Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Myśli wokół kolędy

     Podczas długiej przerwy w pokoju nauczycielskim jest mroczno i nieco sennie. Ktoś wpisuje oceny do elektronicznego dziennika, bliżej okna ktoś w pośpiechu układa tekst sprawdzianu. Koleżanki wymieniają się przepisami na wyborny sernik, korzenne śledzie i... kolędę.

     Towarzystwo ożywia się, jakby to już świąteczne specjały wjeżdżały na świąteczny stół.

     - Ojej, trzeba się pospieszyć z przygotowaniami!

     - Do Bożego Narodzenia tylko parę dni. - To piękny, Boży czas! Ogromnie lubię grudzień.

     - Ja też, ale...

     Zaintrygowana zawieszonym głosem, koncentruję uwagę, by wyłowić ciąg dalszy następujący po owym "ale". - Chodzę na roraty, adwentowe dni skupienia, kocham pasterkę, mogę sprzątać przed świętami, zmywać po wizycie tabunów gości... Z całego okresu Bożego Narodzenia zdecydowanie jednak nie lubię kolędy!

     - Stresująca wizyta, nigdy więcej!

     - A to czekanie! Dzieci nie można utrzymać na miejscu.

     - Zawsze mam problem z kopertą, kiedy i ile...

     Zbieram myśli. Usiłuję przywołać własny stosunek do kolędy. I aż się dziwię, że dotąd tego nie uczyniłam, choć należę ponoć do grona z dostojnym peselem.

     WIZYTA NASZEGO KSIĘDZA

     Z wizytą "po kolędzie" zrosłam się od spędzonego na Śląsku dzieciństwa.

     Jak z roratnim lampionem trzymanym w zmarzniętej ręce, gdy szto się na adwentową Mszę św. i mijało górników. Jedni udawali się na dzienną zmianę do pobliskiej kopalni, ci z nocnej szychty - często w roboczym ubraniu - szli wprost do kościoła. Było normalnie. Harmonogram kolędy dla parafii widniał w gablocie ogłoszeń jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a na niedzielnych Mszach św. przypominano już potem tylko tygodniowy rozkład. Każdy wiedział i duchowo się przygotowywał na przybycie Gościa, wszak Kapłan uosabiał tego Najmilszego, dopiero co Narodzonego. W wyznaczonym dniu przybywała dostojna gromada: ksiądz, kościelny i ministrant. I tu panował poniemiecki porządek: najpierw malec w komży śpiewał z domownikami kolędy, wprowadzając ich w pobożny nastrój, kościelny lub organista zapisywał kredą na drzwiach domostwa znaki i rok, na końcu wkraczał wikary. Rodzina przyklękała wokół przygotowanego stołu, na którym pysznił się najlepszy biały obrus i paliły się zwyczajne świeczki otaczające krucyfiks. Była rozmowa, zeszyt od religii, a potem zawsze tak samo - wspólna kolacja. A nie były to czasy zamożne ani potrzeba epatowania estetycznymi upodobaniami.

     Była wspólnota robotniczej rodziny i "naszego" księdza. Jakąś ofiarę na potrzeby parafii rodzice przekazywali, ale czynili to dyskretnie, wrzucając "coś" do puszki, nad którą pieczę sprawował organista.

     I kolęda, która wraca we wspomnieniach... Pierwsza po śmierci mamy. Ten sam "nasz" ksiądz, a my wszyscy na kolanach w zimnym domu. Potem długie, wspólne milczenie. Owa subtelność współ-odczuwania porusza mnie do dziś. Zestawiam te doświadczenia wyniesione z dzieciństwa z późniejszymi epizodami.

     BILANS NIE WYPADA ŹLE

     Oto czasy studenckie. Do wynajętego przez młode małżeństwo mieszkania w jedenastopiętrowym wieżowcu ktoś puka. Był chyba listopad. W drzwiach stanął ministrant z zeszytem, w którym zapisywał mieszkańców, chętnych do przyjęcia kolędy. Obok zaproponowanej daty, numeru mieszkania, nazwiska, każdy podawał godzinę, w której będzie oczekiwał wizyty duszpasterskiej. Można było racjonalnie zaplanować czas i zwyczajnie się przygotować, choćby oznaczało to zgarnięcie książek do kartonów, które później posłużą jako krzesła.

     Sama kolęda - przypominała czas narodzin w stajence. Zgrzebne, komunistyczne otoczenie nie przeszkodziło, choć nie było wykrochmalonego maminego obrusa. Radość spotkania przy modlitwie i dyskusja o poezji niosła się przez cienkie, gipsowe ściany tandetnego blokowiska. Gościnny chleb ze smalcem łączył pokolenia. Jakiekolwiek myśli, a co gorsza słowa - o pieniądzach - nie mąciły chwili.

     Potem - niesmak, jakby ktoś pragnął szybę musnąć styropianem. Pierwsza nauczycielska posada w wiejskiej szkole, mieszkanie kątem u życzliwych, dobrych ludzi, którzy przygarnęli w stanie wojennym na jakiś czas młodą rodzinę z małym dzieckiem. I pierwsza w moim życiu kolęda, której nie było... Właściwie była: przed południem, w niemal pustym domu, gdyż na gospodarstwie zostali sędziwi dziadkowie. Wszyscy pozostali - byli w pracy. Ja też. Zwyczajnie - nie miał mnie kto zastąpić na lekcjach! Kilkuletnia wtedy córeczka czuła się niepocieszona. Nawet pozostawiony przez księdza obrazek nie zrobił na niej wrażenia.

     Wyczekane i wytęsknione pierwsze własne M3 przyniosło stabilizację rodzinie, również w wymiarze religijnym. Nareszcie mieliśmy własną, choć jeszcze potem przez kilka lat budowaną, parafię. Nasza kartoteka zapełniała się systematycznie notatkami wizytujących o tym, że "przyjmują księdza". Za nami ponad dwadzieścia takich spotkań. Co mi dały? Nauczyłam się, że nie należy pochopnie oceniać. Nie wolno też generalizować. Zawsze gościem w naszym domu był Chrystus, a uosabiał Go "ten inny człowiek". Trafiali się doświadczeni rezydenci, pachnący nowością prymicjanci, alumni, znajomi. Zdarzali się nieśmiali lub z zasadami ("nie biesiaduję, dziękuję za..."), poważni, a kiedy indziej młodzież, która zarażała witalnością. Zawsze była modlitwa i dobra wola wzajemnego poznania się. Starałam się zrozumieć odmowę wspólnego spożycia kolacji. Nakryłam pledem, gdy, dobrze po 23.00, zjawił się duchowny, chłopiec niejako i na fotelu ze zmęczenia na chwilę przysnął. Tylko człowiek! Zapewne zbyt obciążony, bo wizytował swój rejon i dodatkowy za kolegę, który nagle zachorował. A może odreagował emocje? Tego nie wiem, ale obraz człowieka takiego jak my utrwalił się we mnie.

     Niektóre spotkania przynosiły owoce. Wtedy to, na bożonarodzeniowej kolędzie zrodziła się trwająca potem kilka lat współpraca. Poproszono mnie o udział w organizowaniu zimowego i letniego wypoczynku dzieci i młodzieży.

     Ostatnie kolędy przechodziły bez echa, jak wizyta na poczcie, po której wychodzi się wprawdzie z zapłaconym rachunkiem, ale wilgotnym od potu i z wszechogarniającym uczuciem ulgi. Oby najbliższa nie należała do tej właśnie kategorii.

     WIĘCEJ CZASU DLA NAS

     Nawyk nauczycielskiej refleksji kieruje mnie do czasów formacji przyszłych kapłanów. Z pewnością konieczne jest, szczególnie obecnie, takie kształcenie kleryków, by nie tylko obrastali w wiedzę, ale kształtowali wrażliwość, potrafili z empatią odnieść się do drugich. Jak to czynić? Wierzę w mądrość kadry seminaryjnej. Być może potrzebna jest większa indywidualizacja kształcenia? Więcej psychologii i treningu interpersonalnego? Innym może brakuje wizyt w szpitalach, hospicjach, domach starców, gdzie szczególnie trzeba zgiąć kolana, by usłyszeć? A może więcej kontaktów ze sztuką?

     Z całą pewnością młody kapłan powinien czas jakiś wdrażać się w wizyty duszpasterskie u boku doświadczonego mentora, niczym lekarz na stażu. Nie zawadzi też "walizka dobrych rad" na temat miejscowych zwyczajów, tradycji, osiągnięć.

     Kompetencja budzi szacunek, ale dobroć i grzeczność zjednują otoczenie. Grzeczność to sztuka arcytrudna i musi być opanowana (ważne dziś!), by nie zrażać "letnich" lub nie pogrążać już zrażonych. W mojej skrzynce życzeń zostawiam kilka postulatów:

     Proszę o większą porcję czasu, i to czasu pełnego uwagi, skupienia, wspólnej modlitwy. Nawet gdyby miało się to odbywać rzadziej, na przykład raz na dwa lata. Sądzę że wzajemne dostosowanie czasu wizyty w dobie powszechnej telefonizacji i poczty elektronicznej wydaje się realne. Można włączyć w to ministrantów.

     Tematem do dyskusji może być życie parafii. Może przed laty ustalony terminarz już się zdezaktualizował? Jest okazja wysondować, czego oczekują parafianie.

     No, a dobrowolne datki na potrzeby wspólnoty? Jestem za! Ponadto ów obowiązek nakładają przykazania kościelne. Może jednak nie w dotychczasowej formie. Kopertami są zażenowani i księża, i sami domownicy.

     Najważniejsze przecież to, że gość w dom-to Bóg w dom!


Małgorzata Bochyńska


Tekst pochodzi z Tygodnika

27 grudnia 2009


Dziewictwo i celibat dzisiaj. W kierunku seksualności paschalnej Dziewictwo i celibat dzisiaj. W kierunku seksualności paschalnej
Amedeo Cencini
Książka mówi o pozytywnym aspekcie celibatu i dziewictwa. Według autora, nie ma ono nic wspólnego z rezygnacją i umartwianiem, a powstrzymywanie się od wszelkich popędów płciowych nie wystarcza, aby być wiernym ślubowi czystości... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej