Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Dwa razy Wilno

     Stolicą państwa litewskiego jest miasto kiedyś polskie, teraz również europejskie, zostało bowiem w tym roku ogłoszone stolicą europejskiej kultury. Zawsze mnie zachwycało i nadal zachwyca.

     Dziś odnowione, wypięknione oszałamia rozmaitością architektonicznych stylów, rozmachem odbudowy, elegancją sklepów i ulic. Zawsze jest mi bliskie, bo zrośnięte z moim dzieciństwem, które częściowo tu spędziłam. I tak pełne pamiątek po naszych wielkich rodakach: Adamie Mickiewiczu, Juliuszu Słowackim, Stanisławie Moniuszce, Józefie Piłsudskim i wielu, wielu innych. - I wreszcie zachwycające ze względu na swe urozmaicone położenie: miasto wyrastające pośród pagórków zielonych od krzewów i lasów.

     Tym razem pojechałam głównie po to, aby przypatrzeć się sobie - kiedyś czteroletniemu dziecku, później dziewczynce, biegającej po tym mieście krętymi jego zaułkami, niewrażliwej jeszcze na urodę jego starych kamieniczek, sklepień, sionek, portali, wykuszy, z całym jego bogactwem gotyku, renesansu i baroku. I oto już jestem w Wilnie! Pierwsze kroki kieruję do Królowej Polski, Wielkiej Księżnej Litewskiej - Pani Ostrobramskiej. Wilno zwano niegdyś miastem kościołów, ale tylko jeden z nich jest kościołem pod otwartym niebem. To część ulicy Ostrobramskiej, gdzie przez otwarte okno można widzieć cudowny obraz i wysłuchać odprawianej Mszy św. W niewielkiej kaplicy ciasno, więc pielgrzymi gromadzą się właśnie na ulicy.

     Za moich lat dziecinnych też było tu ludno. Modlono się stojąc na zewnątrz, a wszyscy przechodnie skwapliwie zdejmowali nakrycia głowy. Takie panowały zwyczaje. Mieszkałam wówczas niedaleko, zaraz za torami kolei, na nieistniejącej dziś ulicy Nowoświeckiej. Osiedle zbudowane na tym obszarze nosi nazwę Nowy Świat. Biegałam do Ostrej Bramy, głównie wiosną na majowe nabożeńT stwa i stojąc w którejś z nisz kościoła św. Teresy śpiewałam litanię i "Chwalcie taki umajone". A właśnie za moim domem ciągnęły się pagórki umajone wiosennym kwieciem.

     Spaceruję głównymi uliczkami starego miasta. Już nie zwiedzam, poznałam je bowiem dość dokładnie. Sama mogłabym być przewodnikiem. Natomiast w dalszym ciągu nęcą mnie stare podwórka. Niestety, prawie wszędzie bramy zamknięte, domofony. A jeszcze tak niedawno półokrągłe sklepienia bram zapraszały do zakątków obramowanych dzikim winem, gdzie biegnące wzdłuż ścian drewniane schody i galerie przypominały sceny z Romea i Julii. Tak dochodzę do pl. Katedralnego, dawniej miejsca pogańskiego gaju i świątyni. Dziś największą jego ozdobą jest katedra, a ozdobą katedry barokowa kaplica św. Kazimierza Królewicza. Nad świątynią, na tle drzew parku zwanego Cielętnikiem, wyłania się masyw Góry Zamkowej z legendarną Basztą Gedymina, pięknie podświetloną nocą.

     To tam dreptałam u boku mamy, by wejść wreszcie na szczyt, skąd pięknie się obserwowało w Dniu Bożego Ciała procesję wychodzącą z katedry i rozciągającą się wzdłuż placu.

     Słucham dzwonów katedralnych wzywających na nabożeństwo. Słuchają ich też na kościelnym szczycie św. Helena z krzyżem, św. Stanisław i św. Kazimierz. Stoję przy froncie świątyni i patrzę przed siebie. Towarzyszą mi w niszach przy portyku wielkie postacie Mojżesza i Abrahama. Przede mną na horyzoncie jedna z najważniejszych "od zawsze" ulic Wilna: niegdyś Adama Mickiewicza, potem trakt Lenina, teraz znów Gedymina. Odnowione i poszerzone chodniki, nowo posadzone drzewa, stylowe latarnie. Oko przyciągają eleganckie wystawy sklepów, sporo nowoczesnych ciekawych budowli dobrze wkomponowanych w sąsiedztwo przedwojennych budynków, dużo banków, teatr, kawiarnie.

     Oczami wyobraźni widzę niewielką postać młodego mężczyzny o ciemnych włosach idącego w moją stronę z ogromnym pluszowym misiem na wyciągniętych rękach. Za nim biegnie gromada krzyczących chłopaków, urwisów ulicznych, żydowskich uczniów w chałatach. A każdy dotknąć chce niedźwiadka, żeby się przekonać, czy jest żywy. Ten mężczyzna to mój ojciec, ówczesny sędzia wileński, człowiek więc poważny, ale jednocześnie wesoły, towarzyski, skłonny do wszelkich krotochwil i figlów. Właśnie dostał tego misia od znajomej aktorki i przyjął zakład, że jeśli przeniesie go bez opakowania po głównej ulicy Wilna - miś stanie się jego własnością. I w ten sposób niedźwiadek trafił do mnie, stając się na długie lata moją ukochaną zabawką. Nie tylko dorównywał mi wzrostem, ale był też niezwykle precyzyjnie wykonany. Przyjechał ponoć aż z Berlina ze słynnego wówczas sklepu. Pozostał u nas wiele lat, a kiedy w 1939 r. dostałam się na studia, jemu pierwszemu włożyłam na głowę studencką czapkę z malinowym otokiem. Doczekał się nawet Powstania Warszawskiego. Nie dały mu rady niemieckie bomby. Wykończyły go dopiero mole w czasach PRL, łase na jego wełniane futro i z grubego sukna zrobione łapy.

     Przecinam plac Katedralny (Gedymina) na skos, chcąc zobaczyć ostry gotyk kościoła św. Anny i masyw kościoła bernardynów. Zaraz za nim znajduje się pomnik Adama Mickiewicza zrealizowany przez litewskiego rzeźbiarza Jokubonica w 1983r. Mickiewicz na nim młody, pełen nadziei, z ufnością patrzy w przyszłość. Jak bardzo jest Wilno przepojone Adamem! Tylko w najbliższej okolicy aż 3 miejsca jego zamieszkiwania: Skopówka, zaułek Literacki i zaułek Bernardyński. W tym ostatnim mieści się jego muzeum. Tuż za Wilenką (wówczas zwaną Wilejką ) rozciąga się aż po Antokol pasmo wzgórz zwanych Szwajcarią Wileńską. W antokolskich ogrodach bywali częstymi gośćmi Adam i jego koledzy. Zaułkiem Bernardyńskim chodziło się na ślizgawkę. Z gramofonu, do wtóru ślizgających się łyżwiarzy płynęły ówczesne taneczne melodie. Zimy były wówczas niezwykle mroźne. A mimo to - rozgrzani szaleńczą jazdą - kupowaliśmy sobie za parę groszy popularny przysmak: mrożone jabłka. Wyglądały zupełnie jak pieczone - brązowe, soczyste kule smakowały wprost nieziemsko. I jeszcze babka ziemniaczana: piekło się ją w duchówce, czyli w piecyku. Nadziewana skwarkami, polewana śmietaną lub nie. No i jakieś bułeczki z serem zwane "watruszki". O nich nasza gosposia zaciągając mówiła: "sera weźma, maku, szafranu, wanilii, nu tam tego wszystkiego. Choć z trzech kil, a narobim różnych różności".

     Wychodzę zaułkiem na ulicę Zamkową (obecnie Pilies) tuż przy słynnej księgarni Zawadzkiego.

     Kiedyś też bywały tu księgarnie. Pamiętam taką jedną niewielką. Mama weszła zapytać o jakąś dla mnie książeczkę i napomknęła sprzedawcę o nowym wydaniu "Pana Tadeusza". Oto co usłyszała: "Weź pani ta drabinka, przystaw na ta piec, a tam u góry, na policy może pani i znalazszy".

     Na Zarzecze idzie się prosto od św. Anny, aż do pierwszego mostku na Wilence. Tam trzeba przejść na drugą stronę, aby wspiąć się na pagórkowaty teren tej dzielnicy. O tym mostku i o innych pisał Gałczyński, bo przecież mieszkał tu blisko, przy ul. Młyńskiej.

"I mostki ponad Wilenką z balustradami w trytony,
Gdzie skoczyć do wody na łeb, to tylko romantyczność"
"Płynie Wilenką rzeczka
Księżyc nad nią jak świeczka".

     Drewniane domy, zawieszone jakby na pochyłych stokach brzegów rzeczki były częstokroć zamieszkałe przez ludzi sztuki - artystów, malarzy, muzyków. Biegał być może i Gałczyński do pobliskiej siedziby malarza Ferdynanda Ruszczyca na jego "poniedziałkowe spotkania". Bywałam na tym Zarzeczu z rodzicami u ich znajomych. Moi rodzice też mieli artystyczne dusze. Był u nas fortepian, mama na nim grywała... utwory Mendelsohna, Griega, Brahmsa, Chopina. Często akompaniowała znajomemu skrzypkowi. Tato wyżywał się w melodeklamacjach sentymentalnych utworów Wertyńskiego. A ja, siedząc pod fortepianem, zasypiałam słodko, zapomniana przez muzykujących rodziców.

     Teraz Zarzecze przechodzi renesans, choć jeszcze kilka lat temu wyglądało dość opłakanie. Gładko ułożoną kostką wygodnie się chodzi po stromych uliczkach. Podobno nastąpił nawrót dawnych tradycji. Pięknie odnowione kamieniczki o wysokim standardzie mieszkań zyskują wielu chętnych lokatorów z branży artystycznej. Duch fantazji mieszkańców doprowadził do powstania tu tzw. Rzeczypospolitej Zarzeckiej, rządzącej się własnymi prawami, własną Konstytucją wyrytą na tablicach, znajdujących się przy placyku, gdzie na kolumnie anioł, trzymający trąbę, wszem i wobec tę Rzeczypospolitą ogłasza. Niezwykle to wszystko, pomysłowe i ucieszne. Odnowiony domek na Młyńskiej pięknie się przedstawia. Siedzę w kafejce nad Widenką, patrzę z tarasu na moje miasto. Przede mną, obramowana zielenią drzew, w oddali, najpiękniejsza w świecie panorama.

     Zobacz galerie:




Halina Cieszkowska


Tekst pochodzi z Tygodnika

15 listopada 2009


Notatki z podróży do Grecji Notatki z podróży do Grecji
Karolina Lanckorońska
Zapiski wybitnego historyka sztuki z podróży śladami nowożytnej cyliwizacji... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:

Brak komentarzy



Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej