Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Mimo wszystko kocham życie

     We wstępie do książki Annę Kritter "Et pourtant, j'aime la vie" jeden z więźniów opisuje spotkanie z nią: "Którejś niedzieli - a jest to dzień, w którym człowiek szczególnie tęskni za domem - znalazła się wśród nas Annę Kritter. Przemówiła do nas w czasie mszy św. Pierwsze wrażenie było zaskakujące. Była kaleką. Dopiero jej uśmiech zatarł to przykre wrażenie. Mimo kalectwa stała wyprostowana przed nami. W czasie liturgii znikło gdzieś przygnębienie. Ona jest jak latarnia w ciemnej nocy, która rozjaśnia drogę. Jej radość życia i wiara natchnęły nas nadzieją. Jej słowa trafiają prosto do serca. Dzięki jej świadectwu z pełnym spokoju sercem wróciliśmy do cel. Następnego dnia mówiliśmy tylko o niej..."

     Annę Kritter urodziła się w 1912 r. w alzackim Mulhouse we Francji. Oboje rodzice byli robotnikami. Oczekiwali z radością przyjścia na świat trzeciego dziecka.

     Ojciec jednak, gdy zobaczył kalectwo niemowlęcia, które miało zdeformowane kompletnie rączki i nóżki, z rozpaczy chciał sobie życie odebrać. Uratowała go przed śmiercią mądrość i miłość żony, która była przeświadczona, że to upośledzone fizycznie dziecko da rodzicom tyle samo radości co zdrowe.

     Przed siódmym rokiem życia nie można było myśleć o żadnej operacji. Tak sądzili lekarze. Rosła więc Annę zdana zupełnie na pomoc innych. Nie mogła sama jeść ani stanąć na nóżkach, jak jej starsze siostry. Matka kochała ją bardzo i robiła wszystko, by córeczce ułatwić życie. Ojciec wstydził się jej. Dziecko wyczuwało to i starało się pozyskać życzliwość ojca oznakami dziecięcej miłości.

     Wybuchła wojna światowa. Często trzeba było chronić się w piwnicy. Annę panicznie bała się pająków. Była bezbronna.

     Mając pięć lat poszła - tak jak i jej starsze siostry - do szkoły. Matka wnosiła ją na rękach na drugie piętro. Wiedziała, że dziecko nie wpadnie w kompleksy, jeżeli umożliwi się mu normalne życie wśród rówieśników. W szóstym roku życia została po raz pierwszy operowana. Prawa rączka została najpierw połamana i potem tak złożona, że dziewczynka po raz pierwszy mogła podnieść rękę do ust. Było to niesamowite przeżycie dla dziecka.

     W 1920 r. w czasie pielgrzymki do Lourdes przyjęła po raz pierwszy komunię św. Było to jedno z najpiękniejszych przeżyć w jej życiu. Pierwsze bliskie spotkanie z Jezusem. Kocha ludzi. Nie może bawić się z innymi dziećmi, ale siedząc przy oknie może z nimi rozmawiać.

     Radość chodzenia do szkoły skończyła się w dziesiątym roku życia. Matka nie dawała już rady dźwigać jej. Dla tej żywej dziewczynki było to tragiczne przeżycie. Zawiodły też wszelkie próby nauczenia jej jakiejś pracy. Ręce były zbyt zdeformowane. Mimo to Annę jest szczęśliwa. Nie poddaje się: śpiewa, sama bawi się, śmieje się. Szczególnie ciepło wspomina każde Boże Narodzenie.

     Ponieważ ojciec jest kolejarzem, mogła kilka razy udać się do Lourdes. Zawsze towarzyszą jej wtedy wielkie marzenia i nadzieje. Chciałaby być uzdrowioną, wyjść za mąż, mieć gromadkę dzieci. Bóg jednak miał wobec niej inne plany.

     Któregoś dnia powiedziała do niej matka: "Jutro pójdziesz do pracy". Wreszcie będzie pożyteczna. Radość zalewa serce Anny. Ale czy podoła? Miejscem jej pracy jest małe przedsiębiorstwo produkujące szczoteczki i szczotki. Annę przechodzi przeszkolenie i pierwszą szczoteczkę może sobie zatrzymać. Zaczyna marzyć o aucie, którym będzie mogła podróżować.

     Jednak końskie włosie, z którego produkowane są szczotki, jest impregnowane naftą. Po roku pracy dostaje zatrucia i musi zrezygnować z pracy i marzeń o aucie.

     Annę ma 18 lat, gdy umiera ojciec. Był to dla niej bolesny cios. Rodzina straciła jedynego żywiciela. Spiętrzają się problemy finansowe. Annę nie załamuje się. Ma grono wiernych przyjaciół, którzy ją odwiedzają i zapraszają w odwiedziny sami niosąc ja na ramionach. Ożywione dyskusje, zabawy, radość i śmiech pozwalają mi przynajmniej na jakiś czas zapomnieć o problemach.

     Któregoś dnia poznała Charles'a. Polubili się. Oboje zdają sobie sprawę z trudności. Byl to piękny czas w życiu Annne. Była kochana i to dawało jej tyle radości. Razem odbywają przejażdżki na rowerze. W tym czasie rodzina przyjmuje na wychowanie dwoje dzieci: Mariannę i Linette. Annę jest szczęśliwa. Zaraz bierze Linette pod szczególną opiekę. Mała pokochała Annę i nazywa j ą "mama". Niestety, zabroniono dziecku tak nazywać swoją opiekunkę. Był to nowy cios dla dwudziestoletniej już dziewczyny.

     Równocześnie rodzice zabraniają Charles'owi kontaktów z "kaleką". Nie wyobrażają sobie takiej synowej. Charles wprawdzie nie poddaje się woli rodziców, ale sam fakt zabolał Annę bardzo. Nawet myśli o samobójstwie.

     Przeżyła zwłaszcza powołanie chłopca do wojska. Od rozpaczy ratuje ją serdeczna miłość rodziny i przyjaciół.

     Ma silną wolę. Odziedziczyła ją po matce. Od matki uczy się kochać, nie poddawać się trudnościom, być silną. Od niej też nauczyła się troski o drugiego człowieka. Silna wola i moc ducha pomagajej znieść wiele bolesnych operacji. Łamiąjej najpierw ręce i potem stopniowo nogi, prostują i wkładają je w szyny. Szyny na nogach i dwie kule umożliwiają jej poruszanie się.

     Charles po ukończeniu służby wojskowej wstępuje do klasztoru, a następnie ginie tragicznie w wypadku samochodowym. Annę pisze: Jakże czasami trudno zgodzić się z wolą Bożą. Uczy się tego na pielgrzymkach do Lourdes. Spotyka tutaj całą ludzką nędzę i rozpacz. Tutaj też spotyka miłość i solidarność między kalekami i ludźmi zdrowymi. Napisze potem: To jest jedyny ratunek i lekarstwo na ludzką nędzę i bezradność. Tutaj też uświadamia sobie ważność modlitwy i ukochana Chrystusa.

     W 1944 r. umiera matka. Dla Annie był to cios nie do zniesienia. Jej zawdzięczała sukcesy, radość, zwycięstwo nad kalectwem. Kochała ją, jak tylko kochać można, i była tak samo kochana. Mimo tylu modlitw i próśb Bóg zabrał jej matkę.

     Annę jakby utonęła w czarnej nocy. Przestała wierzyć w niebo, buntuje się przeciw Bogu, staje się agresywna. Jest na granicy utraty zmysłów i samobójstwa. Nie ma dla mnie żadnej przyszłości ani na tym świecie, ani gdzie indziej, bo w nic nie wierzę.

     Sama potem napisze: A jednak w najciemniejszych momentach, gdy zdaje się utraciliśmy zupełnie grunt pod nogami, niespodziewanie zaczyna świtać mały płomyk, który stanie się światłem. Nie każdy może dostrzega to światło, ale Annę odkryła je w twarzyczce jedenastoletniej Linette, którą się zaopiekowała, ponieważ obie siostry wyszły za mąż.

     Świadomość odpowiedzialności za kogoś pomogła jej przezwyciężyć własny ból. Musiała zatroszczyć się, by dziewczynka nie umarła z głodu i zimna. Odżyła w niej wola życia. Zrozumiała, że własne problemy stają się lżejsze, gdy poświęcimy się komuś. Promyki światła, jakie Bóg zacznie jej zsyłać poprzez przyjaciół i krewnych, staną się coraz częstsze.

     Rok 1945. Żyję znów, kocham, wracam powoli znów do Boga. Jeżeli dobrze zrozumiałam Jego przesłanie: "Żyj dla innych", to muszę je wcielić w życie. Kochać, rozdawać siebie - to powinno być moim celem.

     Niestety, dla kalekiej kobiety nie jest to wcale takie proste. Annę jednak rozumie, że może innych wysłuchać, kochać ich, obdarowywać ich swoim uśmiechem. Zaczyna więc dwa razy w tygodniu odwiedzać kobietę, która jest skazana na kompletną bezczynność. Kosztuje ją to wiele wysiłku.

     Radość i wdzięczność tej nieszczęśliwej kobiety mobilizuje Annę do dalszych wysiłków. Zaczyna otaczać opieką coraz więcej nieszczęśliwych ludzi. Dlatego pewnego dnia rodzi się pytanie, czy Annę nie powinna powołać do istnienia stowarzyszenia ludzi dobrej woli do opieki nad upośledzonymi i kalekami, rodzaj takiego fraternite, jakie widziała w Lourdes. Przy pomocy dobrych ludzi organizuje w 1952 r. Podwieczorek Dla Kalek. Był to ogromny sukces. Zaczynają się zgłaszać dobrowolnie ludzie chętni. Tak powstaje fraternite. Annę zaczyna organizować dla kalek wycieczki autobusowe, spotkania przy posiłkach, akcje dobroczynne. Pomagając innym, zaczyna lepiej rozumieć sens swego życia. Znów znajduje w pełni Boga. Dzięki tej działalności staje się znana poza granicami Alzacji. Wiele radości i nowych sił do działania dało jej spotkanie z spotkanie z papieżem Janem XXIII i o. Pio w czasie podróży do Włoch.

     Czasy dobre przeplatają się z trudnymi chwilami w znoszeniu kalectwa. Linette wychodzi za mąż. Annę zostaje bez pomocy, a przecież każdego dnia rano ktoś musi założyć jej szyny na nogi a wieczorem je zdjąć. Jak sobie z tym poradzić? Sama przyznaje, że bez wiary głębokiej i miłości Chrystusa odebrałaby sobie życie. Bóg nie zostawia jej samej. Zawsze znajduje gotowych do pomocy ludzi.

     Gdy miała już 62 lata nadchodzi radosny dzień, spełnienie młodzieńczych marzeń: robi prawo jazdy. Upór i odwaga tej kalekiej kobiety łamią opory lekarzy, którzy muszą wyrazić zgodę na to. Potem zaskakuje prowadzących kurs inteligencją i zaradnością. Otrzymuje prawo jazdy! Jako pierwsza kobieta we Francji z takim stopniem kalectwa! Jest to pierwszy egzamin w jej życiu. Znów zwycięstwo.

     Przyjaciele pomagają jej kupić odpowiednio przystosowane auto. Teraz może podróżować i skuteczniej pomagać potrzebującym. Przemawia w kościołach, szkołach, szpitalach, więzieniach, współpracuje z wieloma organizacjami społecznymi. 24 grudnia 1996 r. spędziła ponad 3 godziny w więzieniu na rozmowach z więźniami. Od kiedy zaczęłam chodzić do więzień, cieszę się jeszcze więcej, że żyję. Każde odwiedziny dają mi bardzo wiele.

     Proszą ją o radę rodzice dzieci kalekich. Chce, żeby dzieci te włączono do społeczeństwa jako normalnych ludzi. W szkołach pytają młodzież, jak można być szczęśliwym będąc kaleką. Odpowiada: Dla tego, kto kocha Chrystusa, wszystko jest możliwe. On daje siłę, aby żyć i dawać. Wszystko jest możliwe dzięki Jego miłości. Jestem pewna, że nie opuści mnie nigdy.

     Choć ma już ponad 80 lat jest niezmordowana w niesieniu pomocy innym. Jakże cieszę się, gdy mogę służyć innym, udzielać się. Dzięki Bożej pomocy mogę nieść pomoc i być pożyteczna. Chrystus dał mi zrozumieć, że miłość, łagodność, pokora i wyrozumiałość mogą zmienić los człowieka. Dzięki ukochaniu Chrystusa i wielu przyjaciołom stała się Annę Kritter naprawdę szczęśliwa.


(por. "Yision 2000" 1/97, s. 12-13)


   


Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma
Rémi Parent
Czy chrześcijanie nauczyli się przeżywać swoją wiarę w Boga Jezusa Chrystusa w taki sposób, który utwardza ich w człowieczeństwie? Nie powołują się przecież na pierwsze lepsze bóstwo! Wyznają Boga Jezusa Chrystusa, którego śmierć-zmartwychwstanie na zawsze zapewnia zwycięstwo życia nad śmiercią... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 Magda: 20.02.2008, 19:52
 Buniu dzięki za te słowa...a tekst "Mimo wszystko kocham życie"-brak słów...
 BuNiA: 13.10.2007, 13:08
 Witam ;) jestem pod wrażeniem bardzo wielkim. Drogi heaven so no niear-Bóg się nigdzie nie ukrył. Jest na wyciągnięcie ręki. Czeka na Ciebie. Wystarczy iż wyznasz jemu swoje wszystkie grzechy i On wybaczy Ci zupełnie. Kocha Cię tak bardzo, że posłał swego jedynego syna na krzyż. Bóg nigdy nie ukarze Cię za to co zrobiłes, wyznasz mu swe grzechy a on wybaczy. Tylko diabeł daje Ci takie myśli że Bóg jest zły a przecież on tak Cię Kocha! Czeka na Ciebie mimo wszystko. Gdziekolwiek jesteś i co robisz zawołaj a on usłyszy i pomoże! Życie nie jest proste ale jest piekne. a z Bożą pomoca i siła którą daje możemy cieszyć się życiem! Możesz zmienić swoje wnętrze, zmienić się jeśli tylko chcesz. On czeka na Ciebie! Nie mów że jesteś zly, bo nikt z nas nie jest idealny. Ale zawsze można się zmienić. Ja też dużo przeżyłam w swoim życiu, ale mam Jezusa. Nie poddawaj się. Napewno Jesteś wartościowym i wyjątkowym człowiekiem! Jeżeli będziesz chciał porozmawiać to napisz ; 8893283 to mój numer gg. Pozdrawiam!!!
 heaven so no niear: 12.10.2007, 14:49
 Nie jeden raz myślałem nad sensem życia.Dochodziłem zawsze prawiem do wniosku: moje życie jest bezcelowe.Tak jak Anna myślałem o ucieczce z tego życia.Próbowalem także sie uśmiercić, ale zawsze strach przed śmiercią w ten sposób mnie odstraszał na tyle by się opamiętać.Niestety i naszczęście nie mam takich aż problemów ze zdrowiem jak bohaterka tej opowieści, ale i nie mam wymażonego życia.Nie chodźi mi o dostatek materialny, ale o powodzenia w życiu jakieś.Wiara mi pomaga, ale często i tak jestem zmartwiony.Modląc się stram się porozmawiać z Ojcem Niebieskim.Ale nie wiem czy poradze sobie z zakceptowaniu życia jaki mi się szykuje.Zapewne grzesze brakiem silnej wiary.Jestem jak drzewo powalane silny wiatrem w wichurze.Przychodzą silne przeciwności i sie łamie.Niestety ciężko mi wierzyć w to, że Bóg po tych rzeczach które zrobiłem w życiu może mi je na tyle wybaczyć i nie karać mnie za nie...Raczej konsekwencji fizycznych nie wyzbędę się nigdy...Tak chciałbym w życiu mieć równiejsze szanse.Nie wiem czasem czy nie ulegne pokusie i sobie coś nie zrobie w końcu.Wiem że tak nienależy i będę się strał nie isć na łatwizne...ale najbrdziej boli ból psychiczny, który nie daje spokoju.Chciałbym poznać odpowiedzi prawdziwe na moje pytania.Niestety Bóg się skrył.Tak szkoda że nie można z nie porozmawiać bezpośrednia.Sobie mogę wytknąć bardzo dużo, jestem zły człowiekiem.Ale na prawde tak chcialbym być zwycięzki w życiu.Do tej pory moje życie dostarczyło mi wiele strachu i bólu.Błądząc sam sobie dołożyłem ciężaru do swego krzyża.Niestety nie mogę cofnąć czasu, nie mogę zmienić swej fizyczności.
 Jakub: 11.10.2007, 21:49
 Cóż rzec , żadne słowo tego nie odda - jestem pod wrażeniem
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej