Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Bieszczady

     Gdy Bieszczady w duszy grają

     Wszędzie zielono. Cisza aż dzwoni w uszach. Przyroda oczarowuje, ale i budzi respekt. Nic dziwnego, że w takim otoczeniu zrodziło się wiele powołań, i wiele z nich dojrzewało do świętości.

     Na Połoninie Caryńskiej siedzi para. Zajadają kanapki i czekoladę. - Pierwszy raz przyjechałem w Bieszczady w czasach licealnych. Bieszczady to była moja pierwsza miłość - mówi Tomek Barański.

     - Na studiach odwiedzałem je co najmniej dwa razy w roku. Do tradycji przeszły już "Bieszczady-listopady" z przyjaciółmi. Najpiękniejsze są jesienią - z tym dywanem pożółkłych liści. Wtedy zdarzają się cuda: jednego dnia lato, drugiego - jesień, a trzeciego - 20 cm śniegu. Chociaż wiosenna eksplozja zieleni też ma niepowtarzalny urok. No i do Bieszczad wiosennych mam szczególny sentyment: wtedy poznałem w nich żonę. Podobnie jak dwóch innych kolegów poznało w nich swoje żony - mówi ze śmiechem.

     Wiosną, gdy zakwita śnieżyca, cała dolina wygląda jak ośnieżona, a przecież śnieg dopiero co stopniał. - Okres wegetacyjny w Bieszczadach jest krótki, za to intensywny. Wiosna aż kipi - przekonuje Bogusław Pyzocha z Lutowisk, prezes Fundacji Bieszczadzkiej. - Ale i zima jest cudowna: można jeździć na nartach biegowych i chodzić na rakietach śnieżnych. Z kolei na urlop najlepsza jest jesień - wtedy jest najpewniejsza pogoda, nie tak kapryśna jak w lipcu, kiedy najczęściej pada. No i nie ma takich tłumów.

     Za co kocha się Bieszczady? - Za przestrzeń, zieleń i dzikość - Bogusław Pyzocha podsumowuje krótko.

     JEDNE BIESZCZADY, JEDNO SERCE

     Mówi się, że Bieszczady mają kilka bram, kilka stolic i kilka serc. Dla jednych tą bramą jest Rzeszów, dla innych - dopiero górny bieg Sanu. Do miana stolicy pretendują Sanok, Lesko i Ustrzyki Dolne. Sercem są góry porośnięte lasem i rozległe połoniny. - Geograficznie Bieszczady rozciągają się od pasma Otrytu, czyli nie obejmują ani Leska, ani Ustrzyk - tłumaczy Bogusław Pyzocha. - Turystyczny podział wyznacza im granicę na Sanoku, tam, gdzie odchodzi od niego rzeka Osława. Potocznie ludzie nawet Rzeszów zaliczają do'Bieszczadów. Ja proponuję zostawić wyznaczanie granic i stolic - Bieszczady są jedne.

     Jak cała Galicję, tak i Bieszczady zamieszkiwało wiele grup etnicznych. Tu osiedlali się Wołosi - na tę ludność składały się elementy rumuńskie, albańskie, serbskie i bułgarskie. Licznie zamieszkiwali te tereny Bojkowie i Łemkowie wyznania grekokatolickiego, trudniący się rolnictwem i hodowlą bydła. - W XV w. pojawili się w Bieszczadach Włosi, którzy budowali kolejki wąskotorowe - mówi Pyzocha. - Węgrzy z kolei zasiedlali wioski najbliżej granicy galicyjsko-węgierskiej. Krościenko przeżyło epizod grecki, gdy w latach 60. XX w. osiedlili się tu wygnani z Grecji potomkowie komunistów. Spotkamy w Bieszczadach także kolonie niemieckie. A Żydzi stanowili swego czasu 60 proc. ludności każdego miasteczka.

     Nie ma gór bez zbójników. Tutejszym Janosikiem był w XVIII w. Oleksy Dowbosz, postać autentyczna. - Chociaż w większości przypadków tołhaje. czyli zbójnicy, to byli zwykli łotrzykowie, którzy grabili bez szczytnych celów. Przymuszała ich do tego sytuacja ekonomiczna, zawsze trudna na tych terenach - przyznaje prezes Fundacji Bieszczadzkiej. W Orlecu znajduje się pomnik tołhaja.

     NIE SPAĆ, ZWIEDZAĆ!

     W Bieszczadach nie można się nudzić. Jest przyroda, która zachęca do wędrówek: są zabytki: sa atrakcje dla dużych i małych. Bieszczadzkie Biuro Turystyczne działające przy Fundacji Bieszczadzkiej poleca zorganizowane wyprawy przyrodnicze i ścieżki kulturowo-historyczne. - Podczas takich wypraw tropem zwierząt szczęśliwcy spotkają wilka, niedźwiedzia, jelenia, lisa czy żubra, a zoolog nauczy rozpoznawać te zwierzęta po ich śladach i odchodach. Botanik z kolei wskaże grupy roślin jadalnych i podpowie, co z nich można przyrządzić - mówi Pyzocha. W Bolestrzycach znajduje się arboretum ze wspaniałymi okazami drzew.

     - Można udać się na wycieczkę śladami starych cmentarzy i kirkutów oraz miejscowości, które już nie istnieją, a tych w Bieszczadach - po akcji "Wisła" - jest mnóstwo. Lepiej szukać ich wiosną, bo wtedy po kwitnących drzewach owocowych poznamy, że teren ten był zamieszkały - poleca Bogusław Pyzocha.

     Kto chciałby ruszyć szlakiem posiadłości możnych rodów, nie może ominąć Zarzecza, Sieniawy, Leżachowa, Łańcuta i Julina. - W Zarzeczu znajduje się odrestaurowana rezydencja Dzieduszyckich, w Sieniawie - majątek Czartoryskich, na którym w czasach PRL-u strażacy odbywali ćwiczenia: podpalali i gasili, podpalali i gasili. Łańcut to zamek Potockich, ocalały w czasie wojny dzięki niemieckim korzeniom Potockiej (ale nie kolaboracji!). A Julin to uroczy drewniany pałac myśliwski należący niegdyś do Julii Potockiej - zachęca do zwiedzania ks. Grzegorz Polasz spod Dubiecka, pasjonat historii tych terenów. Warto wyciągnąć go na rozmowę o niezwykle ciekawej historii dworku Krasickich, w którym prowadzi teraz ośrodek młodzieżowy KSM "Nadzieja". Wie niemal wszystko o tych okolicach, postraszy duchami i rozbawi anegdotą.

     Najgoręcej ks. Grzegorz zaprasza do odwiedzenia zespołu zamkowo-parkowego w Krasiczynie - jednego z najpiękniejszych skarbów architektury renesansowo-manierystycznej w Polsce i Europie. Został zbudowany przez Stanisława Krasickiego i jego syna Marcina na przełomie XVI i XVII w. - Dużo jeżdżę po świecie, widziałam prawie wszystkie zamki nad Loarą i śmiem twierdzić, że z takim zamkiem nie możecie mieć wobec nich żadnych kompleksów - przyznaje jedna z turystek, Marina z Florencji. Spacer po ogromnym parku pozwoli się wyciszyć.

     Koniecznie trzeba też zajrzeć do Haczowa, Binarowej, Bliznego, Dębna, Lipnicy Murowanej i Sękowej. Tam znajdują się skarby gotyckie, wpisane na listę UNESCO. Kościół Wniebowzięcia najświętszej Maryi Panny i Michała Archanioła w Haczowie to najstarszy, największy i najlepiej zachowany w Europie gotycki kościół o drewnianej konstrukcji zrębowej, z bogatym wystrojem malarskim i rzeźbiarskim. Ciekawostką jest, że jego wizerunek znalazł się na monetach 2- i 20-złotowych wyemitowanych przez NBP 13 września 2006 r.

     Na szlaku bieszczadzkich ciekawostek nie może zabraknąć skansenu w Sanoku. - Największego w Polsce i jednego z największych w Europie, gdzie obecnie odtwarzane jest miasteczko galicyjskie - dopowiada Bogusław Pyzocha. Koniecznie trzeba przejechać się bieszczadzką kolejką wąskotorową. - Rocznie przybywa tu kilkadziesiąt tysięcy turystów; ciuchcia co jakiś czas wydłuża swój szlak. Tworzyli ją pasjonaci, dziś to już prawdziwe przedsiębiorstwo! - zachwala pan Bogusław, a mali pasażerowie podśpiewują: "Jedzie bieszczadzka ciuchcia, stara i śmieszna troszkę, taką jeździł mój dziadek, ścigając babci pończoszkę".

     Jeśli kogoś zmęczą zabytki i górskie wędrówki, może się na chwilę przenieść nad jezioro w Solinie. Obowiązkowo trzeba zwiedzić słynną tamę, można popłynąć w rejs stateczkiem, a aktywniejszym polecamy kajaki, łódki i rowery oraz kąpiele w Jeziorze Solińskim. Ale potem lepiej szybko uciekać z tego skomercjalizowanego jednak miejsca, odbiegającego od atmosfery dzikich Bieszczadów. W Polańczyku warto skosztować leczniczych wód mineralnych i odwiedzić dawną cerkiew, a obecnie sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości.

     TROPEM ŚWIĘTYCH

     Bieszczadzka ziemia wydala wielu świętych i błogosławionych oraz ludzi zasłużonych nie tylko dla regionu. Warto ruszyć ich śladem. Kalwaria Pacławska, niewielka miejscowość tuż przy granicy z Ukrainą, urzeka bliskością natury i Boga, który zdaje się przez nią przemawiać. Sanktuarium nie ogranicza się do świątyni i klasztoru, ale rozciąga na okoliczne wzgórza i doliny, łąki i lasy. - Szczególny kult Męki Pańskiej skłania niektórych do nazywania tego miejsca Jerozolimą Wschodu. Z kolei ze względu na obecność cudownego obrazu Matki Bożej wierni mówią na nie: Jasna Góra Podkarpacia - mówi ks. Grzegorz Polasz. Początki klasztoru i osady wiążą się z osobą Andrzeja Maksymiliana Fredry - XVII-wiecznego pisarza politycznego, historyka, aforysty i wojewody podolskiego.

     Z jedną z największych polskich osobistości - Prymasem Stefanem Wyszyńskim - łączy się klasztor nazaretanek w Komańczy. Przepiękny obiekt w stylu szwajcarskim, który siostry zamieszkują od lat 30. XX w., oddany został jako pensjonat uzdrowiskowy dla zakonnic, ale te szybko wprowadziły się do niego na stałe. Nic dziwnego: wśród kwiatów i zieleni, ale przede wszystkim wśród wszechogarniającej ciszy i można się poczóć jak w innym świecie. Turyści intuicyjnie mówią tu szeptem, bo miejsce to jest uświęcone - od 29 października 1955 r. do 28 października 1956 r. przebywał tu internowany przez władze PRL Prymas Wyszyński. Tu opracował teksty "Jasnogórskich ślubów" i "Program Wielkiej Nowenny", a z fasady budynku przemawiająjego słowa: "Sztuką jest umierać dla Ojczyzny, ale największą sztuką jest żyć dla niej".

     Ze zdjęć widać, że przyroda i świat były dla Prymasa Tysiąclecia domem Bożym, za który wciąż uwielbia! Pana. Oglądamy go zbierającego kwiaty, chłonącego ciepło promieni słonecznych. W Izbie Pamięci znajduje się łóżko podobne do tego, na którym spał, różaniec z owoców cisu ofiarowany przez więźniów z Łupkowa, kałamarz i bibularz, których używał, szaty kardynalskie, kostur podróżny, "niezawodny przewodnik ścieżek" - jak mówi jedna z nazaretanek. Jest też wzruszające zdjęcie kard. Wyszyńskiego w serdecznym uścisku z papieżem Karolem Wojtyłą i cytatem z Jana Pawła II: "Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża Polaka, gdyby nie było Twojej wiary, nie-cofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła". W Księdze Pamiątkowej znajdują się podziękowania za dar życia prymasa i jego dzieło oraz modlitwy o jego beatyfikację.

     "Ziemia, na której stoimy, jest przesiąknięta i nabrzmiała świętością Jana z Dukli. Krocząc po tej ziemi, nakładacie na jego drogę wasze drogi życiowe". Ten cytat z Jana Pawła II wita na górze Zaświt, gdzie znajduje się pustelnia świętego zwana Puszczą, urocza kapliczka oraz źródełko, w którym pielgrzymi obmywają twarz i dłonie oraz piją z niego wodę i zabierają ją do domów. "Wśród tych gór uczył sie żarliwie modlitwy i przeżywania tajemnic Bożych. To właśnie tu, w pustelni, wśród ciszy i duchowej walki uchwycił go Bóg. I tak pozostali razem do końca" - mówi słowami Jana Pawła II kolejna tabliczka na szlaku. Kilka kilometrów dalej, w samej Dukli, znajduje się sanktuarium św. Jana z Dukli - późno-barokowy bernardyński kościół z XVIII w., a w nim - relikwie świętego patrona Polski, Rusi i Litwy, któremu przypisuje się cudowne ocalenie Lwowa w 1648 r.

     W Dukli warto zajrzeć także do kościoła parafialnego. - To czyste rokoko - zachęca ks. Grzegorz Polasz. - Tylko jeden piękny, złocony kinkiet kosztuje 10 tys. zł! Ale proboszcz się nie zniechęca, bo bardzo zależy mu na zachowaniu wspaniałego wyglądu świątyni - dodaje duchowny.

     BIESZCZADY DLA AKTYWNYCH

     Szerokie pole do popisu dają Bieszczady amatorom pieszej turystyki. Ale i zwolennicy dwóch kółek znajdą tam coś dla siebje. Gęsta sieć szlaków rowerowych oplata niemal cały region województwa podkarpackiego. Znajdzie się coś i dla spokojnych, i dla wyczynowców. Także koniarze powinni pomyśleć o spełnianiu swych pasji w Bieszczadach. Warto zajrzeć do ośrodków konia huculskiego w Odrzechowej i w Wołosatem. Atrakcją są także coroczne przepędy 300 sztuk bydła i ogierów huculskich na trasie Zawoje-Polany Surowiczne na początku maja - tzw. Łemkowski Wypęd Bydła, i w ostatni weekend września - Łemkowski Spęd Bydła. Bieszczady to także turystyka zimowa, wodna i powietrzna.

     Na szlaku świętych i błogosławionych nie może zabraknąć Miejsca Piastowego koło Krosna - kolebki zakonu michalitów. Jego założycielem był bł. ks. Bronisław Markiewicz, duchowy syn św. Jana Bosko. Wierzył on, że przyczyną nieszczęść ludzi, rodzin i narodów jest odejście od Boga. Dlatego całe życie poświęcił utrwalaniu wiary w sercach rodaków. "Skaleczony szlochem sierot i opuszczonej młodzieży", zaczął tworzyć dla nich zakłady wychowawcze, w których proponował swym podopiecznym życie pracowite i powściągliwe. Tak wyrabiał w nich silne charaktery. Do tej pracy powołał właśnie michalitów. - Marzył, żeby mógł skupić wokół siebie wszystkie opuszczone dzieci, nakarmić je i ubrać - zarówno na ciele, jak i na duszy. Piękna postać - mówi ks. Wojciech, michalita, który z pielgrzymką przyjechał tu wraz z kilkorgiem podopiecznych. To właśnie na wniosek ks. Markiewicza na Sejmie Galicyjskim w 1897 r. Miejsce otrzymało przymiotnik "Piastowe", mające podkreślać wychowanie, czyli piastowanie, oraz nawiązywać do Piastów. To wreszcie on przepowiedział wybór Polaka na tron papieski słowami: "Najwyżej was Pan Bóg wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego papieża".

     W przemyskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela spoczywają relikwie św. Józefa Pelczara. Ewa i Piotr wybrali archikatedrę na miejsce ślubu nie ze względu na jej ważność, ale ze względu na osobę świętego. - Zawsze dbat o najuboższych, choć sam był słabego zdrowia. Tworzył ochronki dla dzieci, kuchnie dla ubogich, schroniska dla bezdomnych. Chcielibyśmy czerpać z tej wrażliwości społecznej, jaką prezentował swoją postawą - przyznaje Ewa. W archikatedrze znajduje się także tablica poświęcona bł. ks. Janowi Balickiemu, o którym Jan Paweł II mówił jako o wzorze życia kapłańskiego.

     - W Przemyślu koniecznie trzeba obejrzeć również zamek kazimierzowski, a potrzebujący wsparcia duchowego znajdą je u sióstr karmelitanek - one potrafią wymodlić wszystko! - mówi ks. Polasz. Z kolei do ciekawostek miasta należy muzeum dzwonów i fajek.

     CERKWI CZAR

     Nieodłącznym elementem Bieszczadów są małe, zniszczone cerkiewki i piękne, pokaźnych rozmiarów cerkwie. Do XIV w. obszary te należały do Rusi. Dążeniem kościoła grekokatolickiego było wybudowanie świątyni w każdej wsi. Dziś zaledwie kilka z kilkudziesięciu znajduje się w rękach grekokatolików. W większości są wykorzystywane przez parafie rzymskokatolickie, tak jak świątynia w Rabem - niegdyś św. Mikołaja, teraz - Świętej Rodziny.

     - Na pewno warto zobaczyć cerkwie w Równi i Smolniku - poleca Bogusław Pyzocha. - Zbudowane są w tradycyjnym stylu bojkowskim: z trzema kopułami wzdłuż jednej osi - w odróżnieniu od stylu narodowo-ukraińskiego. Tam plan świątyni opiera się na krzyżu greckim, gdzie kopułę w centrum otaczają cztery mniejsze. Taki styl reprezentują np. cerkwie w Hoszowie i Bystrem koło Czarnej.

     Wizyta u południowych sąsiadów może przybliżyć postać Aleksandra Duchnowicza. Ten ksiądz unicki był ojcem duchowym mieszkańców okolic Topoli, gdzie sam się urodził i działał w XIX w. - To słowacki Mikołaj Rej, który skodyfikował język rusińskiej ludności. Słowa jednego z jego wierszy stały się hymnem Łemków - opowiada Bogusław Pyzocha.

     BIESZCZADZKIE ANIOŁY

     Bieszczady to nie tylko lesiste góry i bezkresne przestrzenie - to także ludzie. Nie w samych Bieszczadach, ale niedaleko od nich leży Markowa, wieś, w której mieszkała rodzina Ulmów: sześcioro dzieci, ojciec Józef i matka Wiktoria w stanie błogosławionym. W 1944 r. Niemcy zamordowali ich wszystkich oraz ukrywanych przez nich Żydów z rodzin Szallów i Goldmanów - razem 17 osób. W 1995 i. Józefowi i Wiktorii nadano pośmiertnie tytuł Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. We wrześniu 2003 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny całej rodziny, który zakończył się na szczeblu diecezjalnym w kwietniu 2008 r. Rodzinie Ulmów przysługuje obecnie tytuł sług Bożych. Ku ich pamięci postawiono w Markowej pomnik.

     Kilkunastokrotnie w Bieszczadach bywał Karol Wojtyła - jako duszpasterz akademicki, biskup i kardynał. Kiedy przybył tu po raz pierwszy w 1952 r., musiały wyglądać wyjątkowo przygnębiająco: opustoszałe, wypalone wsie, sczerniałe resztki chałup, popadające w ruinę cerkwie i zarośnięte trawą cmentarze. Mimo to wracał tu, do tych wiosek i szlaków: na Otryt i Tarnicę, na połoniny: Wetlińską i Caryńską. I na poziomki. Wspomnienie Jeziorek Duszatyńskich znajdziemy w tomie "Przed sklepem jubilera". Ostatni raz Wojtyła - już jako metropolita krakowski - odwiedził Bieszczady w 1968 r., by w Jasieniu koło Ustrzyk Dolnych dokonać intronizacji cudownej ikony rudeckiej. Tym samym zdecydował o powstaniu tu Bieszczadzkiego Sanktuarium Maryjnego.

     Bieszczady to także często miejsce ucieczki - od rzeczywistości, w której trudno się odnaleźć, do ciszy. To kraina łazików, "majsterbiedów". Zwłaszcza po wojnie trafiło tu wielu, którzy ciągnęli za zarobkiem. Niewielu jednak oparło się wódce. Wśród tych, którzy jej się nie dali, byt Władek Nadopta. - Stronił od opilstwa i przemocy, dlatego nie zaglądał do knajp, unika} hoteli robotniczych, w których alkohol lal się strumieniami - wspomina Łukasz Biedulski, gospodarz Schroniska na Końcu Świata w Łupkowie, który słuchał często opowieści Nadopty. - Kiedy nie rąbał drzew, zbierał runo leśne - takich poroży jak jemu, nie udaló się znaleźć nikomu! - mówi.

     Władek Nadopta urodził się w okolicach Lwowa. Jako 13-latek stracił rodziców. Od tej pory jeździł z gitarą pociągami i graniem zarabiał na życie, aż trafił w Bieszczady. I tu został. Nie ma w Bieszczadach miejsca, gdzie nie stanęłaby jego stopa. Wiedział o każdym kamieniu, wąwozie, leśnym wykrocie - a opowieści o nich snuł przed zasłuchanymi turystami w schroniskach. Ta jego wiedza pomagała często GOPR-owcom, gdy szukali zaginionych. Wręczyli mu nawet za to odznaczenie. Nadopta broni! grekokatolickich cerkwi w Lesku przed rozbiórką. Wolał rzucić robotę, niż zniszczyć święty przybytek. Kiedyś spotkał w schronisku młodego, długowłosego chłopaka z gitarą. Był to Wojtek Bellon.

     Zaprzyjaźnili się. Jakiś czas potem Bellon napisał piosenkę "Majster Bieda", która Nadopcie bardzo się spodobała. Jednak dopiero z radia dowiedział się, że to o nim.

     - W zimowe miesiące, kiedy Nadopta nie miał pracy i pieniędzy na utrzymanie, przygarniali go różni ludzie - mówi Łukasz Biedulski. - Raz pojechał do syna na Śląsk, ale nie zagrzał tam miejsca. Szybko wróci!, bo umiał żyć tylko w Bieszczadach. Zmarł w wieku 82 lat w domu opieki, bo choć wielu proponowało mu przygarnięcie na stałe, nikomu nie chciał być ciężarem.

     I spełniły się słowa piosenki: "Aż nastąpił taki rok, smutny rok, tak widać trzeba, nie przyszedł Bieda zieloną wiosną, miejsce, gdzie siadał, zielskiem zarosło...".

     - Bieszczady kocham także za ludzi - opowiada Tomek Barański, na którego wraz z poznaną w Bieszczadach żoną w dzień po spotkaniu na Połoninie Caryńskiej natykam się w Schronisku na Końcu Świata. - Mam swoje ukochane schroniska i ich gospodarzy, którzy są już moimi przyjaciółmi - mówi. - Ciekawe, że w pewnym momencie wielu z nich rozjechało się po świecie, mimo to wrócili. Byli w Irlandii, Anglii, USA, Ameryce Południowej. A dziś, po kilku latach, są znowu tu, w Bieszczadach. Prowadzą schroniska i oberże. Bo w Bieszczady jedzie się raz. Potem się już tylko wraca.


Monika Odrobińska


Tekst pochodzi z Tygodnika

18 lipca 2010


Portugalia Portugalia
Fiona Dunlop
Ruszaj w świat z National Geographic!! Portugalia. Nasi reporterzy i fotografowie - doświadczeni podróżnicy - byli tam przed Tobą. Przewędrowali wiele kilometrów tras. Odwiedzili słynne miejsca. Odnaleźli nowe, piękne zakątki. Zanotowali adresy i telefony. Sfotografowali wszystko, co warte zapamiętania... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Kasia: 17.10.2012, 23:03
 Pozdrowienia dla ks.Grzegorza, uczył mnie kiedyś, wspaniały człowiek :)
 n.: 31.03.2011, 18:45
 kocham Bieszczady! i mam stamtąd bardzo piękne wspomnienia..... <3
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej