Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Bardzo chcę tego dziecka. Nawet jeśli będzie kalekie

     21 stycznia 1992 r. to dzień dla mnie wyjątkowy i jedyny swego rodzaju w życiu. W tym dniu przyszedł na świat mój synek Grześ. I od tego też czasu czuję coraz silniejszą i nieprzepartą potrzebę, wręcz obowiązek, opowiedzenia wszystkim o pewnym okresie mojego życia i chociaż w ten nieznaczny sposób podziękować gorąco Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu i Matce Najświętszej za wiele łask, jakich doznałam.

     Jestem osobą wierzącą i praktykującą, chociaż muszę się przyznać, że jestem słabej wiary i często błądzę. Mimo że mam dopiero 29 lat, wielokrotnie już byłam w szpitalu i obecnie od 5 lat jestem rencistką I grupy z powodu mało znanej i nieuleczalnej choroby układowej, a przy tym i choroby serca. Zakładając rodzinę nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie mieć dzieci. Byłam wtedy zupełnie zdrową dziewczyną. W dzień po ślubie nastąpił pierwszy objaw choroby i znalazłam się w szpitalu na długi okres. Później nawroty były coraz częstsze. Kiedy nareszcie była poprawa, wbrew radom lekarzy postanowiliśmy z mężem zdecydować się na dziecko. Całą ciążę byłam pod opieką specjalistów z Warszawy, mimo że mieszkam w Lublinie, i w Warszawie też musiał nastąpić poród. Urodziła się piękna, zdrowa córeczka, która dzięki Bogu i Matce Najświętszej ma już prawie 6 lat. Po dłuższym okresie od porodu choroba się nasiliła. Były momenty tragiczne, które wywoływały u mnie bunt i złość (dlaczego akurat ja?). Oboje z mężem zdecydowaliśmy, że poprzestaniemy na tym jednym dziecku. Na wiosnę 1991 r. zaczęłam bardzo chorować, zwiększono mi dawki leków hormonalnych, do tego antybiotyki i całe mnóstwo innych bardzo silnych leków. W takich okolicznościach zorientowałam się, że jestem w początkowym okresie ciąży. Zwróciłam się do lekarza prowadzącego moją pierwszą ryzykowną ciążę. Na tę wiadomość zareagował jednoznacznie: stwierdził, że nie ma żadnej szansy na zdrowe dziecko, urodzi się bez rączek i nóżek, nie mówiąc o upośledzeniach umysłowych. Jednym słowem za dwa tygodnie kazał mi się zgłosić na "zabieg", a jeżeli bym się zdecydowała nosić tę ciążę, on nie podejmie się jakiegokolwiek leczenia. To był bez wątpienia najtrudniejszy moment w moim życiu. Dwa tygodnie strasznych męczarni, zwątpienia, rozpaczy i bezradności, a oprócz tego fizyczne bardzo złe samopoczucie. W tym okresie bardzo pomogła mi mama, która jest kobietą bardzo głęboko wierzącą i wszystkie swe troski poświęca Najświętszej Panience. Nie próbowała mi tłumaczyć i namawiać do urodzenia tego dziecka. Ale gdy leżałam chora w łóżku, spokojnie podsuwała mi Wasze pismo lub opowiadała mi różne przykłady z życia mówiąc, że wszystko jest w ręku Boga. Nie byłam przygotowana na urodzenie tego dziecka, początkowo nawet - muszę przyznać to ze wstydem - nie chciałam go. Jeszcze ta straszna wrzawa wokół aborcji w owym czasie... Uświadomiłam sobie w końcu, że chcę bardzo tego dziecka i że nawet jeżeli będzie kalekie, urodzę je, wychowam i będę bardzo kochała. Z tą decyzją przyszedł nareszcie błogi spokój, wszystkie zgryzoty i wątpliwości momentalnie odeszły. Dużo spokoju w ten niepewny okres wniosła spowiedź, kiedy to kapłan powiedział mi: "Pan Bóg nie chce choroby i kalectwa niewinnych dzieci i dzieci nie mogą być karane za grzechy ich rodziców". To mnie uspokoiło, bo miałam wrażenie, że Bóg może mnie pokarać za to, że chciałam usunąć to dziecko. Przez cały ten czas widziałam, jak moja mama głęboko modli się i prosi o zdrowie dla mającego się urodzić maleństwa. Przed samym już porodem mama zamówiła Mszę św. o szczęśliwe rozwiązanie. Synek przyszedł na świat zupełnie zdrowiutki. Grześ ślicznie się rozwija i jest nie tylko naszą pociechą, ale wszystkich, którzy się z nim zetkną. Mało tego ogromnego szczęścia, bo Matka Najświętsza sprawiła, że ostatnio otrzymaliśmy własne mieszkanie. To wszystko jest jak cud.

Bożena

Rycerz Niepokalanej
Maj 1993


Święty romans Święty romans
John Eldredge, Brent Curtis
Święty romans porusza nas do głębi, ponieważ znacznie bardziej niż ludzie żyjący w innych epokach utraciliśmy więź z własnym sercem. Pozostawiliśmy tę najistotniejszą cząstkę nas samych gdzieś w tyle, za dążeniem do kariery, do wydajności, sukcesu, a nawet za służbą Bogu... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej