Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Potężna moc (Nie)widzielnej dłoni...

Pan otwiera oczy ślepych,
Pan podnosi zgnębionych,
Pan kocha sprawiedliwych.
Psalmy 146,8


     Przechodziłem w ostatnim czasie poważny sprawdzian wiary. Trwało to tak długo, że nie sposób było przejść obojętnie. Wątpliwości, smutek, ciemność ducha, dziwna pustka.. Coś nie pozwalało mi się do końca cieszyć tym, czym obdarował mnie Bóg: darem wiary, nieugiętej nadziei i ufności...

     Chodziłem przytłoczony. Szukałem odpowiedzi na pytania: co spowodował we mnie ten stan? Szukałem odpowiedzi u Boga, w modlitwie, w rozważaniu Słowa Bożego, w filozofii, u ludzi, bliskich. Na nic się zdało wszystko. Najbardziej zdziwiła mnie postawa milcząca Boga, który nigdy nie pozostawiał mnie bez odpowiedzi na pytania... Prawda wyzwala... marzyłem o niej: brakowało mi wolności od wątpliwości, dziwnego niepokoju.

     Po raz pierwszy odpowiedzią na ten dziwny wewnętrzny dylemat (Szkoła Ufności Bogu) stała się pielgrzymka Jana Pawła II do Lourdes... jak "miecz,który przebił serce Maryji", tak i we mnie, w moje serce uderzyła potężna niewidzialna Łaska.

     Zrozumiałem, że "nie czuję" kultu Maryji. Nie zanosiłem do niej próśb o wstawiennictwo. Postawa cierpiącego Papieża, Jego zawołanie "Totus Tuus" (Cały Twój) przemówiło do mnie. Kierowany jednak urazami do ziemskiej matki, zablokowany przez "protestanckie" myślenie (Bracia Protestanci nie modlą się do Maryji), szybko zaniedbałem natchnienie. Czasami modliłem się do niej, czasami nie. Można byłoby wyodrębnić momenty "szczytowe", ale one - jak emocje - szybko opadały... Szybko zapomniałem o tym, że to przez modlitwę różańcową zdobyłem wyśnioną pracę. Miałem bardzo poważne problemy finansowe i zawodowe. Stan dziwnego niepokoju wrócił. Choć wiara nie upadła,podtrzymywana przez ogromną nadzieję w sercu (Pan mnie strzeże) - cierpiała... mocno cierpiała wiara. A przez nią i moi bliscy cierpieli ze mną. Nie byli świadomi moich frustracji.

     I tak mijały kolejne dni oraz miesiące. Codziennie karmiony Słowem Bożym oraz sakramentami szedłem dalej - po części "w światłości", po części za intuicją... Wierzyłem,że Bóg odpowie mi na moje pytania. Stan ducha pogarszała obecność "klapek na oczach", które przeszkadzały mi w ujrzeniu w sobie poważnych wad, do których się nie przyznawałem. Traktowałem je jako słabości, wytłumaczając wiedzą psychologiczną (wpływ genetyczny, wpływ środowiska).. Modliłem się o lek. Modlitwa nie została wysłuchiwana. Nie wiedziałem, dlaczego? Modliłem się do Boga, skupiając się na współpracy z Duchem Świętym. On zawsze pomagał mi w trudnościach. Cudem rozwiązywał moje problemy. Okazało się, że i On mnie "opuścił"...

     Zanosiłem prośby o wstawiennictwo do świętych. Nic nie przynosiło oczekiwanego rezultatu.

     Momentem przełomowym stała się dla mnie śmierć Jana Pawła II. Potężne na skalę światową, medialne ewangelizacyjne rekolekcje: cierpienia i zawierzenia Maryji - uderzyły mnie dogłębnie. Zrozumiałem, jak wielkim brakiem zasiewającym chwasty w ogrodzie serca jest moja obojętna postawa wobec Maryji. Dni żałoby stały się dla mnie wyzwoleniem. Prawda zaczęła kiełkować w moim sercu.

     To jednak nie był jeszcze koniec. To nie było tym,czego oczekiwałem. Prawda miała mnie wyzwolić. Miałem czuć się dobrze ze sobą. Choć wielkie pokłady pustki zostały wypełnione przez zawierzenie się Maryji, do której próbowałem wcześniej nieudolnie się zwracać, czułem w sobie coś, co przeszkadzało mi normalnie funkcjonować i żyć. Zacząłem zwracać się do Maryji w sposób, w jaki nigdy się nie zwracałem do mojej ziemskiej matki. Mówiłem za Papieżem: "Cały Twój jestem, wychowuj moje serce, prowadź je do swojego Syna,Jezusa"...

     od momentu, gdy zaikrzyła we mnie, za przyczyną Papieża - miłość do Maryji - dziwnym zbiegiem okoliczności wątpliwości zacząły rozwiązywać się w potężnie zawrotnym tempie. To dała mi ta maleńka iskra miłości do Maryji.... która nie wychowywała mnie ku sobie, bym do niej się modlił, bym ją czcił, ale prowadziła mnie do Boga.

     Czułem rozkoszną słodycz zwracając do niej w modlitwie. Teoria potwierdziła się w praktyce, iż tylko pod sercem dobrej matki, w łonie - dziecko może czuć się najbezpieczniej. Pustka przechodziła. Niepokój odchodził... Ale jeszcze ta resztka, ta resztka została i męczyła. Nie miałem pojęcia, o co mi chodzi? Nie rozumiałem sam siebie. Próbowałem szukać odpowiedzi w Bogu. Na próżno. Skupiłem się na odkrywaniu Maryji. Skupiłem się na tej iskrze, która mnie tak mocno rozpaliła. Po procesji Bożego Ciała (2005r.) w naszej świątyni rozległa się pieśń maryjna. Po raz kolejny zawierzyłem jej: "Matko, mamusiu, pomóż. Mamusiu.." zwykłe i dziecięce słowa, pełne prostoty z ust dorosłego mężczyzny wydawały się być komiczne. Przyszedłem do domu. Zaplanowałem sobie wcześniej, że przegram w telewizji rewelacyjny, po części ewangelizacyjny film (Biała Koszula)... włączyłem jednak przez przypadek TV TRWAM i coś mnie tknęło, by zacząć nagrywać (Dzięki Ci Mamusiu, Maryjo) transmisję. Był to festyn połączony z Adoracją Najświętszego Sakramentu. Młodzież gimnazjalna prowadzona przez charyzmatycznego kapłana (który wyraźnie promieniował działaniem Ducha Świętego) mocno przeżywała spotkanie. Część płakała. Część modliła się. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego. Nikt wcześniej na moich oczach tak nie przemawiał do tak licznego grona ludzi z wyraźnym i skutecznym działaniem, którego nie dało się niezauważyć. Świadectwo kapłana (raz w życiu ujrzał w przemienionym Chlebie Chrystusa), piękne słowa uczące dobrego myślenia o innych, potężna nauka miłości, modlitwa o uzdrowienie. Wszystko było jak na filmie. Ktoś wyreżyserował sobie akcję z bardzo owocnym zakończeniem... Zastanawiałem się, czemu Maryja chciałaby mnie zaprowadzić właśnie do Eucharystii? Nie zrozumiałem tego. Jak Jezusowi, zaufałem także i jej. Wiedziałem, że mnie na pewno nie zawiedzie. Wierzyłem. Nie wątpiłem. WIERZYŁEM.

     Pojechałem do przyjaciela, niedawno wyświęcanego księdza, duszpasterza głuchoniemych w diecezji łomżyńskiej. Wspaniałe narzędzie Chrystusa. Gdyby nie on, nie poszedłbym na Mszę Świętą, którą on miał odprawić sobotniego podwieczora...

     Po dziesięciu latach nieobecności na ołtarzu, jako ministrant - założyłem komżę. Z uczuciem dziwnej radości szedłem służyć w Liturgii... Gdy podeszłem do Stołu Eucharystycznego, by rozłożyć sakramentalia, doznałem przedziwnego oświecenia. Patrzyłem na miejsce, na którym odbędzie się przeistoczenie Chleba w Sakramentalne Ciało Jezusa Chrystusa oraz Wina w Sakramentalną Krew Zbawiciela.

     Widziałem Jego wielką czystość. Ujrzałem własną nędzę na poziomie o wiele większym, niż wcześniej to bywało. Byłem po części przerażony, po części spełniony...

     Stałem jak dziwak i przyglądałem się... ciekawe, co myśleli ludzie o mnie?

     Odeszły wszystkie wątpliwości, które miałem do tej pory. Odeszła cała pustka. Zostałem sam ze świadomością, iż jestem wielkim grzesznikiem. Nie czułem, bym miał grzech ciężki na sumieniu (nie widziałem go/ich).

     Przystąpiłem do Komunii Świętej. Po odprawionej Mszy odmówiłem z moim przyjacielem modlitwę dziękczynną w zakrystii... Modlitwa była przeznaczona dla kapłanów. W pełni odzwierciedlała stan mojego ducha. Najbardziej uderzyły mnie słowa: "Nie dopuść, by ta Komunia Święta - stała się dla mnie wyrokiem potępienia" ... Prosiłem Boga: otwórz mi oczy, otwórz na tyle, by nic nie było przed nimi zakryte. Pragnę, byś był Moim Panem. Twoją Wolę chcę pełnić.

     Następnego dnia przystąpiłem do przełomowej Spowiedzi w moim życiu. Wyznałem grzechy, do których się wcześniej nie przyznawałem: więcej skupiałem się na wypominaniu matce przeszłości, niż dawaniu jej ciepła; krytykowałem ojca za obłudę i krytykanctwo innych, podczas, gdy sam byłem jeszcze o wiele od niego gorszy; życie religijne było na poziomie egoizmu: modliłem się wtedy, gdy tego sam chciałem, czytałem Pismo Święte, kiedy sam chciałem...a reszta objęta lenistwem nie znalazła w moich oczach zainteresowania. Wolałem film, muzykę. Wszystko, tylko nie Boga,itd.

     Spowiedź była przełomowa, bo przed kapłanem nie ukrywałem i nie ubarwiałem niczego. Nie usprawiedliwiałem się: zrobiłem to,bo byłem sprowokowany,itp. Zdjąłem z siebie skorupę. Ona była jak cebula. Listki z wielką uwagą zdejmowała ze mnie Maryja. Ciężko jej było się dostać do mojego serca... w oczach ludzi wierzącego, w oczach Boga słabego, grzesznego, zwyczajnego, niewielkiego, prostego, niczym się nie wyróżniającego - poza jednym wielkim Darem Boga w mojej duszy.

     Za Niego dziękuję Tobie Maryjo. Ty mi Go wyprosiłaś u Syna Swego, który dla nas oddał życie na krzyżu, zmartwychwstając, by dać nam Nowe Życie w pełni, w komunii z Bogiem w Duchu Świętym. Co mnie najbardziej zdziwiło po Spowiedzi? Nie musiałem się męczyć z rozkojarzeniem na Ofierze Mszy Świętej. To tak, jakby odbywała się ona w mojej duszy. Nic nie mogło jej zagłuszyć. A tyle razy próbowałem się nadaremnie skupić...

     Dziś się cieszę. Raduję się. Od rana chodzę wesoły, tak bez powodu. Nie czuję żadnej pustki. Bóg we mnie działa. Czuję Jego potężną moc, która za mnie walczy ze złem.... Co jest najdziwniejsze? Nie jestem zabobonny. Uważam, że nie można wierzyć w sny. Ofiarując jednak Bogu sen, jako jedną wielką modlitwę, widzę, że On w nim daje mi ciekawe wskazówki. Niemistyczne, ale proste i zwyczajne rady: jak być dobrym człowiekiem?


Serwis chrześcijański 2Tm 2,3
ChristSoldier.w.interia.pl


Święty romans Święty romans
John Eldredge, Brent Curtis
Święty romans porusza nas do głębi, ponieważ znacznie bardziej niż ludzie żyjący w innych epokach utraciliśmy więź z własnym sercem. Pozostawiliśmy tę najistotniejszą cząstkę nas samych gdzieś w tyle, za dążeniem do kariery, do wydajności, sukcesu, a nawet za służbą Bogu... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 anna: 03.02.2016, 12:17
 Dziękuję i serdecznie pozdrawiam. Bardzo ufam Maryi, kilka lat temu zawierzyłam Jej ciężko chorą bliską osobę - przeżyliśmy przez te lata wiele cierpienia, łaska zdrowia nie przychodzi od razu, ale powoli zaczyna to wyglądać lepiej. Kiedy wydaje się, ze nie ma nadziei zawsze! pojawia się rozwiązanie - albo dobry lekarz, trafiona diagnoza, udany zabieg czy operacja. Niewyobrażalne, ile jeden człowiek może doświadczyć, ale też niewyobrażalna jest łaska Boska - za pośrednictwem Maryi. Byliśmy w Lourdes - podziękować i prosić o zdrowie. Nauczyłam się ufać Maryi - na przekór logice i rozumowi. Po prostu wierzę.
 Joanna: 05.11.2014, 12:23
 Pokrzepiające bardzo :) DZIĘKUJĘ PANU ŻE POZWOLIŁ CI PRZEŻYĆ TE DOŚWIADCZENIA bo dzięki nim umacnia też moją wiarę :)
 MT: 26.12.2008, 17:05
 Dziękuję za to świadectwo! Na prawdę! Pozdrawiam serdecznie. I życzę wytrwałości! Jeszcze raz dzięki wielkie
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej