Kartki Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Czat Opowiadania Perełki
Jesteś alkoholikiem... - kto ma to powiedzieć? cz. I

POZNAĆ, ZROZUMIEĆ, POMÓC...

     Szukamy odpowiedzi na pytania: jak żyć dobrze, pięknie, jak rozumieć drugiego w problemach, zaakceptować go, nie zgadzając się na zło, które wynika z jego postępowania ?

     Często jesteśmy bezradni wobec osoby, której nie umiemy pomóc, choć chcielibyśmy z całego serca. Bywa, że w rodzinie zdarza się taka dramatyczna sytuacja, gdy ktoś powoli uzależnia się od swoich drinków, codziennego piwa... i nie chce o tym rozmawiać, zamyka się, obraża się, mimo iż są wyraźne konsekwencje takiego stylu życia. One są jednak niedostrzegane przez pijącego. Choroba jest podstępna, uzależnienie alkoholowe szczególnie niebezpieczne, bo ciągle jeszcze wstyd nie pozwala dostatecznie, wcześnie szukać fachowej pomocy przez rodzinę, żyjącą przecież w bliskości z pijącym.

     Mamy nadzieję, że niezwykła historia o. Duvala, doda odwagi wielu osobom, zarówno tym, którzy stracili kontrolę nad piciem (choć jeszcze usiłują funkcjonować zawodowo, społecznie, rodzinnie jakby wszystko było w porządku), jak i tym, którzy żyją z osobą uzależnioną, aby nie czekali na swoistą przemianę, która nie nastąpi. Cudem jest uratowanie każdego człowieka uzależnionego, ale do tego trzeba wiedzy, pomocy specjalistów i niepijących alkoholików (AA).

mgr Maria Pawłowska
psycholog kliniczny
specjalista psychoterapii uzależnień

Ojciec Aime Diwala - alkoholik, pieśniarz, zakonnik

     Kim właściwie był ojciec Duval?

     Mówi o sobie: Jestem Lucien... to moje imię oficjalne. Bracia i siostry nazywają mnie Aime (Kochany). Jestem śpiewakiem, poetą, jezuitą, jestem też alkoholikiem. To znaczy nie istnieje dla mnie ani wino, ani piwo, ani wódka. Już od czternastu lat.

     Ojciec Aime Duval urodził się we Francji, w małym miasteczku Val d'Ajol, 30 czerwca 1918 r. w rodzinie chłopskiej, jako czwarty z dziewięciu braci. Szkołę podstawową kończy w Hanneau. Każdego dnia wędruje antyczną, rzymską drogą na piechotę osiem kilometrów: do szkoły i z powrotem. Kiedyś na tej drodze - ma wtedy 11 lat - znajduje belgijskiego księdza, który zasłabł. Ojciec i starszy brat transportują chorego do ich domu. L mierający zwraca się do małego Aime: Właśnie prosiłem Pana, zesłał mi kogoś, kto mnie zastąpi, czy chcesz żebyś to był Ty? Tak rodzi się powołanie. W 1930 roku wstępuje do jezuitów w Belgii, w 1936 zaczyna nowicjat. W 1939 r. - służba wojskowa, wojna w Syrii. W 1941 r. dalsze studia filozoficzne i muzyczne. W 1943 jest wykładowcą w kolegium, w 1946 kończy teologię, w 1948 przyjmuje święcenia kapłańskie. A w 1950 składa śluby uroczyste. Staje się "misjonarzem barów". Sukces Duvala jest niebywały. Jego sposób głoszenia Ewangelii znajduje później wielu naśladowców.

     Po jakimś czasie słynny ojciec Duval znika ze sceny publicznej. Prasa milczy, jezuici coś bąkają o chorobie.. Nikt jednak wtedy nie wiedział, że ta choroba nazywa się alkoholizmem. On sam, który wie o czym mówi, nazwie potem tę chorobę - chorobą duszy.

     Resztę życia ojciec Duval poświęca braciom alkoholikom. Jest przekonany, że alkoholikowi może pomóc wyłącznie lub niemal wyłącznie ten, kto sam przeszedł przez piekło alkoholizmu...

     W marcu 1984 r. przechodzi dwie operacje. Po wyjściu ze szpitala jeszcze jeden, ostatni w życiu koncert. Potem wylew i śmierć. Ojciec Aime Duval SJ zmarł w Matzu, 30 kwietnia 1984 r. w czternastym roku swojej abstynencji.

     Jego, niezwykle przejmująca książka Dziecko i księżyc, nie jest jeszcze jedną opowieścią o dziejach alkoholika, ale jest to opowieść o człowieku, o jego słabościach i sile, o jego małości i wielkości... To co w niej się odnosi do alkoholu, można zastosować do wszystkich innych chronicznych słabości, w których niewolę popadamy. Jest to książka o mnie i o Tobie. Jak alkoholicy z AA, słuchając jedni drugich przytakują: tak, tak, identycznie było ze mną..., tak i my musimy przytaknąć.

     Bylebyśmy przekroczyli próg trwożliwego zakłamania jak autor tej książki wtedy, gdy ku własnemu zaskoczeniu, po raz pierwszy w życiu, wobec ludzi wypowiedział te pokorne słowa: nazywam się Lucien, jestem alkoholikiem.

(Fragmenty przedmowy do książki "Dziecko i księżyc"
A. Duvala ks. Adama Bonieckiego)

Jesteś alkoholikiem... - kto ma to powiedzieć?

     Droga

     Trzeba dużo bowiem czasu, by doprowadzić do zrozumienia, że alkoholizmjest chorobą rozwijającą się bardzo powoli, ale że wychodzi się z niej przy pewnej dawce odwagi, przy dużej dawce pokory a także przy odrobinie cierpliwości.

     Nie miałem żadnych predyspozycji, by stać się alkoholikiem. Po matce nie odziedziczyłem lenistwa. Przeciwnie, dała mi przykład gorliwej energii. Nigdy nie widziałem, by się wylegiwała. Wstawała przed wszystkimi, rozpalała w piecach, przygotowywała jedzenie dla zwierząt i nastawiała kawę dla całej rodziny.

     Jeśli mi powiecie, że alkoholicy są nierobami, to nie przy matce poznałem smak nic nierobienia.

     Czy rodzice byli bigotami?

     Nigdy nie mówili o Bogu. Odmawialiśmy jednak wieczorną modlitwę w rodzinnym gronie. Tatuś na klęczkach, z głową w dłoniach, z łokciami opartymi o siedzenie krzesła, wtórował modlitwie mej siostry Heleny... Jak wobec tego może stać się alkoholikiem ten uśmiechnięty chłopczyk przy jasnym blasku księżyca w pełni, otoczony opieką ojca i dużego owczarka alzackiego Sama oraz chroniony grubymi na trzy łokcie murami rodzinnego domu. I najedzony do syta chrupiącym chlebem czułości...

     Staczanie się

     Był w mojej chorobie etap euforii, który mieści się w czasie od 1958 do około 1965 r. Alkohol pomagał mi wjeździe samochodem, w śpiewie, w rozmyślaniu, w modlitwie.

      W miejscu, w którym trzymam butelkę wody z Plombieres, miałem często butelkę wina. Miło wspominam te butelki, które mi dawali, z połową zawartości, przyjaciele z Levallois-Perret. Jedną na jedną podróż oczywiście. Pewnie leżą jeszcze po poboczach autostrad Paryż - Lyon, Paryż - Nicea, Paryż - Monachium, Paryż - Bordeaux.

     Wino pomagało mi nawet w komponowaniu pieśni, nadawało im zabarwienie nostalgii lub gniewu, wyczerpania lub oczekiwania nieba, w którym będziemy pili z "nową Ludzkością" fantastypzne wina.

     Bardzo silnym uczuciem, które skłoniło mnie do picia, było głębokie współczucie dla pokrzywdzonych. Nie mogłem oswoić się z nędzą wielu ludzi, z ich chorobą, poniżeniem, ubóstwem, z ich osamotnieniem. Ciało alkoholizuje się powoli, a dusza bardzo powoli, wchodzi w nierozerwalny związek z alkoholem. I rozbrat nie będzie łatwy. Nie dostrzegałem zbliżania się choroby alkoholowej, gdy nadchodziła. Czułem, że coś się zmienia w moim umyśle, w moim zachowaniu się wobec alkoholu. Byłem na coś chory, ale nie wiedziałem na co. Ta choroba rozwijała się w ukryciu, w całkowitej nieświadomości. Powtarzam się, ale proszę zrozumieć, że od roku 1957 do 1968 przeżywałem, do granic wytrzymałości, udręki biedaków, chorych, załamanych więźniów, wdowców, sierot, rozwiedzionych starców, umysłowo chorych, księży pozbawionych sutanny zdradzonych mężów.

     Czy to jest przyczyną mojego alkoholizmu?

     Nie. To zmęczenie jest jedną z okoliczności jego nadchodzenia. Powody picia są jednak dużo głębsze.

     Miałem także serdeczną przyjaciółkę z dawien dawna. Na imię jej Pascale. Poznałem ją jak miała trzynaście lat i uczyła siew szkole średniej prowadzonej przez siostry. Niektóre siostry były dla niej przykre i niesprawiedliwe. Jeśli chcesz, będziesz moją córką na zawsze i będę Cię bronić - powiedziałem jej. Od pierwszego dnia mówiła mi mój ojcze kochany, a ja nazywałem ją moją ukochaną córeczką. To trwa już trzynaście lat. Jeszcze jedna cecha charakterystyczna dla alkoholika: jest słaby, ale jest wierny.

     Pewnego dnia, przykro mi o tym mówić, uderzyłem ją w twarz, z jakiegoś bardzo błahego powodu. Choroba jest już daleko posunięta, gdy człowiek zaczyna ranić przyjaźnie, na których mu najbardziej zależy.

     Gdy alkoholik jest żonaty, żona widzi, że on pije, żona płacze, upomina go. On nie przestaje pić, ale wie, że jego choroba stwarza problemy. Co do mnie, nie uświadamiałem sobie nawet, że alkohol wciąga mnie w otchłań.

     Ściśle łączona z tą chorobą zła reputacja przeszkadzała moim przyjaciołom jezuitom powiedzieć: "Skończ z tym". Im bardziej choroba postępowała, tym bardziej milczeli, tym więcej czułem się osamotniony. Im bardziej czułem się osamotniony, tym więcej piłem. Im więcej piłem, tym bardziej oni się bali. To jest zamknięte koło.

     Dno

     Najbardziej niepokoiła mnie chyba niemożność wydania bezstronnego sądu o sobie i innych. Myślałem na przykład: Piję może trochę za dużo. Ale to z powodu moich współbraci, którzy się do mnie ozięble odnoszą, podczas gdy w rzeczywistości oni przyjmowali mnie chłodno, dlatego, że piłem za dużo.

     Piję może trochę za dużo, ale to z powodu koncertów, które mnie wyczerpują, tymczasem męczyłem się na koncertach dlatego, że alkohol mnie osłabiał.

     Piję może trochę za dużo, ale z powodu mego przełożonego, który się na mnie boczy, podczas gdy de facto on był przerażony moim zachowaniem, tym, że się wymykam, uciekam.

     Luty 1969, nie mogę już żyć. Nie mogę znieść siebie takim jaki, jestem ani świata takiego, jaki jest. Tego świata skąpego, bezlitosnego, goniącego za pieniądzem, świata takiego, jaki jest. Tego świata, który ma ciągle słowa "nauka i rozum" na ustach, a nigdy słowa miłość.

     Chciałem wtedy odejść ku krajom szczęśliwym, ku krainom, gdzie czekają na mnie ludzie dobrej woli, wokół wspaniałego Pana Jezusa Chrystusa.

     W życiu alkoholika jest tyle rzeczy zadziwiających, że nie stara się ich nawet wyjaśnić.

     W szpitalu pobrano mi natychmiast krew i wstrzyknięto mi kilka ampułek witaminy K dla przywrócenia normalnej krzepkości krwi. Nie podziękowałem. Wstyd? Gniew? Obojętność w stosunku do wydarzenia? Z pewnością trochę tego wszystkiego razem.

     Rozpoznanie choroby

     A więc ja jestem alkoholikiem, a wszystko co mi się przytrafia, to jest alkoholizm. Dlaczego tego nie wiedziałem? Pierwsza przyczyna powierzchowna, chociaż istotna. Ponieważ nie miałem czasu, by zajmować się sobą (moje życie toczyło się o wiele za szybko).

     Druga przyczyna jest poważniejsza. Wypierałem się przed sobą, że mam problem alkoholowy. Jest rzeczywiście trudno pogodzić się z myślą, że się ma problem z alkoholem, gdy się nie widzi jego rozwiązania. Jeśli alkoholik nie widzi wyjścia z sytuacji, pije dalej i zalewa swój problem. Ukrywa go przed sobą i ukrywa go przed innymi.

     Alkoholik cierpi na chorobę fizyczną, rozwijającą się i nieuleczalną, ponieważ jego wątroba nieuleczalnie zatraca coraz bardziej swą właściwość przetwarzania alkoholu. Alkoholik poza tym, cierpi na niedomogę psychiczną, bardzo różnorodną w swej właściwości i w intensywności. To niedomaganie jest u podstawy jego pragnienia picia, jego zapotrzebowania na alkohol. Alkoholik nie poczuwa się do winy, za to niedomaganie psychiczne i często nie jest go nawet świadom. Po przebytym doświadczeniu trzeba mi było około pięciu lat, by zorientować się w sobie, znaleźć naturę tego niedomagania.

     Jestem chory. Nie niechluj, nie odpychający facet. I ta całkiem nowa prawda uszczęśliwia mnie. Chory, rozumiecie? Wy którzy na mnie z ukosa patrzycie, którzy osądzacie mnie, którzy odwracacie głowę na ulicy, którzy ostentacyjnie pociągacie nosem, gdy mówię wam dzień dobry, wy którzy mnie lekceważycie, gdy moje słowa się wikłają i gdy moje łapy drżą.

     Jestem chory, to prawda, ale miałem chętkę powiedzieć na stronie: jesteście nieuczciwi pogardzając mną, nie starając się mnie rozumieć, skreślając mnie z listy żyjących. Alkoholizm jest chorobą, nie wadą. To jest cierpienie, nie przyjemność. To jest niewola, nie ubaw.

     Dzisiaj, znając lepiej chorobę, wiem, że sęk problemu tkwił we mnie, nie chodziło o zmianę zawodu, chodziło o zmianę myślenia. Zmienić zawód, zmienić kraj, ożenić się, to byłbym mógł zrobić. Ale co to zmienia w mentalności?

     Chodziło w istocie o coś większego niż o zerwanie z nawykiem. Alkohol był czymś więcej niż nawykiem, to była potrzeba psychiczna. Czułem niejasno, że to nie przez przypadek człowiek staje się alkoholikiem, lecz z konieczności. Z konieczności biologicznej -może, ale z konieczności psychicznej - na pewno.

     Pierwsze spotkanie z Anonimowymi Alkoholikami

     Moja choroba kieruje się na trudną drogę wzwyż. Około Wielkanocy 1979 lekarz powiedział mi tak: w Versailles istnieje grupa Anonimowych Alkoholików. Spotykają się w każdy piątek. Jeśli pan będzie chciał tam pójść, ktoś, po pana przyjedzie...

     Nigdy o nich nie słyszałem. Nie wyobrażałem sobie, by mogli coś dla mnie zrobić. Proszę pomyśleć, pijacy, krzykacze, zarozumialcy, znam to za dobrze. Oni nie są lepsi ode mnie.

     Z uporem narzucał mi się pewien argument. Jeśli jeden alkoholik nie może skończyć z alkoholizmem, to i dwudziestu temu nie podoła. Jeden alkoholik plus dwudziestu alkoholików to jest dwudziestu jeden alkoholików. Byłem ponuro dumny z tej logiki. (Powinienem był wiedzieć, ze logika nie ma nic wspólnego z alkoholizmem, ale chętnie o tym zapomniałem).

     Jeśli jesteś alkoholikiem, zrozumiesz łatwo, jakie niepokoje mną targały podczas kilku dni. Należy pójść, nie należy iść tam, należy jeszcze ten ostatni raz zaufać, trzeba zamknąć oczy i o niczym nie decydować.

     Coś złamało się w moim umyśle. Wstyd. A potem hardość. I poza tym rozpacz, która wtedy przeżywała swoje ostatnie chwile na zawsze. Mówię, że na zawsze, bo rozpacz (jak jakiś potwór), zrodziła się, żyła, a teraz umierała.

     Anonimowi Alkoholicy (AA) są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem siłą i nadzieją, aby rozwiązać gnębiący ich problem. Jedynym celem AA jest pozostanie trzeźwym i pomaganie innym alkoholikom, żeby się takimi stali. W konsekwencji AA są grupą osób, dla których alkohol stał się problemem najważniejszym, które zdecydowały się przyjąć nowy sposób życia.

     Jesteśmy anonimowi w tym celu, by kwestie prestiżu, dyplomów, kultury czy polityki nie wpływały na nas i nie dzieliły. Będziemy potrzebować naszych połączonych sił, by wydostać się z nieszczęścia, w które alkohol nas wprowadził.

     W zasadzie, to co mnie naprawdę przerażało, to zachęta, jakami robiono, by widzieć siebie takim, jaki jestem i kochać siebie. Wyciągnąć z dna stojącej wody, całe nagromadzone tam od tylu lat błoto.

     Moja wyobraźnia, jak wahadło - zawsze była taka moja wyobraźnia - wraca do wieczoru z AA. Nie przyśniło mi się. Widziałem was szczęśliwych: Christiane, Gerard były więźneń, Pierre... Wszyscy powiedzieliście mi, że nie można wybrnąć z tego samemu. Kilka strof Eluarda przychodzi mi tu na myśl:

     Nie dojdziemy do celu
     Każdy z osobna, lecz dwójkami...

     Pierwsze kroki w nowym świecie

     Byłem tak spragniony szacunku dla siebie.

     Ogromnie chciałem zrozumieć, co mi się przydarzyło. Bezustannie rozważałem słowa usłyszane u AA w Versailles. I nieodparcie wracałem do słów Pierra: "Kochaj siebie, Lucien".

     Po dwóch miesiącach, ulegając na nowo dawnej namiętności niesienia pomocy innym, wstąpiłem do miejscowej grupy SOS. Uczestniczyłem w kilku zebraniach organizacyjnych i pojawiłem się nawet na kilku nocnych dyżurach autentycznego słuchania zwierzeń.

     Ale wnet spostrzegłem, że jest to dla mnie niebezpieczne, że popadam w swoje manie bawienia się w ratownika zawsze gotowego nieść pomoc i że w ten sposób narażam się na rozpicie, opłakując los rozbitków. "Kochaj siebie, Lucien." Miałem nauczyć się wszystkiego z tej maksymy.

     Nasza choroba jest dla nas bardzo ważnym problemem, jeśli go rozwiążemy, wszystko się ułoży.

     Po kilku próbach powiedzenia, że nie tylko alkohol istnieje w życiu, że ambicją człowieka jest, by stworzył sobie jakiś ideał i realizował go - jednym słowem przekazaniu myśli, które nurtowały mnie od dawna. Przyjaciele z AA, dawali mi niezmienną odpowiedź: Jak chcesz przeprowadzić swoje zamierzenia, jeśli nie będziesz trzeźwy? To jest warunek nieodzowny. Ale postąpisz jak chcesz.

     Zauważyłem, że w AA mówi się tylko o sobie. Nie o polityce, nie o medycynie, nie o zdrowiu, nie o kosztach alkoholizmu, nie o niedomaganiach władz. Nie o szkodliwych skutkach alkoholu, nie o propagandzie przeciwalkoholowej. Ponieważ praca nad sobą jest wystarczająco olbrzymia, by nie trwonić energii. I niewątpliwie tak samo trudno jest zmienić siebie, jak i świat. A chęć zmienienia świata jest niekiedy dobrym alibi, by nie zmieniać samego siebie.

     Jedno jest ważne: w grupie każdy się pokrzepia i nabiera sił po to, by nie umrzeć w samotności i poniżeniu. Wszystko inne ma małe znaczenie.

     Prawda uzdrawia

     Wychodząc z piekła alkoholowego stwierdzam, że moja odwaga na nic się zdała. A miałem odwagę, proszę mnie nie uważać za tchórza.

     Zmuszanie siebie nie przyniosło nic. Ileż to razy powiedziałem sobie, zaciskając zęby: przestaniesz nareszcie pić, czy nie?

     Łzy nad samym sobą też nie dały nic, doprawdy zupełnie nic. Jeśli jest jakiś lek bezskuteczny, to właśnie płacz.

     Forsa, na nic mi się zdała, chyba do rzucenia jej na kolana jakiegoś kloszarda, w drodze do jednego. Ale nie stawałem sk przez to bardziej w porządku.

     Moja duma, na nic się zdała, chyba do staranniejszego ukr nia się, by mnie nie przyłapano na piciu wprost z butelki. Ileż u razy powiedziałem sobie: Opanuj się, jesteś przecież dla milionów ludzi Lucienem. Te zrywy dumy w ogóle mi nie pomagały.

     Inteligencja, na nic mi się zdała. Chyba do zrozumienia jeszcze przed poznaniem doktora Fouąueta, że biegnę ku śmierci. A po poznaniu doktora, że to z powodu alkoholu. Przyrzeczenia dawane Bogu i Jego świętym, na co to? Skoro z góry wiedziałem, że nie będę mógł ich dotrzymać. Modlitwa, nawet modlitwa w niczym nie pomagała. Chyba tylk, że umiałem zaakceptować sposób wyjścia z sytuacji. Dzisiaj wiem, że Bóg nie pracuje sam, ale że posługuje się rękoma ludzi, moich braci.

     Nie roztkliwiam się nad sobą, nie liżę swoich ran, stwierdzam jedynie, że nic a nic nie mogło mi pomóc. Zmierzałem ku śmierci. Natomiast na pierwszym spotkaniu AA, przekonałem się namacalnie, że mogę się zatrzymać. To była dla mnie jedyna deska ratunku. Alkoholicy maj atak silne pragnienie uniezależnienia się od alkoholu, że czepiają się łapczywie każdej szansy, która jest w zasięgu. Metoda AA jest prosta. Ta metoda nie odwołuje się do rozumu. Ona opiera się na instynkcie samozachowawczym. Do tego stopnia zadziwiające, że kiedy pierwotne pragnienie szczęścia zostaje uśpione, budzi się ono prawie zawsze, gdy widzi się innego chorego, który jest szczęśliwy, staje się to dostępne. Wobec chorego AA nie tracą czasu na udowadnianie teoretycznej możliwości jego wyzdrowienia, oni go zapraszają by się przyjrzał, by dotknął własnymi rękami ich blizn, jeszcze świeżych.

     Trzeba niekiedy wielu miesięcy, by dopuścić do świadomości słowa: "Jestem bezsilny wobec alkoholu". Trzeba dużo dobrych postanowień i dużo porażek...

     Zobacz także:
     [ Jesteś alkoholikiem... - kto ma to powiedzieć? cz. II ]


Fragmenty książki "Dziecko i księżyc"
ojca Aime Duvala.


GŁOS DLA ŻYCIA
nr 1(54) styczeń/luty 2002


Żyć pełnią życia. Fenomen Siostry Elviry - świadectwa osób wyzwolonych z uzależnienia Żyć pełnią życia. Fenomen Siostry Elviry - świadectwa osób wyzwolonych z uzależnienia
Paolo Redi, Marino Parodi
Byliśmy nieufni wobec kapłanów i zakonnic. Postrzegaliśmy ich jako istoty z innej planety. Z siostrą Elvirą było inaczej. Pokochała nas od pierwszej chwili, nasza przeszłość jej nie obchodziła. Lęk, który nas dręczył i który wiązał się z narkotykami, pieniędzmi, seksem — jednym słowem z bezmyślnym życiem, jakie wcześniej prowadziliśmy — znikał... » zobacz więcej


   


Wasze komentarze:
 Sara: 07.02.2017, 12:57
 Pijaństwo to grzech.A zresztą jest to straszny nalóg.Moj ojciec byl strasznym alkoholikiem .Przez niego mam chorobe i zmarnowane życie.Ja uwazam wina lezy po stronie kobiet matek ktore są uzaleznione od tyrana i wracają do bydlaka.Ale moze tez byc pijak spokojny i takiemu trzeba pomoc.Ale człowiek z picja moze nisko upasc gorzej jak świnia.Dla mnie pijaki to marginez cos okropnego brzydze sie nimi .A głupie kobiety z takimi siedzą i marnuja zycie sobie i dzieci.Ale na głupote nia ma rady.To kobiety są winne za to całe zło na swiecie maja pusto w głowie.Lepiej dla takich dzieci jest wogole nie rodzic sie w takich rodzinach.Kiedys męzczyzni mieli klase dzisiaj jej nie mają albo są pijakami lub rozpustnikami albo kłamcami i zlodziejami i materialisci mieszanka wybuchowa a wyjatki śą tylko poządni.Powiem tak wszystko mozna wyleczyc nawet ten nałog jesli ktos chce wyjsc z bagna tego smrodu a napewno pomoze terapia AA i wiara oraz eucharystia.Szkoda jest ze ludzie marnuja sobie zycie i innym.Ale przed bogiem odpowiedzą za ten czyn.Nie kazdy alkoholik jest potworem .
 Mama: 06.03.2014, 13:32
 Mój syn zapił się na śmierć a ja codziennie po nim płaczę.Bardzo go kochałam lecz nie umiałam pomóc.Nie wiedziałam,że alkoholizm to choroba śmiertelna.Wierzyłam,że kiedyś się opamięta i z naszą pomocą przestanie pić.Nie chciał tej pomocy...Zmarł w dniu 31 urodzin.Serce mi pęka...
 Janusz z Obornik: 30.01.2014, 12:27
 Zachowuję abstynencję od wielu lat,mimo wszystko obserwuję zjawisko wycofywania się z czynnego życia ,widzę,że ten stan się pogłębia,nie umiem sobie z tym poradzić... pozdrowienia dla p.Magister.
 hg: 03.11.2013, 10:01
 ciekawe, ze nie ma ani slowa o grzechu.... ktorym pijanstwo jest.Alkoholik mowi o chorobie, ale dobrze wie, co robi.
 on26: 01.02.2013, 23:39
 pije od 11 lat i bede pił az padne i chu... was too
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej