Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Wyrwana z przedsionka piekła

     Ukończyłam już 87 lat, pochodzę z wielodzietnej, bardzo biednej rodziny. Przez całe moje życie wiara w Boga była dla mnie bardzo ważna, nieustannie czułam, że On był ze mną. I choć czasami dawał mi różne bolesne doświadczenia, to zawsze mnie z nich wyprowadzał.

     Już w dzieciństwie okazał mi swoje miłosierdzie - przez siostrę mojej matki, która kiedyś wyjechała za pracą na Łotwę. Ciocia moja była bardzo ładną i dzielną kobietą. Na Łotwie wyszła za mąż za Niemca - aptekarza. Niestety, byli bezdzietni. Ciocia czasami na6 odwiedzała i pomagała nam finansowo, aż w końcu postanowiła adoptować jedno z nas. I wtedy Bóg skierował jej oczy na mnie, 8-letnią wówczas dziewczynkę. Byłam odważnym i wesołym dzieckiem i bez problemów zgodziłam się pojechać z ciocią na Łotwę. Tam ukończyłam szkołę podstawową, a potem, w Rydze, gimnazjum. Poznałam też w tamtym czasie dużo polskiej młodzieży i wstąpiłam do polskiego harcerstwa.

     Kiedy byłam w ostatniej klasie gimnazjum, wybuchła II wojna światowa. Wówczas to się okazało, że na zaproszenie Hitlera osoby niemieckiego pochodzenia z Łotwy, Litwy i Estonii mogły wyjechać na stałe do Niemiec. Ponieważ mój adopcyjny ojciec był Niemcem, także chciał pojechać, zwłaszcza że jego siostry i brat skorzystali z tej możliwości. Ja jednak miałam duże opory przed tym wyjazdem, bo czułam się Polką. Mimo to z miłości do swego adopcyjnego ojca, chociaż niechętnie, pojechałam także. Trafiłam do Berlina, gdzie podjęłam naukę w liceum medycznym. Tam też przypadkowo poznałam dużo polskiej młodzieży. Te znajomości powiększyły mój patriotyzm i zarazem nienawiść do hitlerowskiego reżimu. Utrzymywałam wtedy również korespondencję z harcerkami z Rygi. Nie zastanawiając się zbytnio nad możliwością cenzury swoich listów, wyrażałam w nich także własną nienawiść do Hitlera. I stało się: niezadługo aresztowało mnie gestapo. Przeszłam wielokrotne, bardzo przykre przesłuchania, by na koniec usłyszeć wyrok: kara śmierci. Ale i w owej ciężkiej chwili Bóg wkroczył w moje życie. Okazało się otóż, że w żyłach gestapowca, który prowadził śledztwo w mojej sprawie, płynęła polska krew (jego babka była Polką). On to właśnie zamienił tę karę śmierci na zesłanie do obozu koncentracyjnego w Ravensbriick.

     Tam Bóg ukazał mi w całej pełni, do czego prowadzi nienawiść i chęć zemsty, które nosiłam w sercu wobec wszystkich Niemców. Te uczucia zostały wówczas jak gdyby odwrócone i skierowane przeciwko mnie. Przez 3 lata znosiłam bicie, głód, ciężką pracę i zimno. Wieczorem dostawaliśmy pół litra zupy z mąki razowej ugotowanej na samej wodzie, bez okrasy. Wielka była nasza radość, gdy zupa była gęsta... Prócz tego wieczorem dawali nam kromkę suchego chleba, która była przeznaczona na śniadanie. Kto jednak mógł ją zostawić na drugi dzień, wypijając po ciężkiej pracy tylko pół litra rzadkiej zupy... Na śniadanie było więc pół litra gorzkiej kawy, a potem, do obiadu, dziesięć godzin pracy... W ten sposób przemijały dni, tygodnie, miesiące... Najgorszym dniem tygodnia była dla mnie niedziela, bo wtedy nie szliśmy do pracy. Niektórzy odwiedzali wówczas swych krewnych, ja jednak byłam w obozie sama. I niby pragnęłam być sama podczas swych wieczornych spacerów, ale jednak podświadomie kogoś szukałam. Tęskniłam do czegoś - a może kogoś - i w tej to tęsknocie odnalazłam Boga. Spoglądając na gwiazdy i niebo, zaczęłam się do Niego modlić: "Boże! Widzisz mnie i okropności, które przeżywam, a na które zasłużyłam wielokrotnie. Wybacz mi to wszystko i wybacz, że proszę o wolną Polskę. Użycz Polsce swego błogosławieństwa i w swej łaskawości przerwij jej cierpienie!".

     Moim pierwszym zajęciem w obozie było wyplatanie warkoczy z parzonej słomy, stojąc pod ścianą na wbitym gwoździu. Z tych wyplecionych przeze mnie warkoczy inne więźniarki szyły cholewki do butów dla esesmanów, którzy przy gotowywali się na wojnę ze Związkiem Radzieckim. Nieludzka była taka praca w nocy, gdy dokuczał głód i sen. Każda pragnęła się choć chwilę zdrzemnąć na stojąco, przytulając głowę do ściany. Nie było to jednak możliwe, bo oprócz pilnującej nas w baraku esesmanki niemal bez przerwy obserwowali nas również esesmani przechadzający się pod oknami. I kiedy tylko zobaczyli, że któraś z nas drzemie zamiast pracować, natychmiast wpadali do baraku i okrutnie ją bili.

     Po takiej nocnej pracy można było w baraku spać. Znowu jednak męczyło nas zimno oraz głód, kiedy tak czekałyśmy na pół litra zupy z brukwi, także ugotowanej na samej wodzie. Co rano o godz. 5.00 wyła syrena i w ciągu 10 minut trzeba było dokładnie zaścielić łóżko oraz zjeść śniadanie (jakie?), a potem stanąć na apel po 10 w jednym rzędzie, na baczność. Jeżeli liczba więźniarek na apelu się nie zgadzała, stałyśmy przez kilka godzin lub nawet przez całą noc - głodne, na zimnie, a nieraz w deszczu...

     Jakoś to wszystko znosiłam, wierząc w rychły koniec wojny i w inne życie. Ale jakie i gdzie? W obozie było pełno głośników, przez które rozgłaszano każde zwycięstwo Hitlera... Zaczęłam się zastanawiać, jakie i gdzie będzie to życie pod władzą tego podłego zbrodniarza... Dużo więźniarek zachorowało wtedy psychicznie. Takie kobiety były uśmiercane zastrzykami z fenolu i palone w krematoriach. Wiele też spośród nas odbierało sobie życie, rzucając się na ogrodzenie obozu, będące pod wysokim napięciem.

     Pewnego dnia i mnie - wykończoną ciężką pracą, dojmującym głodem i przeraźliwym zimnem - ogarnęła taka myśl: "Idę na druty!". Zwierzyłam się z tej myśli jednej więźniarce, z którą pracowałam. Była to Niemka, zesłana do obozu za romans z Polakiem wywiezionym do Niemiec na przymusowe roboty. Jej mąż był na froncie, no i w pewnym momencie młoda krew wzięła górę - kobieta zaszła w ciążę. Za karę dostała 30 batów i wywieziono ją do Ravensbriick, gdzie kilka razy golono jej głowę, a Polaka powieszono w tej samej wsi, w której ich złapano. Na niewinnym dziecku natomiast dokonano aborcji (gdy po tym zabiegu jeszcze żyło, dobito je zastrzykiem z trucizną). Usłyszałam od tej Niemki następujące słowa: "Zwariowałaś, chcesz szatanowi oddać swoją duszę?! Hitler wojnę przegra, a ty wrócisz do swojej Polski". Mimo to głos szatana był mocniejszy i często od tamtej pory słyszałam jego podszepty: "Idź na druty!". Męczyło mnie to bardzo często - i w dzień, i w nocy...

     W tym czasie pracowałam w baraku, gdzie szyto kożuchy dla esesmanów. Wreszcie jednej nocy postanowiłam, że popełnię samobójstwo. Pamiętam, że wzięłam wtedy kilka rękawów, by zanieść je do drugiego baraku, gdzie kompletowano te kożuchy. Wychodząc stamtąd, usłyszałam jakiś głos: "Idź, idź prędzej!". Wydało mi się, że to głos tej mojej znajomej Niemki i że mnie ona w ten sposób wyśmiewa. Odpowiedziałam więc głośno: "Możesz się ze mnie śmiać -ja i tak idę dziś na druty! Nie ma sensu tak cierpieć!". Kiedy zrobiłam parę kroków w stronę ogrodzenia, znów się odezwał ten sam głos: "Idź prędzej!". A po chwili usłyszałam już nie jeden, ale kilka takich głosów: "Idź prędzej!... Idź prędzej!...". Zaczęłam biec. Jednocześnie dochodził do mnie już jakby cały chór złożony z męskich głosów, który mnie dopingował: "Prędzej! Prędzej!...". Przyśpieszyłam. I gdy zmęczona, zadyszana dobiegam do drutów ogrodzenia, gdy już podnoszę rękę, aby z całej siły uderzyć ciałem w te druty, wtem na niebie (była ciemna noc) widzę Matkę Bożąz Dzieciątkiem na ręku, która grozi mi palcem! Trzy razy tak mi pogroziła i znikła. W tej samej chwili ten chór, który tak mnie podjudzał, nagle wydał przeciągły okrzyk, coś jakby "ho-ho-hooooo!...", a potem szybko oddalił się i zamarł. Wystraszona, padam na kolana... W tym momencie czuję, że ogarnia mnie jakaś ogromna siła - jakaś wielka potęga, jakaś niesłychana moc! Zaczęłam się modlić słowami Ojcze nasz... i Zdrowaś Mario... i patrząc na to miejsce, gdzie stała Matka Najświętsza z Panem Jezusem na rękach, zawołałam: "Matko Najświętsza, obiecuję Ci, że póki będę żyła, nigdy I nie popełnię samobójstwa!". Poderwałam się i chciałam uciekać, lecz ' nagle usłyszałam wokół siebie brzęk 1 łańcuchów i poczułam, że coś mnie nie puszczało. Po chwili szarpaniny jakoś udało mi się uwolnić i zaczęłam co sił uciekać z powrotem do baraku. Wpadłam wystraszona, blada jak trup, aż więźniarki zawołały: "Co ci jest? Gdzie byłaś?". Ja osunęłam się na podłogę, nic nie mówiąc. Na szczęście esesmanka wtedy spała, więc przykryły mnie kożuchami i zasnęłam. Rano współwięźniarki zapytały mnie ponownie: "Gdzie byłaś? Coś tam widziała?". Ja jednak nadal nie byłam w stanie opowiadać o tym, co mi się przydarzyło w nocy, dlatego odpowiedziałam im wymijająco: "Dzisiaj się przekonałam, że jest siła wyższa, że jest Bóg - ale że jest i szatan".

     Dopiero po jakimś czasie, kiedy trochę ochłonęłam, opowiedziałam koleżankom swoje nocne przeżycia. Wtedy ta moja znajoma Niemka, która była luteranką i nie znała modlitwy do Matki Bożej, stwierdziła: "Ale ta wasza Matka Najświętsza jest wspaniała - obroniła Cię od szatana i piekła! Widocznie bardzo cię kocha". Od tamtej pory często się zastanawiałam nad tym, dlaczego Bóg posłał Matkę Najświętszą, by Mnie wyrwała ze szponów szatana. Przecież tyle kobiet, tak samo jak ja umordowanych życiem w obozie, poszło na druty. Skąd taki ogrom miłosierdzia właśnie dla mnie? Może się nie spełniło jeszcze moje powołanie na tym świecie? Może mam w swoim życiu wykonać coś bardzo ważnego? Te i podobnie pytania nie dawały mi odtąd spokoju.

     Po tym wypadku nadal cierpiałam głód, zimno, bicie i byłam zmuszana do ciężkiej pracy. Tę codzienną monotonię zakłóciła nagle epidemia tyfusu plamistego. Komendant ogłosił, że choroba jest przenoszona przez wesz odzieżową i jest szczególnie groźna, bo w obozie brak j akichkol wiek lekarstw. Nic więc dziwnego, że szpital obozowy szybko się zapełnił potrzebującymi pomocy. Miałam od wujka trochę pieniędzy, więc kupiłam czosnek, który był dobrym lekiem na tyfus, i dobrowolnie się zgłosiłam do pielęgnowania chorych. Nie musiałam tego robić, ale coś we mnie siedziało i mówiło: "Zgłoś się!". Koleżanki mi odradzały, strasząc zarażeniem i śmiercią, ale liczyłam się z tym i pogodziłam.

     Moim codziennym zajęciem było dbanie o czystość i porządek, poprawianie łóżek, wymiana pościeli, a czasami kąpanie chorych i rozdawanie im posiłków. Praca była bardzo ciężka, ale dzięki szpitalnej kuchni przestałam wreszcie głodować.

     Miałam pod swoją opieką trzy pokoje. W jednym z nich na żelaznym, niskim łóżku leżała starsza, 50-letnia może Niemka, która cierpiała na bardzo zaawansowaną sklerozę i cały czas mówiła do siebie półgłosem. Razem z nią leżały inne ciężko chore kobiety, które chciały mieć ciszę i spokój. Któraś doniosła o tym siostrze Lizie, SS-marice będącej przełożoną szpitala, wysokiej, chudej i bezlitośnie okrutnej zbrodniarce. Liza nakazała Niemce milczenie. Jednak gdy po paru dniach sytuacja nie uległa zmianie, kazała jej wstać i pójść za sobą. Wszystkie wiedziałyśmy o "sposobach" Lizy. Kobieta złapała za poręcz łóżka, przeraźliwie wołając: "Pomocy! Ona chce mnie zabić! Zaprowadzi do pokoju trzeciego i tam da mi zastrzyk... do nieba!". Patrzyłyśmy na tę scenę przerażone, bo nikt nie śmiał bronić ofiary, która rozpaczliwie trzymała się łóżka. Liza ciągnęła ją wraz z nim. W końcu kopnęła chorą i wywlokła ją za kark do pokoju numer trzy. Zamknęła ją w tym pokoju i pomaszerowała do swojego, krzycząc: "Ja ci pokażę!". Za chwilę wróciła pełna złości. Kobieta, uczepiona żelaznych krat w oknie, szarpała nimi z taką siłą, że zdawało się, że za chwilę je wyrwie. Wściekła Liza oderwała jej słabe ręce od krat, przewróciła na łóżko, kolanem przycisnęła brzuch i jedną rękę, a w żyłę drugiej wbiła igłę wielkiej strzykawki. Umilkło wołanie o pomoc, ustało szarpanie... Siostra Liza "uwolniła" w ten sposób kolejną ofiarę od cierpienia... Oglądając tę scenę, zaniemówiłam i zastanawiałam się, czy to była walka zwierząt, czy też ludzie stali się zwierzętami... Z pokoju wyszła Liza z krwią na ręku i strzykawce, zmęczona, - ale zadowolona. Patrząc na nas, powiedziała: "Sprzątnąć!".

     Gdy któraś z chorych umarła lub została zamordowana, musiałyśmy włożyć ją rozebraną do trumny i czekać, aż zjawi się dentysta. Sprawdzał, czy martwa nie ma złotych zębów. Jeśli były, wyrywał je i przystawiał na pośladku pieczątkę. Dopiero wtedy wywoziłyśmy trupa do krematorium. Zostawiałyśmy pełną trumnę, a zabierałyśmy już opróżnioną. Taka wymiana pudełek...

     Robiłyśmy to we dwie z młodą Niemką, która próbowała zamienić to zajęcie w farsę, podśpiewując sobie rubaszne piosenki. Zarówno melodia, jak i teksty ("Znów jedna dusza od alkoholu wyratowana" itp.) tych jej przyśpiewek bardzo mnie denerwowały, dlatego zwracałam jej uwagę: "Nie godzi się żartować w ten sposób. A gdyby ciebie to spotkało?". "To ty będziesz za mnie śpiewać" - odpowiadała moja towarzyszka, po czym dodawała: "Jeśli ci to pomoże, to płacz!". Ja już jednak płakać nie mogłam. Byłam jak w transie i tylko chwilami, kiedy zapragnęłam modlitwy, wychodziłam z baraku i patrząc w niebo, rozmawiałam z Wszechmogącym. W takich chwilach nie czułam, że jestem więźniarką w obozie, nie słyszałam, że szczekają psy... Nie było głodu ani zimna. Byłam gdzieś daleko... Patrząc w górę i szepcząc Ojcze nasz..., czułam, że Ktoś jest przy mnie, że kocha mnie i ochroni przed otaczającym złem, że uczyni mnie nietykalną. Te radosne chwile przerywała okrutna obozowa syrena, przywracająca mnie nieludzkiej rzeczywistości głodu, zimna i śmierci. Mimo wszystko takie chwile napełniały mnie nadzieją, że ten stan nie potrwa długo, że kres moich cierpień jest bliski i że Boża miłość może wszystko.

     Po jakimś czasie siostra Liza gdzieś wyjechała i zastąpiła ją inna SS-manka. Wtedy to nadszedł rozkaz, żeby wystery-lizować wszystkie Cyganki w wieku od 10 do 60 lat. Wchodziły kolejno do pokoju, a po chwili wychodziły, głośno urągając i trzymając się za brzuch. Dokonywano na nich zabiegu, aby już nigdy nie miały dzieci. Przejęłam się tym do żywego, bo to samo postanowiono względem Polek. "Nie mieć dzieci? Po co więc żyć?" - zamartwiałam się. "Jak żyć bez dzieci, bez nadziei?...".

     Na szczęście obozowym oprawcom nie udało się już dokonać tej zbrodni, bo Niemcy zaczęli przegrywać - ich oddziały wycofywały się z Rosji. Coraz częściej zdarzały się naloty. Gaszono wtedy światła i mogłyśmy się choć przez chwilę zdrzemnąć. "Lecą na Berlin" - zgadywałyśmy. Po pewnym czasie bombowce wracały; trwało to godzinę, a czasami krócej. Czułyśmy, że zbliża się kres naszej niedoli, że kończy się wojna.

     Komendant nakazał zrobić w obozie selekcję. Przed komisją złożoną z kilku SS-manów pod jego przewodnictwem maszerowały więźniarki. Kaleki, stare, słabe wybierano do transportu. Komendant tłumaczył, że w związku ze zbliżającym się końcem wojny nieprzyjaciel nie może zastać w obozie kobiet wyniszczonych i chorych i że zostaną one przewiezione do innego obozu. Tego dnia udało się nam uratować Helenkę, łączniczkę z Kalisza, która była słaba i kulejąca. Dziewczyny ukryły ją w sienniku równo zaścielonego łóżka. Helenka opowiadała mi potem: "Leżę cicho w tym sienniku i słyszę wchodzącą SS-mankę z psem. Struchlałam, a oni minęli łóżko i pies niczego nie zwęszył". Może uratowała ją Matka Boża, do której się wciąż modliłam?

     Późnym wieczorem, przed ostatnią syreną, wybrałam się poza barak, pragnąc samotności, chwil sam na sam z Bogiem. Spojrzałam w niebo i zaczęłam się modlić. Usłyszałam wtedy dziwne skrzypienie. Poszłam w jego kierunku i ujrzałam dwie kobiety pchające ten sam wózek, którym kiedyś woziłyśmy skrzynie z trupami do krematorium. Zobaczyłam transport nagich, martwych ciał kobiecych, poukładanych byle jak, ze zwisającymi głowami, otwartymi oczyma i ustami -jakby chcącymi wykrzyczeć całemu światu hitlerowskie okrucieństwa... Z wózka zwisały ręce i nogi, z których jedna jakby popychała ten wózek, chcąc ulżyć koleżankom w tej skromnej procesji. Były to ciała kobiet z powstania warszawskiego, z braku miejsca w blokach zakwaterowanych w prowizorycznie postawionych namiotach. Minął mnie ten szczególny karawan, którego nie sposób było nie zapamiętać. Martwe, wykrzywione z bólu twarze zdawały się prosić: "Nie zapomnij nas!". Ileż zła wyrządził Hitler! Ale czy tylko on?... Jakże często człowiek ulega szatanowi!

     Na szczęście nie wszyscy Niemcy poddali się hitlerowskiej propagandzie. U berlińskiej rodziny, gdzie kiedyś mieszkałam, nie było żadnych "Heil Hitler!", a wszyscy pozdrawiali się "Grtiss Gott!" [Szczęść Boże! - przyp. red.]. Byli to ludzie silnej wiary w Boga, a tam szatan jest bezradny.

     Któregoś dnia naszą uwagę zwróciła zastanawiająca cisza w całym obozie - nie było widać SS-manek, nie szczekały ich psy. Zaproponowałam: "Dziewczyny, coś złego wisi w powietrzu. Chodźcie, będziemy się modlić!". Uklękłyśmy przed blokiem, wznosząc ręce do góry, do Boga, i najżarliwszy pacierz zakończyłyśmy odśpiewaniem Pod Twoją obronę... Ledwie skończyłyśmy, rozległo się ujadanie psów i pokrzykiwanie "Los! Los!" biegnących SS-manek. Zaprowadzono nas do stojących na placu więźniarek i każdej wręczono 3-kilogramową paczkę z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Wreszcie sformowano z nas kolumnę, po pięć w rzędzie, i późnym wieczorem, poganiane przez SS-manki, pomaszerowałyśmy do bramy, nad którą wisiał witający nas kiedyś napis "Arbeit macht frei!". Trzy lata temu wchodziłam przez tę bramę z obłudnym napisem, oznaczającym ciężką pracę o głodzie i chłodzie. Praca ta dawała "wolność" tylko na drutach lub w piecu krematorium... Teraz, po trzech latach, żegnałam to miejsce kaźni wielu kobiet, a odprowadzał mnie, ostatnio szczególnie gęsty i czarny, dym z kominów krematorium. Ten dym jakby chciał nas zatrzymać, bo obniżył się i otulił nas pożegnalnym uściskiem, abyśmy na zawsze zapamiętały swąd tlejących ciał, kości i włosów. Żegnajcie, koleżanki niedoli, żegnajcie!...

     Wychodzący spoza chmur księżyc ujawnił głęboką zadumę na naszych twarzach i zdawał się wypatrywać tej, która się pierwsza załamie i usiądzie w przydrożnym rowie, czekając na śmiertelną serię z automatu. Targały nami rozterki: "Co teraz? Dokąd nas prowadzą? Gdzie ta upragniona i tak długo oczekiwana wolność?"... Szłam otępiała i dotrzymywałam kroku innym tylko dlatego, że musiałam. Przestałam odczuwać żal, złość, nienawiść za to, co się stało. Nie mogłam nawet płakać.

     Monotonia marszu pogłębiła we mnie tę zadumę tak, że zaczęłam majaczyć. Zdawało mi się, że słyszę śpiew Pod Twoją obronę... dochodzący gdzieś z dala. Zaciekawiona, kto tak śpiewa, obejrzałam się do tyłu, ale kobiety idące za nami miały spuszczone głowy, były zamyślone, niektóre szeptały modlitwy. Nikt nie śpiewał, tylko ja słyszałam tę pieśń. Nagle poczułam moc Stwórcy, Jego pieczę nad nami i zrobiło mi się raźniej. Słońce zaczęło wyglądać spoza chat mijanej wioski, a ja wciąż słyszałam ową pieśń. Maszerowałyśmy coraz wolniej, jakbyśmy wchodziły pod wysoką górę. Zwolniłyśmy kroku, a karki zgięły się nam ku ziemi. Nadal zmagamy się z okrutnym losem...

     Przypomniało mi się opowiadanie matki, że Jezus także szedł pod górę i dźwigał ciężki krzyż. Im Golgota była bliższa, tym krzyż był cięższy. Upadał i wstawał, ale szedł dalej. Bili Go, wyśmiewali i opluwali, a On nawet ust nie otworzył w skardze i szedł z ogromnym ciężarem. Zadawałam sobie pytanie: "Dlaczego? Dlaczego Jezus, Syn Boży, musiał dźwigać ten wielki krzyż? Dlaczego Bóg wszechmogący, Ojciec kochający Syna, pozwolił na to?". Wtedy w oddali zobaczyłam postać dźwigającą wielki krzyż, na którego ramionach wisiały worki z imionami różnych ludzi. Na jednym zobaczyłam swoje - Adela - i drgnęłam: "To ja?". Jezus, dźwigając wór moich grzechów, uśmiechnął się i powiedział: "Chodź ze Mną!". Obciążony worami wyprzedzał mnie, choć miał pokrwawione ramiona, sine pręgi od uderzeń na łydkach, zakrwawione stopy i ciernistą koronę na głowie...

     "Los, los, weiter!" - krzyki SS-manek przerwały nagle moje rozpamiętywanie. Stanęłam i cofnęłam się, rozglądając się za Jezusem, aż zauważam Go na przedzie kolumny, jak z uśmiechem woła: "Pójdź za Mną!". Nina, moja starsza koleżanka, wzięła mnie za rękę i pociągnęła do przodu, ale ja wołałam za Jezusem: "Zaczekaj, zaczekaj!". "Co ci, co się wydzierasz!?" - krzyczały za mną więźniarki. W tym momencie obudziłam się jakby z głębokiego snu. Nie widziałam już Jezusa. Wyrwałam się z uchwytu Niny ze słowami: "Puść mnie, dlaczego mnie ciągniesz? Sama pójdę!". "Myślałam, że jest Ci słabo, i chciałam Ci pomóc" -dotarła do mnie jej odpowiedź. Po chwili nabrałam sił i szłam równo z innymi.

     Słońce było coraz wyżej. Prosiłyśmy o odpoczynek, bo byłyśmy bardzo zmęczone i głodne, jednak pilnująca nas SS-manka na nasze użalanie się odpowiedziała: "Ja też jestem głodna, a ta przeklęta Greta nie zmieniła mnie!". A kiedy dalej się domagałyśmy chwili wytchnienia, ofiarowując jej jedzenie z naszych paczek, wykrzykiwała: "Nie potrzebuję waszego zasr... go jedzenia! Weiter! Los! Los!". Nasze kroki stawały się jednak coraz wolniejsze, bo od wyjścia z obozu minęło już dwanaście godzin. Na szczęście po kilku godzinach usłyszałyśmy dobrą wiadomość: za godzinę będzie odpoczynek przy dużej stodole. Dodało mi to sił. Miałam nadzieję, że tam będzie na mnie czekał Jezus.

     Postój przy stodole okazał się jednak bardzo krótki, bo w pobliżu byli już Rosjanie, których Niemcy nie chcieli spotkać. Musieliśmy szybko pogasić ogniska i pomaszerować z powrotem, tylko inną drogą. Już trzecia noc minęła od wymarszu z obozu, a my wciąż wlokłyśmy się dalej, robiąc tylko krótkie przerwy na posiłek. Była wiosna, więc ogrzewało nas słońce. Cała przyroda budziła się z zimowego snu, ale my nie czułyśmy jej zapachu, nie słyszałyśmy śpiewu ptaków. Byłyśmy brudne, głodne i tępo patrzyłyśmy przed siebie. Wciąż jednak szłam do przodu, bo zdawało mi się, że Jezus znowu zachęca mnie swym uśmiechem i mówi: "Chodź za Mną!".

     Piątego dnia tego pełnego udręki marszu zauważyłyśmy, że na drogach pojawiło się wiele furmanek z Niemcami, którzy załadowali najcenniejszy dobytek i starali się dotrzeć do strefy amerykańskiej. Postanowiłam to wykorzystać i wraz z czterema towarzyszkami wyrwałyśmy się spod znienawidzonej obstawy. Dołączyłyśmy do tłumu uchodźców. Nie wiedziałyśmy jednak, co mamy robić dalej, dlatego kiedy następnego dnia z jakiejś bocznej drogi wyłoniła się kolumna więźniarek - naszych, z Ravensbriick, jak nam się wydawało - przyłączyłyśmy się do nich. I znów maszerowałyśmy w najrozmaitszych kierunkach, w zależności od linii frontu.

     Dziesiątego dnia od wyjścia z obozu osłabłam tak bardzo, że zaczęłam obojętnieć na'wszystko, a w głowie mi szumiało. Nie miałam już zupełnie sił, ale moje dwie towarzyszki, trzymając mnie pod ręce, wlokły mnie dalej, powtarzając mi, że mnie nie zostawią. Jakiż to był ź ich strony wysiłek fizyczny i dowód miłości! Kto dał im, wygłodniałym, tyle siły?...

     Nagle usłyszałyśmy głośny warkot, a potem gwizd i szum - coś leciało z nieba. Ludzie krzyczą i wszyscy padamy do rowów - było to dla mnie wybawieniem. Nie wiem, jak długo leżałyśmy w rowie, ale gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam poprzewracane wozy, martwe konie i ludzi płaczących nad zabitymi uciekinierami. Nalot pozwolił mi odzyskać siły na tyle, że znowu mogłam iść. Potem nadjechały amerykańskie i rosyjskie czołgi i SS-mani zaczęli w popłochu uciekać.

     Nareszcie byłyśmy wolne i mogłyśmy wracać do Polski, która teraz zaczynała się na Odrze. Podróżowałyśmy dniami, nocując w poniemieckich domach. Po mniej więcej tygodniu dotarłyśmy do jakiegoś miasteczka i odnalazłyśmy stację kolejową. Nie udało się nam wejść do pociągu, dlatego, mimo protestów maszynisty, we trzy wdrapałyśmy się na lokomotywę i w ten sposób dojechałyśmy do Łodzi. Tam się rozdzieliłyśmy. Kiedy zostałam sama na zatłoczonym peronie, poczułam się zagubiona i zrezygnowana. Na szczęście jakoś udało mi się dostać do pociągu jadącego do Warszawy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, ludzie wysypali się z wagonów i rozbiegli się w różne strony. Słychać było śmiech i nawoływania. Stałam jak odrętwiała i patrzyłam na Warszawę, na to wielkie gruzowisko. Jakoś udało mi się dotrzeć do stacji, a właściwie do miejsca, gdzie kiedyś była. Dach i stopnie stojącego tam pociągu były zajęte, jednak wciągnięto mnie na skrawek stopnia i w ten sposób udało mi się dojechać do Nowego Dworu. Wracałam do domu! Ś Szłam szybko, prawie biegłam znajomą drogą, którą po 17 latach wracałam do rodzinnego gniazda. Stanęłam pod krzyżem na rozstaju dróg - przeżegnałam się i machinalnie skręciłam w prawo, do domu rodziców.

     Zobaczyłam starą chatę wybieloną wapnem, z dachem krytym słomą. Na zamiecionym i wysypanym białym piaskiem podwórzu przy pniaku stała stara kobieta i rąbała patyki. "Kto to?" - zadawałam sobie pytanie i natychmiast znalazłam odpowiedź. "To moja matka!". Mama nie widziała, kiedy podeszłam, a na moje powitanie odpowiedziała, nie patrząc na mnie. Jej poorana zmarszczkami twarz tchnęła bólem i miłością. Zastanawiałam się, kim jest dla mnie kobieta, której miłość zastąpiło mi uczucie wujka. Jemu zawdzięczałam dzieciństwo i pełną radości młodość. Ten szlachetny człowiek naiwnie zawierzył hitlerowskiej propagandzie i zabrał mnie do kraju pełnego nienawiści do Polski i Polaków. Przeżyłam dzięki Bogu i opiece Matki Bożej. Teraz poczułam się oszukana i pozbawiona największych skarbów - matczynej miłości i rodzinnego domu. Spojrzałam na krzyżyk różańca wysuwający się z połatanej kieszeni fartucha mamy. Byłam pewna, że to ukrzyżowany Jezus doprowadził mnie do rodzinnego domu. Przerwałam zbyt drugą chwilę milczenia i zapytałam: "Czy tu mieszka pan Orlikowski?". Mama potwierdziła, nie patrząc w moją stronę. Znowu cisza. Nie wytrzymałam rosnącego napięcia i krzyknęłam: "Mamo, ty mnie nie poznajesz?". Wtedy wreszcie oprzytomniała. Zdumiona krzyknęła: "Mój Boże! To Adela! Renia, Adela wróciła!". Z chaty wybiegła siostra. Matczyny uścisk ukoił wszelkie rany i uśmierzył mój ból.

     Kiedy się wreszcie porządnie umyłam i najadłam, usnęłam niemal natychmiast i przespałam cały dzień, a potem całą noc i jeszcze dzień następny. Obudził mnie brat Stasiek, ten sam, który nie chciał się ze mną pożegnać przed moim wyjazdem na Łotwę. Do pokoju wszedł także ojciec i powiedział: "No cóż, znowu wróciłaś do tej biednej Polski".

     Wkrótce wyszłam za mąż i napisałam książkę o tym strasznym czasie spędzonym w obozie - pt. W poszukiwaniu Boga, szczęścia i ojczyzny. W ostatnich latach znajomy ksiądz od czasu do czasu zaprasza mnie na spotkania z młodzieżą. Opowiadam na nich swoje obozowe przeżycia, dając w ten sposób wobec młodych świadectwo o tym, o czym sama się przekonałam tak bardzo namacalnie: że jest i Bóg, i szatan.


Czytelniczka


Publikacja za zgodą redakcji

nr 5-2008


Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma
Rémi Parent
Czy chrześcijanie nauczyli się przeżywać swoją wiarę w Boga Jezusa Chrystusa w taki sposób, który utwardza ich w człowieczeństwie? Nie powołują się przecież na pierwsze lepsze bóstwo! Wyznają Boga Jezusa Chrystusa, którego śmierć-zmartwychwstanie na zawsze zapewnia zwycięstwo życia nad śmiercią... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Polak: 31.12.2014, 23:00
 Chwała Bogu!
 KAsia: 25.08.2009, 11:16
 Kocham Polskę
 Monika: 09.02.2009, 01:19
 Jestem dumna z tego ze jestem Polka. Dzieki moim studiom jezykowym duzo podrozuje, mam wielu przyjaciol w wielu krajach i zawsze z godnoscia mowi o mojej ojczyznie i jej historii. Apel do mlodych Polakow nie wstydzcie sie bycia Polakami, wszedzie gdzie jestescie, w kazdym innym kraju badzcie najlepszymi ambasadorami naszej ojczyzny.
 aaw: 13.12.2008, 16:34
 Piękne, wzruszające świadectwo. My, młodzi Polacy, nigdy nie powinniśmy zapomnieć wydarzeń II wojny światowej. Winni jesteśmy to ludziom, którzy wtedy zginęli - w obozach i walcząc o naszą ojczyznę...
 Krulik: 13.12.2008, 14:11
 Przeczytałem. Dziekuje.
 Beata: 13.12.2008, 12:53
 Chwała Panu!:)
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej