Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Dorożkarza żywot poczciwy

     Podtrzymuje tradycje dawnej Warszawy i swojej rodziny. Dorożkarzem był jego dziadek i ojciec. Ale po nim nie będzie już nikogo. Dorożkę wstawi do szopy, konia sprzeda i zamknie ten wiekowy interes.

     Krzysztof Szczepański, z wykształcenia technik mechanik, kilkanaście lat pracował jako technolog narzędziowy, po śmierci ojca musiał zmienić swój fach i przejąć rodzinny interes. W spadku dostał konia, powóz i starą stajnię.

     - Szkoda było tak to zostawić - wspomina dorożkarz. Kiedy żył jeszcze mój dziadek, po ulicach Warszawy jeździło tysiące dorożek. Kiedyś dorożkarz to był ktoś! Ja jeżdżę od 31 lat, ale i wtedy było inaczej. Wyrwać się ze Starego Miasta? Żaden problem. Nawet w nocy jeździło się po całej Warszawie. Kurs na Foksal. Była tam kiedyś taka restauracja: "Kameralna". Jedni wysiadają, drudzy wsiadają. Krzyczą: "Jedź pan na Stare Miasto, róg Trębackiej, albo nie! Tu wysiadamy" Po chwili: "Panie na Stare Miasto! Do Krokodyla!". W Krokodylu dancing do 3.00. Trzeba rozwieźć klientów do hotelu. Kiedyś były stałe miejsca: Forum, Grand Hotel, Europa, Wiktoria i Bristol. Tylko te się naprawdę liczyły i wiadomo było, kto skąd jest. Teraz dorożka to już tylko atrakcja turystyczna i to najczęściej dla Polaków, bo obcokrajowcy już nie mają takich grantów co dawnej.

     ŚWIĄTEK-PIĄTEK

     - Dzisiaj nieważne: świątek-piątek - opowiada pan Szczepański - rodzina przy stole, ty w garniturze, a tu trzeba wstać i pojechać do konia. Z Ursusa na Żoliborz to okoio 13 km. Jedzie się około pół godziny. Koń to żywa istota, tak samo chce jeść, przynajmniej dwa razy dziennie, lubi być rozpieszczany, a nie lubi jak się na niego krzyczy. Szczepański wstaje więc codziennie o 5.00, bo przecież trzeba się wyszykować. Dorożkarz to nie byle woźnica!

     Zabiera z domu kanapki, termos z herbatą i puszkę Kitkata.

     Od czego zaczyna swoją pracę? Od karmienia kota. - No tak! Proszę się nie śmiać, tylko spojrzeć. To jest cały spichlerz z owsem, gdyby nie Cyganek to ani monitoring ani pułk wojska by nie pomógł. Bo mysz wszędzie wejdzie. A ta przybłęda zawsze śpi na szczycie stosu worków i pilnuje - mówi gospodarz.

     - Najpierw trzeba konia napoić. Śmieję się zawsze, kiedy na Starówce podchodzą do mnie jakieś panie i mówią, żeby dać koniu pić, bo jest gorąco, a on tylko dyszy. Mówię wtedy: Pani! Koń to nie kaczka, żeby pil wodę wiadrami. Jak się zmęczy, to też nie może pić, bo by zaraz paraliżu dostał! To się na mnie obrażają. Tak jak wtedy, gdy nie pozwalam dzieciom samym podchodzić do zwierzęcia. A mało to brakuje, żeby spłoszyć konia i wypadek, taki jak w Krakowie, gotowy - tłumaczy dorożkarz szczrze zatroskany o swoje dwa rumaki. Poklepuje Walentego po grzbiecie i przynosi mu poranną porcję owsa. Druga część dostaje się Kubie.

     Po chwili odwiązuje pierwszego konia i pozwala mu pobiegać po sporej powierzchni zaniedbanego sadu, sąsiadującego przez ulicę z cmentarzem powązkowskim. Walenty wybiega ucieszony i podgryza rosnące pod płotem drzewa. W tym czasie gospodarz czyści matą stajnię i wywozi nawóz na taczce. Potem dokładnie czyści świeże buraczki i wkłada do wiadra. Przygotowuje koniom deser. Walenty natychmiast przybiega do stajni i już czeka przy swoim żłobie.

     - Bo koniom to trzeba dogadzać jak dziecku - mówi Szczepański. Gdzie im będzie tak dobrze jak u mnie? Do pracy chodzą na zmianę. Dziś idzie Walenty, a więc Kuba będzie miał stajnie tylko dla siebie, będzie mógł się położyć, odpocząć po wczorajszym dniu i zebrać siły na jutro. Za jakiś czas dostaną jeszcze marchewki, a tuż przed wyjazdem - po bułce.

     Kilka lat temu trzeba było zmienić miejsce postoju i zbudować drugą stajnię. Wybudowali ją razem z panem Bogdanem, również dorożkarzem od pokoleń, właścicielem konia o imieniu Maks. Maks dziś zostaje. Poprzedniego dnia w powozie złamał się dyszel, który pan Bogdan naprawia od samego rana.

     SZCZĘŚCIE NA CZTERECH NOGACH

     Co miesiąc do stajni przyjeżdża kowal, podkuć konia. Trzeba go przywozić aż z Kobyłki, bo bliżej nie ma żadnego. 300 zł za 4 nogi i są nowe podkowy. Stare lądują pod szopą, powiększając górę złomu. Może się kiedyś przydadzą.

     - Zawsze kiedy podkuwam konia, to przypomina mi się ta stara historia - wspomina Szczepański. - Zawiozłem kiedyś Młodych do Pałacu Ślubów. Po ceremonii wychodzą, wsiadają do pięknie przystrojonego powozu. Ruszamy. A tu nagle z tylnej nogi konia odpada podkowa. No masz! - myślę sobie, zatrzymuję konia i biegnę po zgubioną podkowę. Wtedy dogania mnie drużba i zabiera mi ją sprzed nosa. Mówi mi, że nie odda, bo znalazł ją na szczęście. Ja mu na to, że to moja i bez niej nie ruszymy. A on mówi, że zapłaci, ile będę chciał, ale podkowy nie odda! Zostawiliśmy więc powóz na poboczu, oni pojechali na wesele, a ja w taksówkę i po nową podkowę - opowiada Szczepański.

     - Ale te dorożki wiozły jeszcze nie takich... Mój dziadek woził Kiepurę, ja Demisa Roussosa. A ostatnio żonę premiera Tuska razem z żoną premiera Turcji. Kiedyś dorożki były w barwach czarno-czerwonych, tak jak ta mojego dziadka, która ma ponad 200 lat. Teraz już takich nie ma. Kilka lat temu braliśmy udział w reklamie kawy i wszystkich nas przemalowali na zielono. Dlatego stołeczne dorożki wyglądają inaczej niż wszystkie na świecie. Ale może to i dobrze, bo czasy też inne - zastanawia się pan Szczepański.

     Dawniej dorożkarz ubrany był w piękną liberię, którą można było kupić od strażaków albo kolejarzy. To była prawdziwa kultura i styl, który przekazywał ojciec na syna. Nigdy nie jeździli w cylindrze i białej muszce, jak to się czasem zdarza, a ponieważ byli warszawiakami z krwi i kości, znali każdą stołeczną ulicę. - Teraz to się nieraz musimy wstydzić za tych nowych "biznesmanów" na koźle - mówią starzy dorożkarze.

     GALOPEM PRZEZ ŚRÓDMIEŚCIE

     Przed wyjazdem w trasę jeszcze tylko codzienne kosmetyczne poprawki: przeczesanie sierści i dokładne wyszczotkowanie końskiej grzywy i ogona. Długa, gęsta grzywa lekko przechodzi między gęstym włosiem szczotki. Walenty stoi nieruchomo i pozwala na każdy zabieg. Potem uprząż z obowiązkowymi czerwonymi pomponikami. - A no co bat? - pytam. - No przecież nie na konia, żartuje pani?! - oburza się dorożkarz. - To na tych chuliganów, co jeżdżą jak pijani po ulicach. Przecież to włos na głowie staje kiedy się patrzy, jak oni jeżdżą. Zajeżdżają koniowi drogę. Wjeżdża mu przed samą mordę i proszę się nie denerwować. Tak im się spieszy. A pojazd zaprzęgowy przejedzie czasem szybciej niż samochód. Bo my nie tworzymy korków. Jak jest skrzyżowanie, to przyspieszam, jadę bocznymi ulicami, nie wymuszam pierwszeństwa. Kiedyś to trzeba było mieć kartę woźnicy, teraz wystarczy prawo jazdy na samochód - skarży się pan Krzysztof.

      Wszystko gotowe. Szczepański zamyka drzwi od stajni, okręcając sznurek na dwie pętelki, myje ręce, zakłada marynarkę i czapkę. Walenty niecierpliwie przebiera kopytami, jakby nie mógł się już doczekać. - Teraz jeszcze się zaprowiantuję i w drogę - mówi dorożkarz. Kanapki herbata i pasza dla konia lądują w małej skrytce pod siedzeniem woźnicy. On sam dostojnie siada na powóz. Nie przypomina już tamtego zmęczonego życiem i pracą człowieka. To dorożkarz taki jak sprzed laty, wyprostowany, dumnie trzymający lejce.

     - Dzień dobry! - wykrzykuje z chodnika pewien mężczyzna. - A dzień dobry, panie Włodeczku! - odkrzykuje Szczpański. - Co, znowu pan jedzie opalać się na Starówkę? - A pewnie, widzi pan, mam już kurs z samej zajezdni - żartuje. Trudno mu ukryć dumę, kiedy mija kolejnych pozdrawiających go przechodniów, starsze panie z tęsknotą oglądające się za tamtymi czasami i ich wnuczki, cieszące się na widok konia w centrum miasta.

     Kiedy wjeżdżamy na brukowane uliczki Starego Miasta, w oddali rozlega się hejnał z wieży Zamku Królewskiego. - Wie pani, dlaczego słychać go zawsze o tej porze? Dokładnie o tej godzinie Zamek runął podczas wojny - odpowiada. - Jeździłem już tyle razy z różnymi przewodnikami. Słyszałem, co mówili, to teraz powtarzam. Po tylu latach, to dogadam się już z każdym i po niemiecku, i po rosyjsku, włosku, angielsku, a nawet japońsku i arabsku. Dla mnie ważne, żeby klient był zadowolony. Opowiadam turystom o zabytkach, które mijamy. Tu urodziła się Maria Curie-Skłodowska, tu jest najstarszy kościół, tam kamienica, która pamięta jeszcze tamte czasy - zaczyna swoją opowieść dorożkarz. A z każdym jego słowem wraca klimat dawnej Warszawy.


Marta Troszczyńska


Tekst pochodzi z Tygodnika

23 sierpnia 2009


Przewodnik z atlasem. Londyn Przewodnik z atlasem. Londyn
Praca zbiorowa
Nowy, aktualny, praktyczny i bogato ilustrowany przewodnik po Londynie. Radzi gdzie zjeść i zamieszkać, gdzie zrobić zakupy, gdzie spędzić niezapomniany wieczór w Londynie. Podpowiada trasy dłuższych wycieczek i krótkich spacerów. Ważną część przewodnika stanowi dokładny plan Londynu, a także użyteczny plan metra... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Iza: 16.03.2010, 13:18
 Bardzo piękny temat, z nostalgią myślę o czasach naszych babek, kiedy dorożki jeździły po Warszawie o tyle częściej. Też czasem mijam dorożkę jadącą na Starówkę i od razu poprawia mi humor ten widok i odgłos stukających kopyt... piękne to.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej