Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Z mroków masonerii ku światłu Chrystusa

     "Niespokojne jest serce moje, póki nie spocznie w Tobie" - tę prawdę odkrytą przez św. Augustyna można zastosować do wielu życiorysów współczesnych. Po jakich drogach błąka się myśl człowieka, gdzie w swych poszukiwaniach odpowiedzi dochodzi, a gdzie ją definitywnie znajduje - możemy odczytać, w życiu współczesnego lekarza francuskiego Maurice Caillet.

     Urodzony w 1933 roku nie został nawet ochrzczony. Jego rodzice, sami ochrzczeni ale niewierzący, żyjący w małżeństwie cywilnym, uważali, że, gdy syn dorośnie, sam sobie wybierze wyznanie. Maurice wspomina jedynie, że jego dwie babki, jedna prawosławna, Ukrainka z pochodzenia, a druga katoliczka, wniosły do rodziny jakiś posiew chrześcijaństwa. Szkoły odbył laickie a potem rozpoczął studia medyczne w Paryżu. W tym czasie wierzył w postęp i nieograniczone możliwości nauki. Dopiero początek praktyki lekarskiej zaczął mu otwierać oczy na ograniczonbść ludzkiej myśli i działań wobec zagadek życia, choroby i śmierci. 13 lat poświęcił chirurgii, urologii i ginekologii "marnując - jak wspomina - wiele czasu i energii na naprawianie szkód możliwych do usunięcia, gdyby istniała odpowiednia profilaktyka". Na tym tle dochodziło do coraz częstszych konfliktów z przełożonymi i w końcu porzucił chirurgię, by przejść do systemu ubezpieczeń zdrowotnych w Rennes jako przewodniczący komisji lekarskich.

     Ale zanim to uczynił, doświadczył skutków wprowadzenia prawa o dopuszczalności przerywania ciąży. Jeszcze przed liberalizacją prawną zdarzało mu się dokonywać zabiegów usuwania ciąży w wyjątkowych wypadkach, był też zwolennikiem zmiany prawa istniejącego w tej materii od 1922 roku, uważając je za zbyt represywne wobec kobiety i lekarza. Ale to czego doświadczył po jego liberalizacji, przeszło wszelkie wyobrażenie: w jego gabinecie 30 - 40 zgłoszeń do aborcji dziennie. Klaudia - pielęgniarka-instrumentariuszka, jego prawa ręka a później żona - dokonywała zapisów kandydatek, próbując przynajmniej niektóre odwieść od tej decyzji, ale natychmiast zaczęły się wrogie interwencje różnych organizacji feministycznych. Doktor Caillet, agnostyk, jeszcze wtedy daleki od etyki chrześcijańskiej, zaczął odczuwać odrazę do tegto, co musiał robić. Czy morderstwo może być sposobem na rozwiązywanie problemów rodzinnych, socjalnych czy ekonomicznych?

     Zdarzyło się tym czasie doktorowi, że koleżanka jego córki, 19-letnia licealistka zaszła w ciążę. Dziewczę było sierotą, ojciec dziecka chłopakiem z marginesu, ślub nie wchodził w grę. Na aborcję było za późno - minął już czwarty miesiąc. Doktor zwrócił się do wszystkich możliwych instytucji społecznych o pomoc dla niej. Nic nie wskórał. Ponieważ zbliżała się zima a dziewczę mieszkało w przyczepie kampingowej, zdecydował się wziąć ją do siebie. W domu doktora spędziła dwa lata. urodziła synka, skończyła szkołę, dziś jest cenioną pielęgniarką, specjalistką od reanimacji, syn uczy się w liceum. Doktor Caillet z satysfakcją wspomina ten epizod swego życia: zapobiegł przynajmniej jednemu nieszczęściu dzieciobójstwa, uratował dwoje ludzi: matkę i dziecko.

     Dziś uważa, że antykoncepcja, aborcja i seksuologia, to trzy wielkie klęski naszego świata. Tę ostatnią potępia nie jako wiedzę o płciowości człowieka, ale jako tendencję do oddzielania seksu od miłości, traktując seks jako przedmiot konsumpcji niemal na równi z papierosem, a słowu "miłość" odbierając jego głęboki sens. Jako lekarz zetknął się niejednokrotnie ze skutkami patologicznymi takiego podejścia. Apeluje więc, aby edukacja seksualna nie ograniczała się do uczenia technik, ale przede wszystkim tłumaczyła, że życie płciowe angażuje całą osobowość człowieka i dlatego wymaga dojrzałości fizycznej, psychicznej i duchowej obojga partnerów. Współczesną "rewolucję seksualną" w mediach, reklamie itp. oskarża o dewastację psychiczną wśród młodzieży, ponieważ doprowadziła do oddzielenia aktu płciowego od miłości.

     Doktor Caillet - tak oddany swemu powołaniu lekarza - zaczął się czuć nieswojo w swoim ukochanym zawodzie. Nie widział już w nim wystarczającego celu życia. Bliski przyjaciel, wyczuwając te rozterki a znając obszary jego intetektuałnych poszukiwań, powiedział mu pewnego dnia 1968 roku: "Maurice, tobie brakuje rodziny duchowej. Zdaje się, że ją odnajdziesz w masonerii".

     Te słowa padły na podatny grunt. Doktor czuł się rzeczywiście na jakimś rozdrożu. Uważał, że ma do dyspozycji tylko jedno, doczesne życie między urodzeniem a śmiercią, a będąc wrogo nastawiony do moralizatorstwa płynącego z motywacji religijnych, wyznawał imperatyw rozumowy nakazujący człowiekowi żyć według pewnych zasad etycznych, które sam wybiera. Było to bliskie teoriom promowanym przez masonerię, według których - odrzucając doktryny moralne religii - człowiek sam sobie stwarza kryteria etyczne i prawa, które będzie wcielał w życie.

     Dewiza wolnomularstwa - czyli masonerii - "wolność, równość, braterstwo" tak została sformułowana przez konwent francuskiej "Loży (oboediencji) Wielkiego Wschodu" do której zaczął kandydować doktor Caillet: "Jaśniejąca gwiazda, której światło rozbłyska ponad naszą Regułą dozwoli nam zobaczyć w całym blasku nieśmiertelne hasło, które daliśmy Republice (Francuskiej) i światu: wolność, równość, braterstwo. Jest to słowo niezmiernej wagi, słowo rewolucyjne i wzniosłe, które zastąpiło dawny tryptyk pokorny, zrezygnowany i żałosny: wiara, nadzieja i miłość. Ideał religii to wiara prostego człowieka, wiara dziecka, wiara ignoranta. Ideał nowego świata, to człowiek poszukujący w pełnej wolności sumienia i rozumu prawdy, dobra i poznania, przełamujący wszelkie obawy i wszelkie poddaństwa".

     Nowy kandydat przyjął tę dewizę za swoją, odpowiadała w pełni jego ówczesnemu światopoglądowi. Główne założenia ideowe masonerii to liberalizm i racjonalizm, w ich imię walczy z wpływem religii na życie społeczne, więc propaguje szkoły bezwyznaniowe, prawo do aborcji (to jej wielkim zwycięstwem była właśnie liberalizacja prawa, czego doświadczył Caillet jako lekarz), kult człowieka wolnego w każdej dziedzinie, eutanazję.

     Wstępując do oboediencji francuskiej Wielkiego Wschodu Caillet nie zetknął się na początku z jakimś wyraźnym ateizmem. Problemy metafizyczne były pozostawione prywatnym poglądom członków, nie zastanawiano się, skąd pochodzi człowiek, a po śmierci przewidywano dla niego pobyt w jakimś bliżej nieokreślonym "wiecznym Wschodzie".

     "Bóg masonów nie jest ani Substancją, ani Przyczyną, ani Duszą, Moralnością, Stworzycielem, Ojcem, Pocieszycielem, Odkupicielem, Stanem ani czymkolwiek, co odpowiadałoby pojęciu transcendentalnemu. Tutaj odrzuca się całą metafizykę. Bóg masonów jest personifikacją powszechnej Równowagi. "Architektem", który trzyma kompas, poziomicę, węgielnicę, młot, narzędzia pracy i miary. W porządku moralnym jest sprawiedliwością. Oto i cała teologia masońska" - to słowa francuskiego masona Marcela Cauwella na konwencie Wielkiej Loży w 1924 roku. Dla doktora te sformułowania były wystarczające: Bóg był wtedy dla niego pojęciem pustym.

     Jako renomowany lekarz, wykładowca wyższej uczelni rfiedycznej nie potrzebował specjalnych protekcji, by być przyjętym do loży - był znaną i cenioną postacią w swoim mieście. Wstąpił do masonerii, jak to określił "przez idealizm" licząc, że wielkie hasła "wolność, równość, braterstwo" będą wytyczały kierunek budowy lepszego świata.

     Wkrótce pokonał różne szczeble wewnętrznej hierarchii: został mistrzem jednej z lóż, delegatem do Konwentu (rodzaj parlamentu masońskiego), dopuszczono go do 18. stopnia wtajemniczenia (jest ich wszystkich 33) i do Fraternii Wyższych Funkcyjnych. Wspominając ten okres już po swoim nawróceniu, Caillet winszuje sobie, że nie dał się wciągnąć w żadne struktury polityczne i finansowe, przez które masoneria realizuje swoje dążenia do zawładnięcia centrami decyzyjnymi polityki i ekonomii światowej.

     W masonerii będącej systemem tajnych, hermetycznych organizacji, przyjęcie do poszczególnych lóż czy stopni hierarchicznych lub przejście do wyższych jest zawsze połączone ze specjalnym rytem i ceremoniałem. Obowiązuje daleko posunięta dyskrecja, głównie dotycząca członków. Tajemniczość otaczająca masonerię jest przyczyną, że wielu ludzi uważa twierdzenie o jej istnieniu za wynik podekscytowanej wyobraźni a, w każdym razie, opinie ojej szkodliwości za grubo przesadzone.

     Zdumienie doktora wywołała liczba katolików, których spotkał wśród braci lożowych. Trafili tam właśnie z nieświadomości, czym masoneria de facto jest.

     Doktor Caillet stanął na osiemnastym "różokrzyżowca", co otwierało przed nim nowy kierunek masonerii: okultyzm, czyli system nauk tajemnych. Okultyzm wychodzi z założenia, że w człowieku i w przyrodzie istnieją siły dotychczas niezbadane, które za pomocą odpowiedniej wiedzy i praktyk magicznych mogą się ujawnić i otworzyć przed człowiekiem nieograniczone możliwości.

     "Wąż kusiciel, który zachęca do zerwania owocu z drzewa poznania dobra i zła, symbolizuje ów szczególny instynkt, już nie zachowawczy, ale impuls najszlachetniejszy, a zarazem najsubtelniejszy, którego właściwością jest wywołanie u jednostek potrzeby wznoszenia się po stopniach bytów". Do tej teorii masońskiej doktor Caillet, po odzyskaniu wiary w Boga, dodaje taki komentarz: "Tak, to Wąż powiedział pierwszej parze «Będziecie jako bogowie». Ta forma ludzkiej zarozumiałości, która podsyca wszystkie organizacje ezoteryczne, jest owocem Złego".

     Okultyzm masoński obejmuje różne obszary wierzeń: panteizm (Bóg nie jest Osobą, tylko tworzy jedno ze stworzeniem), reinkarnacja (dusza ludzka przechodzi po śmierci szereg wcieleń ponownych), system potrójnego świata (pomiędzy światem duchowym i materialnym istnieje świat pośredni, astralny, znajdujący się we władaniu demonów), spirytyzm (przywoływanie i kontaktowanie się z istotami bezcielesnymi, duchami), kabała.

     Doktor Caillet i jego żona byli "różokrzyżowcami" przez 10 lat, szukając prawdy we wszystkich proponowanych kierunkach zainteresowań. Po inicjacji w "Zakonie Różokrzyżowców" doktor szybko zauważył, że o ile na poprzednich stopniach panowała większa demokracja, nie wchodzono w czyjeś poglądy religijne, gdyż uważano je za przynależne do sfery prywatności, teraz nastąpiły już szkolenia bardziej przypominające indoktrynację: wykład ex cathedra, dyskusja zredukowana do minimum, lektury o charakterze instruktażowym, wprowadzające nową terminologię i pojęcia, które należało sobie przyswoić, by być uznanym za "oświeconego". Doktryna Różokrzyżowców to już swoista religia masońska - jest w niej wiele z chrześcijaństwa, ale wymieszane z elementami innych religii, głównie Wschodu, więc tworzy przykład religijnego synkretyzmu. Proponuje jakieś ezoteryczne, kosmiczne chrześcijaństwo przyszłości. "Jak może chrześcijanin - pisał doktor już po swoim nawróceniu - w swoim sercu i umyśle pogodzić pojęcie Boga osobowego i miłosiernego z kosmicznym bytem bezosobowym i zimnym, który tylko księguje dobre i złe uczynki człowieka".

     Dziedziny, które stanęły teraz otworem przed "różokrzyżowcem", to spirytyzm, wyższy stopień hata-yogi, hipnoza, astrologia, radiestezja "wahadełkowa", magnetyzm, uzdrowicielstwo. Dla doktora najciekawsze były te praktyki, które mogły mieć dodatni wpływ na zdrowie człowieka, więc różne formy medycyny niekonwencjonalnej, ale próbował i innych. Brał udział w seansach spirytystycznych przy kręconych stolikach, w radiestezji, nawet w operacjach dokonywanych przez lekarzy wietnamskich bez użycia skalpela. Doszedł do przekonania, że można ćwiczeniem osiągnąć różne sprawności parapsychologiczne jak autohip-noza, postrzeganie aur, wejście w stan astralny, kontakt z siłami kosmosu. "To poczucie własnej siły, władzy, sprzyja ludzkiej pysze, z czego oczywiście szatan ma szczególną radość, zwłaszcza, że jego obecność w tych procederach pozostaje nie odkryta" - skonstatował po latach Caillet.

     Zafascynowany jeszcze tymi doświadczeniami z pogranicza nauki i magii, zaczął jednakże zauważać pewne nieprzewidziane skutki uboczne. Gdy przy pomocy wahadełka starał się wykrywać rzeczy niewiadome np. miejsce pobytu jakiejś osoby - a zajęcia takie uprawiał często i z zapałem - jego żona, przebywająca nawet w osobnym pokoju, doznawała jakichś nieokreślonych cierpień fizycznych. Potem się dowiedział, że żony "uzdrowicieli" i różnych radiestetów-wróżbiarzy często zapadają na zdrowiu, najczęściej na raka.

     Innym doświadczeniem ostrzegawczym był wypadek, który się zdarzył podczas kongresu uzdrowicieli w Bordeaux. Zaprezentowana na nim technika medyczna wychodziła z założenia, że niektóre choroby są wywołane działaniem energii, zwanych negatywnymi, które przy odpowiednim zadziałaniu mogą być przemieszczane. Podczas posiedzenia instruktor tej metody zaczął zapisywać na tablicy alfabetem hebrajskim nazwy energii negatywnych. W tym momencie dwie osoby będące na sali, w tym żona doktora, poczuły się bardzo źle, dostały kurczu mięśni, potem straciły przytomność. Na szczęście znaleźli się wśród obecnych uzdrowiciele, znający się na podobnych przypadkach, którzy wpłynęli na wyzwolone "energie" i przywrócili ofiary eksperymentów do stanu normalnego. Okazało się, że instruktor zaniedbał wpisania na tablicy najprzód nazw energii pozytywnych, które by neutralizowały działanie energii negatywnych, z czego się gęsto tłumaczył wobec audytorium.

     Ale sceptycyzm doktora zaczął rosnąć. Doszedł do przekonania, że człowiek w swojej ciekawości i żądzy panowania nad każdą dziedziną, podsycany czasem szlachetnymi dążeniami filantropijnymi, ale częściej chęcią zysku, wkracza na obszary niezbadane a groźne. Zbiegło się to w czasie z dojrzewaniem decyzji na opuszczenie masonerii.

     Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, doktor otrzymał z rąk swojego przełożonego i kolegi, a także brata lożowego, wypowiedzenie z zajmowanego stanowiska. Dymisja nastąpiła w takim momencie i okolicznościach, że doktor został faktycznie bez pracy. Ta upokarzająca dla renomowanego lekarza sytuacja dotknęła go głęboko nie tylko pod względem materialnym, ale też ambicyjnym. To był wstrząs, który zachwiał całym porządkiem jego świata, a zwłaszcza wiarą w człowieka. Nie rozumiał pobudek swego szefa: czy była to zemsta masonerii wobec kogoś, kto się wahał, czy przypadek, że przełożony był członkiem tej samej loży.

     Równocześnie doktorowa Caillet zaczęła poważnie zapadać na zdrowiu. Lekarze nie umieli określić charakterujej choroby. Były to uporczywe bóle żołądka i kiszek, zaburzenia trawienne - wszystko bez medycznie stwierdzalnej przyczyny.

     Doktor nie wiedział wtedy, że poprzez te dwa zupełnie odmienne wydarzenia wchodzi w jego życie Jezus Chrystus.

     Początek roku 1984 nie był fortunny: zastał doktora Caillet dotkniętego podwójnym ciosem. Jednym z nich była niespodziewana i niezasłużona dymisja z wszystkich zajmowanych stanowisk, a były to stanowiska wysokie. Upokorzenie 50-letniego lekarza, wybitnego specjalisty, wykładowcy uczelni medycznych, było dotkliwe. Odczuł to, jakby z dnia na dzień stał się nikim. Sprawił to zazdrosny czy chory z ambicji szef i kolega. Rok później ten sam człowiek próbował zwolnić żonę doktora Klaudię pracującą jako pielęgniarka.

     Ale jeszcze gorsza dla doktora była świadomość stanu zdrowia żony i bolesne szczególnie dla lekarza poczucie, że pomimo wszelkich starań nic nie może pomóc. Dolegliwości żołądkowo-kiszkowe doprowadziły Klaudię do takiego stanu, że nie mogła nic jeść poza odrobiną ryżu i gotowanej marchewki, a boleści wciąż nie ustawały, przynosząc osłabienia i omdlenia. W tym stanie doktor wywiózł ją samochodem w Pireneje, licząc, że zmiana klimatu może przynieść poprawę. Ale prawie cały pobyt w górach Klaudia spędziła w łóżku. Wtedy doktorowi przyszła myśl, by w drodze powrotnej zahaczyć o Lourdes. Sądził, że to przynajmniej podbuduje jąpsychicznie. Klaudia inaczej zrozumiała tę propozycję: jeżeli jej mąż, lekarz, racjonalista, naukowiec, mason i antyklerykał proponuje jako lekarstwo wodę z Lourdes, to znaczy, że jej stan jest beznadziejny. Nie dała poznać po sobie, co myśli, ale, zachowawszy w sercu przywiązanie do wiary chrześcijańskiej, zaczęła się przede wszystkim obawiać, że po jej bezskutecznej kąpieli w cudownej wodzie, mąż wpadnie w jeszcze gorszy sceptycyzm i ateizm. Żyła w lęku, że taki będzie jedyny efekt podróży do Lourdes.

     Po przybyciu tam w pierwszych dniach lutego, przy marznącej mrzawce, doktor odprowadził trzęsącą się z zimna i niepokoju żonę do basenów dla kobiet. Nie wpuszczono go do środka, więc zostawił Klaudię w rękach obsługi żeńskiej, a sam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, szukając jakiegoś schronienia przed deszczem, trafił do krypty pod bazyliką. Odbywała się Msza św. Nigdy dotychczas w niej nie uczestniczył, bo obecność w kościele z powinności towarzyskich podczas ślubów czy pogrzebów, nigdy nie wywołała u niego zainteresowania obrzędem liturgicznym. Masoneria nauczyła go, że trzeba człowiekowi pozostawić jakąś przestrzeń dla sacrum, jeśli to mu pomaga przezwyciężać chaos zewnętrznych doznań. Doktor traktował więc Mszę św. jako prymitywny rytuał, który w naiwnej wierze ma przywołać moce dobre, a odstraszać złe.

     Tym razem nie mógł patrzeć na ołtarz okiem obojętnym. Jego serce było zbyt udręczone... Coraz jaśniej uświadamiał sobie, że uczynił krok niespodziewany jak na niego, człowieka o twardym karku. Dotarły do niego słowa, które już kiedyś słyszał, ale nie wiedział wtedy, że to słowa Jezusa: "Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam" (Mt 7,7). Uświadomił sobie nagle, że przecież swoją decyzją przyjazdu do Lourdes przyszedł prosić.

    "Ja, który szukałem wyższego oświecenia na drodze inicjacji masońskich - relacjonował te chwile - ujrzałem kapłana ukazującego hostię, Żywą Obecność Chrystusa. I Duch Święty, o którym nic nie wiedziałem, bo nigdy mi o Nim nie mówiono (myślałem wówczas, że to głos mojego sumienia), On, Duch Święty, spytał mnie, co mam do ofiarowania prosząc o zdrowie Klaudii. Zdałem sobie sprawę, że nie mam nic do oddania poza sobą samym. To rzecz oczywista dla wierzącego, ale dla ateisty, zwalczającego Kościół przez 40 lat, oskarżającego kulturę judeochrześcijańską o wpędzanie ludzkości w kompleksy winy i grzeszności, o zaprawianie goryczą wszystkich przyjemności ziemskich - to było dużo. Niemniej, po zakończeniu Mszy św. udałem się za księdzem do zakrystii, prosząc o chrzest. Ten zaniepokoił się o stan moich władz psychicznych, a usłyszawszy, że jestem masonem i to z loży Wielkiego Wschodu, wpadł w większe przerażenie, niż gdyby ujrzał diabła w kropielnicy.

     Kazał mi się zwrócić z tą prośbą do biskupa ordynariusza w Rennes. W duchu stanąłem okoniem, wyobrażając sobie upokorzenie Czcigodnego Wielkiego Wschodu, członka Kapituły masońskiej, pochylonego w prośbie przed biskupem katolickim, triumfującym z odniesionego zwycięstwa. Moja pycha była jeszcze wielka".

     Ze swojej wyprawy do Lourdes doktor przywiózł doświadczenie, że Bóg, znając lepiej od nas samych nasze potrzeby, uzdrowił nie tylko Klaudię, której stan zaczął się szybko poprawiać, ale i jego samego - na duszy i umyśle.

     Dwa miesiące później odbył się chrzest doktora w kościele prawosławnym; przy tej ceremonii asystowała żona, już o wiele zdrowsza. Dopiero trzy lata później, po intensywnym dokształcaniu się religijnym, wielu przemyśleniach i rozmowach z ojcem Iwo, benedyktynem, doktor Caillet zdecydował się na przejście do Kościoła katolickiego.

     Ojciec Iwo wywarł na doktora doniosły wpływ. Widząc po różnych objawach, że szatan nie ma zamiaru łatwo zrezygnować z duszy doktora, a ten może się załamać pod ciosami Złego, odradził mu m.in. raptownego zrywania z masonerią. Szatan walczył różnymi metodami. Caillet, parafrazując zdanie A. Frossarda, mógł stwierdzić: "Szatan istnieje - spotkałem go". Ojciec Iwo umacniał neofitę na drodze wiary, poznania Chrystusa, i w staraniach o sakrament małżeństwa z Klaudią, gdyż była ona trzecią z kolei cywilną żoną doktora, a sama też miała za sobą inny związek.

     Tymczasem władze masońskie, widząc, że brat łozowy obiera zupełnie inną drogę, po wielu próbach złamania jego biernego oporu wykluczyły go ze swoich szeregów z racji "utraty zaufania". Ta dymisja usunęła doktora również z szeregów "różokrzyżowców" AMORC, gdzie Caillet osiągnął już tytuł Brata Różokrzyżowca. Warto wspomnieć, że symbol tej organizacji, róża na krzyżu, ma oznaczać, że przez przeciwności (krzyż) człowiek dochodzi do pełnego rozwoju swej osobowości (róża). Zabrakło w tym symbolu zasadniczego elementu: Chrystusa na krzyżu, przynoszącego człowiekowi najpełniejszy duchowy rozwój.

     Doktorowi opuszczającemu lożę masońską kazano zwrócić wszystkie materiały szkoleniowe i pisma. Zobowiązano go do zachowania tajemnicy w ściśle ustalonym zakresie, na co przystał wiedząc, jakie tragiczne bywają skutki złamania masońskich tajemnic. Winszował sobie w tym momencie, że nie wszedł w żadne struktury ekonomiczno-polityczne, przez które masoneria wywiera wpływ na organizacje międzynarodowe i politykę światową. Wtedy nie byłoby przyzwolenia na odejście "swojego człowieka", zorientowanego w dalekosiężnych programach podporządkowywania sobie polityki i gospodarki na świecie.

     Teraz nie było już przeszkód, aby doktor przeszedł do Kościoła katolickiego, zwłaszcza, że wszystkie zastrzeżenia odnośnie możliwości zawarcia związku sakramentalnego zostały szczęśliwie wyjaśnione, a władze kościelne wydały formalne pozwolenie na zawarcie sakramentu małżeństwa.

     Po kilku latach, przeszedłszy na emeryturę, Caillet postanowił dać świadectwo o swojej drodze do Boga. Uczynił to pisząc "List otwarty do mojej rodziny jako dziękczynienie Bogu". List ten ukazał się w 1998 roku pt. "Z sekretów łoży do światła Chrystusa albo nawrócenie masona". Caillet zdecydował się złożyć to świadectwo przynaglony natchnieniem Ducha Świętego, otrzymanym podczas modlitwy w grupie odnowy w Duchu Świętym. Skarby łaski, wylane na człowieka, według ekonomii Bożej mają służyć nie tylko jemu samemu. "Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach" (Mt 10,27). "To jest obowiązek - pisał w "Liście otwartym" - być świadkiem, kiedy Bóg pochyla się, aby interweniować w nasze życie. Nie jestem wybrańcem, prorokiem a jeszcze mniej kimś doskonałym. Starając się być świętym, jestem zwykłym posłanym, obarczonym skromną misją, bez rozgłosu, aby przypomnieć członkom mojej rodziny, że Bóg może wejść w ich życie, jeżeli tylko otworzą Mu szparkę swoich drzwi. Bo nie mniemajcie, że Bóg wszedł w moje życie przez włamanie. Boża pedagogika jest łagodna, świadcząca o Jego wielkiej miłości, szanującej niezmiernie naszą wolę. On oczekuje nawrócenia każdego z nas, a to nawrócenie polega na wyzbyciu się starego człowieka upartego i zatwardziałego, który jest w każdym z nas niezależnie od wieku, i staniu się człowiekiem nowym, przekonanym, że nie tkwi samotnie w świecie bezsensu, ale jest otoczony życzliwą troską potęg niebieskich, przekonanym, że nie jest związany łańcuchem dogmatycznych praw, rytów i praktyk, ale uwolniony z win, lęków i strachu przed śmiercią (doprowadzającym do tego, że się boi nawet wymawiać jej imię); jednym słowem, wolny w miłości jednoczącej go ze swym Stwórcą i całym stworzeniem. Niektórzy, czytając te słowa, może przyjmą je jak wykład teoretyczny, wyuczony, albo jako próbę indoktrynacji. Proszę tych, którzy znali mnie i moje przywiązanie do wolności, aby zaświadczyli, że nie jestem człowiekiem, który by przyjął jakąkolwiek doktrynę lub czyjś autorytet, gdyby one nie odpowiadały w pełni całemu memu jestestwu. Oddałem się całkowicie tylko dwom osobom: mojej żonie Klaudii i Bogu, ale oddałem się aktem mojej wolnej woli «nie jako niewolnik, ale syn» (Gal 4,7)".

     Świadectwo Maurice Caillet jest adresowane nie tylko do jego rodziny, jest przeznaczone dla każdego. Wskazuje wszystkim, a w szczególności tym, którzy w trudzie swego intelektu szukają odpowiedzi na zagadki swego życia i otaczającego świata, że Odpowiedź na wszystkie dręczące ich pytania jest blisko, wychodzi naprzeciw, czeka cierpliwie, aby człowiek uczynił tylko jeden gest - otworzył drzwi swego serca.


Teresa Tyszkiewicz


Publikacja za zgodą redakcji

nr 3-4/1999


   


Dorastanie do świętości Dorastanie do świętości
ks. Marek Dziewiecki
Ta książka – przewodnik po drogach świętości we współczesności – jest adresowana do tych wszystkich, którzy pragną się nieustannie rozwijać, czyli codziennie stawać kimś dojrzalszym i większym od samego siebie... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 Pola: 26.04.2016, 10:21
 Jest tylko jeden Kościół prawdziwy i jest to Kościół katolicki.
 Mirosław: 05.03.2013, 23:05
 Wyczuwam w tym artykule lekko pogardliwe podejście do Kościoła prawosławnego. Nie wydaje mi się aby było zwykłym błędem autorki napisanie słowa "kościoła" z małej litery w odniesieniu do chrześcijaństwa prawosławnego a w odniesieniu do chrześcijaństwa katolickiego z dużej. Wynika też z niego, że chyba jestem "niedokształcony", ponieważ od chwili chrztu aż do dzisiaj jestem prawosławny. W dodatku mam nadzieję takim pozostać...Pozdrawiam z miłością w Chrystusie!
 Francuz: 02.09.2008, 18:55
 Czytalem ta ksiazke autora Maurice Caillet, pod tytulem : " Rien n'est impossible à dieu "- Editions Sarment - mam ja pod reka. Pozwalam sobie takze zwrocic uwage na Ksiazke, autora "Claude CHEVREUIL", pod tytulem : " Le rendez-vous d'Orvieto" -- wydanie 'Editions du Jubilé' - Sarment.-- Autor opisuje swoje cudowne uzdrowienie z raka i nawrocenie na Droge Chrystusowa, po tej przemianie zostal Oblatem przy zakonie w Solesmes (FRANCJA). Autor byl Dyrektorem znanego laickiego lyceum w Paryzu . Gdy jeszcze pracowal, premier Francji, odwiedzil jego szkole. I w niby francuskiej i laickiej Francji Bog dziala i zdarzaja sie cuda. Nie zapominajmy ze Francja wydala, w pszeszlosci duza liczbe Swietych, dowiedzialem sie tego od polskiego misjonarza.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej