Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Krótka historia wątpliwości

     Każdego dnia stajemy przed wyborami, które przyczyniają się do tego jak upłyną nam kolejne godziny, dni, miesiące, a nawet lata... Czasem podejmujemy decyzje mądre i roztropne, czasem wprost przeciwnie. Jednak są to wybory, których dokonaliśmy sami. Przysłowiowe "naważone piwo". A co, gdy decyzja nie jest nasza? Gdy jesteśmy jedynie obserwatorami tego, co choć istotne, dzieje się bez naszej woli?

     Dookoła nas dzieje się wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu. A gdy nie mamy na coś wpływu, tracimy ukochane uczucie człowieka - kontrolę. Jest wiele uczuć ważniejszych i silniejszych takich jak miłość, dobroć czy strach. Żadne z nich nie jest jednak tak pociągające i uzależniające jak uczucie kontroli. W chwili, w której każdy z nas otrzymał od Boga wolną wolę, zapragnęliśmy także całkowitej władzy nad naszymi wyborami. Kontroli nad losem.

     Od zawsze wychowywałam się w rodzinie katolickiej. Bóg nie był dla mnie, więc jedynie czymś odległym, ale kimś żywym. Myślałam o sobie jako o osobie głęboko wierzącej. Jednak w życiu każdej osoby wierzącej przychodzi chwila, w której traci ona kontrolę. Dla mnie był to moment śmierci mojego brata. Jako dziewczynka, bo inaczej nie mogę określić 14-stolatki, straciłam mojego 4-roletniego braciszka. Osobę, która była dla mnie prawdziwą bratnią duszą. Ból, który pojawił się w chwili zrozumienia, że jego już nie ma, był rozdzierający. Nasza więź była wystarczająco silna, by ból nie był tylko psychiczny. Czułam jak wyrywano mi serce i jak płuca nie mogły pracować bez powietrza. Wszystko dookoła działo się bez mojego udziału. Straciłam kontrolę nad swoim życiem. To, że Michał umarł nie było moim wyborem. Myślę, że pomimo, iż był chory nie byłoby wyborem nikogo z mojej rodziny. Jednak stało się - mojego świata nie było już wśród nas.

     Pozostałam wtedy silna w wierze. Wierzyłam, że jego śmierć miała sens. Moja więź z Bogiem, mimo ciężkiej próby umocniła się. Ten ciężki czas przetrwałam dzięki modlitwie i zaufaniu w to, że mój brat jest teraz szczęśliwszy niż był kiedykolwiek.

     Właśnie wtedy poznałam Adama. Gdy pojawił się w moim życiu, zniknęło uczucie czekania na kogoś. Wiedziałam, że to właśnie on jest tą drugą połową, której istnienie podświadomie wyczuwałam gdzieś na świecie. W małej, szarej myszce zauważył coś więcej, niż czarne ubranie. Byłam cieniem samej siebie, a mimo to Bóg wyciągnął do mnie rękę, popychając ku mnie Adama. Przejął on kontrolę nad moim światem, który dla mnie samej był zbyt trudny do poskładania. Moja wolna wola była mi wtedy cierniem, ponieważ nie myślałam logicznie. Nie utraciłam wiary, ale dni starałam się po prostu przeżyć. Jeden za drugim. Od poranka, aż do snu. Adam stworzył dla mnie "złotą klatkę". Z każdym wyborem przychodziłam do niego. On ze wszystkich opcji doradzał mi tylko te, które były dla mnie dobre i to z nich wybierałam, co zrobić. Moją kontrolę oddałam całkowicie komuś innemu. To było proste. Nigdy w życiu nic nie wydawało mi się prostsze. Powoli odnajdowałam spokój. Moja wiara wciąż wzrastała przy człowieku, który udowadniał mi, że Bóg wiedział , co robi. A ja byłam wdzięczna, że nie zostawił mnie z tym samej. Po 3 latach cudownego związku, gdy stanęłam już na nogach Adam miał wypadek. Zmarł na miejscu.

     W jednej chwili moje życie legło w gruzach. Zostałam sama. Już drugi raz Bóg odebrał mi kogoś kogo kochałam. Odebrał mi dwóch mężczyzn ważniejszych, niż powietrze. Moje dwie bratnie dusze. Jednak poza niesamowitym bólem straty, pozostało coś jeszcze. Przerażenie. Straciłam kontrolę. Adam był moją kontrolą. Zdałam sobie sprawę, że bez niego nie umiem odnaleźć się w realnym świecie. W końcu, gdy go poznałam miałam zaledwie niewiele ponad 14 lat, gdy go utraciłam prawie 18... Przez ten czas moje decyzje były okrojone, bezpieczne. A teraz z rozdartym sercem musiałam jeszcze zmierzyć się z realnością.

     Moim sposobem na to było odcięcie się od świta. Nie takie jak za pierwszym razem. Nie zniknęłam. Wyłączyłam wszystkie swoje uczucia. Nie czułam smutku... Ale nic nie jest za darmo. Nie czułam też miłości, złości, radości. Miałam tysiące masek. Inną na każdą okazję. I pełną kontrolę. Moich decyzji nie zamazywały emocje. Stałam się szorstka, twarda i ironiczna. Nie przeszkadzało mi to być miłą, gdy wymagała tego sytuacja. Jednak moje wnętrze było martwe.

     Wtedy właśnie pierwszy raz wściekłam się na Boga. Uznałam, że to wszystko nie miało sensu. Każdy ból w moim sercu zrzuciłam na niego. W końcu skoro jest Bogiem, mógł wszystko ułożyć inaczej. Posypała się wtedy lawina wyrzutów. Mogłam być bogata. Mogłam być piękniejsza. Na świecie mogłoby nie być zła. Ale nade wszystko oni mogli żyć. W końcu wystarczyłby maleńki cud. Coś co dla Boga moim zdaniem, było tylko pstryknięciem palców. Chęć kontrolowania świata zawładnęła moim sercem. Postanowiłam nie dopuścić już nigdy do tego, bym cierpiała. W końcu ktoś, kto kontroluje każdy swój ruch i nie czuje nic, nie może zostać zraniony. Nie raz jednak mimo tego stałam w pokoju krzycząc do krzyża na ścianie. Nie umiałam tak łatwo porzucić Boga, choć myślałam, że to on porzucił mnie.

     Życie jednak ma te śmieszną tendencję do udowadniania człowiekowi, że wszystko co się dzieje ma sens. Wszystko. Bóg układa to dla naszego dobra. Nikt nigdy nie mówił, że ma być łatwo. Nie raz jednak mówiono nam, ze ma być dobrze.

     W kilka miesięcy później poznałam Marcina. Cudownego i wierzącego chłopaka, który postanowił mi udowodnić, że Bóg ma większy plan niż nam się wydaje. Na każde moje "nie" przypadały trzy jego "tak". I tak stopniowo przekonywał mnie jak wielki sens ma Boża miłość. A nade wszystko, że Bóg nikogo nie porzuca.

     Nigdy nie zapomnę pewnego wieczora. Wróciliśmy z kina i zostaliśmy w jego samochodzie. Nasza rozmowa powoli schodziła na coraz poważniejsze tematy, aż w końcu spytał dlaczego nie chce czuć. Dlaczego wole udawać. Odpowiedziałam, że nie chcę już nigdy stracić kontroli. Że jestem zła na Boga i boję się, że znów coś mi odbierze. I właśnie wtedy Marcin zaczął się śmiać. Chciałam go udusić, a on przez śmiech spytał:

     "Ty? Zła na Boga?".

     Nie rozumiałam jego rozbawienia, jednak już po chwili uspokoił się i zaczął tłumaczyć.

     "Bóg jest Bogiem i już. Jest wielki i wie o wiele więcej, niż my. Jeśli coś robi, to uwierz mi, wie co. A nasz mały osąd nie jest wystarczający, by kiedykolwiek to ocenić. Zachowujesz się jak małe dziecko."

     "Dziecko? Uważasz, że na to zasługiwałam?!"

     "Nie. Uważam, że nie wiesz jak szerokie było to działanie. Jeśli jeden z rodziców widzi, że dziecku w piaskownicy złamały się niektóre ząbki w grabkach może mu je zabrać. Wiesz dlaczego? Gdyż wie, ze teraz dziecko może się o nie skaleczyć, podrapać inne dzieci lub może stać się jeszcze inne nieszczęście. Z perspektywy dziecka? Zabrano mu grabki. Siada więc na środku piaskownicy. Składa ręce obrażone i płacze. W tej chwili jesteś tym dzieckiem."

     I mimo, że analogia była nie najlepsza, to dotarła do mnie. Dotarło do mnie, że w moim życiu mam wolną wolę, by z niej korzystać. Jednak jednocześnie mam Boga. Boga, który widzi więcej, wie więcej i kocha mnie o wiele bardziej, niż ja kiedykolwiek będę potrafiła go kochać.

     Od czasu tamtej rozmowy minął jakiś rok. Chwile po odrzuceniu uczuciowej bariery były naprawdę ciężkie. Do tej pory czasem nie panuję nad uczuciami lub reaguję zbyt emocjonalnie, ale nie żałuję. Nigdy nie będę żałować, że nauczyłam się czuć na nowo.

     Gdy patrzę wstecz widzę o wiele szerszy obrazek, choć nadal nie jest on przecież cały. To jedynie to, co widzę z perspektywy dziecka w piaskownicy. Widzę, że ciężko chory brat nauczył mnie współczucia, nadziei i bezinteresownej miłości. Jego śmierć sprawiła, że rozumiem ludzi, którzy kogoś stracili i gdyby nie ona nigdy nie poznałabym Daniela. Daniel nauczył mnie jak ważni w naszym życiu są inni ludzie. Jak mocno można kochać i by nigdy sie nie poddawać. Jego śmierć sprawiła, że wściekłam się na Boga. Pierwszy raz przeżyłam kryzys wiary i zauważyłam jak mała jest tak naprawdę. To co uważałam za jej szczyt, nie było nawet mocnym początkiem. Sprawiła, że poznałam kontrolę całkowitą. Zrozumiałam jak silna, uzależniająca i niebezpieczna jest władza bez empatii. Ale przede wszystkim każde z tych wydarzeń doprowadziło mnie do dnia dzisiejszego.

     Do dnia, w którym widzę jak wiele mam w sobie miłości, której bałam się używać. Do dnia, w którym udzielam się w wolontariacie, potrafię dostrzec w ludziach dobro i wiem, że Marcin miał rację.

     Każdego dnia, w którym wątpiłam, Bóg trzymał mnie za rękę i prowadził ku byciu lepszym człowiekiem. Bo nawet, gdy myślimy, że nie mamy już siły w niego wierzyć, to on wierzy w nas.

Monika


   


Każda chwila to miłość. Rozmowa z moim Panem Każda chwila to miłość. Rozmowa z moim Panem
s. Teresa Chomieniec MSC
Każdego z nas Chrystus zaprasza do osobistego dialogu. Zapiski współczesnej siostry zakonnej, pisane są w formie rozmowy ucznia ze swoim Mistrzem, mogą być pomocą dla każdego, kto pragnie żyć z Jezusem na co dzień... » zobacz więcej

Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej