Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
ks. Zygmunt Wudarkiewicz

     POWSTAŃCY KSIĘDZA ZYGMUNTA

     Każdej niedzieli w kaplicy Muzeum Powstania Warszawskiego odprawia Mszę Świętą za powstańców. Cafuje ołtarz, w którym umieszczone są relikwie bł. ks. Józefa Stanka, kapelana Zgrupowania "Kryska", zamordowanego po upadku Czerniakowa.

     Był dzieckiem długo oczekiwanym i wychowywanym w domu pełnym ciepła i miłości. - Rodzice delikatnie odnosili się do siebie, nie pamiętam żadnej ich kłótni - wspomina ks. Zygmunt Wudarkiewicz.

     Sam, gdy po wojnie zamieszkał i chodził do szkoły na Targówku, unikał bójek. Kiedy pokojowe metody rozwiązania konfliktów zawodziły, do sprawy włączał się młodszy, ale bardziej ofensywny brat Jurek.

     Ojciec, Józef Wudarkiewicz, jako ślusarz metalowy dobrze zarabiał, dzięki czemu jego żona Feliksa mogła całą uwagę i czas poświęcić dzieciom. Rodzina była religijna, ale na razie u syna nie pojawiała się myśl o kapłaństwie. Zygmunt marzył, by zostać motorniczym. W okupowanej Warszawie jeździł z ojcem okrężną linią "P" i gdy tata opowiadał mu o mijanych domach i pomnikach Powiśla, on z najwyższym zainteresowaniem obserwował motorniczego w mundurze, fachowo przesuwającego korbę.

     W maju 1944 r. Zygmunt przystąpił wraz z grupą prawie 60 dzieci do Pierwszej Komunii Świętej i jednocześnie, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, przyjął bierzmowanie. W kościele tylko kilkoro dzieci miało oboje rodziców. Wtedy ze łzami dziękował Bogu za łaskę doczekania tej chwili. Wcześniej jego ojcu dwukrotnie udało się dzięki arbeits-karcie ujść cało z łapanek. Mimo okupacyjnej biedy i brunatnych mundurów na ulicach miłość rodzinna dawała poczucie bezpieczeństwa.

     POWSTANIE

     Pierwsze dni powstania wspomina jako niezwykle radosne. Widok Niemców opuszczających w popłochu szpital na Solcu podnosił na duchu, ale zwycięskie walki trwały krótko. Niemcy okrzepli.

     Trzeciego sierpnia z kamienic przy ul. Czerwonego Krzyża, gdzie mieszkała rodzina Wudarkiewiczów, zaczęto wypędzać ludzi. Zygmunta z bratem, rodzicami i sąsiadami Niemcy ustawili pod filarem Mostu Średnicowego, a naprzeciw nich karabiny maszynowe. Ludzie z przerażenia mdleli, inni krzyczeli: "Strzelajcie!", Zygmunt patrzył w tekst litanii z książeczki pierwszokomunijnej, którą miał przy sobie. Nagle pojawił się niemiecki oficer i odwołał egzekucję. Oszołomionych ludzi pognano schodami mostu Poniatowskiego do Muzeum Narodowego. Tam nastąpiła selekcja. Kobiety i dzieci zostały wypuszczone z "misją" przekonania powstańców, by zaprzestali walk. Część mężczyzn Niemcy przeznaczyli na osłonę swoich czołgów jako żywe tarcze, a pozostałych, wśród nich Józefa, wysłali do obozów koncentracyjnych.

     Matka koczowała z synami w piwnicach spalonych domów. Po dwóch tygodniach przyszła następna ekipa Niemców i wygnała ukrywających się do obozu przejściowego w Pruszkowie. Jeszcze raz cudownie uratowani z selekcji, trafili do Piotrkowa Trybunalskiego. Ksiądz Zygmunt wspomina ze wzruszeniem ludzką dobroć, z jaką spotykali się ocaleni.

     Po wojnie, gdy wrócili do Warszawy, zamieszkali na Targówku, w niewielkiej stróżówce z ubikacją i ręczną pompą na zewnątrz. Od ojca z Sachsenhausen przyszły na adres dziadków w Grodzisku dwa listy. Była nadzieja, że wróci. Ale na początku 1946 r. mieli już pewność, że nigdy go nie zobaczą. Szwajcarski Czerwony Krzyż zawiadamiał o śmierci Józefa Wudarkiewicza. Zmarł z wycieńczenia tuż po wyzwoleniu obozu.

     Jak Zygmunt poradził sobie ze stratą kochanego ojca? - Bywały trudne chwile - mówi kapłan - ale moje dzieciństwo było naprawdę szczęśliwe, bo przez ponad 10 lat miaiem ojca i matkę. Ksiądz Zygmunt należy do tych nielicznych osób, które widzą szklankę do polowy pełną.

     POWOŁANIE

     Najpierw było upodobanie do nabożeństw różańcowych, majowych, ku czci Serca Pana Jezusa i ministrantura. Myśli o kapłaństwie pojawiały się, gdy obserwował prefekta uczącego w szkole religii. Nie mając jeszcze konkretnych zamiarów, wybrał licfeum, a nie, jak większość jego kolegów i później brat, szkołę zawodową, która pozwalała na szybką niezależność finansową. Po maturze w 1953 r. miał pewność: chce zostać księdzem. Nauczycielka odradzała, przekonując, że niedługo seminaria będą zamykane.

     Powołanie Zygmunta skrystalizowało się w momencie najostrzejszego ataku komunistów na Kościół: podczas pokazowych procesów kurii krakowskiej i bp. Czesława Kaczmarka. W kilka dni po rozpoczęciu przez Zygmunta nauki w seminarium aresztowany został kard. Stefan Wyszyński. Ksiądz prałat Jan Sikorski, który także był wtedy alumnem, wspomina: - Wiedziałem, że po święceniach będę księdzem działającym w ukryciu, dlatego ucząc się w seminarium równolegle zdobywałem zawód introligatora.

     Święcenia kapłańskie odbyły 3 sierpnia 1958 r. w warszawskiej katedrze św. Jana. Tego dnia ks. Zygmunt obchodził swoją też prywatną 14. rocznicę cudownego ocalenia. Z perspektywy czasu odczyta to jako ważny znak powołania.

     KAPŁAŃSTWO

     W swoim kapłaństwie przeszedł przez parafie w Kałuszynie, Legionowie i Warszawie, przez probostwo otwockiej parafii św. Wincentego a Paulo i bardzo ubogiej parafii Zmartwychwstania Pańskiego na Targówku. W 1992 r. ks. Zygmunt zatrzymał się jako rezydent w parafii Wszystkich Świętych.

     Przez siedem lat pracował w trzech urzędach biskupich: jako prefekt w seminarium, notariusz w kurii i sędzia w Sądzie Metropolitalnym. Obronił pracę magisterską z homiletyki. Od 18 lat pełni funkcję kapelana Zgrupowania "Gurt", a od sześciu - kaplicy Muzeum Powstania Warszawskiego.

     Życie ks. Zygmunta wypełnione było katechizacją, pielgrzymkami, wizytami duszpasterskimi, zakładaniem wspólnot modlitewnych, odwiedzaniem chorych, kursami przedmałżeńskimi... Jego znakiem firmowym stały się dobrze przygotowane homilie - krótkie, wyjaśniające, a nie zaciemniające stówa Ewangelii, głębokie, budujące. Do dziś jest z nich pamiętany w parafiach, gdzie był proboszczem. Jeżeli do tych kazań dodamy osobistą pobożność, pokorę, ciepłe i serdeczne relacje z ludźmi, wrażliwość na chorych i cierpiących oraz długie, z gorliwością wypełniane dyżury w konfesjonale, to rozumiemy parafian, gdy mówią: "Mieliśmy dobrego duszpasterza".

     "Dobry duszpasterz, choć gorszy administrator" - dodają inni. To prawda, nie budował, nie remontował. W Otwocku nie zawsze potrafił poradzić sobie z podziałem darów przychodzących w stanie wojennym. Założył tam jednak jedną z pierwszych w diecezji wspólnotę neokatechumenalną, która działa od 1977 r. do dzisiaj i jest dla wielu drogą do nieba.

     Ksiądz Zygmunt nadal w parafii Wszystkich Świętych prowadzi koło Żywego Różańca i... kursy przedmałżeńskie. - Robi to solidnie i ciepło - wyjaśnia ks. Henryk Malecki, były proboszcz. - Wielu po tych kursach prosi o błogosławienie związku właśnie ks. Zygmunta. Na czym polega ów dobry kontakt zarówno ze starszym, jak i z młodszym pokoleniem? Ksiądz Małecki wskazuje na kulturę osobistą, uszanowanie człowieka i chęć zrozumienia każdego, charakterystyczne cechy kapłaństwa ks. Wudarkiewicza. Nie dziwi więc, że przed konfesjonałem ks. Zygmunta ustawiają się kolejki. Ten ma nawet licznik, by ustalić ich liczbę. - Po co to księdzu? - pytam. - Dla własnej radości, żeby wiedzieć, ilu mi się udało pojednać z Panem Bogiem - uśmiecha się ks. Zygmunt.

     WŚRÓD SWOICH

     Ważnym elementem jego kapłaństwa jest patriotyzm. Zna historię i lubi do niej nawiązywać. - Porusza tym, że nigdy nie kwestionował sensu Powstania Warszawskiego. On, który stracił w powstaniu ojca, babcię, dom, nigdy nie wątpił w sens tej ofiary - mówi ks. Małecki. W kwietniu, tuż przed katastrofą smoleńską, prezydent zdążył odznaczyć ks. Wudarkiewicza Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi w pielęgnowaniu pamięci o Powstaniu Warszawskim.

     Od roku 1946 żołnierze Zgrupowania "Gurt" spotykają się każdego pierwszego dnia sierpnia na Mszy Świętej w kościele Wszystkich Świętych, którego tak skutecznie bronili przed natarciami niemieckimi. - Z ks. Wudarkiewiczem szybko nawiązaliśmy serdeczne stosunki - mówi przewodniczący środowiska "Gurt" Ryszard Boreński. - W kazaniach zawsze wraca do naszych walk, a do naszych "chłopców" i "dziewcząt" zwraca się po imieniu. Do mnie mówi "panie Rysiu", a "Ryś" to byl mój konspiracyjny pseudonim.

     Zapewne na taką bliskość z powstańcami może sobie pozwolić ten, kto dzieli! choć w części ich los i kto ich kocha.


Zofia Zańko


Tekst pochodzi z Tygodnika

3 października 2010


Kapłani, których daje Bóg Kapłani, których daje Bóg
Jean-Marie Lustiger
Kim jest kapłan dzisiaj? Jaka jest przyszłość kapłaństwa? Co można powiedzieć o perspektywach kapłaństwa, jeśli w tak wielu krajach uderzający jest brak powołań do tego stanu?... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej