Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Lekarstwo - Umrzeć

     Jezus oznajmił Nikodemowi, że aby wejść do Królestwa, konieczne jest, by "narodzić się na nowo". Jednak przed narodzeniem trzeba umrzeć.

     Jeśli ziarno wpadłszy w ziemię nie obumrze,
      zostanie tylko samo.
     Ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. (J 12, 24)

     JEZUS UMARŁ DLA SAMEGO SIEBIE I PRZEZWYCIĘŻYŁ EGOIZM

     Egoizm jest grzechem wszystkich ludzi, jest głową węża, którego Jezus przyszedł zmiażdżyć. On umarł, abyśmy nie żyli już dla siebie samych, ale dla Niego, który za nas umarł i zmartwychwstał (2 Kor 5, 15).

     Pismo Święte zapewnia, że Jezus zmiażdżył całkowicie głowę węża, o będącego powodem grzechu. On był Bogiem, ale był także człowiekiem i przez trzydzieści trzy lata, kiedy żył na tym egoistycznym świecie, nie było w Nim najmniejszego śladu egoizmu ani najmniejszego aktu egocentryzmu w Jego osobie. Zapomniał o sobie i zaparł się siebie na wszystkie możliwe sposoby. Żył życiem, które było jednym ciągłym aktem miłości i na koniec umarł na krzyżu za nas wszystkich.

     Na pustyni Jezus Chrystus był kuszony przez szatana egoizmem, sławą i bogactwami. Sam krzyż był dla Niego strasznym chrztem, ale nic Go nie powstrzymało. Przyszedł, aby dać siebie, aby umrzeć samemu sobie i tego możemy się od Niego nauczyć: kochać tak, jak On nas kochał, poświęcił się, oddając się za nas jako dar i ofiara miła Bogu (Ef 5, 2). On niczego nie nazywał swoim, wszystko co miał - oddał. Nie było nawet kropli egoizmu w Jego życiu, uczynił wszystko, abyśmy mogli kochać tak jak On, wolni od wszelkiego samolubstwa.

     KRZYŻ - ZWYCIĘSTWO JEZUSA

     Adam, Abraham i Dawid nie mogli umrzeć samym sobie. Tylko Jezus oddał swoje życie w nieprzerwanym akcie miłości, całkowicie poświęconej dobru innych, miażdżąc w ten sposób źródło wszystkich grzechów: egoizm. Żył i umarł nie będąc egoistą, w ten sposób wygrał bitwę z naszą śmiertelną chorobą.

     Ziarno Ojca, Syn, zostało rzucone na ten świat i upadło na kawałek ziemi, zwany Kalwarią, gdzie obumarło. Dzięki temu bezwarunkowemu oddaniu, ukochany Syn oddal się śmierci i przyniósł obfity plon: wielość synów Boga zdolnych do życia, miłości i oddania siebie dla innych, jak On, uczących się nie kochać swego własnego życia, ale swoim życiem kochać wszystkich ludzi.

     On nas kochał wystarczająco, by zapomnieć o swoim tronie w niebie, czyniąc się podobnym do nas we wszystkim, oprócz grzechu. Zapomniał o wygodzie, rodząc się w stajni. Stał się ubogim i synem ubogich. On zrzekł się swojej godności, nawet gdy był atakowany, znieważony i opluty. Został ubiczowany, ukoronowany cierniem, przebito Mu ręce i nogi. Co miał Chrystus, czego by nie oddał za nas? Co posiadał Chrystus na krzyżu? Wszystko, absolutnie wszystko oddał za nas: swojego ducha, swoją krew, swoje przebaczenie, swoje szaty, swojego Ojca, nawet własną matkę, a kiedy już Mu nic nie zostało, oddał siebie samego nam i za nas.

     Szatan myślał, że zabijając Jezusa zniszczył Go, ale pomylił się całkowicie. Jezus bowiem zwyciężył śmierć, przyjmując ją w sposób świadomy i wolny, a wraz z nią zwyciężył egoizm i samego szatana.

     Ńa krzyżu Jezus zrzekł się wszystkiego (obrony, zemsty, gromadzenia dóbr materialnych, prestiżu osobistego, potęgi, sławy itd.). Umarł dla wszystkiego, co świat oferuje jako drogę łatwą i wygodną, dał w ten sposób najwyższy dowód miłości: oddać swe własne życie za tego, kogo się kocha.

     Czyniąc to dobrowolnie, pokazał nam, że jest możliwe zrzeczenie się bycia centrum wszechświata, zwyciężenie egoizmu i wzgardzenie drogami siły, sławy i chwały, które oferuje świat:

     - oddając się śmierci bez oporu, pokazał nam, że jest ona tak słaba, iż On nie potrzebuje nawet walczyć przeciw takiemu nieprzyjacielowi,
     - oszczerstwa nie raniły Go, tak że nie miał nawet potrzeby na nie odpowiadać,
     - obelgi Go nie obrażały, będąc bowiem równy Bogu, przyjął postać sługi,
     - wyrzeczenie się ubrań nie zubożało Go, bo już wcześniej odarł się z wszelkiej chwały światowej, czyniąc się najuboższym z ubogich; temu, który nic nie ma, nic nie mogą zabrać, Jezus już wcześniąj oddał wszystko dobrowolnie,
     - pogwałcenie Jego praw ludzkich nie dotknęło Go w najmniejszym stopniu, bo już przedtem zrzekł się ich wszystkich.

     Dlaczego? Dlatego, że umarł dobrowolnie, nawet zanim Rzymianie Go ukrzyżowali.

     Ten krzyż, który był skandalem i wstydem dla świata, przekształcił się w znak zwycięstwa Jezusa Chrystusa, bo na nim został zwyciężony błąd świata. Gdy umierał dla samego siebie, umarł egoizm.

     Myślę, że nigdzie na świecie nie ma dzieła sztuki wywierającego większe wrażenie niż to, które znajduje się w katedrze w Ambers - obraz Rubensa, przedstawiający zdjęcie Jezusa z krzyża. Artysta z wielkim realizmem przedstawił całkowite oddanie Jezusa, nieruchomego, w ramionach Józefa z Arymatei. Jego ciało, blade i zimne, straciwszy całą krew, jest obrazem osoby, która wyzbyła się wszystkiego. Jego głowa zwisła bezwładnie, a Jego ręce, zwiotczałe, nie zachowały żadnej siły.

     Wydaje się, że Rubens odtworzył Sługę Jahwe, którego przepowiadał kajasz: "jakby korzeń z wyschniętej ziemi, nie miał On wdzięku ani też blasku" (Iz 53, 2). W ten sposób uwiecznia się na obrazie to, co niewątpliwie jest dziełem najpiękniejszym i największym w całej historii: miłosne oddanie Jezusa Chrystusa.

     UMRZEĆ SAMYM SOBIE, ABY WYZDROWIEĆ DOGŁĘBNIE

     Jeśli wszyscy jesteśmy poważnie chorzy na raka egoizmu, wszyscy w jednakowym stopniu potrzebujemy uzdrowienia całkowitego i radykalnego, które nie może zostać zrealizowane przez zwykłą aspirynę. Nie wystarczy również, aby słynny kaznodzieja pewnego dnia włożył na nas ręce, byśmy momentalnie stali się zdrowi. Jedynym sposobem na przezwyciężenie egoizmu jest uczynienie tego samego, co uczynił jedyny człowiek, który go zwyciężył: umrzeć samemu sobie.

     W ten sam sposób, jak lekarz przepisuje cierpiącemu na cukrzycę lekarstwa, aby zredukować poziom cukru we krwi, a choremu na serce zaleca, by przestał używać soli, tak samo Jezus, Lekarz Boży, mówi do człowieka egoisty: musisz odciąć tę chorobę, musisz przestać kochać siebie w sposób, w jaki to czynisz, bo to co robisz nie służy ci, chociaż wydaje ci się słodkie i sprawiające przyjemność.

     Recepta zapisana jest w Słowie Bożym. Jezus powiedział swoim uczniom: "Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?" (Mt 16, 24-26).

     Niektóre tłumaczenia podają: "umrzyj samemu sobie", zamiast "zaprzyj się samego siebie". Wolimy tłumaczenie "umrzyj samemu sobie". Umrzeć oznacza przestać żyć. Umrzeć samemu sobie to przestać żyć dla siebie, a zacząć żyć dla innych. To oznacza, że twoje życie nie jest już dla ciebie ani dla twej osobistej korzyści. Straciłeś swoje życie z powodu Chrystusa i teraz żyjesz dla Jego Ciała, którym jest wspólnota - Kościół.

     Zaprzeć się samego siebie nie oznacza zrezygnować z kawałka ciasta w Wielkim Poście. Kiedy zapieramy się samych siebie, mówimy nie tylko słowami, ale i życiem: "już nie należę do samego siebie, już należę do Jezusa i Jego Ciała".

     Kiedy zapominamy o naszym "ja", nie spędzamy już nocy na myśleniu o nas samych, zajęci naszymi sprawami, ale zawsze szukamy, jak można służyć innym. Nie tracimy czasu na kontemplowanie siebie w psychoanalizie, która zrzuca winę za nasze problemy na innych, ale zaczynamy interesować się naszym otoczeniem. Znika cały kompleks ofiary, poszkodowanego i nie szukamy już współczucia, jako rozwiązania dla naszego życia.

     Na Jezusie nigdy nie robiły wrażenia tłumy, które za Nim szły, bo wiedział, że niekiedy szły szukając chleba, nie rozumiejąc naprawdę jego nauk i wymagań. Wielkim masom, które za Nim szły, mówił wyraźnie: "Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.

     Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem" (Łk 14, 26-27).

     Znaczy to, że Jezusowi nie wystarcza, by ludzie za Nim szli. Ma większe wymagania: "Jesteście przyjaciółmi moimi, jeśli czynicie to, co wam nakazuję" (J 15, 14). Nauka jest jasna: być w tłumie, to za mało, aby móc uważać się za uczniów Chrystusa. Jego prawdziwym uczniem jest ten, kto umie kochać wystarczająco, by Jezus był Panem jego^ własności, uczuć i rodziny.

     Nasz lekarz - Jezus - daje wskazania przeciwne do wskazań doktora Freuda, kiedy wymaga od nas śmierci "samemu sobie", abyśmy mogli być Jego uczniami. Wielu traci ogromne ilości pieniędzy i czasu z psychoanalitykiem lub doradcą duchowym, koncentrując się na sobie, błagając o współczucie. Z taką egocentryczną postawą proszą oni dalej o to, co jest przyczyną ich choroby. Natomiast lekarstwo Jezusa jest silne, ale skuteczne.

     Aby być chrześcijaninem, muszę żyć i kochać, mając w pamięci przykład Chrystusa. A to, do czego On mnie posyła, jest dokładnie tym samym, co On dla mnie uczynił. Zapomniał o sobie i zaparł się samego siebie, umarł na krzyżu za mnie. Powiedział, że nie ma większej miłości nad to, gdy ktoś życie swoje oddaje za swego przyjaciela, a umierając za mnie pokazał, że jest moim najlepszym przyjacielem. Dlatego posyła mnie, abym kochał innych w ten sam sposób, w jaki On mnie ukochał, dając całe moje życie, umierając samemu sobie. W ten sposób, tak jak dobrowolne oddanie Jezusa było początkiem ożycia, które zwyciężyło egoizm, każde umieranie (jeśli jest takie jak umieranie Jezusa) jest śmiercią chwalebną. Każde cierpienie, w jedności z Chrystusem ukrzyżowanym, jest odkupiające. Każde dobrowolne i miłosne zaparcie się samego siebie jest zmartwychwstaniem.

     Jezus proponuje nam "umrzeć samemu sobie" nie dla chorobliwego masochizmu, ale dlatego, że jest to jedyny sposób zwyciężenia egoizmu, który jest naszą chorobą i czyni nas nieszczęśliwymi.

     Przez ile załamań i frustracji musimy przejść zanim przekonamy się wreszcie, że jedyna droga do własnego szczęścia i czynienia innych szczęśliwymi zaczyna się od umierania sobie samemu?

     - Jeśli nie jestem zależny od mojej reputacji, co znaczą dla mnie oszczerstwa?
     - Jeśli nie kocham bogactw, jak może mi ich brakować albo po co mam się dla nich mozolić?
     - Jeśli nie chcę być centrum wszechświata, cóż mi szkodzi, jeśli odsuwają mnie na margines?
     - Jeśli żyję nie dla utrzymania nazwiska czy prestiżu, co za znaczenie ma to, że je tracę?
     - Jeśli nie pożądam pierwszych miejsc, czy będę cierpieć, jeśli mi ich nie ustępują?
     - Jeśli nauczyłem się mieć tylko to, co konieczne, czy brakuje mi tego, co zbyteczne?
     - Jeśli moim życiem jest Chrystus, a śmierć jest dla mnie zyskiem, dlaczego bać się śmierci?
     - Jeśli wszystko wychodzi na dobre tym, którzy kochają Boga, dlaczego martwić się chorobą, ubóstwem i słabością?

     Oto prawdziwe wyzwolenie. Osoba, która umiera wszystkiemu, jest całkowicie wolna.

     Pewnemu człowiekowi tak wiodło się w interesach, że zebrał wielką fortunę. Ale kiedy ten milioner został dotknięty przez Boga, stał się wolny od konieczności posiadania i złożył wszystkie swoje pieniądze na fundusz służący ewangelizacji i służbie ubogim. Przy różnych okazjach mówił mi:

     - Wyzwolić się z tego posiadania, to było jak pozbyć się kamienia wiszącego na szyi. Teraz, ojcze, módl się, abym mógł umrzeć bez żadnej właśności...

     Większa część nieszczęść i cierpień, które nas dręczą, pochodzi z faktu, że nie umarliśmy dla egoizmu i dalej staramy się w pierwszym rzędzie być kochanymi, zrozumianymi i obsłużonymi, zamiast kochać, rozumieć i służyć. Ale w momencie, kiedy ujarzmimy te pragnienia, przestają one nas kłuć i prowadzić do śmierci.

     Krzyż jest życiem, nie śmiercią. Sprawia on tylko, że umiera w nas to, co nie pozwala nam żyć tak, jak żył Jezus, Syn Boży.

     Kluczem do "śmierci samemu sobie" jest: uczynić to dobrowolnie z miłości, z wiary, wiedząc, że jest to droga pokazana nam przez Mistrza. Czynimy tak nie dlatego, że nie możemy uciec od bólu, nie dlatego, żeby nasza choroba była nieuleczalna, ani nie dlatego, że nie ma nic innego do zrobienia w tej sytuacji, ale dlatego, że jeżeli możemy wybierać pomiędzy "być obsłużonym" a "służyć", "być zrozumianym" a "rozumieć", "zająć pierwsze miejsce" a "ustąpić je bliźniemu" itd., idziemy niezmiennie w ślady Jezusa, który wobec radości, jaką Mu obiecywano, przyjął hańbę (Hbr 12, 2), będąc bogaty, stał się ubogim (2Kor 8, 9), potężny - stał się pokornym, umywając nogi swoim uczniom (J 13, 5). Oto prawda, która wyzwala całkowicie. W niej jest tak zdrowie, jak i życie w obfitości, które Jezus Chrystus miał przynieść na ten świat. To jest to, co św. Franciszek z Asyżu nazywał "radością doskonałą".

     Jeśli nie umrzemy samym sobie, jakakolwiek przeszkoda zmieni się w katastrofę, a wszystkie rany, które normalnie otrzymujemy, będą krwawić i ulegać zakażeniu, zarażając innych. Przeciwności przekształcą się w tragedie, a problemy w urazy. Czasami tak zaczynają się odwieczne nienawiści, a nawet wojny. Są osoby, które żyją smutne i zgorzkniałe tylko dlatego, że ktoś inny nie odpowiedział na ukłon i nie spojrzał na nie na ulicy. Ich nadwrażliwość czyni je ofiarami szczegółów mało znaczących.

     Chociaż umrzeć samemu sobie nie jest łatwo, jest to jednak absolutnie konieczne, by być uczniem Jezusa. Nie jest to aspekt zbędny czy drugorzędny dla życia chrześcijańskiego. Nie możemy wypełniać inaczej nowego przykazania Jezusa: "miłować innych tak, jak On nas umiłował", jak tylko każąc umrzeć w nas egoizmowi. W przeciwnym razie nigdy nie będziemy mogli stać się prawdziwymi naśladowcami Jezusa.

     UMRZEĆ, ABY ŻYĆ

     Wiele razy pytam ludzi, czy pragną nowego życia przyniesionego przez Chrystusa. Wszyscy natychmiast odpowiadają, że tak. Wtedy dodaję dobitnie: "musisz umrzeć dla starego życia, które prowadzisz teraz, żeby narodzić się na nowo. Jest absolutnie konieczne, by umarł w tobie stary człowiek, grzech i egoizm".

     Kapłan wysłuchuje niezliczonej rzeszy osób z problemami. Jeden z najczęstszych to depresja, spowodowana przez nadmierne użalanie się nad sobą, przez frustrację wywołaną faktem, że nie jest się centrum wszechświata.

     Człowiek w maniakalnej depresji zdolny jest nawet popełnić samobójstwo, jak to się zdarzyło pewnemu dobremu człowiekowi, który dużo mi pomagał przy różnych przedsięwzięciach parafialnych, a który strzelił sobie w głowę w momencie depresji.

     Jest w nas ogromny strach przed śmiercią i nie zdajemy sobie sprawy, że tylko po "śmierci dla siebie samego" doświadczymy zmartwychwstania, które jest naszym doskonałym uzdrowieniem. Pożądać zmartwychwstania bez śmierci, to tak jak pragnąć radykalnego wyleczenia bez operacji. Winniśmy najpierw zejść do grobu Jezusa, umrzeć z Nim, aby potem z Nim zmartwychwstać.

     Zanim będziemy mogli być uwielbieni w Chrystusie, zanim napełnimy się zupełnie Jego Duchem, zanim odziedziczymy chwałę synów Boga, zanim będziemy mogli mieć udział w Królestwie i wejść do niego, powinniśmy umrzeć! Wszystkie te rzeczy są, z drugiej strony, związane ze zmartwychwstaniem, ale zanim dojdzie do zmartwychwstania, musi dojść do śmierci.

     Muszę zaprzestać życia tylko dla mnie i moich pragnień. Wtedy stanę sięmowym stworzeniem, odrodzę się przybrany w Chrystusa z nowym rozumem, nowym sercem, nowym sposobem myślenia i działania, z nowym duchem i nową zdolnością kochania. Oto zmartwychwstanie, które mnie naprawdę uzdrawia. Można też powiedzieć, że uzdrowienie całkowite to zmartwychwstanie po śmierci dla siebie samego.

     Powtarzam jeszcze raz, że to nie jest jakimś dodatkiem, nie jest "jeszcze jedną drogą" - jest jedyną drogą. Tego już nas nauczano: Jezus oddał swoje życie za nas, my również mamy je oddać za naszych braci (1J 3, 16). Jeśli z Nim umieramy, z Nim też będziemy żyć.

     ŻYĆ, ABY KOCHAĆ

     Co mamy czynić, aby udowodnić, że jesteśmy chrześcijanami? Po czym można poznać, że jesteśmy prawdziwymi uczniami Chrystusa? On sam nam powiedział, po czym się nas będzie rozpoznawać:

     Po tym wszyscy poznają żeście uczniami moimi: Jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. (J 13, 35)

     Dowodem naszego chrześcijaństwa nie jest to, że chodzimy na mszę świętą w każdą niedzielę albo bierzemy udział w spotkaniach modlitewnych, albo mamy jakiś specjalny rodzaj pobożności. Termometrem, który wskazuje, czy należymy do Chrystusa, jest "miłość". Nawet nie wyliczanie grzechów, których unikamy, identyfikuje nas jako uczniów Chrystusa. Życie chrześcijańskie jest życiem miłości i jeśli nie kocham, to po prostu nie jestem chrześcijaninem, choćbym mówił, że jestem, choćbym nosił krzyżyk na piersi, choćbym czytał Biblię lub spełniał pewne normy czy praktyki. Chrześcijaństwo i miłość to synonimy. Ta miłość ma dwa poziomy.

     Pierwszy poziom, Jezus nam mówi: "Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego" (Mk 12, 31). Miłość, którą kochamy siebie samych, jest minimum tego, co powinniśmy dawać innym. Nie czynić drugiemu tego, czego nie chcemy dla nas samych, albo lepiej: czynić drugiemu to, czego chcielibyśmy dla nas samych.

     Na tym poziomie miłości problemem jest fakt, że kiedy sami siebie nie kochamy, wtedy nie będziemy umieli kochać innych. Są ludzie, którzy nie kochają siebie naprawdę i nie szanują siebie, nie doceniają siebie i w ten sposób siebie niszczą. Te osoby nie są zdolne do dawania miłości i zazwyczaj także do jej przyjmowania. Jeśli nie kochają siebie samych, nie rozumieją, jak inni mogliby ich kochać.

     Drugi poziom jest już niezwykły - to coś ponad normalność. Jezus nam proponuje: "Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem" (J 13, 34). I zaraz potem mówi nam, jak On nas umiłował: "Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem" (J 15, 9).

     Każdy z nas jest kochany przez Chrystusa tą samą miłością, jaką On jest kochany przez Ojca niebieskiego. Miarą, według której mamy kochać jedni drugich jest to, jak Bóg kocha swego jedynego Syna, to znaczy miłość Boża. Sposób, w jaki miłujemy się może być tylko taki, w jaki Chrystus nas umiłował, tą miłością, która kosztowała Go życie.

     Jezus dał swoim uczniom najwyższy dowód miłości. Najpierw im powiedział: "nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J 15, 13). Potem oddał swe życie za nich.

     Tylko miłość czyni nas chrześcijanami i identyfikuje nas jako chrześcijan. Bóg jest miłością, Chrystus jest Jego widzialnym objawieniem, a my jesteśmy Ciałem Chrystusa, które rozszerza tę miłość na cały świat. Na ile żyjemy tą miłością, na tyle jesteśmy zdrowi i stajemy się narzędziami zbawienia dla innych. Każdy kto kocha, doświadcza tej służby. Ogólnie mówiąc, każda choroba została spowodowana przez jakiś brak miłości i kochając chorego wypełniamy w nim właśnie ten brak. Najlepszym narzędziem uzdrowienia jest miłość.

     Dlatego Bóg nie tylko chce uzdrowić mnie albo ciebie, ale stara się uczynić z nas narzędzia uzdrowienia, albo lepiej, nasze całkowite uzdrowienie dokona się tylko wtedy, gdy będziemy nieśli balsam miłości naszym bliźnim. W dniu, w którym zrozumiemy, że nasze uzdrowienie nie polega na braku bólu ani nawet na naszej własnej radości, ale na czynieniu innych szczęśliwymi, staniemy się autentyczną drogą uzdrowienia całkowitego. Największym szczęściem nie jest mieć, otrzymywać, czy też by inni mi służyli, ale dawać, oddawać się i kochać.

     Miłość jest zainteresowaniem aktywnym, które wytwarza silne postanowienie służenia i błogosławienia moim braciom, jest połączeniem pracy i poświęcenia dla ich dobra. Nie jest tylko uczuciem, sentymentem, nie mierzy się jej siłą emocji, jakie wytwarza. Jest postawą zaangażowania, które obejmuje te wszystkie konkretne miejsca, w których potrzebuje mnie mój brat.

     "Umrzeć dla siebie samego", to nas uwalnia i uzdalnia do prowadzenia życia człowieka zdrowego, zdolnego do miłości. Ten, kto kocha, jest osobą zdrową. Ten, kto nie kocha, trwa w ciemnościach egoizmu.

     PODSUMOWANIE

     Jeśli przyszlibyśmy do Jezusa po uzdrowienie tego czy owego, a nie rozpoznalibyśmy, że naszą głęboką chorobą i źródłem wszystkich naszych nieszczęść jest nasz egoizm, byłoby to tak, jakby chory na raka szukał tylko chirurga plastycznego, by zmniejszył mu trochę nos.

     Dlaczego idziemy do Jezusa, szukając częściowej ulgi, uleczenia naszych oczu czy żołądka, skoro Jezus jest w stanie uzdrowić całą naszą nędzę od samego korzenia? Wygląda na to, że część naszego egocentryzmu stanowi niepokój o sprawy mniej ważne i koncentracja uwagi na rzeczach materialnych i zewnętrznych.

     Jezus powtarza każdemu z nas to, co powiedział w domu Łazarza: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele a potrzeba mało - albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10, 41)

     Cząstką wybraną przez Marię była osoba Chrystusa i Jego nauka, wszystko pozostałe powodowało tylko wzrost niepokojów i zmartwień. Sprawy Chrystusa (życie wieczne - Królestwo Jego Ojca i Jego bracia) są sprawami, dla których powinniśmy się poświęcać i to właśnie dla nich naprawdę warto żyć i umrzeć.

     Zanim zaczniemy szukać siebie samych wraz z tym, co posiadamy, Pan objaśnia nam, że najpierw mamy szukać Jego Królestwa i Jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie nam dodane (Mt 6, 33).

     Przesadna dbałość o własne sprawy jest źródłem frustracji i konfliktów z innymi, bo nigdy nie zostanie zaspokojona: będzie rozwijać się coraz bardziej. Będzie również powodem współzawodnictwa z innymi, co bardzo szybko wywoła przemoc i niesprawiedliwość.

     Kiedy wreszcie przekonamy się, że egoizm nam szkodzi? Kiedy wreszcie zgodzimy się z tym, że przesadne szukanie samego siebie jest źródłem wszystkich naszych cierpień na poziomie osobistym i społecznym? To jest właśnie najcięższa choroba, z której Jezus pragnie nas wyzwolić.

     Ci, którzy naprawdę umierają, zdobywają życie zupełnie inne. Żyją tak, jak Chrystus ich nauczył. Są nawet sługami najbardziej potrzebujących: chorych, ubogich i starców. Umywają nogi swoim braciom, dają temu, kto prosi, odwiedzają chorych, przychodzą do tych, którzy są w więzieniach, idą kilometr z tym, który nalegał na przejście z nimi tylko połowy tego dystansu. Dają swoją koszulę, swój czas, dają samych siebie. Kochają swoich nieprzyjaciół, radują się, gdy są obrażani czy prześladowani i zdolni są przebaczyć "siedemdziesiątkroć po siedem razy".

     Nie mogę być autentycznym uczniem Chrystusa ani nazywać Jezusa "moim Panem", chyba że pozwolę egoizmowi, który jest we mnie, umrzeć wraz z Chrystusem na krzyżu. Chrześcijanin to ten, kto mówi "wraz ze św. Pawłem: "Z Chrystusem jestem ukrzyżowany", umierając dla wszystkiego, co nie jest życiem Chrystusa. A kiedy egoizm umrze na krzyżu, wtedy wykrzyknę: Jak dobrze! Nigdy go nie potrzebowałem! Nie przyniósł mi żadnej korzyści.

     Ktoś powiedział przy jakiejś okazji: modlić się - to bardzo niebezpieczne, bo to może nas kosztować życie. Jest to prawda, modlitwa chrześcijańska doprowadza nas bowiem do totalnego oddania. Maria modliła się mówiąc: "Uczyń mi, Panie, według Twego słowa" i w ten sposób oddała całe swe życie planowi Bożemu, zapominając o tym, co mogłaby chcieć dla siebie.

     Jeśli my mówimy to samo Jezusowi-Chirurgowi, pozostawiamy Mu całkowitą wolność, aby zrobił z naszym życiem to, co zechce. Jeśli będzie chciał operować, nie będziemy się sprzeciwiać. Jeśli najpierw będzie chciał wyciąć guz egoizmu, niech to robi. Nie ma powodów do strachu. Gdyby nawet nas bolało, to tylko dlatego, że On nas kocha i chce dać nam nowe życie, czyniąc nas prawdziwymi synami Boga, wolnymi i zdolnymi do miłości.

     Świadectwo rodziny Castillo z Maksyku pięknie mówi o tym, jak choroba fizyczna przemieniła się w możliwość służby.

     Drogi Pana nie są naszymi drogami.

     Wiele razy pytałam sama siebie, dlaczego Bóg nie uzdrowił natychmiast mojej córeczki, która urodziła się z defektem.

     Przez dwa lata mój mąż i ja nie chcieliśmy przyjąć prawdy, chociaż dziewczynka była dla nas jakby huragan, który burzył życie rodzinne.

     W końcu lekarz powiedział nam, że dziewczynka cierpi na hiperkinezję i powinna przyjmować lekarstwa. Ich skutek był tak negatywny, że za jego zgodą powoli zaprzestawaliśmy ich stosowania.

     Pewnego dnia, zrozpaczona poprosiłam ojców Linn, by modlili się za nią. Oni odpowiedzieli, że lepiej będzie nauczyć moją rodzinę modlić się za dziewczynkę. Odtąd mój mąż, moi synowie i ja zaczęliśmy się za nią modlić codziennie przez dziesięć minut wieczorem.

     Pierwszym cudem było uzdrowienie moich synów z postawy odrzucenia, jaką przybierali w stosunku do swojej siostry, oraz z egoizmu, w którym się zamknęli, przebywając tylko w swoich pokojach, żeby dziewczynka im nie przeszkadzała ani nie psuła ich rzeczy. Każdego dnia dziewczynka odpowiadała coraz bardziej na modlitwę i miłość, które wyrażaliśmy wszyscy.

     Po roku indywidualnego leczenia odkryliśmy, że tym, czego potrzebowała było przebywanie z innymi dziećmi. Ale jak to osiągnąć, skoro żadna szkoła nie chciała jej przyjąć? Dwie instytucje odmówiły.

     Podjęliśmy ryzyko i założyliśmy szkołę, do której moja siostra i ja przyjęłyśmy wiele dzieci z podobnymi problemami. Dzieci, które nigdzie nie mogły znaleźć swojego miejsca, które były odrzucane, teraz zostały zaakceptowane i w ten sposób poznały jak bardzo Jezus je kocha, i jak bardzo są dla Niego kimś szczególnym.

     lekarze wiedzą, że w tej szkole modlimy się każdego dnia, aby Pan uzdrowił to, co chce uzdrowić: czasami ciała, czasami uczucia, czasami dusze.

     Rodzice znaleźli miejsce, gdzie ich ból jest rozumiany i podzielany, gdzie uczą się modlić za swoje dzieci i akceptować je coraz bardziej.

     Uzdrowienie Pana dosięgło w ten sposób nie tylko moją córkę, ale także wielu innych, do których by nie dotarło, gdyby uzdrowienie mojej córki było natychmiastowe.

     I tak ten oto problem, który mieliśmy w domu, posłużył do rozwiązania wielu problemów w innych rodzinach. Choroba mojej córki uzdrowiła nas z zamykania się w kręgu nas samych. Drogi Boże okazały się cudowne, dużo lepsze niż to, co moglibyśmy wymyślić.

     Zobacz: [ Choroba egoizmu ]


Thomas Forrers, Jose H. Prado Flores
Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby
Archidiecezjalne Wydawnictwo Łódzkie


   


Pielgrzymowanie jako droga przez życie Pielgrzymowanie jako droga przez życie
Jim Forest
Dla Jima Foresta pielgrzymowanie to model życia. Dystans i szlak, który się przemierza, nie ma znaczenia. Ważne, by przeżyć jedną z największych przygód - podróż z Chrystusem.... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 rysiek: 27.09.2017, 18:41
 może i niektórzy ludzie spełniają wolę boga prawdziwego ale na pewno nie maryja
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej