Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Jezus Miłosierny wciąż jest ze mną!

     Długo wahałam się, czy opisać i zamieścić na tym portalu, obok innych świadectw znacznie bardziej interesujących od tego, moją historię. Uznałam jednak, iż może ona stać się pomocą dla duszyczek, które wciąż błądzą w poszukiwaniu dobrej, właściwej drogi. Takich historii jak ta było, jest i zapewne będzie jeszcze wiele, każda poprzednia moze być nauczką, przestrogą, pomocą dla bohaterów kolejnych. Wiele czasu minęło również od przemyślenia tej decyzji do napisania świadectwa. Wielokrotnie w modlitwach prosiłam Ducha Świętego o natchnienie, aż w końcu powstała pisana prawdą mojego życia opowieść - od niewoli grzechu do nawrócenia, oczyszczenia z win i wyzwolenia...

     Wielu przyjaciół przed wysłuchaniem tej historii zadawało pytanie "jakie to nastolatka może wieść życie nieczyste?" To świadectwo jest tego doskonałym przykładem...

     Moje dzieciństwo było, przynajmniej w pierwszych latach, zupełnie nienaznaczone smutkiem. Wychowałam się i żyję nadal w rodzinie wierzącej w Boga i w większej części praktykującej wiarę (chociaż z tym praktykowaniem bywa, niestety, różnie...). Pamiętam, gdy tata uczył mnie pacierza, gdy prowadził do kościoła; juz wtedy nosiłam w sobie to piękne przeświadczenie, że Pan Bóg istnieje i opiekuje się nami... Dodatkowo, uczęszczałam do szkoły katolickiej, gdzie również wpajano nam chrześcijańskie wartości i to one grały najważniejszą rolę w naszej małej uczniowskiej społeczności. Jednakże jako dziecko nie rozumiałam wiele i nie wierzyłam w Boga do końca szczerze i świadomie. Kwintesencja dzieciństwa trwała krótko, jakieś osiem lat... Po śmierci ukochanej Babci, tj. w październiku 2001r. rozpoczęłam przygotowania do Pierwszej Komunii Św. Teraz mam świadomość, że od tamtej pory Jezus nieprzerwanie prowadził mnie przez życie, choć tak często Go krzywdziłam i odrzucałam Jego wsparcie...choć uczyniłam wiele zła przeciwko Jemu, przeciw ludziom...

     Kilka miesięcy po tamtych wydarzeniach rozpoczął się wielki problem, uciążliwie ciągnący się przez kolejne sześć lat... Trudno mi nawet określić, skąd zaczerpnęłam takowy pomysł, w czym tkwiła przyczyna tamtych poczynań; targnięta niezdrową ciekawością i nudą zaczęłam się masturbować. Przez długi okres czasu nie wiedziałam nawet, że czynię coś złego - sprawiało mi to coraz większą przyjemność i coraz bardziej uzależniało. Po jakiechś 2-3 latach zaczęłam dość szybko dojrzewać emocjonalnie i psychicznie, poczęła się też kształtować, choc niekoniecznie pozytywnie, moja seksualność (być moze zastosowałam trochę niewłaściwe określenia). Zaczęłam nawet sporadycznie, również z nudów i ciekawości, oglądać pornografię - telewizja satelitarna zrobiła swoje, na szczęście szybko tego zaniechałam. W tym samym czasie dowiedziałam się, że masturbacja jest grzechem. Miałam niemały problem, ale zaczęłam się z tej winy spowiadać...chociaż nie podczas każdej spowiedzi. Wstydziłam się okropnie takich grzechó w tak młodym wieku, w końcu zaczęłam się usprawiedliwiać...bo przecież Bóg i tak zna wszystkie moje grzechy, nieprawdaż?

     Przez pierwsze lata mojego nałogu byłam naprawdę daleko od Niego, praktykowałam wiarę w zasadzie z przyzwyczajenia i nakazu rodziców - było mi to wszystko obojętne, podobnie jak inne kwestie mej upadającej wiary. Liczyła się tylko własna przyjemność...

     We wrześniu 2004 roku, gdy rozpoczęłam piątą klasę szkoły podstawowej, zaczęłam borykać się z problemem, którego rozłożone na kolejne trzy lata konsekwencje były naprawde ciężkie. Zadurzyłam się w jednej z nauczycielek... Trwało to kilka miesięcy, dopóki prawda nie wyszła na jaw. Z jednej strony wydawało się to normalne w moim wieku, zaś z drugiej - od wszystkich, którzy o calej sprawie wiedzieli ciągle słyszałam, że powinnam się z tych uczuć jak najszybciej wyzwolić.Powierzyłam tę sprawę Matce Bożej, namawiała mnie do tego inna nauczycielka (do dzis bliska przyjaciółka i powierniczka). Była to bardzo szczera i ufna, jak na tamten poziom mojej wiary, modlitwa...i choć wydawała się bezsensowna, zaowocowała. Wyzwoliłam się z niechcianych uczuć, zbliżyłam się do Boga (choć o pełnym nawróceniu nie było tu mowy), po jakimś czasie oddałam się bez reszty pierwszemu młodzieńczemu uczuciu, zakochując się w bliskim koledze. Życie toczyło się dalej, powoli uczyłam się dziękować za nie Panu, powoli dojrzewałam, pięłam się ku dorosłości.

     Kolejny rok to "remisja uczuciowej choroby", z którą borykałam się znacznie dłużej i boleśniej, niż poprzednio... Nadal także tkwiłam w grzechu onanizmu - tym razem przybierało to formę kilku - lub kilkunastodniowych ciągów, po których następowały dni spokojnego uwolnienia... Wciąż napędzałam w sobie toczące się z coraz większą prędkością koło zła... To niewytłumaczalny ciąg - garnęłam się do Boga, nieustannie popełniając te same grzechy, z których coraz rzadziej się spowiadałam...

     Po kilku miesiącach, wraz z początkiem wiosny ponownie zaczęłam zbliżać się do Boga, bardziej Go poznawać; takowe obcowanie z Nim, pomimo ciężkich win trwało mniej lub bardziej owocnie aż do pełnego nawrócenia i przez cały ten czas było powodem moich licznych radości. W takiej atmosferze, z pierwszymi poważnymi życiowymi doświadczeniami i wciąż splamionym grzechem sercem ukończyłam szkołę podstawową.

     Koniec wakacji przyniósł początek nauki w gimnazjum, a także kolejne zauroczenie nową nauczycielką... Doskonale usprawiedliwiałam swoje poczynania, wmawiając ludziom, że utrzymuję z nią bliskie kontakty ze względu na wspólne pasje, a dodatkowo ogromnie potrzebuję czułości przy tym, ze chłopcy się mną nie interesują; w podobny sposób oszukiwałam też siebie. Przez kilka następnych miesięcy budziły się we mnie różnorakie pragnienia i pożądania. Wciąż się onanizowałam - nie miało to wiele wspólnego z moim obiektem zainteresowania, ale rozbudzało ogrom myśli i wyobrażeń - po nocach śniłam o jej pieszczotach i pocałunkach, odważnie, ale też ostrożnie dążyłam do fizycznej bliskości z nią, co nawet zakończyło się sukcesem. Oczywiście, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że czynię coś bardzo złego i wciąż usprawiedliwiałam siebie samą.

     Po jakimś czasie moja nauczycielka wszystkiego się domyśliła i poczęła się ode mnie odsuwać. Miałam jej to za złe, wciąż grałam niewiniątko przed wszystkimi, łącznie z Panem Bogiem, aż w końcu zauroczenie odeszło. W tym samym czasie, po wielu walkach z samą sobą uświadomiłam sobie wagę wszystkich uczuć, jakie do niej żywiłam, przez to również zaakceptowałam istotny fakt: jestem biseksualistką... Rozpoczął się nowy okres w moim życiu.

     Zakochałam się z wzajemnością w dziewczynie o tej samej orientacji. Jednocześnie ogarnął mnie lęk o to, czy homoseksualizm nie jest grzechem... Po licznych pytaniach i rozważaniach doszłam do wniosku, że jeżeli nie uprawiam z nią seksu, nie czynię niczego złego... Żyłam szczęśliwie w takim przeświadczeniu, podsycając pragnienia fizyczne i realizujac je. Wkrótce zaczęłam też myśleć o seksie, ale wciąż uparcie twierdziłam, że póki nie obracam myśli w czyn, nie grzeszę...

     Nasz "związek" trwał trzy miesiące i prócz morza czułości był głównie nieustającym pasmem cierpień i dylematów, silnie wpływających na nasze dalsze, nienajlepsze relacje (obecnie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami). Zupełnie wyrzekłam się chęci zwiazania z mężczyzną, nawet za kilka, kilaknaście lat, coraz częściej onanizowałam się i krzewiłam sobie pożądanie i pragnienia względem kobiet (na co niezaprzeczalny wpływ miały przyswajane przeze mnie treści lesbijskie). Do Boga wracałam, wprost proporcjonalnie, coraz rzadziej, ale nie martwiło mnie to.

     W wakacje pewne sprawy zaczęły przybierać nowe oblicze. Późnym sierpniowym wieczorem przebywałam sama w domu, słuchając głośnych gromów burzowych i masturbując się. Trwało to dość długo, nagle wstałam i poszłam do drugiego pokoju, targnięta dziwnym, uciskającym niepokojem. Wtedy też zaczęła się potężna ulewa. Przyglądałam się ścianom deszczu płynącym po oknach, które powoli zaczął rozświetlać słoneczny blask. Po kilku minutach deszcz ustał, zajaśniało słońce i ukazała się ogromna tęcza... Zrozumiałam, że to znak od Boga, że On chce, abym zmieniła swoje postępowanie (później jeszcze wiele razy otrzymywałam od Pana deszczowo - słoneczno - tęczowe znaki)...W niedalekim czasie szczerze się wyspowiadałam i od tamtej pory grzech samogwałtu zaczął powracać coraz rzadziej, niż dotychczas, a ja systematycznie się z niego oczyszczałam. Ponownie byłam blisko Boga, tym razem wszystko było pełniejsze i bardziej owocne, ale wciąż nie miałam pojęcia o tym, że w moim sercu nadal tkwi potężna drzazga, raniąca mnie i Jego...

     Nowy rok szkolny rozpoczęłam zadurzona w młodszej koleżance. Czar tych uczuć szybko prysł, gdy podczas wspaniałej, długo wyczekiwanej wycieczki na mej drodze stanął fascynujacy kolega - pojechaliśmy do Niemiec razem, wróciliśmy też razem, ale zakochani w sobie... W moim sercu rosły jednak niepewności - doświadczałam przy nim nieznanych do tej pory, wspaniałych odczuć, ale bałam się utracić resztek podupadających i niespełnionych uczuć względem kobiet... Byłam wówczas dość blisko Boga, toteż zaczęłam Go ufnie prosić o pomoc, którą w niedługim czasie mi ofiarował. Wtedy też po raz pierwszy Mu zaufałam - oto początek wielkiego przełomu...

     Mój związek z wycieczkowym przyjacielem trwał trzy tygodnie - trzy cudowne, pełne przygód tygodnie, składające się z ogromu radości i mnóstwa nowych doświadczeń (Dużo później zrozumiałam, że B. był tym długo poszukiwanym przeze mnie Aniołem Człowieczym, prawdziwym, choć nieświadomym wysłannikiem Boga. To przy nim zrozumiałam, co jest prawdziwym szczęściem i spełnieniem i przestałam pragnąć związku z kobietą, wyzwoliłam się z tego, co nękało mnie najbardziej... Pan wiedział, co robi - jak w obliczu takiej sytuacji nie zawierzyć Mu wszystkiego?). Zdumiało mnie, prócz wyzbycia się pragnień względem kobiet, ile uczyniłam zła wokół siebie w ostatnim czasie, ile popełniłam błędów... W ciągu kilku najbardziej przesyconych bólem po rozstaniu nocy rozważyłam swoje dotychczasowe postępowania, dużo rozmawiałam z Bogiem, prosząc Go o wybaczenie win i wskazanie właściwej drogi... Zapoczątkowałam swoją drogę ku nawróceniu poprzez szczerą spowiedź, Eucharystię i pojednanie ze skłóconymi przyjaciółmi.

     Byłam jednak wciąż za słaba i znów, zrozpaczona, upadłam. Powróciły dawne grzechy nieczystości, znów zaczęłam wyładowywać swoją złość na ludziach, byłam zniechęcona do życia (jedyne, co mnie napędzało to realizowanie pasji i marzeń - dzięki nim przetrwałam niejedną burzę...), zamknięta na radości i zapłakana z tęsknoty za Bogiem... Jednocześnie, powoli godziłam się z tym, że mi się nie udało, a chęć ponownego spróbowania powoli się ulatniała.

     Kilka tygodni po pierwszej próbie stawania się lepszą udałam się na wieczorną Mszę św. Głęboko poruszyła mnie homilia wygłoszona przez księdza, ciągle rozważałam w duchu jego słowa o zmienianiu swego życia w czasie Adwentu, o duchowych porządkach, przygotowaniu się na ponowne narodzenie Jezusa w naszych sercach... Dotarło do mnie wtedy, że zawsze, póki jeszcze żyję tutaj, mam szansę na zmianę, uświadomiłam sobie, jak blisko mnie jest teraz Bóg - przez słowa kapłana przyszedł, aby pomóc mi podnieść się z upadku. Przyjęłam tę pomoc i zaufałam Panu wierząc, że tym razem również mnie nie zawiedzie i uczyni moją drogę lepszą.

     Trudno jest opisać w kilku słowach odczucia, jakie towarzyszyły mi tamtego wieczoru. Po pworocie do domu sięgnęłam po Nowy Testament leżący na dnie skrzynki (było to zupełnie nowe doświadczenie, nigdy nie czytałam Biblii z własnej woli), wówczas przez Słowo Bóg pokazał mi, jak mam dalej postepować. Od tamtej pory wciąż słucham i przyjmuję Jego słowa, czytając i rozważając Pismo Święte codziennie.

     Długo chodziłam naprawdę szczęśliwa, pełna życzliwości i miłosierdzia względem ludzi. Niebawem rozważyłam swoje wszystkie winy, przede wszystkim te najgorsze - homoseksualne pragnienia, onanizm, liczne kłamstwa, wszystkie rany zadane ludziom - i udałam się do spowiedzi, najszczerszej spowiedzi z niemal całego życia, po której w trakcie Mszy św. rekolekcyjnej otrzymałam odpust zupełny. Od tamtej pory trwam, pomimo upadków, z których cały czas powstaję, w czystości serca i umysłu - już wiem, jak smakuje wolność i prawdziwa, czysto przyjacielska, dojrzała miłość...

     Realizując w swoim życiu słowa Pisma Świętego, sięjąc wokół siebie dobro, uśmiech, życzliwość, rozmawiając z Bogiem zjdenoczyłam się z Nim i nawracając się, oddałam Panu kierowanie nad mym życiem i świadomie wyruszyłam w drogę ku świętości, którą niebawem wzmocni sakrament bierzmowania, do którego przyjęcia się przygotowuję.

     Droga nie jest łatwa, wciąż podnoszę się i oczyszczam z mniejszych lub większych upadków, często się raduję, ale równie często płaczę. Idę jednak napełniona pokojem, siłą i optymizmem, bo Jezus Miłosierny wciąż jest ze mną! Codziennie dziękuję Panu za to, że mimo mych ciężkich przewinień cierpliwie czekał, aż wrócę do Niego ze zbolałym, skruszonym sercem, pragnąc wyzwolenia...i codziennie na nowo zawierzam Mu również swoich bliskich i przyjaciół, aby przemieniał także ich ziemskie wędrowanie ku Wieczności...

     Życzę Wam, Drodzy Pielgrzymi, abyście i Wy, a także Wasi bliscy dostąpili miłosierdzia i zbawczej mocy Boga, który cierpliwie czeka, aż wyruszycie w drogę ku Niemu, odrzucając dawne winy i przyjmując do siebie czystość, miłość, nadzieję i radość... Shalom!


J.


   


Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma Uwierzyć w czułość Boga. Wiara a ludzka duma
Rémi Parent
Czy chrześcijanie nauczyli się przeżywać swoją wiarę w Boga Jezusa Chrystusa w taki sposób, który utwardza ich w człowieczeństwie? Nie powołują się przecież na pierwsze lepsze bóstwo! Wyznają Boga Jezusa Chrystusa, którego śmierć-zmartwychwstanie na zawsze zapewnia zwycięstwo życia nad śmiercią... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 inti: 13.03.2016, 11:49
 Mam nadzieję, że trwasz w swoich postanowieniach. Oby Bóg wspierał w nas wszystkie siły dobre i konstruktywne, ciągnące nas w górę ku wyższym rzeczom.
 fear: 10.03.2014, 15:31
 piękne świadectwo, ja nadal mam z tym ogromny problem ;(
 nika : 10.01.2011, 17:37
 pięne świadectwo . chciała bym jak ty uwolić się od tego grzechu(mastrubacji) twoje świadectwo mi w tym pomoże.
 Monika: 24.08.2008, 20:26
 znalazlam i przeczytalam... nigdy w zyciu nie powiedzialabym ze to moze byc o Tobie... :D
 ja: 02.04.2008, 21:55
 Dziekuje:)Chwala Panu!:)
 J.: 01.04.2008, 20:45
 Do Gościa - otrzymałam odpust zupełny po generalnej spowiedzi z całego życia :)
 Mika: 01.04.2008, 07:15
 Dziękuję Ci za to świadectwo..
 Stanisław: 01.04.2008, 03:37
 To świadectwo powinno przeczytać wielu młodych ludzi.Dzisiaj uważa się że wszystko wolno bo przecież każdy jest wolny a nie bierze się pod uwagę konsekwencji i uzależnień na przyszłość które tak mocne piętno -negatywne-wywierają na człowieka.
 Marcin: 31.03.2008, 23:48
 Chwała Panu!!
 gosc: 31.03.2008, 23:25
 odpust zupełny? ale jak skoro zupełny dostaje sie tylko wtedy gdy nie jest sie przywiazanym do zadnego grzechu?
 Beata: 31.03.2008, 17:39
 Niech Ci Bóg błogosławi! Wspaniałe świadectwo... Oby pomogło komuś podnieść się z grzechu!
 Niczka: 31.03.2008, 17:22
 Za to Chwała Panu!
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej