaniu, że reforma musi się dokonać szybko, moimi dłońmi i tak, jak ja ją sobie wyobrażam - zauważa ks. prof. Seweryniak.

     Luter zareagował gwałtownie. Najpierw odrzucił naukę Kościoła o odpustach i konsekwentnie o czyśćcu. Początkowo papież Leon X uważał całą sprawę za mało znaczącą i wydał jedynie generałowi augustianow polecenie uspokojenia brata Marcina. Kiedy jednak Luter nie tylko nie wyrzekł się swoich poglądów, ale jeszcze bardziej je zaostrzył, Stolica Apostolska wezwała go, aby w ciągu dwóch miesięcy przybył do Rzymu i oczyścił się z zarzutów o herezję. Luter odmówił, żądając dysputy religijnej. Jego 95 tez, które przybił do drzwi kościoła w Wittenberdze, szybko rozpowszechniono po całych Niemczech.

     W całej sprawie szybko zaczęły rolę odgrywać ludzkie emocje. Luter publicznie spalił papieską bullę ostrzegającą przed ekskomuniką. Wypowiedział przy tym, słowa: "Ponieważ skaziłeś prawdę Bożą, niechaj cię dziś Pan pochłonie w tym ogniu" i zaczął nazywać papieża... antychrystem.

     Kiedy popadł w kłopoty, wkroczył czynnik polityczny. Elektor saski książę Fryderyk Mądry wziął Lutra pod opiekę i ukrył w swoim zamku. Tam twórca reformacji wiele pisał, a przede wszystkim przełożył Biblię na język niemiecki. Podstawowe tezy doktrynalne ujął w cztery zasady, przez które dokonuje się usprawiedliwienie: tylko Pismo Święte, tylkd Chrystus, tylko łaska i tylko wiara.

     Ostatecznie odrzucił niemal całą naukę Kościoła katolickiego. Jego ustrój hierarchiczny zastąpił prezbiterialno-synodalnym. Odrzucił Mszę św., a z sakramentów pozostawił jedynie chrzest i Wieczerzę Pańską (Eucharystię). Celibat uznał za niepotrzebny i wziął ślub z byłą mniszką.

     Czy sprawa Marcina Lutra mogła skończyć się inaczej niż podziałem w Kościele? - Zdecydowanie tak - mówi ks. dr Marek Solarczyk. - Bez wątpienia każdej ze stron zabrakło szczerości wobec Pana Boga. Kiedy patrzymy na tezy Lutra, to w punkcie wyjścia pokazywały wielką szczerość tego - może w jakiś specyficzny sposób uformowanego duchowo - człowieka. Niestety, kiedy w 1522 r. Stolicę Piotrową objął Hadrian VI, na działania zmierzające do zażegnania schizmy było już za późno. Otwartość tego papieża, jego list skierowany do Sejmu w Rzeszy pokazywały chęć zmierzenia się Kościoła z problemami, na które wskazywał Luter i do których Kościół się przyznawał. Hadrian VI chciał doprowadzić do pojednania, choć jak sam zaznaczał, należało działać ostrożnie, aby przy okazji nie zniszczyć wielu innych spraw. Niestety, okres dysput i różnych doświadczeń doprowadził do tego, że każda ze stron umocniła się na swoim stanowisku. I to nie po to, by zrozumieć drugą stronę, ale raczej ją unieszkodliwić - podkreśla ks. Solarczyk.

     - Można się zapytać - zauważa ks. prof. Seweryniak - czy ci, którzy reprezentują Kościół w sporze z człowiekiem, którego poglądy, działania grożą raną rozbicia, nie odpowiadają niecierpliwością na niecierpliwość? Mam wrażenie, że Kościół w niektórych sytuacjach mógł poczekać, dać czas sobie i drugiej stronie, a zwłaszcza nie zamykać drogi powrotu. Kiedy stajemy wobec sytuacji rozłamu, trzeba zawsze być cierpliwym i patrzeć, jakie są jeszcze możliwości dialogu, niekiedy "trudnego dialogu". Taką "świętą cierpliwość", otwartość na "trudny dialog" widzę u Ojca Świętego Benedykta XVI, kiedy ciągle na nowo podejmuje próby rozmów z lefebrystami. My bywamy zniecierpliwieni, Papież mówi: jeszcze rozmawiajmy - podkreśla ks. prof. Seweryniak.

     Protestantyzm podzielił się potem na ponad dwieście odłamów. Największe grupy stanowią luteranie, anglikanie, kalwini, baptyści i metodyści. Sama zaś reformacja dala też początek krwawych wojen religijnych.

     RODZIMA SCHIZMA

     Do jednego z podziałów w Kościele doszło także w Polsce. Katolicka zakonnica s. Felicja Kozłowska (1862-1921) założyła dwa stowarzyszenia: najpierw sióstr mariawitek, a następnie kapłanów mariawitów. Cel był piękny - odnowa moralna duchowieństwa przez kult Najświętszej Eucharystii oraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Do zgromadzenia wstąpiło kilkunastu księży, a wśród nich był ks. Jan Kowalski, późniejszy biskup Kościoła mariawitów.

Prosimy o przebaczenie za podziały, jakie nastąpiły wśród chrześcijan, za przemoc, jaką niektórzy z nich stosowali w służbie prawdy oraz za postawy nieufności i wrogości, przyjmowane nieraz wobec wyznawców innych religii. (...) Wyznając nasze winy, jednocześnie wybaczamy innym winy popełnione wobec nas.
Modlitwa w Dniu Przebaczenia 12 marca 2000
     Działalność mariawitów, a zwłaszcza powoływanie się przez nich na objawienia s. Kozłowskiej oraz zabobonne praktyki (np. połykanie papierowych wizerunków Matki Bożej Nieustającej Pomocy), budziła zastrzeżenia władzy kościelnej. Mariawici kilkakrotnie starali się uzyskać w Rzymie zatwierdzenie, ale mimo kilku audiencji u papieża Piusa X nic nie zyskali. Papież zdawał się na polskich biskupów, a ci - obserwując narastający kult samej Kozlowskiej, która ogłosiła, iż Pan Jezus udzielił jej także wszystkich łask, które otrzymała Matka Najświętsza - byli przeciwni ruchowi.

     Ostatecznie biskup płocki Jerzy Szembek zasuspendował kilkunastu księży, a błędy mariawitów ujął w 15 punktach. Cala sprawa zakończyła się papieską ekskomuniką skierowaną do ks. Kowalskiego i siostry Kozłowskiej, która wcześniej przyjęła imię zakonne Maria Franciszka. Przy mariawityzmie pozostało kilkadziesiąt tysięcy wiernych, którzy zajęli też niektóre świątynie katolickie. Później nastąpił rozłam w samym ruchu mariawickim, który trwa do dzisiaj.

     Niestety, i w relacjach katolicko-mariawickich nie odbyło się bez wielu ludzkich ambicji i zajadłości. Przez wiele lat katolicy i mariawici obrzucali się wyzwiskami, wzajemnie wybijali sobie szyby w kościołach, dochodziło do bójek i innych gorszących scen. Mariawitów zatwierdził rząd carski, który uczynił ks. Kowalskiego w 1910 r. administratorem wszystkich mariawickich parafii.

     - Chcę zwrócić uwagę na niebezpieczną sytuację, kiedy w stan napięcia, rysującego się podziału w Kościele, miesza się władza polityczna. Rozłam z mariawityzmem dokonywał się na tle dramatycznych wydarzeń roku 1905. Powstała wtedy pewnego rodzaju "mieszanka wybuchowa", która miała wpływ i na działania Kościoła w Królestwie Polskim wobec mariawityzmu, i na postawy samych mariawitów. Tak działo się również w trakcie innych podziałów, o znacznie rozleglejszej skali - podkreśla ks. prof. Henryk Seweryniak, który jest członkiem Komisji Mieszanej do spraw Dialogu Teologicznego między Kościołem Rzymskokatolickim i Kościołem Starokatolickim Mariawitów.

     - Zawsze mogą pojawić się jakieś trudności czy nowe wyzwania - jak w przypadku mariawitów - które wynikają ze szczerej pobożności. Nie można jednak posuwać się do form nieuznawanych przez Kościół i iść zbyt daleko - podkreśla ks. Marek Solarczyk. - Na przestrzeni 2000 lat istnienia Kościoła, podziałów nie brakowało. Pokazywały one różne koncepcje przeżywania przez ludzi chrześcijaństwa i traktowania nauki Chrystusa. Zawsze jednak kiedy dochodziło do podziałów, okazywało się, że zabrakło w pełni otwarcia się na działanie Ducha Świętego. Z drugiej zaś strony, jeśli dochodziło do porozumienia czy unii, to nawet gdy towarzyszyły temu jakieś uwarunkowania społeczne czy polityczne, a coś przetrwało i przynosiło chwałę Panu Bogu i wzrost życia duchowego, to w tym rzeczywiście był Pan Bóg - podkreśla ks. Solarczyk.

     NIE BĄDŹMY SĘDZIAMI

     We współczesnym ruchu ekumenicznym pojawia się czasami zniecierpliwienie, czy wręcz rozczarowanie działaniami na rzecz jedności. - Kiedy wchodziliśmy na drogę dialogu z braćmi i siostrami mariawitami, byłem przekonany że w 2000 r. uda się nam dojść do zjednoczenia. A dziś sytuacja pod tym względem jest prawie podobna do tej, jaka istniała, kiedy rozpoczynaliśmy dialog teologiczny. Ale niewątpliwie zaczęliśmy razem się modlić, modlimy się nie tylko za siebie, ale także ze sobą, potrafimy lepiej rozumieć wrażliwość drugiej strony, odkryliśmy wiele nieznanych dotąd kart z początków podziału. To są owoce prawdziwej, cierpliwej ekumenii - podkreśla ks. prof. Seweryniak.

     Papież Jan Paweł II we wspomnianym wcześniej liście z okazji urodzin Lutra pisał: "Nie powinniśmy ulegać pokusie, by stawać się sędziami historii, ale tylko mieć na celu lepsze zrozumienie wydarzeń, aby stać się nosicielami prawdy. Tylko poddając się bez zastrzeżeń procesowi oczyszczania poprzez prawdę, możemy znaleźć wspólną interpretację przeszłości, osiągając zarazem nowy punkt wyjścia dzisiejszego dialogu".


Wojciech Świątkiewicz


Tekst pochodzi z Tygodnika

17 stycznia 2010


   


W poszukiwaniu zagubionego ciała W poszukiwaniu zagubionego ciała
Mario Antonelli
Książka ta prezentuje świadectwa biblijne, teologiczne i poetyckie, które utraconemu ciału przywracają radość bycia ciałem: kobietą i mężczyzną. W świetle Zmartwychwstałego Ciała... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 87Michałp : 18.12.2011, 16:27
 Bardzo wartościowy, atykuł, który zwięźle, i w sposób zrozumiały, dla prostego czytelnika, opisuje schizmy, w kosciele od początków, do dzisaj. Zasadniczo zgadzam się z przedstawionymi przez ks. Hernyka Seweryniaka, poglądami dotyczącymi rozdziału w kosciele, który był wynikiem braku cierpliwosci reformatorów, jak i władz koscielnych. Jednak, jezeli chodzi o Marcina Lutra, to wydaje mi się, że przeczekanie "próby czasu"przez tego reformatora, nic by nie dało. Marcina Lutra, przede wszystkim oburzało zespsucie kleru, i wyższego duchowieństwa, które trwało jeszcze kilka wieków, wiec, Luter gdyby czekał aż to się zmieni to by się nigdy nie doczekał. Ponadto w wielu kwestiach Luter miał rację, a brak dialogu ze strony Leona X był własciwą przyczyną odejscia tego teologa od koscioła. Luter dla mnie był człowiekiem, który szukał, Boga i nie mógł go z naleźc w "swoim" kosciele katolickim, oczywiescie nie jest to powód by odrazu odchodzić, jednak do tego nałożyły się jeszcze inne czynniki, które były znakiem ówczesnego koscioła. Kosciół dzisiaj jest inny i patrzy na wiele spraw własnie "oczami Lutra", ponadto wielkie reformy Soboru Watykańskiego II pokrywają się z niektórymi jego poglądami.
 Znany PANU BOGU: 27.01.2010, 08:14
 Witam i pozdrawiam wszystkich odwiedzających tą stronkę. Ale gdy widzę mojego ukochanego Jana Pawła II, obliguje mnie to gdy mogę coś dodać, (chyba jestem mu to winien). I może to nie ten poziom ale powiem co jest na moim poziomie, to chciałbym się tym podzielić. Jestem maluczkim człowieczkiem i tylko małe rzeczy umiem robić. Myślę że mówiąc trochę w telegraficznym skrócie będę zrozumiały dla wielu. Rok 2005, umiera mój ukochany J p II. Rok 2006,okres Wielkiej Nocy,największa gazeta w (katolickim) kraju, (około 1 000 000)nakładu, reklamuje: jest 5 ewangelia. Lecz aby nie ranić uczuć karolków to wydamy ją po świętach. Myślę sobie że kupowanie takiej GW to nie jest grzech, ale tam będzie i mój wdowi grosz. Postanowiłem: tam nie będzie mojego grosza. Nie żywię żadnych uczuć, ale gdy przechodzę obok reklamy z GW, czuję coś w rodzaju satysfakcji że tam niema mojego grosza. Wybacz PANIE że tak mało robię na Twoją Chwałę. Pozdrawiam Znany PANU BOGU.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej