Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Jezus opatrzył moje rany, uleczy i Twoje!

     Jestem osobą wolną, nie samotną. W tym roku ukończę 39 lat. Wychowałam się w rodzinie z problemem alkoholowym (tak to można delikatnie ująć). Pod tym określeniem ukrywam wiele problemów, takich jak: nieakceptacja siebie, kompleksy, lęki, nieumiejętność podejmowania życiowych decyzji itp.

     Klimat w moim domu był trudny do zniesienia - rodzice nie potrafili żyć w zgodzie. Ojciec uciekał w alkohol, matka żyła w żalach i pretensjach do niego. Sami byli poranieni i swoją niską samoocenę przekazali podświadomie nam - mnie i siostrze. Chociaż oboje bardzo starali się nas kochać - przede wszystkim zapewniając nam odpowiednie warunki materialne - to jednak kochali nas miłością "osobną", w której nie było jedności małżeńskiej.

     Ta domowa rana rosła wraz ze mną. Odkąd sięga moja pamięć, brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, spokoju wewnętrznego i pewności siebie.

     W czasach liceum chętnie uczestniczyłam w spotkaniach modlitewnych Odnowy w Duchu Świętym. Wspólne modlitwy były dla mnie czasem wytchnienia od domowej atmosfery, były czasem doświadczania Bożej bliskości i przyjaźni innych ludzi. Z perspektywy wielu lat, które upłynęły od tamtej pory, widzę, jak wielkim darem i oparciem były dla mnie te młodzieżowe grupy pełne ideałów, pasji życia i kochania Boga. Myślę, że to dzięki nim w tym decydującym okresie życia nie weszłam w zło typu narkotyki, alkohol czy niszczące przyjaźnie.

     Po maturze zgodnie z zamiłowaniem rozpoczęłam studia teologiczne. Niosłam na plecach swój ciężar - poczucie gorszości, brak poczucia własnej wartości, nieustanny lęk, ciężar "bycia obok" nawet wśród przyjaciół, cierpienia intruza, błazna, emocjonalnej kaleki, odtrącęnię i brak szacunku. Dziś wiem, że gdy człowiek nie szanuje samego siebie, nikt inny też go nie szanuje.

     Po ukończeniu studiów poznałam Marka. Spędzaliśmy ze sobą niedziele, spacerowaliśmy, słuchaliśmy muzyki i - nic więcej... To znaczy żadnych planów na wspólną przyszłość z jego strony. Byliśmy oboje niedojrzali do małżeństwa. On był uzależniony od matki, która nim sterowała, a ja od niego. Cierpiałam i nie umiałam odejść. Pragnęłam życia na głębszym poziomie, otwartego na Boga, duchowego rozwoju. On był religijnie obojętny.

     Tak minęły trzy lata. Miotały mną sprzeczne uczucia. W końcu, tuż przed Świętem Miłosierdzia Bożego, przejrzałam na oczy, nabrałam wewnętrznej siły i stanowczo zerwałam ten niszczący mnie, prowadzący donikąd związek.

     Po zerwaniu tej relacji przeżywałam bardzo trudny okres swojego życia, tym bardziej że nie miałam wsparcia ze strony swoich znajomych. Wiele koleżanek obwiniało mnie za to zerwanie, wiele też pozakładało rodziny, więc nasze więzi się naturalnie rozluźniły i pourywały.

     Jedynym wsparciem była wtedy dla mnie wiara w Boga, ale w tamtym czasie Bóg, jak zza grubych chmur, często wydawał mi się bardziej daleki niż bliski. Upadałam w smutek wynikający z izolacji i samotności. Często, płacząc, pytałam Boga, dlaczego jestem gorsza, dlaczego mnie opuścił. Pragnęłam rozmowy, życzliwości, wsparcia w trudnościach życiowych. Nie znajdowałam tego jednak ani w domu, ani w pracy. Nosiłam w sercu jakiś ciężar - cierń, który nie pozwalał mi oddychać i radować się życiem.

     Wyjechałam na wakacje i tam spotkałam Wacka. Był o 13 lat starszy ode mnie, imponował mi pewnością siebie, obyciem wśród ludzi, poczuciem humoru. Z głodu miłości przylgnęłam do niego całym swym sercem i prędko zamieszkaliśmy razem. Gdzie był wówczas mój szacunek do samej siebie, do swojej kobiecości?...

     To były moje pierwsze doświadczenia z mężczyzną. Po tym wszystkim poszłam natychmiast do spowiedzi. Błagałam Boga o przebaczenie, ale nie mogłam podjąć decyzji o wyjeździe. Chciałam, ale nie umiałam. Ten człowiek jakby mną sterował, a ja byłam mu ślepo i ulegle posłuszna, niezdolna do podjęcia samodzielnego działania. Oczywiście, po jakimś czasie się rozstaliśmy- ale tylko dlatego, że on twierdził, że "mnie nigdy nie kochał". Czułam się brudna, wykorzystana, pusta w środku... Towarzyszyło mi poczucie winy i obrzydzenie do samej siebie. W ciągu kilku tygodni dokonało się totalne spustoszenie w mojej i tak już cierpiącej duszy. Wiedziałam, że straciłam coś cennego, co miało być darem tylko dla mojego przyszłego męża. To ból trudny do opisania.

     Nie byłam godna stać w szeregu swoich poukładanych znajomych z kręgu Domowego Kościoła. Zrozumiałam wówczas, że osiągnęłam swoje dno i że tak dalej być nie może. że muszę coś zrobić ze sobą, dla siebie, że chcę Bogu wynagrodzić ten upadek.

     Zaczęłam jeździć na rekolekcje ignacjańskie. Słuchałam, robiłam notatki i próbowałam się modlić, ale do mojego serca docierało niewiele treści. Bardzo powoli wychodziłam ze skutków zła, ze stanów depresyjnych, fal smutku i gniewu. Uczyłam się modlitwy medytacyjnej, wymagającej skupienia, koncentracji i wysiłku. Powoli kształtowała się we mnie prawdziwa wiara, niezależna od emocji i nastrojów. (...) Intensywne życie modlitewne pozwoliło mi otworzyć serce i Pan Bóg stał się centralną Osobą mojego życia. Głęboko doświadczyłam Bożej miłości i szacunku, jaki ma Bóg Ojciec dla każdego swojego dziecka. Po każdej medytacji byłam bardziej utwierdzona w tej miłości, a łaska Boża wprowadzała ład i harmonię w mojej duszy. W osobistej relacji z Bogiem Stwórcą znikają kompleksy, lęki, pękają myślowe schematy. Naturalnie, to wszystko nie stało się od razu. Światło Boże ukazywało mi, co ma się zmienić na przestrzeni kilku lat.

     W czasie rekolekcji poznałam reguły rozeznawania duchowego, zaczęłam codziennie praktykować ignacjański rachunek sumienia. Nauczyłam się, że życie prawdziwymi wartościami - miłością, przyjaźnią, pięknem i dobrem - nie jest możliwe bez maksymalnego wysiłku ze strony człowieka i bez udziału Bożej łaski. Ta możliwość współpracy, współtworzenia swojej własnej historii razem z Bogiem napełniła mnie chęcią do życia i nadzieją na przyszłość. Zaczęłam zauważać Boga w codzienności. Od czasu kiedy moja przyjaźń z Jezusem stała się bardziej osobista, bliższa, realna i świadoma, nie wplątałam się w żadną niewłaściwą relację. Trzeźwo i realnie oceniam nowe znajomości. Nie poszukuję za wszelką cenę ludzkiej akceptacji. Mam tę najważniejszą, jedyną, życiodajną i szczęściodajną więź z Ojcem i Przyjacielem.

     Od kilku lat mam stałego kierownika duchowego, który jest wielkim darem dla mnie. Mam także kilku sprawdzonych bliskich przyjaciół, których cenię jak skarby. Wiem jednak, że nikt nigdy nie będzie dla mnie takim przyjacielem, jakim jest Bóg.

     Chciałabym powiedzieć wszystkim osobom z rodzin dysfunkcyjnych, wszystkim poranionym, pogubionym i odrzuconym: Pan Bóg pragnie leczyć Wasze rany każdego dnia. Pozwólcie Mu na to! Otwórzcie szeroko drzwi serca na duchowe dary! Każdy człowiek, który jest głęboko poraniony, jeśli nie pozwoli Jezusowi uleczyć swojej duszy, będzie nieświadomie ranić siebie i innych. Szatan szuka najsłabszych miejsc, aby móc je zaatakować. Tylko dzięki Bożej mocy możemy go zwyciężyć. Mimo bolesnej przeszłości możecie kochać i być szczęśliwi!

     Piszę także do tych, którzy łatwo i jednoznacznie oceniają i potępiają ludzi. Życie każdego człowieka jest niepowtarzalne... Samotne kobiety potrzebują wsparcia. Jeśli nie otrzymają go w domu i w pracy, to gdzie?

     Budujmy sieci przyjaźni, życzliwości, wzajemnego poszanowania, współdziałania. Silniejsi niech chronią słabszych. Ci, którzy wychodzą z kryzysu, niech rozumieją tych, którzy przechodzą przez ciemną dolinę. Zmieniajmy świat na lepszy przede wszystkim modlitwą i dobrym słowem.

     Kiedy trwam w bliskiej relacji z Bogiem, zachowuję pokój w swoim sercu.


Janina


Publikacja za zgodą redakcji

nr 3-2008


Jak pokonać samotność Jak pokonać samotność - poradnik dla kobiet
Barbara Dudzicz
Samotność ma różne oblicza, ale zawsze boli tak samo mocno. Szczególnie nas, kobiety. Poznaj 26 sposobów na samotność i zacznij nareszcie wieść życie, o jakim zawsze marzyłaś!» zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Grażyna: 03.07.2017, 21:12
 A ja już jestem tym wszystkim zmęczona.... nigdy nie zrozumiem dlaczego to wszystko jest tak u mnie poplątane...
 Barbara: 22.06.2017, 15:45
 Jezu zlituje się tak cierpię... Uleczył moje ciało duszę życie pomóż też moim bliskim By brat znalazł dobra prace
 Karolina: 10.09.2016, 23:01
 Panie Boze ulecz moje zlamane serce. Take bardzo mine boli. Blagam aby moj maz wrocil. Zrozumial ze rodzina jest najeazniejsza. Amen
 Grazyna: 09.08.2016, 15:33
 Pomóż ni Panie Jezu, mój Boże czemu wołam, przychodzę do Ciebie, tyle słyszę jak działasz o Twojej delikatności czułości - pomóż mi - też chce - bądź wola Twoja - bo się boję
 źle mi: 17.10.2014, 15:28
 "Bog koi moje zranione serce." a mojego nie koi...podaje "leki", które są mało skuteczne...a zmuszanie mnie do brania chemicznych to kolejna trauma!!!!!! tak jak i udanie się do psychiatry z powodu bliskiej relacji z Bogiem, która w pewnym momencie obrała taki tor!!! Chemicznych leków antydepresyjnych, uspokajaczy nie chcę, bo po nich tyłam, a to wpędzało mnie w głębszą depresję, zamiast z niej wyciągać ...nie chemia mi potrzebna, ona problemu nie rozwiąże...jak i zioła...nie wiem co może mi tak naprawdę skutecznie i ostatecznie pomóc, bym znów mogła cieszyć się życiem...od ponad 3 lat nie umiem się już radować...chyba tylko moja śmierć - pozwoli nie czuć nic. To podłe krzywdzić Swoje dziecko i wmawiać mu, że to nie Ja tylko (nieistniejący) szatan...nie dość, że krzywdzi to jeszcze okłamuje.
 źle mi: 16.07.2014, 23:40
 do wypowiedzi: Dominika: 15.01.2013, 16:18 Mi Bóg postawił kogoś wyjątkowego na drodze życia...(poczułam nieopisaną radość, odzyskałam sens życia)...Postawił, ale jednocześnie sprawy tak skomplikował, że... wkrótce dowiedziałam się o jego śmierci. Ta rozpacz jest nie do opisania...ta rana wciąż jest.
 bogna: 23.02.2014, 15:41
 To nie jest takie proste, ja jestem zmęczona, poddałam się już dawno, nie mam sił..., dlatego podziwiam Cię , baardzo i życzę sił....
 Justyna: 29.10.2013, 19:16
 Moje życie też się zmienia i to dzięki Bożej opiece. On powoli leczy moje rany, opiekuje sie mną i moimi dziewczynkami. 2 razy straciłam niespodziewanie pracę i po ok miesiącu miałam juz kolejną. Też wybiera taką pracę abym mogła sie w niej utrzymac bo mam nerwice połączoną z depresją. I dam gdzie dotychczas pracowałam to przymykali na to oczy. Bog koi moje zranione serce. I wierze ze uwolni mnie od tej nerwicy i depresji jak przyjdzie odpowiednia chwila. CHć chciało by się już być wolnym od tych obciązeń. Ja jednak ufam Bogu Ojcu naszemu i Mojemu kochanemu Jezusowi że moje życie wyprostują. Ja ja sie juz modle 10 lat( Bywają chwile zwątpienia lecz szybko mjają) , a bliższa relację z Bocgiem I Jezusem mam od 3 lat. Po reklolekcjach prowadzonych przez SNE( Szkolę Nowej Ewangelizacji). Trwajcie w bliskiej relacji z Jezusem bo Przez niego dotrzecie do serca naszego Ojca. Z Bogiem
 johnsonleeh: 23.10.2013, 07:34
 Różnych celów pożyczek Jesteś w potrzebie prywatnych lub biznesowych? Jeśli tak, skontaktuj się za pośrednictwem poczty e-mail ... johnsonleehloaninvestment@outlook.com Nazwa użytkownika: Wymagana ilosc: czas trwania: kraj cele:
 johnsonleeh: 23.10.2013, 07:31
 Różnych celów pożyczek Jesteś w potrzebie prywatnych lub biznesowych? Jeśli tak, skontaktuj się za pośrednictwem poczty e-mail ... johnsonleehloaninvestment@outlook.com Nazwa użytkownika: Wymagana ilosc: czas trwania: kraj cele:
 ja: 29.09.2013, 14:13
 Od lat prosze Boga o pomoc. I nic. Jestem na spolecznym dnie, bez zadnych perspektyw i zadnej pomocy. I jezeli Bog jest niby taki kochajacy i dobry to skad tyle cierpienia??? Potepienie nie wiadomo za jakie grzechy...I te niby boskie plany prowadzace do wyniszczenia czlowieka... ale w koncu drogi niby czeka na nas wybawienie...czyli niby zycie w pelni, co za absurd... Zaczynam dusic sie w milczeniu gluchego, slepego i okrutnego Boga i wcale nie jestem wdzieczna za to co musze przechodzic kazdego dnia od lat. A gadki o milosierdziu to bzdura. Mozna modlic sie o pomoc a to co dostajemy jest tym czego najbardziej sie boimy.A na koncu drogi nie ma Boga, jest nasza smierc.
 aga: 24.09.2013, 22:35
 weszlam na te stronke niechcacy...jestem osoba wychowana rowniez w domu alkoholika. To wplynelo na moje "ja". Osamotnienie jest we mnie od zawsze, ale doswidczylam Boga, ktory w tej samotnosci odkryl cos pieknego, wrazliwosc na swiat, na Jego Milosc. Moge smialo powiedziec, ze jestem szczesliwa, spelniona w Nim. Gdyz wiem, ze On pragnie mojego szczescia, jest Nim. Dlatego ufnie spogladam w przyszlosc, choc nie ejst to latwe. Czuje kazdego dnia ulge, pokoj w sercu, modle sie i wiem, ze modlitwy te nie wracaja do mnie puste...gdyz Bog kocha mnie tak bardzo, ze uczynil wszytsko, aby mnie ratowac i pokazal mi jak mam sie wydostac z niewoli gzrechu, jak mam zyc, jak mam postepowac, jak mam kochac. Pustynia w moim sercu zapelnila sie ogrodem , zapachem kwiatow...zrywam je by zaniesc tym , ktorzy nie maja w swoim sercu ogrodu. Oni sa wokol nas, potrzebuja Bozej Milosci, naszej troski. Bog obdarzyl mnie miloscia, nie moge jej zatrzymac dla samej siebie. Daje mi to wiele radosci, ze moge kochac i byc kochana przez mojego Ojca. Moja przeszlosc zastapila przyszlosc, w ktorej Bog otula mnie kazdego dnia slowami" nie boj sie, bo JaJestem z toba..." tego wam zycze.
 niewiem: 09.05.2013, 16:59
  Jestem osobą wolną, nie samotną. W tym roku ukończę 39 lat. Wychowałam się w rodzinie z problemem alkoholowym (tak to można delikatnie ująć). Pod tym określeniem ukrywam wiele problemów, takich jak: nieakceptacja siebie, kompleksy, lęki, nieumiejętność podejmowania życiowych decyzji itp. Klimat w moim domu był trudny do zniesienia - rodzice nie potrafili żyć w zgodzie. Ojciec uciekał w alkohol, matka żyła w żalach i pretensjach do niego. Sami byli poranieni i swoją niską samoocenę przekazali podświadomie nam - mnie i siostrze. Chociaż oboje bardzo starali się nas kochać - przede wszystkim zapewniając nam odpowiednie warunki materialne - to jednak kochali nas miłością "osobną", w której nie było jedności małżeńskiej. Ta domowa rana rosła wraz ze mną. Odkąd sięga moja pamięć, brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, spokoju wewnętrznego i pewności siebie. W czasach liceum chętnie uczestniczyłam w spotkaniach modlitewnych Odnowy w Duchu Świętym. Wspólne modlitwy były dla mnie czasem wytchnienia od domowej atmosfery, były czasem doświadczania Bożej bliskości i przyjaźni innych ludzi. Z perspektywy wielu lat, które upłynęły od tamtej pory, widzę, jak wielkim darem i oparciem były dla mnie te młodzieżowe grupy pełne ideałów, pasji życia i kochania Boga. Myślę, że to dzięki nim w tym decydującym okresie życia nie weszłam w zło typu narkotyki, alkohol czy niszczące przyjaźnie. Po maturze zgodnie z zamiłowaniem rozpoczęłam studia teologiczne. Niosłam na plecach swój ciężar - poczucie gorszości, brak poczucia własnej wartości, nieustanny lęk, ciężar "bycia obok" nawet wśród przyjaciół, cierpienia intruza, błazna, emocjonalnej kaleki, odtrącęnię i brak szacunku. Dziś wiem, że gdy człowiek nie szanuje samego siebie, nikt inny też go nie szanuje. Po ukończeniu studiów poznałam Marka. Spędzaliśmy ze sobą niedziele, spacerowaliśmy, słuchaliśmy muzyki i - nic więcej... To znaczy żadnych planów na wspólną przyszłość z jego strony. Byliśmy oboje niedojrzali do małżeństwa. On był uzależniony od matki, która nim sterowała, a ja od niego. Cierpiałam i nie umiałam odejść. Pragnęłam życia na głębszym poziomie, otwartego na Boga, duchowego rozwoju. On był religijnie obojętny. Tak minęły trzy lata. Miotały mną sprzeczne uczucia. W końcu, tuż przed Świętem Miłosierdzia Bożego, przejrzałam na oczy, nabrałam wewnętrznej siły i stanowczo zerwałam ten niszczący mnie, prowadzący donikąd związek. Po zerwaniu tej relacji przeżywałam bardzo trudny okres swojego życia, tym bardziej że nie miałam wsparcia ze strony swoich znajomych. Wiele koleżanek obwiniało mnie za to zerwanie, wiele też pozakładało rodziny, więc nasze więzi się naturalnie rozluźniły i pourywały. Jedynym wsparciem była wtedy dla mnie wiara w Boga, ale w tamtym czasie Bóg, jak zza grubych chmur, często wydawał mi się bardziej daleki niż bliski. Upadałam w smutek wynikający z izolacji i samotności. Często, płacząc, pytałam Boga, dlaczego jestem gorsza, dlaczego mnie opuścił. Pragnęłam rozmowy, życzliwości, wsparcia w trudnościach życiowych. Nie znajdowałam tego jednak ani w domu, ani w pracy. Nosiłam w sercu jakiś ciężar - cierń, który nie pozwalał mi oddychać i radować się życiem. Wyjechałam na wakacje i tam spotkałam Wacka. Był o 13 lat starszy ode mnie, imponował mi pewnością siebie, obyciem wśród ludzi, poczuciem humoru. Z głodu miłości przylgnęłam do niego całym swym sercem i prędko zamieszkaliśmy razem. Gdzie był wówczas mój szacunek do samej siebie, do swojej kobiecości?... To były moje pierwsze doświadczenia z mężczyzną. Po tym wszystkim poszłam natychmiast do spowiedzi. Błagałam Boga o przebaczenie, ale nie mogłam podjąć decyzji o wyjeździe. Chciałam, ale nie umiałam. Ten człowiek jakby mną sterował, a ja byłam mu ślepo i ulegle posłuszna, niezdolna do podjęcia samodzielnego działania. Oczywiście, po jakimś czasie się rozstaliśmy- ale tylko dlatego, że on twierdził, że "mnie nigdy nie kochał". Czułam się brudna, wykorzystana, pusta w środku... Towarzyszyło mi poczucie winy i obrzydzenie do samej siebie. W ciągu kilku tygodni dokonało się totalne spustoszenie w mojej i tak już cierpiącej duszy. Wiedziałam, że straciłam coś cennego, co miało być darem tylko dla mojego przyszłego męża. To ból trudny do opisania. Nie byłam godna stać w szeregu swoich poukładanych znajomych z kręgu Domowego Kościoła. Zrozumiałam wówczas, że osiągnęłam swoje dno i że tak dalej być nie może. że muszę coś zrobić ze sobą, dla siebie, że chcę Bogu wynagrodzić ten upadek. Zaczęłam jeździć na rekolekcje ignacjańskie. Słuchałam, robiłam notatki i próbowałam się modlić, ale do mojego serca docierało niewiele treści. Bardzo powoli wychodziłam ze skutków zła, ze stanów depresyjnych, fal smutku i gniewu. Uczyłam się modlitwy medytacyjnej, wymagającej skupienia, koncentracji i wysiłku. Powoli kształtowała się we mnie prawdziwa wiara, niezależna od emocji i nastrojów. (...) Intensywne życie modlitewne pozwoliło mi otworzyć serce i Pan Bóg stał się centralną Osobą mojego życia. Głęboko doświadczyłam Bożej miłości i szacunku, jaki ma Bóg Ojciec dla każdego swojego dziecka. Po każdej medytacji byłam bardziej utwierdzona w tej miłości, a łaska Boża wprowadzała ład i harmonię w mojej duszy. W osobistej relacji z Bogiem Stwórcą znikają kompleksy, lęki, pękają myślowe schematy. Naturalnie, to wszystko nie stało się od razu. Światło Boże ukazywało mi, co ma się zmienić na przestrzeni kilku lat. W czasie rekolekcji poznałam reguły rozeznawania duchowego, zaczęłam codziennie praktykować ignacjański rachunek sumienia. Nauczyłam się, że życie prawdziwymi wartościami - miłością, przyjaźnią, pięknem i dobrem - nie jest możliwe bez maksymalnego wysiłku ze strony człowieka i bez udziału Bożej łaski. Ta możliwość współpracy, współtworzenia swojej własnej historii razem z Bogiem napełniła mnie chęcią do życia i nadzieją na przyszłość. Zaczęłam zauważać Boga w codzienności. Od czasu kiedy moja przyjaźń z Jezusem stała się bardziej osobista, bliższa, realna i świadoma, nie wplątałam się w żadną niewłaściwą relację. Trzeźwo i realnie oceniam nowe znajomości. Nie poszukuję za wszelką cenę ludzkiej akceptacji. Mam tę najważniejszą, jedyną, życiodajną i szczęściodajną więź z Ojcem i Przyjacielem. Od kilku lat mam stałego kierownika duchowego, który jest wielkim darem dla mnie. Mam także kilku sprawdzonych bliskich przyjaciół, których cenię jak skarby. Wiem jednak, że nikt nigdy nie będzie dla mnie takim przyjacielem, jakim jest Bóg. Chciałabym powiedzieć wszystkim osobom z rodzin dysfunkcyjnych, wszystkim poranionym, pogubionym i odrzuconym: Pan Bóg pragnie leczyć Wasze rany każdego dnia. Pozwólcie Mu na to! Otwórzcie szeroko drzwi serca na duchowe dary! Każdy człowiek, który jest głęboko poraniony, jeśli nie pozwoli Jezusowi uleczyć swojej duszy, będzie nieświadomie ranić siebie i innych. Szatan szuka najsłabszych miejsc, aby móc je zaatakować. Tylko dzięki Bożej mocy możemy go zwyciężyć. Mimo bolesnej przeszłości możecie kochać i być szczęśliwi! Piszę także do tych, którzy łatwo i jednoznacznie oceniają i potępiają ludzi. Życie każdego człowieka jest niepowtarzalne... Samotne kobiety potrzebują wsparcia. Jeśli nie otrzymają go w domu i w pracy, to gdzie? Budujmy sieci przyjaźni, życzliwości, wzajemnego poszanowania, współdziałania. Silniejsi niech chronią słabszych. Ci, którzy wychodzą z kryzysu, niech rozumieją tych, którzy przechodzą przez ciemną dolinę. Zmieniajmy świat na lepszy przede wszystkim modlitwą i dobrym słowem. Kiedy trwam w bliskiej relacji z Bogiem, zachowuję pokój w swoim sercu.
 Maya: 03.05.2013, 22:09
 Mam 20 lat, co mi poradzisz?
 darek: 02.03.2013, 19:18
 A mi Bóg odebrał wszysko,od dziecka
 piotr: 12.02.2013, 15:37
 nie wszystkie dzieci Bog kocha
 Dominika: 15.01.2013, 16:18
 Mam prawie 40 lata i jestem sama. Nigdy nie czułam sie pod żadnym wzgledem gorsza od innych,w domu rodzinnym dostałam dużo miłości, sama też potrafię kochać.Lubię życie i ludzi.Wiele razy prosiłam Pana Boga, aby mi pomógł poznać wartościowego człowieka i założyć rodzinę.Prośba bardzo konkretna zanoszona od lat.Niestety bez efektu.Nie rozumiem dlaczego tak jest i jest mi z tym ciężko...
 Anna: 05.11.2012, 23:12
 Wspaniale swiadectwo! Jestem na podobnej drodze. Wiem, ze Bog ma jakis plan wobec mnie. Jego leczenie odbywa sie bardzo powoli. Trwale i wazne zmiany zawsze wymagaja czasu i dokladnosci. Czekam wiec cierpliwie na efekt "bozej terapii". Pozdrawiam serdecznie.
 Katarzyna anna: 11.09.2012, 22:44
 Super krzyczcie jak macie 20,30 lat bo wtedy mozna wszystko ułożyc-ja juz nie mam nadziei niedlugo będę miec 38 lat i żadnej nadziei na męża żadnej bo nawet nie mam znajomych dzięki którym mogłabym kogoś poznać.Nie mam własnego mieszkania i boleje nad tym bo kto zainteresuje sie prawie 40 letnia kobieta która nawet nie ma własnego lokum-bo nie stać mnie na kredyt-zatem kto by mnie chciał...
 Piotr: 11.05.2012, 05:02
 Panie Jezu Prosze Pomoz mi bym trwal przy Tobie ulecz moje zranione serce Boze wszechmocny Jestem taki samotny tyle we mnie jest strachu jestem takim grzesznikiem upadam na kolana bo tylko Ty mozesz zmienic moje zycie.Pragne Zyc Twoja Miloscia Panie -Dziekuje ze Jestes.Dziekuje za Swiadectwo.
 
(1) [2] [3]


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej