Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Komunia po raz pierwszy

     Napisać artykuł o Pierwszej Komunii to jedno, ale przeżyć ją na własnej, rodzicielskiej skórze - to zupełnie co innego. Czemuż by więc, pomyślałam, nie napisać artykułu jako mama dziecka pierwszokomunijnego?

     Zaczęło się zaraz 1 września. Na rozpoczęciu roku szkolnego grupa rodziców tłoczyła się w tyle sali lekcyjnej, podczas gdy wychowawczyni rozdawała dzieciom plan lekcji. - No, to mamy w tym roku Pierwszą Komunię - nachyliła się ku mnie mama kolegi mojego syna. - Pani już rezerwowała salę? Tu w okolicy już nic ciekawego nie ma. Dawno się dowiadywałam - dodała widząc moje uniesione brwi. - Zaraz jeszcze lecę do fotografa, wie pani, tego tam, jest dobry, to u niego trzeba się dużo wcześniej zapisać!

     Uśmiechnęłam się uprzejmie, myśląc jednocześnie, że grunt to nie dać się zwariować. Czyż nie mówi się głośno o potrzebie walki z całym tym blichtrem i konsumpcjonizmem, strojami, przyjęciami, drogimi prezentami, które zasłaniają istotę świętowania Pierwszej Komunii? Kto więc zechce przeżyć wraz ze swoim dzieckiem głębię spotkania Chrystusa w Eucharystii, ten je przeżyje. Może przecież liczyć na pomoc. Od dawna uważaliśmy z mężem, że przygotowanie naszego pierworodnego do Najświętszego Sakramentu będzie dla nas samych czasem duchowej odnowy, czymś w rodzaju rocznych rekolekcji. Wydawało się, że trudno o lepszą duszpastersko sytuację. Wraz z dziećmi pierwszokomunijnymi bliżej Kościoła ściągnie sporo dorosłych, którzy mają za sobą - można założyć - wiele wspólnych życiowych problemów, choćby wychowawczych. Cóż za okazja, by pochylić się nad tym wraz z nimi w perspektywie wiary, w myśl ewangelicznej zasady: błogosławić dzieci, nauczać dorosłych.

Specjalne Msze św. niedzielne dla dzieci pierwszokomunijnych miały się odbywać raz w miesiącu, o dość niedogodnej godzinie szesnastej. Wbrew nazwie, nie było na nich specjalnych nauk nawet dla drugoklasistów, nie mówiąc o rodzicach. Tak naprawdę nie różniły się od przeciętnej Mszy św. dla dzieci. A ponieważ, prawdę powiedziawszy, nasze poczucie duchowego wyjałowienia było między innymi skutkiem chodzenia latami na takie właśnie Msze św., z niechlujną liturgią, czytaniami dukanymi przez maluchy wykazującymi się miernym rozumieniem tekstu i infantylnymi kazaniami - długo nie wytrzymaliśmy. Wróciliśmy na Mszę św. dla dorosłych, na którą chodziliśmy od pewnego czasu całą rodziną.

     PRZESTAŃ SIĘ DZIWIĆ

     Nadzieją rekolekcji pozostawała perspektywa zapowiedzianych spotkań dla rodziców dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii. Spotkań w ciągu roku odbyło się kilka. Tylko dwa nie były czysto organizacyjne, a ich skądinąd ciepłe przesłanie można by streścić następująco: kochani, jeśli się wam życie pokręciło, nie bójcie się, jeśli trzeba, dzieci ochrzcimy, a wy, o ile to możliwe, przystąpcie wraz z nimi do pokuty i Eucharystii. I świętujcie po Bożemu.

     Zwierzyłam się z pewnego niedosytu i rozczarowania koleżance z dawnego duszpasterstwa akademickiego. Pokiwała ze zrozumieniem głową, ale na koniec powiedziała: - Co się dziwisz. Chcesz czegoś więcej, to poszukaj sobie ruchu. W parafii muszą patrzeć na średnią statystyczną. Jak w szkole - dodała - równaj w dół.

     W obawie, by nie zacząć zgodnie równać w dół, postanowiłam samodzielnie podciągnąć swój poziom przez lekturę. Zwłaszcza, że nasze własne "dziecko pierwszokomunijne" z miesiąca na miesiąc parło wyraźnie w górę: z wiedzą, zachowaniem w kościele, wrażliwością sumienia. Powoływało się przy tym raz po raz na szkolne nauki siostry katechetki. Docierał do mnie krzepiący fakt, że w wychowaniu religijnym my, rodzice, mamy stojącego za nami murem sprzymierzeńca.

     Nasz syn zapytany teraz, na finale, co z najbardziej kojarzy ze swej Pierwszej Komunii, mówi: - Próby! Pamiętasz, mama?

     Oj, pamiętam. Zresztą nie tylko z przygotowań syna, ale i swoich własnych sprzed lat. I nie tylko ja, ale i mój mąż, i prawie każdy, kogo o to pytałam. Niekończące się próby mówienia, śpiewania, wstawania, siadania, klękania, chodzenia. Trzydzieści lat temu tyle razy ćwiczyłam podchodzenie gęsiego do Komunii, że zupełnie zlał mi się w pamięci moment, kiedy TO się stało naprawdę.

     Tym razem uczestniczę z synem w próbach, które, bywa, że kończą się po godzinie 21. Dziesiątki małych postaci po raz n-ty usiłują wyjść z ławek jak należy i uformować dostojne rzędy, a zwykle uśmiechnięta twarz katechetki zdradza, że siostra goni w piętkę. Taka to już uroda dużej parafii i szkoły, w której jest pięć klas drugich. Chociaż nie da się ukryć, że wszystko by szło dużo składniej, gdyby więcej dziewięciolatków wiedziało nie od wczoraj, co odpowiedzieć na "Pan z wami".

     Bez prób więc obejść się nie może. Jednak prześladuje mnie wspomnienie sytuacji, która przytrafiła się mojemu synowi jako pierwszoklasiście. Po próbie ślubowania w szkole, kiedy dzieci ćwiczyły nawet równe wygłaszanie przyrzeczenia, był przekonany, że ślubowanie już złożył. Ale w tym wypadku - pocieszam się - przecież nie sposób się pomylić, co jest na niby, a co naprawdę!

     JAK TO WYTŁUMACZYĆ?

     A jednak czeka nas zaskoczenie. Pierwsza spowiedź odbędzie się na jakieś 2-3 tygodnie przed najważniejszą datą. I nie będzie to próba spowiedzi, lecz prawdziwy sakrament pokuty. Kolejny raz do spowiedzi dzieci przystąpią w przeddzień Pierwszej Komunii. Znajomy ksiądz zapytany o cel "pierwszej spowiedzi" rozkłada ręce. No tak, taka spowiedź będzie prawdziwa, co oznacza, że można po niej przyjąć Eucharystię. Temu przecież ma sakrament pojednania służyć. No tak, nie ma to większego sensu. No tak, warto byłoby od tej praktyki odejść, choć się nierzadko zdarza...

     "Pierwsza spowiedź" okazuje się dla mnie i męża najtrudniejszą próbą. Nie możemy nijak pojąć, dlaczego dziecko ma się spowiadać... bez dalszego ciągu. W niedzielę "po" myślimy tylko o tym, że syn jest całkowicie gotowy, by przyjąć godnie Eucharystię. Czemu mu się tego odmawia? Jak mu to wytłumaczyć? Może niech więc w czasie Mszy św. po prostu podejdzie do Komunii wraz z nami? Bunt i niezrozumienie narastają, ale odpuszczamy. Potem syn, jak co niedziela, bez szemrania przyjmuje z ręki księdza tylko krzyżyk na czoło, a ja myślę o lekcji pokory, którą właśnie u niego nieoczekiwanie bierzemy.

     Wcześniej jednak przeżywamy dzień spowiedzi. Po lekturze książki bp. Antoniego Długosza "Moja pierwsza spowiedź" marzy się nam tego dnia małe rodzinne święto. Uroczyste blogosławieństwo, towarzyszenie dziecku całą rodziną, wspólne przystąpienie do konfesjonału. Ale trudno jakoś świętować, skoro to spowiedź jeszcze nie ta "właściwa", czyli prowadząca do Komunii. Poza tym okazuje się, że w kościele trzeba być na ósmą rano. Nie dam rady zwlec z łóżek czwórki młodszych dzieci, które zwykle o tej porze jeszcze śpią. Najstarszy idzie tylko z tatą. Mamie pozostaje niewesoła refleksja o kolejnej rezygnacji z wyobrażeń. Wkrótce jednak górę bierze niepokój, jak sobie poradzi pierworodny.

     Wracają zaskakująco szybko. Szczęśliwi i uśmiechnięci. Nieco później syn zwierza mi się w zadumie: - Myślałem, że najtrudniejszy warunek sakramentu pokuty to szczera spowiedź. Ale to nieprawda. Najtrudniej jest zadośćuczynić bliźniemu. Po tym wyznaniu nieważne staje się rozpamiętywanie, czy to, co się dzieje, odbywa się, jak należy. Najwyraźniej, mimo wszystko, nic się tu nie da zepsuć. Dzięki Bogu, "Duch tchnie, kędy chce".

     COŚ BARDZO WAŻNEGO

     Majowe przedpołudnie okazuje się wielkim przeżyciem. Wbrew obawom nie zaburzają go żadne prezenty ani przyjęcie. Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że w oczach pierwszego zainteresowanego dodają tylko wyjątkowości temu szczególnemu dniowi. Cieszy się ze wszystkiego, i z Pana Jezusa, i z roweru, i z gości, którzy specjalnie do niego przecież przyjechali.

     A my... Przez miesiące przygotowań zdążyliśmy się pogodzić, że nie wszystko jest tak, jak byśmy chcieli. Nie podprowadzamy naszego pierworodnego do Pana Jezusa i nie przyjmujemy Go razem, na oczach młodszych dzieci. Ba, nawet nie widzimy syna wśród setki postaci w albach. Jesteśmy za daleko. Ale mimo to mamy poczucie, że dzieje się coś bardzo ważnego, do czego zmierzaliśmy od ponad ośmiu lat. Uroczystość przebiega bez żadnych potknięć. Mając wciąż w pamięci słynne próby, jestem pełna podziwu, że ten żywioł udało się ująć w składne i estetyczne ramy. Czuję wdzięczność wobec wszystkich, dzięki którym tak sprawnie się to odbyło, skoro już w ten sposób musiało. Tylko czy rzeczywiście musiało? Może jeszcze wrócę do tego pytania. Następną Pierwszą Komunię mamy już za dwa lata.


Lidia Molak


Tekst pochodzi z Tygodnika

16 maja 2010


Niebo jest w sercu mym. Pamiątka Pierwszej Komunii Świetej [okładka z okienkiem] Niebo jest w sercu mym. Pamiątka Pierwszej Komunii Świetej [okładka z okienkiem]
Małgorzata Wilk
Wyjątkowy, bardzo elegancki album. Zawiera specjalne strony przeznaczone na pamiątkowe fotografie. Znajdziemy w nim również kolorowo zilustrowane miejsca, w których można wpisać życzenia miłych gości, najważniejsze wydarzenia i daty od dnia pierwszych chwil przygotowań do uroczystości aż do końca obchodów Białego Tygodnia, z uwzględnieniem także nabożeństwa Pierwszych Piątków Miesiąca... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Aguu: 19.05.2010, 17:28
 Dlatego też już teraz bardzo poważnie zastanawiam się nad wczesną Komunią Św, choć dzieci jeszcze maleńkie....
 Piotrek: 17.05.2010, 16:25
 Fotografie też są bardzo potrzebne tylko żeby ci fotoreporterzy wiedzieli kiedy i gdzie mają robić te fotografie? Gdy ja przystepowałem do Komuni Pierwszej 60 lat temu to fotografia była zrobiona dla wszystkich na dziedzincu koło kościoła a w kościele nikt nie robił. Pamiatka jest piękna.
 niezadowolona: 16.05.2010, 17:14
 Ja pamiętam z I komunii mojego synka kamerzystów i fotografa. Wolałabym, by dziecko skupiło się na eucharystii, a nie stroiło miny do kamery.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej