Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Ryba, ryba pokaż rogi

     Uważaj, czytelniku! Jeżeli zobaczysz, że coś pełznie po trawie, niosąc na grzbiecie muszlę, to nie ulegnij czasem utartym schematom i nie pomyśl, że widzisz ślimaka winniczka. Nie, nie - to już nie jest żaden przedstawiciel rodziny ślimakowatych, tylko... ryba śródlądowa.

     Biedny Karol Linneusz, twórca systematyki roślin i zwierząt, pewnie się w grobie przewraca, ale nie wzrusza to brukselskich urzędników, którzy właśnie zadekretowali, że przysmak Francuzów jest... rybą. Cóż, koń, jaki jest - jak widać - nie każdy widzi. Zwłaszcza z perspektywy stolicy Unii Europejskiej.

     ŚMIAĆ SIĘ CZY PŁAKAĆ?

     Operacja, której ofiarą padło Bogu ducha winne stworzenie, nie jest, rzecz jasna, pierwszym absurdem, który zafundowali nam w różnych dziedzinach życia unijni biurokraci.

     Weźmy na przykład taką drabinę. Jest to przyrząd równie użyteczny, co niebezpieczny, szczególnie, kiedy nieopatrznie zawierzamy trwałości jego szczebli i opieramy o nie kolana. Mając zatem na uwadze nasze bezpieczeństwo w tym względzie, Unia wydała przepisy, ustanawiające wymagane odstępy między szczeblami drabiny.

     Do annałów absurdologii przeszły dyrektywy określające kształty, rozmiary i kolory poszczególnych owoców i warzyw. Zakazano na przykład handlowania ogórkami, których krzywizna przekraczałaby jeden centymetr przypadający na dziesięć centymetrów długości tego warzywa. Ofiarami tej radosnej twórczości brukselskich urzędników padły między innymi także bakłażany, banany, cukinie, kalafiory, karczochy, orzechy włoskie i laskowe w łupinie, pomidory, selery czy szpinak.

     Z kolei na ludzi, którzy w ramach wykonywanej przez siebie pracy wspinają się na drzewa, nałożono obowiązek posiadania urzędowego dokumentu, poświadczającego umiejętność wchodzenia na nie.

     O pomstę do nieba woła także finansowanie z unijnych środków, a więc - jakby nie było - naszych pieniędzy, najprzeróżniejszych dziwnych pomysłów. Swego czasu wydano kilka milionów euro na podróż osiołka mającego w Holandii zaznajamiać najmłodszych z wielokulturowością i uczyć ich "tolerancji". Jednak szczytem wszystkiego było przeznaczenie kolejnych kilku milionów na małą myśliwską rezydencję szefa rady nadzorczej firmy Porsche.

     Nie od rzeczy będzie też przypomnienie historii pewnego parającego się tapetowaniem mieszkańca Wysp Brytyjskich. Otóż przyłapany on został na paleniu papierosów w swoim prywatnym samochodzie, którym jeździł do klientów, wożąc tapety, kleje oraz inne niezbędne do uprawiania profesji tapeciarza przedmioty. Odpowiedni czynnik, który zajął się jego sprawą, doszedł do wniosku, że delikwent złamał prawo, gdyż palił w miejscu pracy, czego, jak wiadomo, czynić nie należy. Nieszczęsny papierośnik został więc ukarany grzywną. Co prawda unijna biurokracja bezpośrednio nie maczała palców w tym przywołaniu do porządku otumanionego nikotynowym głodem palacza, ale duch nowych czasów, których forpocztą jest Bruksela, jest w tym wypadku doskonale widoczny.

     Gwoli ścisłości należy dodać, że zabieg na winniczku nie jest jedyną operacją, w której unijni biurokraci uznali, że realny, widzialny byt nie jest tym, czym jest, tylko zupełnie czymś innym.

     Także marchewka przeistoczyła się w brukselskiej rzeczywistości prawnej z warzywa w owoc.

     PRAWO SILNIEJSZEGO

     Jeżeli by uznać prymat Brukseli nad zdrowym rozsądkiem i rygorystycznie wyciągnąć wszystkie płynące z nowej dyrektywy konsekwencje,- to w takim wypadku czekałaby nas duża rewolucja. Na przemiał powinny bowiem byłyby pójść podręczniki i encyklopedie.

     Trzeba byłoby wprowadzić nowe programy nauczania, a nauczycieli wysłać na dokształcające kursy. Leksykolo-dzy zaś musieliby biedzić się nad nową, rozszerzoną definicją pływania lub pełzania. Jak kto woli.

     Powstaje też pytanie, jak się ma wprowadzenie tej dyrektywy do prawa polskiego. Czy nie będzie trzeba w ramach dostosowania naszego prawodawstwa do unijnych przepisów nowelizować ustaw i rozporządzeń? Rozstrzygać, czy hodowca lub zbieracz ślimaków będzie musiał legitymować się kartą wędkarską?

     Oczywiście, za tym wszystkim kryje się znacznie poważniejszy problem, niż kwestia tego, czy nowa klasyfikacja sięgnęła szczytów absurdu. Nie chodzi w niej także o zrewolucjonizowanie klasyfikacji Linneusza, tylko o ekonomiczne interesy francuskich rolników hodowców winniczków. Zaklasyfikowanie ślimaków jak ryb pozwoli im bowiem korzystać z unijnych dotacji, przysługujących branży rybołówstwa.

     Cała sprawa świadczy o tym, jak Francja potrafi dbać o interesy swoich obywateli i chronić własne gałęzie gospodarki. Pokazuje też prawdziwe mechanizmy rządzące Unią Europejską. Są one całkowicie różne od tych, które przedstawiają nam bezkrytyczni polscy euroentuzjaści, roztaczający sentymentalną wizję funkcjonowania europejskiej wspólnoty.

     A swoją drogą, skoro winniczek żywi się świeżymi liśćmi, czyniąc spustoszenia w parkach i ogrodach, to powinien chyba zostać zakwalifikowany jako ryba... drapieżna.


Marek Krukowski


Tekst pochodzi z Tygodnika

28 lutego 2010


   


Lapidarium IV Lapidarium IV
Ryszard Kapuściński
Wiek XX rozpina los ludzki nad zawrotną przepaścią, której wysokie brzegi są szczytami osiągnięć i wzniosłości, ale której głębokim dnem płynie rzeka hańby i krwi... » zobacz więcej

Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej