Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Historia Jednego nawrócenia

     Ledwie zdążyłem powrócić na plebanię po odprawieniu ostatniej Mszy niedzielnej, gdy zadzwonił telefon. Dzwonił ks. Andrzej pracujący w parafii oddalonej ok. 150 km od Santos. Zaproponował wspólny wypad do Murici na uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej. Murici to mała miejscowość leżąca 30 km od Kurytyby. Mieszka tam bardzo wielu ludzi polskiego pochodzenia, a proboszcz - ks. Józef Bestwina - organizuje każdego roku spotkania polskich księży pracujących na południu Brazylii z okazji święta patronalnego. Szybko spojrzałem na kalendarz. Dobrze się składa: za kilka dni wraca ks. Tadek, którego zastępuję, w porcie nie ma polskich statków, a w dodatku i tak muszę spotkać się z prowincjałem w Kurytybie. A więc jedziemy.

     Wyjechaliśmy późno w nocy. Zabraliśmy jeszcze ks. Staszka. Podróż długa i męcząca. Aby nie poddać się ogarniającej senności, Andrzej zaczął opowiadać historię swego powołania.

     Urodził się w biednej chłopskiej rodzinie na północno-wschodnim krańcu Polski. Matka zmarła wkrótce po porodzie, dlatego jego oraz starszego brata wychowywał samotny ojciec. Kilka lat później brat się ożenił i podjął pracę w jednym z PGR-ów. Andrzej został z ojcem. Lata powoli mijały. Do szkoły go za bardzo nie ciągnęło. Umiał czytać i pisać. Marzył żeby, tak jak brat, zostać traktorzystą. Gdy miał kilkanaście lat nagle zmarł ojciec. Brat właśnie wyjechał i wszystkie sprawy związane z pogrzebem spadły na jego głowę. Zebrał wszystkie znalezione w domu pieniądze i poszedł do miasteczka zapłacić za trumnę i zamówić Mszę św. Proboszcz co prawda przyjął go dobrze, ale zażądał za nabożeństwo takiej sumy, że Andrzej - mimo próśb o zniżkę - musiał zostawić resztę pozostałych pieniędzy. Po wyjściu z plebaniii postanowił, że więcej noga jego nie stanie w kościele.

     Zamieszkał u brata, jednak nie czuł się tam dobrze. Byt świadkiem ciągłych kłótni, a gdy pewnego razu bratowa wyrzuciła go z domu, postanowił popełnić samobójstwo i w rozpaczy biegł do rzeki, żeby się utopić. Bóg chciał inaczej. Spotkał w tej trudnej chwili wdowę, która przygarnęła go pod swój dach i wychowywała razem ze swoim jedynym synem, w którym znalazł dobrego kompana.

     Minęło kilka miesięcy. Wierny swemu postanowieniu zaprzestał praktyk religijnych. Jego błogi spokój zakłóciły jednak rekolekcje głoszone w parafii przez ojców werbistów. Opiekunka gorąco namawiała do uczestniczenia w nich - jak można było odmówić tak dobrej osobie? Postanowił więc wychodzić każdego dnia z domu, ale zamiast do kościoła, iść do pobliskiej gospody. Opiekunka wyczuła jednak podstęp chłopców i siłą wprowadziła ich do kościoła. Mało tego - podprowadziła do konfesjonału i kazała się spowiadać. Cóż było robić? Andrzej klęknął i z rezygnacją czekał na to, co się stanie. Na szczęście trafił tym razem na dobrego księdza - jednego z ojców prowadzących rekolekcje. Poprosił on Andrzeja, by opowiedział o swoim życiu. W chłopcu coś się przełamało i ze łzami w oczach zaczął opowiadać... Chciał wreszcie komuś się zwierzyć i czuł, że u tego człowieka znajdzie zrozumienie. Ksiądz po wysłuchaniu spowiedzi, zaproponował Andrzejowi wstąpienie do seminarium. Ponieważ trzeba było przedtem ukończyć szkołę zaproponował, aby zamieszkał u jego rodziców w Ostrowcu Świętokrzyskim. Andrzej z wdzięcznością skorzystał z tej propozycji, a w domu ks. Stanisława znalazł swoich drugich rodziców. Skończył szkołę i wstąpił do seminarium. W czasie studiów, odpowiadając na apel jednego z biskupów brazylijskich, przerwał studia i wyjechał do Brazylii aby tam je kontynuować i otrzymać święcenia kapłańskie.

     Ks. Andrzej oraz ks. Staszek - w którym bez trudu rozpoznaję werbistę głoszącego pamiętne misje - kończą ze wzruszeniem opowiadanie, gdy zbliżamy się do celu naszej podróży.

      Będąc w Murici rok później, nie zastałem ich. Dowiedziałem się, że Staszek jest ciężko chory, a Andrzej towarzyszy mu w ostatnich chwilach spłacając dług, jaki zaciągnął wobec swojego przyrodniego brata. Nie mogę ich odwiedzić będąc na nowej znacznie oddalonej placówce. Trzymam różaniec, podarowany mi rok temu przez Staszka, i w modlitwie dziękuję za piękne świadectwo jego życia.


ks. Kazimierz Długosz TChr - Brazylia


Każda chwila to miłość. Rozmowa z moim Panem Każda chwila to miłość. Rozmowa z moim Panem
s. Teresa Chomieniec MSC
Każdego z nas Chrystus zaprasza do osobistego dialogu. Zapiski współczesnej siostry zakonnej, pisane są w formie rozmowy ucznia ze swoim Mistrzem, mogą być pomocą dla każdego, kto pragnie żyć z Jezusem na co dzień... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 TadeuSz: 03.04.2008, 07:28
 Zastanawiam sie, jak mozna jednoczesnie byc sedzia i lotrem. Bog pisze sie z duzej litery - Genek.... Osadziles "kaplanow" - stajac sie "lotrem" z powolania, z powolania przez nienawics i wlasna glupote. Niech dobry Bog ma Cie w swojej opiece, niech otwiera Twoje oczy, uszy i sece, abys mogl odnalezc Boga w ludziach - jakich Bog stawia na drodze Twojego zycia.
 genek: 05.01.2008, 16:46
 zastanawiam sie jak wielką szode robią kaplani hciwi . zdarza sie to czesto w polsce mineli sie z powolaniem opamientajcie sie .z panem bogiem.
 ewa: 20.12.2007, 18:41
  Ja też ofiaryję swój różaniec i serdecznie pozdrawiam.. z Bogiem .
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej