Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
ks. Jerzy Popiełuszko

(1947 - 1984)

Mój brat Jerzy

     Z ks. prał. Kazimierzem Gniedziejką, proboszczem parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie, rozmawia Elżbieta Ruman

     Jak to się stało, że dwóch chłopców - braci ciotecznych poczuło powołanie i jeden po drugim poszło do seminarium?

     Wymodliła to babcia Marianna Gniedziejko, czyli mama mojego taty i Marianny Popietuszko, mamy ks. Jerzego. Nasz dom a rodzinny byt w Grodzisku, i stamtąd wyszła za mąż do sąsiedniej miejscowości moja ciocia Marianna Gniedziejko - później mama Jerzego. Imiona mieliśmy po dziadkach, ja po dziadku Kazimierzu, a Jerzy został ochrzczony jako Alfons, po stryju, bracie mojego taty, który zginął mając 21 lat, zamordowany przez NKWD. Jego historia była zawsze żywa w naszej rodzinie.

     Czy spotykając się w dzieciństwie rozmawialiście o kapłaństwie?

     Trzeba pamiętać, że dzieliła nas różnica dziesięciu lat, więc nie siedzieliśmy razem w piaskownicy. Nasze rodziny były zawsze bardzo blisko siebie, każde święta czy niedziela jechało się do Okopów odwiedzić Popiełuszków, albo oni przyjeżdżali do nas. Dzieliło nas około siedmiu kilometrów - odległość nieduża dla furmanki.

     Pamiętam, jak Jerzy jako kleryk został zabrany do wojska. Kilka dni wcześniej były jego obłóczyny w seminarium - sutannę zostawił w domu mamy. Rzadko dostawał przepustki, więc jego przyjazd był wielkim wydarzeniem dla rodziny. Miał mało czasu, ale zawsze chciał wpaść choć na chwilę do nas, do Grodziska, do babci Marianny. Ogromnie ją cenił, a ona była szczęśliwa z powodu wnuka-kleryka. Modliła się za niego, a później za mnie każdego dnia. Jerzy ukrywał szykany, które go spotykały w wojsku - chronił mamę. Czasem tylko u nas mówił, jak trudno jest w wojsku, wspominał o kopaniu rowów jednego dnia tylko po to, aby następnego dnia je zakopywać... Słyszał propozycje dostania się na studia bez egzaminów... Wielu nie wytrzymywało tej presji i rzucało seminarium. Jednak on wrócił, był pewny, że ma do czego wracać.

     To była próba sił?

     Tak traktowali to komuniści - po to brali kleryków do wojska, aby ich zdemoralizować, oderwać od seminarium.

     Czy Ksiądz patrząc na ks. Jerzego postanowił być kapłanem?

     Ja trochę umykałem przed kapłaństwem - choć od dzieciństwa byłem blisko kościoła. Mając sześć lat już służyłem do Mszy św., jeszcze po łacinie. Kiedy budował się kościół, proboszcz mieszkał u nas w domu, później siostry zakonne - na czas budowy ich siedziby. Kiedy zdałem maturę, mogłem bez egzaminu dostać się na studia (trzy osoby, które najlepiej zdały maturę, mogły skorzystać z otwartych drzwi uczelni). Zapisałem się na historię, wytrwałem tam rok. Sprawdziło się, co powiedział jeden z moich wujów: "Bądź ostrożny, ta historia jest taka zakłamana"... Wtedy nie bardzo doceniałem, co powiedział. Kiedy jednak musiałem uczyć się ekonomii politycznej socjalizmu, dotarło do mnie, że jako historyk musiałbym uczestniczyć w zakłamaniu, że nie chcę uprawiać "jedynie słusznej historii". Po pierwszym roku podjąłem decyzję, że chcę iść do seminarium. I mam to szczęście, że od wejścia do seminarium do dziś nie miałem ani jednego dnia wątpliwości, czy jestem na właściwej drodze.

     Co na to rodzina i ks. Jerzy?

     Przez całe wakacje po zaliczeniu pierwszego roku historii nic nie powiedziałem - a wiec oni niczego się nie spodziewali. Pod koniec września pojechałem do Warszawy, do Jurka. Uśmiechnął się: "A jednak się zdecydowałeś". Okazało się, że rok w seminarium już się zaczął, że nie jest tak jak na innych uczelniach, które ruszają w październiku. Pojechał ze mną do seminarium i pomógł.

     Kazimierz zaczynał seminarium, a ks. Jerzy już był "w ogniu walki". Jak to było?

     Bardzo przeżywałem ataki Jana Rema na Jerzego, tę wymyśloną garsonierę, podrzucane ulotki, narkotyki. Uspokajaliśmy ciocię Mariannę, mamę Jerzego - bardzo cierpiała, nie rozumiała, dlaczego tak szykanują jej syna, czym na to zasłużył. On z kolei bardzo starał się chronić rodzinę, przyjeżdżał do mamy i uspokajał. Jerzy chciał, aby zło, które coraz bardziej kotłowało się wokół niego, tylko na nim odciskało swoje piętno - żeby rodzina była bezpieczna. Chronił też mnie, żeby nasze kontakty nie były zbyt częste - wiedział, że jest obserwowany, że jego telefon jest na podsłuchu. Kiedy dzwoniło się do niego w stanie wojennym, tak jak wszędzie był komunikat: "Rozmowa kontrolowana", ale u niego, zanim po komunikacie rozpoczęła się rozmowa, najpierw było bardzo długie wywoływanie numeru, żeby ktoś zdążył włączyć nagrywanie...

     Czy jako kleryk bywał Ksiądz tam, na Żoliborzu, gdzie brat odprawiał Msze św. za Ojczyznę?

     Tak. Niedawno dopiero dostałem od Basi Popieluszko bardzo cenne dla mnie zdjęcie: jako diakon stoję obok Jerzego odprawiającego Mszę św. za Ojczyznę. To był wrzesień 1983 r., po jakiejś asyście, chyba w parafii w Zielonce, pojechałem bezpośrednio na Żoliborz. Czasem do dziś boli mnie, że nie było okazji stanąć razem w koncelebrze, kiedy już zostałem księdzem! Marzyłem o tym w seminarium, że będziemy razem odprawiać Mszę św., że odwiedzimy grób babci i razem tam będziemy się modlić jako kapłani.

     Kiedy 10 czerwca 1984 r. były Księdza prymicje - ks. Jerzy był obecny?

     Oczywiście! Bardzo przeżyłem fakt udzielania błogosławieństwa prymicyjnego ks. Jerzemu. Sytuacja była trudna - nie zdecydował się głosić kazania. Poprosiłem ks. Zygmunta Wirkowskiego, żeby wygłosił homilię prymicyjną. Jerzy przyjechał z Waldkiem Chrostowskim - kierowcą, który zwykle z nim wyruszał w podróże. Ubecy byli gdzieś za płotem. Była z tego cała afera, milicyjne dochodzenie. To było tuż przed wyborami. Cała rodzina była przesłuchiwana; pytano, dlaczego Jerzy był, po co, co powiedział. Jerzy nie mówił nic w kościele, rozmowa odbywała się tylko przy stole prymicyjnym. Wtedy poprosiłem go o krótkie przemówienie; pamiętam do dziś jedno krótkie jego zdanie: "Prawda kosztuje".

     Inny z moich braci wujecznych, bratanek mojej mamy, był wtedy w wojsku. Wywierano na niego naciski, żeby starał się bardziej ze mną zaprzyjaźnić, żeby im opowiadać o naszych spotkaniach, żeby wiedział, co się dzieje. Darek dopiero po pewnym czasie przyznał się do tego. On się nie złamał, nie przyjął propozycji współpracy, ale naciski, żeby tak się stało, żeby UB miało kogoś w naszej "niebezpiecznej" rodzinie, były silne.

     Czy baliście się o ks. Jerzego, czy myśleliście wtedy, że coś aż tak złego może go spotkać?

     O tym w rodzinie nie dyskutowaliśmy, nie powinno się o tym mówić. Ja osobiście z nim na ten temat rozmawiałem - mówił, że "możliwe jest wszystko, i że jest gotów". Wierzył oczywiście, że to najgorsze się nie zdarzy. Był otoczony gromadą przyjaciół, pilnowali go, chronili. Hutnicy z Huty Warszawa, których był kapelanem, po pracy przychodzili i trzymali straż przy jego mieszkaniu. Szczególnie wtedy, kiedy było coraz więcej pogróżek, kiedy cegły "same" wybijały szyby w jego pokoju...

     Kiedy Ksiądz dowiedział się, że ks. Jerzego porwano?

     Natychmiast. Codziennie po odprawieniu Mszy św. w swojej parafii jeździłem do kościoła św. Stanisława Kostki i koncelebrowałem Msze św. o godz. 19, w której modliliśmy się o jego odnalezienie, o powrót do parafii. Kiedy dowiedzieliśmy się, że odnaleziono ciało, kończyła się właśnie wieczorna Msza św.: ks. Andrzej Przekaziński przyszedł i powiedział o tym. Cały kościół zaczął płakać - wielu rozpaczliwie, głośno. To było ogromne cierpienie, brakowało słów. Ja stałem twarzą do ołtarza jak skamieniały... Sytuację uratował ks. Feliks Folejewski: podszedł do mikrofonu i zaczął odmawiać "Ojcze nasz". Wiedział, że aby przestać płakać, trzeba zacząć coś mówić. Ludzie powoli dołączali do modlitwy. Kiedy doszło do słów: "i odpuść nam nasze winy", ks. Feliks powiedział: "Powtórzmy «i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom»! I jeszcze raz powtórzmy!". I brzmiało w całym kościele: "jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Co nam innego pozostało?

     Ksiądz mówił z wszystkimi: "i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy"?

     Tak, ale dobrze, że stałem twarzą do tabernakulum. A ks. Folejewski mówił dalej bardzo mocno: "Teraz mamy wielkiego orędownika w niebie. Nie zapominajmy o tym!". Już wtedy mieliśmy pewność, że Jerzy jest męczennikiem. Tego samego wieczoru - bocznymi drogami - pojechaliśmy do cioci Marianny, i te właśnie słowa jej powtórzyłem: "Mamy świętego, orędownika w niebie". Ona była spokojna, taka zastygła w bólu. Następnego dnia przyjechała do Warszawy i razem z wujkiem zamieszkali w mieszkaniu Jerzego.

     Czy teraz ks. Jerzy, już w niebie, czuwa jakoś nad bratem-księdzem?

     Były dwa takie momenty, kiedy bezpośrednio to odczułem. Miałem zbudować kościół w parafii. Ludzie nie bardzo chcieli, uważali, że im nowy kościół niepotrzebny. Mówili: jest kościół niedaleko w Nieporęcie, po co budować nowy. To były trudne chwile, nie wiedziałem, jak przełamać tę niechęć. Prosiłem Jerzego o pomoc - zmiana była ogromna. Później ludzie już sobie nawet nie wyobrażali życia bez "swojego" kościoła. Drugi taki moment nastąpił, kiedy poszedłem do instytutu kardiologii na operację zastawki - trzeba ją było wymienić. Prosiłem Jerzego o pomoc.

     I pomógł?

     Żyję, pracuję, choć to, co działo się na sali operacyjnej, było - jak mówili lekarze - zaskakujące i zagrażało śmiercią. Jestem pewny, że wtedy Jerzy czuwał nad moim sercem, że Pan Bóg uznał, iż coś jeszcze mam do zrobienia na ziemi. Że mam być przy beatyfikacji mojego brata Jerzego.


Tekst pochodzi z Tygodnika

6 czerwca 2010


Charyzmat jedności Charyzmat jedności
Chiara Lubich
Duchowość Chiary Lubich jest przeznaczona dla wszystkich, niezależnie od szerokości geograficznej, wykształcenia czy pozycji społecznej. Medytując nad jej tekstami zanurzamy się w ożywczy nurt autentycznej duchowości chrześcijańskiej... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Dariusz: 20.02.2017, 15:52
 Jest do tej pory księdzem proboszczem w mojej parafii p.w Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie. Przepiękne świadectwo księdza proboszcza , widać ogromne powołanie. Jest bardzo skromnym kapłanem, miłującym ludzi , nie mówiącym o finansach. Niech Bóg księdza ma w opiece , brat bł Ks. Jerzy Popiełuszko czuwa nad księdzem.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej