Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Rak, modlitwa i ocalenie

     Pobraliśmy się 2 kwietnia 1977 roku. Miałam dwadzieścia cztery lata, Sean dwadzieścia dwa. Po podróży poślubnej oboje wróciliśmy do pracy, a po około sześciu tygodniach zaszłam w ciążę. Chociaż stało się to bardzo szybko, byliśmy zachwyceni i uradowani. Nasz dom miał się wkrótce stać prawdziwym ogniskiem rodzinnym.

     W czerwcu niektórzy nasi przyjaciele z Odnowy zamierzali udać się do Ann Arbor (w stanie Michigan w USA), aby zapoznać się z grupami modlitewnymi i życiem tamtejszej wspólnoty. Ci, którzy jechali zachęcali do wyjazdu każdego, kogo się dało, w tym i nas. Pojechaliśmy więc, pełni ciekawości, pozostawiając nasz nowy dom kompletnie nieumeblowany, jeśli nie liczyć łóżka i dwóch używanych foteli. Na szczęście Sean, jako stolarz, sam wyposażył kuchnię.

     Moim pierwszym wrażeniem ze Stanów było nieustanne gorąco i wilgoć oraz to, jak udawałam, że miło spędzam czas, podczas gdy wcale dobrze się nie czułam. O ile pamiętam, spędziliśmy w Ameryce trzy tygodnie, a ja z każdym dniem czułam się coraz bardziej chora. Za dużo było tam dla mnie konferencji, na które należało chodzić, za dużo spotkań modlitewnych, w których trzeba było uczestniczyć. A może czułam się tak podle, bo chciałam po prostu wrócić do domu? Cała ta wyprawa sporo mnie kosztowała. Ciągłe zmęczenie, wyczerpanie. Byłam tak słaba, że w drodze powrotnej część podróży spędziłam, leżąc na podłodze samolotu.

     Inne kobiety pocieszały mnie, mówiąc: "Też tak miałam w ciąży. Poczujesz się świetnie po pierwszych trzech miesiącach". Gdy w drodze powrotnej pojechaliśmy odwiedzić krewnych Seana, wylądowałam nawet w tamtejszym szpitalu. Zrobili mi badanie krwi i z miejsca chcieli mnie przyjąć do szpitala, nie mówiąc niczego konkretnego. "Potrzebne są dalsze badania" - dowiedzieliśmy się tylko. Kategorycznie odmówiłam, wiedząc, jakie są koszty opieki zdrowotnej w Ameryce, i upierałam się, żeby wyjechać. Dali mi wtedy list do mojego lekarza zalecając, żebym się z nim skontaktowała bezpośrednio po powrocie do domu. Tak też zrobiliśmy. Ten spojrzawszy tylko na list wezwał karetkę, aby mnie zabrała do szpitala na Holies Street, gdzie byłam zapisana na poród. Powiedział, że to tak dla pewności, by wszystko dokładnie sprawdzić. Nikt do tego momentu nie powiedział nam, że sytuacja jest poważna.

     Pisząc o tym, dla upewnienia spytałam Seana, jak długo przebywałam na Holies Street, gdyż dla mnie było to zaledwie kilka godzin. Wygląda na to, że były to raczej dni, a nie godziny. Daje to pewne wyobrażenie o moim stanie psychicznym i fizycznym w tym czasie. Nie odróżniałam dnia od nocy. Całkiem straciłam apetyt. To było tak, jakby ktoś wyciągnął korek i całe moje życie wypłynęło ze mnie, zabierając energię, którą miałam. Otworzyć oczy, skupić się na tym, o co ludzie mnie pytali lub co do mnie mówili - to było dla mnie zbyt wiele. Chciałam tylko, by wszyscy sobie poszli i zostawili mnie w spokoju.

     Myślę, że już na Holies Street mogłam po raz pierwszy otrzymać namaszczenie chorych. Jak przez mgłę przypominam sobie młodziutkiego księdza, który mnie pytał, czy chcę się wyspowiadać. Zupełnie nie miałam na to ochoty, nawet nie byłam w stanie zmówić z nim prostej modlitwy. Zbyt dużo wysiłku kosztowało mnie przypomnienie sobie czegokolwiek. Obok łóżka stały na stole zapalone świece, ale wiem na pewno, że jeszcze nie przyszło mi do głowy, że być może umieram. Nie obchodziło mnie to, za bardzo byłam zmęczona, by się tym przejmować. Zastanawiałam się, kiedy ksiądz sobie wreszcie pójdzie. Zdaje się - jak mi potem powiedziano - że poprosiłam go, by wrócił za tydzień!

     Kilka dni później przeniesiono mnie do szpitala św. Wincentego w Elm Park, który na kolejne cztery lata miał się stać moim drugim domem. Przyjechałam tam w lipcu, a przez następne trzy miesiące nawet nie postawiłam nogi na podłodze, nie mówiąc już o pójściu do domu. Na spotkanie z lekarzem specjalistą, który się mną zajmował, Sean poszedł zupełnie sam. Nie czekał, aż ktoś z jego, czy mojej rodziny pojawi się, aby go wesprzeć. Powiedziano mu, że mam ostrą białaczkę limfatyczną. Mój stan oceniano jako zły, a rokowania nie były dobre. Lekarz obiecał, że postarają się uczynić wszystko, co możliwe, by utrzymać mnie przy życiu, aż dziecko będzie zdolne do samodzielnego funkcjonowania, ale mi, niestety, nie dawano żadnych szans na przeżycie.

     Sean miał dwadzieścia trzy lata, byliśmy trzy miesiące po ślubie, a jego żona umierała.

     W tym czasie czułam się tak źle, że nawet nie miałam sił, by się przejmować. Mimo że byłam w ciąży, zaczęli chemioterapię. Mam bardzo cienkie żyły, niczym nitki, a poddano mnie terapii dożylnej, dlatego kolejne miesiące były zupełnym koszmarem, tak dla lekarzy, jak i dla mnie. Dla nich, bo kroplówka nieustannie się przerywała, w żyłach tworzyły się skrzepy, denerwowali się, szukając innej żyły, czasami o trzeciej nad ranem. Dla mnie - ciągłe ukłucia: "Przepraszam, spróbujemy jeszcze raz", cała w niebieskich i czarnych plamach - a czasami i tak bez efektu. Widziałam, jak lekarze wychodzili, żeby sobie zrobić przerwę, a potem wracali, by znów próbować. Pewnie pracują tam jeszcze ci, którzy wciąż pamiętają moje żyły! Do dzisiaj, po tylu latach, żyła od mojego lewego nadgarstka do łokcia jest nadal twarda jak kamień. Nigdy do końca nie wróciła do właściwego stanu, w pewnym okresie nie potrafiłam nawet wyprostować lewej ręki. Leżałam w łóżku bez przerwy od lipca do końca września; był to czas pełen bólu, złego samopoczucia i wymiotów. Pod koniec września po raz pierwszy pozwolili mi wyjść ze szpitala. Wróciłam do domu w piątek, a w niedzielę rano dostałam strasznego krwotoku z nosa, którego nie byliśmy w stanie zatamować. Z nosem tryskającym krwią musiałam pojechać z powrotem do szpitala, gdzie od razu mnie przyjęto. Następne miesiące to na przemian: sesje chemioterapii, krótkie wyjścia do domu, niby na trzy tygodnie, ale rzadko trwające tak długo z uwagi na przyplątujące się ciągłe infekcje, które zdawały się nie mieć końca. Podczas sesji chemioterapii włosy wypadały mi kępkami.

     Do tej chwili dziecko żyło, rosło i było w dobrym stanie, w przeciwieństwie do mnie. Myślę, że jedynym powodem, dla którego wtedy siadałam i jadłam, było dobro dziecka. Sobą się nie przejmowałam. Nie miałam na to ani siły, ani ochoty. Waga spadała mi drastycznie. Pamiętam, jak pewnego dnia spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że wyglądam jak ofiara głodu w Biafrze. Sama skóra i kości. Z pięćdziesięciu czterech kilogramów, jakie ważyłam w dniu ślubu, pozostało czterdzieści. Czy przejmowałam się tym? Raczej nie. Całą swoją energię poświęcałam na przetrwanie kolejnego dnia.


Mary McDonnell,
Rak, modlitwa i ocalenie, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC


   


Dorastanie do świętości Dorastanie do świętości
ks. Marek Dziewiecki
Ta książka – przewodnik po drogach świętości we współczesności – jest adresowana do tych wszystkich, którzy pragną się nieustannie rozwijać, czyli codziennie stawać kimś dojrzalszym i większym od samego siebie... » zobacz więcej

Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej