Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Spotkałem wspaniałych kapłanów

     W wieku 16 lat przestałem chodzić do kościoła i zacząłem określać się jako niewierzący. Pan Bóg jednak ze mnie nie rezygnował. Wyprowadził mnie z pustki, samotności i poczucia beznadziei.

     Pan Bóg pomógł odnaleźć sens życia. Dziś mogę powiedzieć, że nie tylko wierzę, ale wiem, że Bóg istnieje. Jest Kimś bardzo bliskim, żywym, działającym.

     W czasie trzeciego roku studiów doświadczyłem przeróżnych, bardzo trudnych sytuacji, w wyniku których znalazłem się w poważnym kryzysie. Gdy było mi bardzo ciężko, przypomniały mi się słowa ewangelicznego syna marnotrawnego: "zabiorę się i pójdę do ojca..." (por. Łk 15,18). Pomyślałem sobie "może już czas przestać się wygłupiać z tą niewiarą i pójść do spowiedzi". Po kilku latach przerwy w życiu sakramentalnym nie było to dla mnie łatwe.

     BYŁ JAK OJCIEC

     Postanowiłem najpierw poprosić kapłana o rozmowę. Udałem się do księdza, który wcześniej uczył mnie religii. Był to ks. Józef Gniewniak. Okazał mi dużo serca i zrozumienia. Cierpliwie odpowiadał na wiele moich pytań i wątpliwości. W sposób niezwykle inteligentny, a zarazem taktowny tak pękierował rozmową, że przerodziła się w spowiedź. Zachęcił mnie też do udziału w duszpasterstwie akademickim. W czasie spotkań studenckich odpowiadał na wiele naszych pytań dotyczących wiary i życia chrześcijańskiego. "Profesor" - jak go nazywaliśmy - głosił bardzo poruszające homilie, które podtrzymywały na duchu, budziły nadzieję. Zanim został kapłanem, w czasie drugiej wojny światowej był więźniem obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, co przyczyniło się do wielu różnych chorób. Mimo to wiele zaangażowania wkładał w pracę duszpasterską. Organizował też spływy kajakowe i inne wyjazdy wakacyjne. Był dla nas jak ojciec.

     W roku 1970 spędzałem wakacje w okolicach Krościenka nad Dunajcem, a 21 lipca znalazłem się na mszy świętej w Krościenku. Głównym celebransem był ks. Franciszek Blachnicki. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że istnieje ruch oazowy, ale klimat liturgii sprawił, że ta Msza św. zmieniła całe moje życie. Po przyjęciu Komunii Świętej doświadczyłem tak mocno miłości Pana Boga, że zrodziło się we mnie pragnienie, aby tak żyć, by zawsze móc przyjmować Jezusa Eucharystycznego. Towarzyszyło temu przeświadczenie, że dzięki łasce Bożej od tej chwili będzie to możliwe. Itak się stało. Było to moje pierwsze spotkanie z ruchem, który później przyjął nazwę "Światło - Życie".

     Wiele zawdzięczam księdzu Blachnickiemu. Uczynił ogrom dobra, pracując nad kształtowaniem duchowym wielu tysięcy osób, szczególnie młodych, które przez rekolekcje prowadził do żywej serdecznej relacji z Bogiem, do uznania Jezusa Panem swojego życia. To dzięki formacji oazowej zostałem wdrożony w praktykę codziennej modlitwy z Pismem Świętym - Lectio Divina.

     W czasie wojny Franciszek Blachnicki, jeszcze, jako człowiek świecki, był uwięziony przez hitlerowców. Z kolei w PRL był szykanowany - i również uwięziony - przez komunistów, którzy w jego działalności widzieli ogromne zagrożenie dla swojej ideologii. Był on inicjatorem licznych i owocnych dzieł duszpasterskich, takich jak na przykład Krucjata Wyzwolenia Człowieka. Wychowanie do trzeźwości, wolności, dynamicznego apostolstwa nie było po myśli sytemu totalitarnego.

     WUJCIO OD CHULIGANÓW

     Wielki wpływ na moje życie wywarł również ks. Bronisław Bozowski. Miałem okazję poznać go, mając około 22 lat. Bronek - bo tak kazał mi do siebie mówić - miał wtedy około 60 lat. Jego homilie tętniły życiem. Można go było słuchać godzinami. Czułem w nim ogromny entuzjazm wiary i miłości. Sam zachwycony Bogiem, zachwycał Nim innych. Myślałem: "Skoro ten ksiądz jest tak pełen dobroci, to jak wspaniały musi być Pan Bóg". Ksiądz Bozowski rodził wielkie pragnienie naśladowania jego sposobu życia.

     Po odprawianych przez niego mszach świętych przychodziło do zakrystii kościoła sióstr wizytek wiele osób poruszonych homilią, aby rozmawiać o sprawach Bożych i ludzkich. Ksiądz żył bardzo ubogo. Tym, co miał, dzielił się z innymi. Był bardzo serdeczny i bezpośredni. Czułem jego akceptację i zrozumienie. Mógłbym zwierzyć mu się ze wszystkiego. Przychodziło do niego wiele osób zagubionych. Mówił, że nazywają go "wujciem od chuliganów".

     Na jego msze uczęszczali też "bracia podłączeni", którzy służbowo słuchali jego kazań. Poruszały ich tak, iż niektórzy ze łzami w oczach przyznawali się mu do działalności antykościelnej i nawracali.

     Wykazywał wiele inicjatywy apostolskiej w kontaktach z ludźmi, także sobie nieznanymi. Gdy przeczytał w prasie o żołnierzu, który zginął, ratując tonące dziecko, zdobył adres jego rodziców i napisał do nich list ze słowami umocnienia i zaproszeniem do spotkania. Miał bardzo sympatyczne poczucie humoru. O komunistach mówił "nasi bracia czerwonoskórzy", a o starszych paniach "sarkofagi". Gdy spotkał w swoim skromnym mieszkaniu włamywacza, powiedział mu: "masz pecha, bo u mnie nie ma, co ukraść, ale siadaj, chociaż herbaty ci zaparzę". Był pełen miłości do wszelkiego stworzenia. Kiedy u niego w domu przeszkadzała nam brzęcząca mucha, złapał ją w słoik i powiedział mi "wypuść ją w ogrodzie, bo ona tez chce żyć". Dzięki księdzu Bozowskiemu zmieniło się życie wielu osób.

     TO CO NAJWAŻNIEJSZE

     Ogromnym darem był też dla mnie o. Jerzy Mrówczyński CR. Gdy go poznałem, byl mistrzem nowicjatu. W ramach duszpasterstwa akademickiego prowadził dla nas dni skupienia i rekolekcje. To kapłan wielkiego serca i wielkiego intelektu, pokorny, uczynny, niezwykle głęboki. Jego katechezy ukierunkowały mnie na dziesiątki lat. Ukazywał wspaniałość Pana Boga i Jego miłości. Mówił, że jest zakochany w Panu Bogu i to byta prawda. Rozbudził w nas pasję do modlitwy i życia duchowego. Gdy później wyjechał do Rzymu jako Postulator Polskich Spraw Beatyfikacyjnych, w gronie kilku osób (w większości świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni) spotykaliśmy się, by słuchać nagrań z jego konferencji i rozmawiać o zawartych tam treściach. Były to niezwykle wzbogacające nas rozmowy, rzucające wiele światła na nasze życie - młodych ludzi poszukujących drogi duchowego wzrostu.

     Dziś często wyolbrzymia się i wykorzystuje do walki z Kościołem słabości kapłanów. Oczywiście, księża bywają różni. Mnie również martwi postawa niektórych kapłanów. Mobilizuje mnie to, by tym gorliwiej się za nich modlić. Nie jest to jednak okazja by się gorszyć, odchodzić od Kościoła, czy opluwać go. Wszyscy bowiem jesteśmy słabi. Istnienie Kościoła przez tyle wieków jest dla mnie cudem, szczególnie wskazującym na działanie Boga.

     Warto zastanowić się, czy nieproporcjonalna do rzeczywistych faktów nagonka na kapłanów nie jest swoistym mechanizmem obronnym, parawanem, za którym człowiek chce ukryć własne zło. Nikt rozsądny nie obraża się na całą służbę zdrowia z powodu kiepskich lekarzy, ale szuka tych lepszych. Kapłani potrzebują naszej życzliwości, modlitwy, zachęty, czasem napomnienia. Ale dobrze, gdy wszystko płynie z miłości, z poczucia odpowiedzialności za Kościół. Mam obecnie 60 lat. Jestem ogromnie wdzięczny Panu Bogu, że postawił na mojej drodze wielu wspaniałych kapłanów. Szczególnie było to ważne w młodości, gdy nie miałem jeszcze zbyt wiele doświadczenia życiowego, a dokonywać musiałem ważnych wyborów. Później spotkałem jeszcze wielu innych wartościowych kapłanów, którzy mieli znaczący wpływ na moje życie. Nie sposób napisać o wszystkich. Moi rodzice zadbali o wiele moich potrzeb. Ale to, co najważniejsze, zawdzięczam kapłanom. To dzięki nim wiem po co żyję, to od nich uczę się, jak żyć.


Zbigniew Lityński


Tekst pochodzi z Tygodnika

2 maja 2010


Kapłaństwo. Słudzy ludu bożego Kapłaństwo. Słudzy ludu bożego
Luis Resines Llorente
Sakrament kapłaństwa ma znaczenie społeczne, ponieważ jego racją bytu jest służenie wspólnocie kościelnej. Nie mogą istnieć księża bez Kościoła, bez wspólnoty chrześcijańskiej, z którą byliby związani. Niemożliwe jest też istnienie Kościoła bez księży.... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Monika: 30.04.2010, 19:36
 Tez mialam szczescie spotkac dobrych kaplanow. Podczas spowiedzi zawsze mnie umacniali i dodawali sil.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej