Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki

Marianna i Juliusz Kolbowie

     Doskonale rozumiejący posłannictwo rodzicielskie

     Juliusz Kolbe wywodził się z Rozomyśla, stanowiącego przedmieście Zduńskiej Woli, z rodziny, w której od kilku pokoleń trudniono się tkactwem. Marianna Dąbrowska była rodowitą zduńskowolanką, a jej rodzice, podobnie jak Juliusza, prowadzili chałupnicze warsztaty tkackie. W tym czasie Zduńska Wola, od stu z górą lat, była jednym z największych ośrodków włókienniczych na terenach Polski środkowej. Oboje wychowywali się w rodzinach prawych i bogobojnych. Juliusz co roku, wraz z rodzicami, udawał się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, ale i dom Dąbrowskich odznaczał się szczególną pobożnością. Na ścianach wisiało wiele obrazów o treści religijnej; przed ołtarzykiem Matki Boskiej Częstochowskiej w środy, soboty, niedziele i święta maryjne paliła się lampka oliwna, a codziennie cała rodzina razem modliła się i odmawiała Różaniec. Nawet koleżanki, z którymi panna przebywała, spotykały się u niej na wspólnych modlitwach.

     Marianna była dziewczyną skromną, pracowitą i przykładną, o ujmująco miłej powierzchowności, toteż niejeden młodzieniec próbował oświadczyć się o jej rękę, lecz nie chciała wyjść za mąż.

     Jednak gdy w swym parafialnym kościele poznała Juliusza Kolbego, który odznaczał się podobnym przywiązaniem do Boga, w wieku 21 lat postanowiła zostać jego żoną słusznie przewidując, że w domu, który wspólnie utworzą, Bóg będzie zajmował należne Mu pierwsze miejsce. I nie pomyliła się. Juliusz od początku współtworzył z nią taką atmosferę, w jakiej żyła od lat. Wkrótce na świat zaczęły przychodzić dzieci; rodzina powiększała się. W opinii ogółu była dla wszystkich przykładem.

     Małżeństwo nadzwyczaj kochało się i szanowało; nigdy nie słyszano tam kłótni, ani nawet krzyków czy hałasów; nikomu z pracowników (których przez pewien czas zatrudniali) nie ubliżyli; wszystkim byli życzliwi i pomocni. Juliusz nie pił wódki ani nie palił papierosów.

     Kontynuując rodzinne tkactwo, wiedli życie skromne i pracowite. Jako członkowie Trzeciego Zakonu, do którego wstąpili w rok po ślubie, poprzestawali na małym. Przez rok (1906) mieszkali w Łodzi, gdzie osiągali wyższe zarobki, co stwarzało szansę na znaczną poprawę ich sytuacji materialnej. Jednak odrzucili tę okazję na rzecz skromniejszego życia w pobliskich, ale znacznie mniejszych Pabianicach. Tu środowisko robotnicze nie było tak zepsute, jak w dużym mieście, i nie stanowiło zagrożenia dla dobrego wychowania potomstwa. Nigdy nie stawiali zysków ponad wartości moralne. Prowadząc przez pewien czas własny sklepik, udzielali kredytu ubogim, mimo że to doprowadziło ich do bankructwa. Gdy Marianna zdobyła uprawnienia do wykonywania zawodu położnej, bezinteresownie świadczyła swą pomoc tam, gdzie była bieda. Kiedy tylko mogli, wspomagali materialnie potrzebujących. Oboje byli bardzo ambitni, więc mimo przynależności do świata prostych robotników, rozumieli i doceniali ważność nauki. Dokładali wielu starań, by ich dom, w miarę możliwości, był domem oświeconym.

     W fabryce spędzali dwanaście godzin dziennie, mimo to po powrocie z pracy dokształcali się. Marianna w oparciu o książki medyczne doskonaliła się jako położna, zaś Juliusz troszczył się o wyposażenie biblioteczki domowej, sprowadzał czasopismo "Pracownik Polski", a nawet od czasu do czasu coś w nim publikował. Ponadto walnie przyczynił się do zorganizowania biblioteki parafialnej przy kościele Św. Mateusza.

     Ale największą wagę przykładali do nauki chłopców, dzięki czemu dwaj najstarsi dostali się do Szkoły Handlowej, która była jedyną szkołą średnią w Pabianicach i nie każdy miał szczęście być jej uczniem. Ojciec nie zaniedbywał także rozwoju tężyzny fizycznej swoich synów. Hasło: "Bóg, honor i Ojczyzna" - miało w tej rodzinie głębokie uzasadnienie, bowiem małżonkowie nie tylko sami żyli po Bożemu, nie tylko własne dzieci z każdym dniem utwierdzali w wierze, ale też wychodzili z nią do innych. Wraz z kolegą, Juliusz próbował nawrócić nawet pastora ewangelickiego, natomiast Marianna z wielką zręcznością i przy każdej okazji sprowadzała rozmowy na tematy Boże. Wychowując synów, często wzywała pomocy Matki Przenajświętszej, ponieważ czuła się niezdolna do podołania temu zadaniu. Jej święte imię miała na ustach przez cały dzień. Po urodzeniu piątego syna w 1900 r. (żył 4 lata, 1904) wspólnie z mężem uzgodniła, że odtąd będą żyli w czystości, co poprzez lata prób systematycznie przedłużanych - pozwoliło im osiągnąć czystość dozgonną.

     Przez cały czas utrzymywali silną więź z parafią, uczestnicząc w codziennych Mszach świętych, Żywym Różańcu, a także w coniedzielnych adoracjach Najświętszego Sakramentu, które sami organizowali. Nadto włączali się do wszelkich prac parafialnych, szczególnie przy budowie nowego kościoła, a dzieci przeznaczyli do służby ołtarza. Honor kształtowali przede wszystkim poprzez dobre wychowanie synów, na prawdomównych, prawych i szlachetnych Polaków, szanujących swe gniazdo iodzinne oraz godność Ojczyzny, która, choć zniewolona, przecież istniała. Unikali kontaktów z towarzystwem o podejrzanej reputacji i chronili przed takim swoje dzieci.

     Natomiast miłość do Ojczyzny utwierdzali głównie na drodze przysposabiania chłopców do rzetelnej pracy i nauki, poprzez które mieli oni w przyszłości służyć swemu narodowi. Od zarania karmili ich odpowiednią treścią, wypływającą ze starannie dobranej lektury, a jednocześnie uczyli polskich pieśni patriotycznych, które często wspólnie śpiewali. Ojciec do wtóru przygrywał im na skrzypcach. Dom był pełen radości. Wiedzę w zakresie elementarnym rodzice przekazywali dzieciom sami z obawy, by w istniejących wówczas szkołach publicznych z wykładowym językiem rosyjskim, nie zrusyfikowały się. Dopiero Józio mógł uczęszczać do szkoły polskiej, na jaką carat pozwolił w 1905 r. Jeszcze innym wyrazem wychowania patriotycznego, było uczestniczenie ojca w działalności konspiracyjnej, dla której często udostępniał własne mieszkanie. Wspólnie z przyjaciółmi kolportował pisemko "Kiliński i Polak", za którego posiadanie groziła zsyłka na Sybir.

     Rodzina była niezwykle zintegrowana (scalona). Dzieci wszędzie towarzyszyły rodzicom, pomagały im w pracy, a nawet wychodziły pod bramę fabryczną, by przywitać ojca i matkę wracających do domu. Nie zaniedbano w niej niczego, co mogłoby ją jeszcze bardziej rozwinąć i umocnić, ale doskonałość osiągnęła dzięki właściwemu zrozumieniu swego posłannictwa. Jej celem było wydanie na świat i odpowiedzialne wychowanie dzieci: słowem, przykładem oraz odpowiednim kształtowaniem okoliczności; środkiem do osiągnięcia tego była miłość, ale taka, o której Marianna Kolbowa po latach powiedziała: "Kochałam swych synów i męża nad życie, ale nie nad wolę Bożą", bo najważniejszą wartością rodziny Kolbów był Bóg.

     Nic w tym dziwnego, że z rodziny tej wyszedł Wielki Człowiek i Wielki Święty. Matka była surowsza od ojca i bardziej wymagająca, natomiast on - wprowadzał do domu radość i odprężenie, mimo to odznaczał się godną podziwu odpowiedzialnością. Gdy wszyscy trzej synowie odeszli na służbę Bogu, gdy za nimi podążyła i matka, on przez jakiś czas przebywał u franciszkanów we Lwowie i na pobliskich folwarkach franciszkańskich, a potem otwarł sklep materiałów piśmiennych w Częstochowie i dokształcał się. Zamierzał zostać organistą. Z zarobionych pieniędzy opłacał pobyt najmłodszego syna w internacie. Zginął na początku pierwszej wojny światowej.

     Marianna, jako tercjarka i rezydentka u sióstr felicjanek w Krakowie, przeżyła wszystkie swoje dzieci; "matka bolesna", która do końca pozostała przy Bogu - jak zawsze, z pokorą przyjmując Jego wolę. Zmarła 17 marca 1946 r.


Mgr Julia Szwarc


Opowieści o św. Franciszku Opowieści o św. Franciszku
Autor nieznany
Brat Słońce i Siostra Księżyc to najpopularniejszy spośród wczesnych źródeł franciszkańskich zbiór opowieści o ubogim Bracie z Asyżu. Oprócz wartości historycznej, jaką posiada ta książka, roztacza ona wokół siebie atmosferę ciepła i pogody ducha. Jest opowieścią o zachwycie nad światem, w którym śmierć jest naszą siostrą, a księżyc i słońce braćmi... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 julij: 18.12.2008, 10:00
 Taka rodzina moze rzeczywiscie wychowywac swietych ludzi. Teraz czesto, w pogoni za pieniedzmi, rodzice nie maja czasu dla swoich dzieci. Czesto sie zdaza, ze juz niemowlaki sadzane sa przed telewizorem z "bajkami" bez wartosci, przesyconych agresja. Bardzo czesto nalatuje sie na Kosciol i na ksiezy, ale przewaznie takich mamy ksiezy jakich wychowa rodzina. Czesto w kryzysie wiary, na ktory wplywa rowniez nastawienie spoleczenstwa w ktorym zyjemy. Generalnie widac walke duchowa na poziomie indywidualnym i spolecznym, polegajaca rowniez na wysmiewaniu wartosci etycznych i moralnych, zaczynajaca sie od malego dziecka, a konczaca sie na calych narodach. Sterowane przez media i polityke.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej