Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Niewidomy z Betsaidy

     Opisany tu cud jest przykładem, jak Jezus uzdrawia stopniowo całą osobę. Rankiem Jezus wrócił do starego miasta Betsaidy. Wysiadł z łodzi na nabrzeżu i począł iść w kierunku centrum, które nie było zbyt oddalone. Wiadomość rozeszła się szybko wśród mieszkańców, zgromadziło się natychmiast mrowie ludzi, którzy odchodzili i przychodzili. Niektórzy przybyli łodziami z Tyberiady, inni przemierzyli pustynię, a nie brakowało i takich, którzy zeszli z gór.

     Przyprowadzono mu niewidomego

     Wszyscy chorzy wyznaczyli sobie spotkanie na głównym placu, który przemienił się w wielki szpital. Z tą różnicą, że tu oddychało się atmosferą wesołości i nadziei.

     Pośród tłumu stał pewien ślepiec, który nie odróżniał się niczym szczególnym od mnóstwa innych chorych, niczym, co Jezusa mogłoby szczególnie zainteresować. Jacyś sąsiedzi przyprowadzili go z nadzieją, że uzdrowi się przez samo dotknięcie Mistrza, od którego wychodziła moc, uzdrawiająca wszystkich chorych.

     Z wielkim pośpiechem prowadzony przez sąsiada za rękę, zapomniał swojej laski. Niekończące się świadectwa i komentarze o dziełach dokonywanych przez Proroka z Galilei dawały mu pewność, że oto znajduje się na progu największego doświadczenia swego życia. Jego oczy były nieruchome, z rozszerzonymi źrenicami, jego serce biło coraz szybciej. Z pomocą swych wyciągniętych rąk starał się iść ku niewidocznemu cudotwórcy.

     Gdy tylko Jezus pojawił się w pobliżu, jeden z towarzyszy ślepca prosił natarczywie, żeby tylko go dotknął. Innemu udało się chwycić Mistrza za rękaw tuniki i pociągnąć Go, by włożył ręce na oczy niewidomego.

     W obliczu tak wielkiej liczby chorych nie ośmielili się prosić Mistrza o specjalne potraktowanie "ich" chorego. Było tylu potrzebujących, że nie wypadało prosić o uzdrowienie. Nie oczekiwali, że zainteresuje się zwykłym ślepcem, widząc kaleki, trędowatych, obłąkanych i epileptyków.

     Jezus zatrzymał się przed ślepcem i podniósł rękę, uciszając tłum, który wykrzykiwał i wiwatował na Jego cześć. Powoli, stopniowo, ludzie uciszyli się. Zaczynało się dziać coś wielkiego. Wszystkie oczy były utkwione w Jezusa i ślepca. Jezus obejrzał go powoli, aż do głębi jego życia i jego historii. Spostrzegł, że ślepota nie ograniczała się do oczu wytrąconych z orbit, nieruchomych, nie widzących nikogo. Było coś głębszego, z czego ten człowiek winien być uzdrowiony.

     Wziął ślepca za rękę i wyprowadził go z miasta

     Przypadek był szczególny, toteż Jezus nie zadziałał na swój zwykły sposób. Zamiast po prostu nałożyć ręce na oczy chorego, wziął go za rękę i zaczął torować sobie drogę przez środek tłumu sparaliżowanego Jego nieoczekiwanym zachowaniem.

     Dotychczas wiele razy ów ślepiec wyciągał swą rękę, prosząc o przewodnictwo i pomoc. Często zdarzało się, że nic nie otrzymywał. Ale teraz było inaczej. Prowadził go ten, który jest światłością świata. Ten, który powiedział, że przyszedł dać wzrok ociemniałym, wiódł go osobiście za rękę. W ten sposób wyszli za miasto, zostawiając za sobą zaskoczony, tłum.

     Jezus przyszedł aż nad brzeg jeziora, głaszczącego piasek swymi spokojnymi falami, podczas gdy blask słońca ożywiał zielone odcienie gór i czynił błękit wody bardziej intensywnym.

     Czując wietrzyk niosący ulgę w wilgotnym upale tej krainy, ślepiec doświadczał pewnej i mocnej ręki Jezusa, który go prowadził. Prawdę mówiąc, z takim Mistrzem w roli przewodnika nie potrzebował wcale odzyskiwać wzroku.

     Pomazał śliną jego oczy

     Znak bardzo dziwny. Już z innym ślepcem Jezus postępował w sposób dziwny, plując na ziemię i w ten sposób czyniąc trochę błota, którym posmarował następnie powieki tamtego człowieka. Teraz Jezus nakładał ślinę bezpośrednio na oczy chorego. Pocierał delikatnie jego powieki, jakby składał mu pocałunek miłości.

     Jego ślepota ściągnęła na niego potępienie innych. Jedni uważali go za grzesznika, inni nim gardzili, a jeszcze inni naśmiewali się. Zabroniono mu wchodzić do synagogi, był pokazywany jako przykład, co może przydarzyć się temu, kto nie zachowuje wszystkich przepisów Prawa Bożego.

     Żyjąc w ten sposób, nigdy nie zaznał miłości ani zrozumienia. Ale to również było w planach Bożych, bo im mniej ktoś otrzymał miłości, tym bardziej stał się wyczulony na miłość otrzymywaną od Jezusa. On, który nigdy nie odczuł żaru uczucia, rozpalił się natychmiast wobec ognia miłującego serca Jezusa.

     Włożył na niego ręce

     Zazwyczaj Jezus nakładał ręce na chory organ człowieka. Tym razem nie postąpił według tego zwyczaju, chciał nas bowiem nauczyć czegoś ważniejszego. Tekst grecki precyzuje nam pewien szczegół, który gubi większość tłumaczeń: najpierw wkłada ręce na człowieka jako takiego, bo nie tylko chce uzdrowić jego ślepotę, ale całą jego osobę.

     Włożenie rąk ma w Nowym Testamencie cztery główne znaczenia:

     - aby pobłogosławić osobę: Mt 19, 13 - 15,
     - aby uzdrawiać chorych: Mk 6, 5; 7, 32,
     - aby modlić się o Ducha Świętego: Dz 8, 17-19; 9, 17-18,
     - aby wyświęcić kogoś do jakiejś misji: Dz 13, 3.

     W tym przypadku mamy odcień każdego z tych znaczeń: Jezus chce pobłogosławić chorego, uzdrawiając go swoją miłością (Duchem Świętym), aby potem wysłać go z misją.

     Ale przede wszystkim jest to specjalny znak szczególnej i osobistej miłości Jezusa do chorego. Widzi całego człowieka i chce uleczyć całą osobę. Najpierw uzdrowi go jako osobę, a potem uleczy jego wzrok.

     Ten szczegół jest bardzo ważny. Jezus idzie najpierw do źródła problemu, nie zajmując się jego fizjologicznymi objawami. Jezusa bardziej interesuje człowiek ślepy niż ślepota człowieka.

     Dla Niego nie ma chorób, tylko chorzy, a każda choroba ma reperkusje psychosomatyczne, a nawet pneumo-psychosomatyczne.

     Widzisz coś?

     Gdy skończył się obrzęd i chory podniósł swój wzrok, Jezus go zapytał:

     - Widzisz coś?

     Ze sposobu zapytania można wywnioskować, że Jezus oczekiwał odpowiedzi pozytywnej. Ten człowiek, jeszcze przed otwarciem ust, otwartą dłonią osłonił oczy przed słońcem, spojrzał nieruchomo w kierunku tłumu i wykrzyknął:

     Widzę ludzi, ale jako drzewa, które chodzą

     Nie zatrzymuje się na kontemplacji zielonych pól ani polichromii kwiatów. Nie robi na nim wrażenia niebo ani woda morska, która obmywa mu stopy. Patrzy na ludzi, bo w tej chwili dla niego ludzkość jest najważniejsza z całego stworzenia. Badanie okulistyczne nie polega tu na odczytywaniu kilku liter na ścianie, ale na spostrzeganiu innych. Niestety spostrzega ich jako drzewa. Jest jeszcze chory. Nie wyleczył się całkowicie. Potrzebuje jeszcze jednej interwencji Jezusa.

     Sposób, w jaki określa ludzi, nie przestaje wydawać się dziwny: jak drzewa, które chodzą. Z tego określenia możemy wywnioskować, że nie był ślepy od urodzenia, znał drzewa, ale - myli je z ludźmi.

     Niestety ta choroba spostrzegania ludzi jako drzew jest tak rozpowszechniona, że nawet wydaje się zaraźliwa. Dla wielu ludzie są jak drzewa:

     - które istnieją tylko po to, by produkować (kapitał, towary itd.),
     - które nie cieszą się własną osobowością ani godnością,
     - które mogą być przesadzane według kaprysu,
     - które służą tylko jako ozdoba w ogrodzie albo w domu,
     - którymi można manipulować, by dały jak najlepsze owoce,
     - które można wycinać i przenosić, jakby były pionkami szachowymi.
      Takie reakcje zachodzą również na poziomie międzynarodowym. Są kraje, które patrzą na inne kraje po prostu jak na drzewa:
     - które muszą produkować tanie surowce,
     - które muszą udzielać swojej zgody podczas głosowań w ONZ według interesów wielkich potęg,
     - które nie mają praw, tylko obowiązki,
     - które, obciążone swymi długami zagranicznymi i nieubłaganymi interesami, są zależne od swoich wierzycieli,
     - które mogą być nieważne dla potężniejszego kraju albo unieszkodliwione pociskami nuklearnymi.
     Także na poziomie społecznym i rodzinnym świat cierpi na tę samą chorobę:
     - przesiębiorcy, którzy patrzą na swoich pracowników jako na zwykłe środki produkcji,
     - robotnicy i związki zawodowe, którzy tylko podkreślają swoje prawa, bez spełniania swoich obowiązków,
     - pracodawcy, którzy nie szanują godności ani potrzeb robotnika,
     - dzieci, patrzące na swoich rodziców jako na drzewa zobowiązane do spełniania wszystkich ich zachcianek,
     - rodzice, którzy chcą zaprogramować swoje dzieci tak, by w przyszłości zarabiały dużo pieniędzy,
     - mężczyźni, którzy patrzą na kobietę jako na zwykłą ozdobę,
     - żony, które patrzą na swoich mężów, wymagając jedynie, by utrzymywali materialnie wspólne gospodarstwo.
     Są także i tacy, którzy widzą siebie samych jako drzewa, nie jako osoby:
     nie kochają siebie samych,
     - nie doceniają swojej wartości ani godności ludzkiej,
     - wyrośli w niedorozwoju kulturalnym.

     Wkłada ręce na jego oczy

     Przedtem Jezus włożył swoje ręce na chorego. Teraz kładzie je na chore części jego ciała. Jezus kocha chorego ze wszystkim, także z jego chorobą. Kocha go nie pomimo jego choroby, ale z jego chorobą.

     Niewątpliwie ta akceptacja Jezusa jest także podstawą do tego, aby i ślepiec zaakceptował siebie samego, co jest początkiem uzdrowienia. Jezus, okazując tak szczególne zainteresowanie jego chorymi oczami, wypełnił miłością każdy brak spowodowany jego chorobą.

     Chociaż z pewnością wiele razy był poniżany i nazywany grzesznikiem z powodu swojej ślepoty, Jezus kocha go dokładnie w tym, co było przedmiotem drwin, krytyk i pogardy. W najbardziej poszkodowanym obszarze swego życia otrzymuje uzdrawiającą miłość.

     I zaczął widzieć dokładnie

     Tutaj, jak w wielu punktach Ewangelii, istnieje pewna widoczna niestosowność, wobec której czasami przechodzi się z zamkniętymi oczami.

     To właśnie w momencie, gdy Jezus nakłada ręce, a nie gdy je zdejmuje, ślepiec zaczyna widzieć dokładnie. Kiedy Jezus trzyma swoje ręce na oczach niewidomego, ten odzyskuje wzrok. Ręce Jezusa nie przesłaniają widoczności, przeciwnie, są soczewką, która pozwala widzieć dokładnie.

     Ręce Jezusa sprawiają, że można widzieć. To właśnie w nich i poprzez nie jesteśmy zdolni postrzegać rzeczywistość we właściwych proporcjach.

     Otworzywszy swe oczy, ślepiec musiał zobaczyć ręce Jezusa. Właśnie w nich widzi całą rzeczywistość. Chodzi o to, że w rękach Jezusa możemy widzieć dokładnie, bo właśnie w nich skupia się cały świat, a szczególnie człowieczeństwo. Tylko w rękach Chrystusa możemy widzieć dokładnie to, co postrzegaliśmy ze zniekształceniami.

     Kiedy istnieją kłopoty i konflikty, wystarczy złożyć je w rękach Jezusa, aby zobaczyć je we właściwych wymiarach. Jeśli nie widzimy świata czy innych tak, jak widzi ich Bóg, trzeba umieścić siebie w rękach Jezusa, w ten sposób dowartościujemy się Jego Miłością.

     Oryginalny tekst grecki zawiera szczegóły, które nie mogą znaleźć odzwierciedlenia w naszych tłumaczeniach, ale które wypada wypunktować z powodu ich ważności. Na określenie oczu używa on dwóch różnych słów: oma (w. 23) i ofthąlmos (w. 25). Czyżby to dlatego, że są rzeczy spostrzegane w sposób naturalny, ale by pogłębić widzenie, potrzebne są innego rodzaju oczy?

     Tak samo używa się dwóch słów, zazwyczaj tłumaczonych jako widzieć: blepo (w. 23, 24 i 25) i orao (w. 24). Czyżby dlatego, że możemy widzieć na dwa różne sposoby? Pewne jest, że Jezus udziela zdrowia zarówno oczom zewnętrznym, jak i oczom serca. Jezus uzdrawia wszystko, co odnosi się do wzroku.

     Podsumowując trzeba stwierdzić, że Jezus uzdrawia wnętrze i to co na zewnątrz człowieka. Nie dzieli ani nie kaleczy człowieka. Przeciwnie, czyni z niego jedno, zajmuje się tak wnętrzem, jak i stroną zewnętrzną, bo kocha całego człowieka i darowuje mu uzdrowienie całkowite.      I widział wszystko z daleka

     Widział nie tylko z bliska, ale także z daleka. Już nie patrzył tylko na to, co miał przed sobą, ale nawet na rzeczy w dali. Głębokie uzdrowienie polegało na umożliwieniu mu patrzenia na rzeczy z daleka.

     Krótkowzroczność nie pozwala nam patrzeć na rzeczy odległe. Widzimy tylko to, co znajduje się blisko nas, to, co dotyczy naszej osoby, to, co moje. Całkowite uzdrowienie daje nam zdolność zajmowania się innymi, tymi, którzy są poza nami. Czyni nas wrażliwymi na ich potrzeby i sprawy, rozumiejącymi ich braki i ograniczenia, otwartymi na ich wartości i wyrozumiałymi wobec ich wad.

     Głębokie uzdrowienie ślepca polegało na tym, że jego świat się powiększył. Widział coś poza sobą samym. Odkrył tych, od których był daleko; teraz już wchodzili w pole widzenia jego uzdrowionych oczu.

     Egoista patrzy tylko na to, co ma blisko siebie. Jezus został posłany, by dać wzrok ociemniałym; ale nie tylko po to, by widzieli, lecz by widzieli z daleka.

     Wysłał go do domu

     Uzdrowionego ślepca Jezus wysyła nie tam, gdzie oczekuje go tłum, ani do jego przyjaciół, którzy go przyprowadzili. Idzie najpierw do swych najbliższych: do rodziny. Miał rozpocząć swe życie z odzyskanym zdrowiem wśród tych, którzy byli mu najbliżsi. To tam miał patrzeć na innych nie jako na drzewa, ale jako na osoby, jako na braci, członków tej samej rodziny.

     Jego uzdrowienie osiągnęło punkt szczytowy, gdy przybył do swego domu i tam dzielił się dopiero co otrzymaną miłością. Jezus nie uczynił wszystkiego, pozostawił jedno zadanie do realizacji, całkowite uzdrowienie zostało dokonane w domu rodzinnym.

     Jezus powiedział mu wyraźnie, by nie wchodził do miasta, ale by poszedł do swego domu. Już nikt go nie prowadził, szedł sam.

     To uzdrowienie jest typowe, Jezus nie dokonuje go w jednej chwili, ale w ramach pewnego procesu, krok po kroku. Jednak łatwo moglibyśmy popaść w błąd myśląc, że są tylko dwa kroki: włożenie rąk, najpierw na ślepca, potem na jego ślepotę. Nie. Są trzy momenty: trzecim jest wysłanie go do jego domu. Dom rodzinny jest najlepszym szpitalem, aby całkowicie odzyskać wzrok.

     Na koniec powinniśmy zauważyć rzecz następującą: w pierwszej chwili Jezus wziął ślepca za rękę i prowadził go. To On był odpowiedzialny za każdy krok chorego, który - prawdę mówiąc - nie potrzebował już widzieć: prowadziły go oczy Jezusa... Wierzył całkowicie w tego człowieka, który trzymał go za rękę.

     Mimo to, Jezus nie został wysłany, by "prowadzić ociemniałych". Jego misja nie ograniczała się do roli przewodnika niewidomych lub zastępcy laski. Przyszedł dać ślepym wzrok.

     Dlatego go uzdrawia, a potem go wysyła. Człowiek zdrowy jest odpowiedzialny za każdy swój krok. Nie może zrzucać na nikogo winy za swoje upadki. Już widzi i jest odpowiedzialny za swój los.

Modlitwa

Panie Jezu: ja jestem tym ślepcem. Dałeś mi życie i wzrok przy Chrzcie, ale przez pewien wypadek zwany grzechem straciłem go. Nie widzę. Nikt nie może mnie uleczyć. Ale Twoje słowo doprowadziło mnie do Ciebie. Nie miałem siły przyjść, ale zlitowałeś się nade mną i zawołałeś mnie na tę drogę tak piękną. Jezu, nie widzę Ciebie, ale słyszałem, jak inni o Tobie mówili. Słyszałem Cię już nawet, ale chcę Cię zobaczyć. Uczyń ze mną to samo, co ze ślepym z Betsaidy. Ty jesteś ten sam wczoraj, dzisiaj i zawsze i masz tę samą moc, by nas zbawić. Możesz to zrobić jeszcze raz. Zmiłuj się nade mną. Weź mnie za rękę. Odłącz od wszystkiego innego. Chcę być tylko z Tobą. Tu jestem. Chcę być prowadzony przez Ciebie. Wiele razy zdarzało się, że dawałem rękę innym, aby pomogli mi iść przez moje życie: - niejeden wprowadził mnie w błąd, - inni - zmęczeni, pozostawili mnie, - ktoś, dając mi rękę, jednocześnie podstawił mi nogę, - jeszcze ktoś był równie ślepy jak ja i upadliśmy obaj. ...Dlatego Panie, nie mam ochoty dawać nikomu ręki. Boję się zawierzyć całkowicie, na ślepo. Zawsze daję się z zastrzeżeniami, stopniowo. Obawiam się, że to samo zdarzy mi się jeszcze raz. Ale dzisiaj jest inaczej: pokładam całą moją ufność w Tobie. Bezwarunkowo. Zaprowadź mnie dokąd zechcesz, jeśli tylko będę szedł za Twoją ręką. Chcę być z Tobą, nieważne gdzie. Chcę doświadczać, że jestem prowadzony przez Ciebie. Zaprowadź mnie na bok, daleko od innych, nawet daleko ode mnie samego. Wysłuchaj mnie osobiście. Ty wiesz, że potrzebuję specjalnego leczenia. Ze swej strony zostawiam wszystko za sobą nawet moje własne uzdrowienie. Jedyne, co jest dla mnie ważne, to być z Tobą. Powierzam się w pełni Tobie. Tylko Ty jesteś ważny w moim życiu. Chcę Panie, tak jak ślepy, odczuć, że Ty mnie kochasz, nie gorszysz się moimi grzechami ani nie boisz się moich słabości. Ty jesteś lekarzem, który umie dbać o mnie zgodnie z moimi potrzebami. Pocałuj mnie. Spraw, abym czuł, że zbliżasz się do mojej choroby, że nie budzi w Tobie wstrętu to, czym jestem, i że mnie kochasz właśnie w tym obszarze, w którym najmniej podobam się innym. Włóż Twoje ręce na mą głowę. Spraw abym odczuł, że Cię interesuję taki, jaki jestem, cały, bez wyjątku. Wiem, że Ty kochasz chorego, grzesznika. Ja jestem pierwszym i największym grzesznikiem, Panie Jezu. Ale wiem, że Ty jesteś zdolny mnie uzdrowić; że tam, gdzie obfituje nędza, jeszcze bardziej obfituje Twoja łaska. Uzdrów mnie z tego wszystkiego, co nie pozwala mi widzieć Cię takim, jakim jesteś: widzieć świat takim, jakim go uczyniłeś, widzieć innych tak, jak chciałbyś, bym ich widział, widzieć mnie samego, jak Ty mnie widzisz. Uwolnij mnie od moich niepokojów i strachów, od moich kompleksów, podejrzeń i niedowierzań. Znasz źródło wszystkich moich bólów, kompleksów i problemów. Weź mnie całego i uczyń ze mną, co zechcesz. Jezu, zbliżyłeś się do mojej choroby. Interesuje Cię nie tylko chory, ale również choroba. Ty okazujesz miłość dokładnie tam, gdzie jej potrzeba. Ty wypełniasz miłosierdziem pustkę mego życia. Ty uzdrawiasz serca strapione i bandażujesz rany. Ulecz mnie z mojej ślepoty. Ty ją znasz i wiesz, jaka jest. Ulecz mnie także fizycznie, Panie. Ty uleczysz nie tylko duszę, ale również ciało. Pokazuję Ci moje dolegliwości i choroby. Włóż na mnie swoje ręce. Dotknij mnie. To wystarczy, a będę całkowicie zdrów. Uczyń to Panie przez miłość, jaką masz dla mnie. Ty masz wszelką władzę na niebie i na ziemi. Wierzę, że wszystko jest możliwe. Dla Ciebie nie ma chorób trudnych do uzdrowienia. Dla Ciebie wszystko jest łatwe. Panie, teraz kładę w Twoje ręce całe moje życie, szczególnie mój grzech. Zostawiam w tych rękach przebitych dla miłości to, co mam i czym jestem. Składam Ci cały świat, rzeczy materialne: pieniądze, siłę i pracę, moją rodzinę: żonę (męża), dzieci, rodziców i teściów. Tych, którzy mnie obrazili, tych, którym zazdroszczę, na których nie mogę patrzeć, albo z którymi nie mogę rozmawiać. Panie, czasami widzę Ciebie jedynie jako drzewo. Uzdrów mnie. Widzę Cię jako pasy bezpieczeństwa w samochodzie, których używam tylko w sytuacjach niebezpiecznych. Jesteś jedynie na pewne chwile i pewne prędkości. Uważam Cię za drzewo, które mi daje cień i żywność. Widzę Cię tylko jako drzewo służące mi za ozdobę w domu wobec mych przyjaciół, przy wizytach. Jesteś czasem jak drzewo, którego nie traktuję osobowo. Uzdrów mnie ze sposobu, w jaki Cię widzę. Innych też widziałem wiele razy jedynie jako drzewa: Drzewa, których szukam, by wyciągnąć z nich jakąś korzyść. Drzewa, które nie interesują mnie jako osoby, ale jako zwykłe narzędzia produkcji, dla mojego osobistego zysku. Drzewa, które mi służą i jeśli im daję wodę, nawożę i dbam o nie, to zawsze w celu wyciągnięcia większego zysku. Kobiety, w których czasami widzę tylko zewnętrzną piękność. Mężczyzn, tylko z ich majątkiem... Panie, także na siebie patrzę wiele razy jak na drzewo. - Nie cenię siebie jako osoby, tylko jako kogoś, kto po prostu musi robić pewne rzeczy. - Czuję się zobowiązany i zmuszany pod wieloma względami. - O mojej wartości decyduje tylko to, co robię, a nie - czym jestem. Naucz mnie bym kochał siebie samego, szanował siebie i doceniał siebie Tak, jak Ty postępujesz ze mną. Teraz Panie, chcę przedstawić Ci moją najcięższą chorobę; mój największy grzech, który wyrządza mi najwięcej szkody i najbardziej rani. Ty go znasz. Ja także. Jeszcze dziś chcę, by pozostał znany tylko nam. Tak jak nałożyłeś ręce na oczy ślepca. Użyczam Ci moich rąk, abyś mi je położył na moje oczy (tu zakrywa się oczy rękami). Chcę widzieć wszystkich ludzi poprzez Twoje ręce. Byłem dla nich ślepy, ale z Twoimi rękami na mych oczach mogę ich widzieć tak, jak Ty ich widzisz, kochać ich, jak Ty ich kochasz, przebaczać im, jak Ty im przebaczasz, mówić do nich tak, jak Ty do nich mówisz. Chcę widzieć ich poprzez Twoje rany, przez otwory w Twoich dłoniach, przebitych dla miłości, miłości, z której wydałeś samego siebie. Panie, naucz mnie widzieć z daleka. Abym szukał nie tylko swoich interesów. Rozszerz mój świat. Abym nie zamykał się w sobie samym, ale był zdolny patrzeć na innych i biec ku nim. Abym w dniu ostatecznym, kiedy zbadasz moją miłość, mógł usłyszeć Twój sąd: "Chodź, błogosławiony Mego Ojca, bo byłem głodny, a dałeś mi jeść, byłem spragniony, a dałeś mi pić, byłem nagi, a przyodziałeś mnie, w więzieniu, a odwiedziłeś mnie". Panie, wiem, że oświeciłeś moje życie Twoim Słowem. Ty nie tylko podałeś mi rękę, aby pomóc mi iść. Również wzmocniłeś moje nogi i otworzyłeś mi oczy. Teraz jestem odpowiedzialny za każdy krok. Dzięki, że uzdolniłeś mnie, abym przezwyciężył wszystkie przeszkody, nie mam wymówek, aby zrzucać na kogoś innego winę za moje upadki. jestem odpowiedzialny za moje życie.
     Dalej: [ Choroba egoizmu ]


Thomas Forrers, Jose H. Prado Flores
Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby
Archidiecezjalne Wydawnictwo Łódzkie


   


Otwarte dłonie Otwarte dłonie
Henri J. M. Nouwen
Św. Augustyn napisał, że człowiek będzie sądzony z miłości, a na sądzie pokaże swoje dłonie, "otwarte dłonie" i to, co w nich będzie, stanie się decydującym o jego zbawieniu. "Oby nie były puste...", dodaje Święty doktor Kościoła... » zobacz więcej

Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej