Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki
Recepta na życie wieczne

     Czy moment śmierci jest całkowitym unicestwieniem ludzkiej osoby czy też przejściem w nowy, nigdy niekończący się wymiar istnienia? Ucieczka od osobistej odpowiedzi na pytanie o sens mojej nieuniknionej śmierci sprawia, że życie traci swój autentyzm i okrywa się płaszczem hipokryzji. Trzeba otwierać się na tajemnicę człowieka i szukać ukrytej obecności Jezusa Chrystusa, który daje jedyną odpowiedź na pytanie o sens mojego cierpienia i śmierci.

     Należy szukać - pisze Pascal - Jeśli ci mówię, że musisz poszukiwać, to czynię to nie z powodu świętej gorliwości człowieka pobożnego (...) Mówię, że musimy poszukiwać nie ze względu na duchową pobożność lub zwykłą ciekawość, ale z powodu naszej osobistej korzyści. Zadziwia mnie i przeraża obojętność wobec następującej kwestii: wieczność, którą przynosi ze sobą śmierć, jest rzeczą tak bardzo wzniosłą, tak głęboko nas dotyczącą, że trzeba być pozbawionym wszelkiego poczucia logiki, aby pozostać obojętnym wobec takiego problemu. (...) Nie ma dla człowieka nic ważniejszego jak j ego przeznaczenie; nic nie jest bardziej niepokojące od wieczności, która go wszakże oczekuje. Natomiast wobec innych rzeczy człowiek zachowuje się zupełnie inaczej: boi się, ufa, zapobiega, informuje się. I właśnie tenże człowiek, który spędza wiele dni i nocy w za- gniewaniu i desperacji z powodu niepowodzenia w karierze, zdąża bezmyślnie ku śmierci, która jest stawką o wszystko lub nic. Jest dla mnie rzeczą straszną widzieć, jak prosty człowiek z wielką wrażliwością zabiega o małe i przemijające rzeczy, a z ogromną obojętnością podchodzi do tego, co wielkie i wieczne.

     Jest to niepojęte zaciemnienie umysłu i serca, spowodowane tym, że jak mówi Jezus: ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki (J 3, 19). Aby obudzić ludzi z letargu myślenia o swojej śmierci, Pascal używa ostatecznego argumentu: Jeżeli wierzący myli się i skoro naprawdę poza progiem śmierci są tylko milczenie i ciemności, on się nigdy o tym nie dowie. Jeżeli natomiast niedowiarek się myli, jeżeli coś jest, to przez całą wieczność będzie ponosić konsekwencje swego błędu.

     Jedyną rozsądną postawą człowieka w obliczu śmierci jest więc przylgnięcie do osoby Chrystusa. Może to się dokonać tylko w "ciemnościach wiary", o których pisze św. Jan od Krzyża. Nie ma tu pewności empirycznej, trzeba po prostu podjąć osobistą decyzję poznania i przyjęcia radosnej nowiny o zbawieniu, którą przekazali nam apostołowie. To właśnie dla mnie i dla mojego zbawienia, Bóg stał się prawdziwym człowiekiem w konkretnym miejscu i czasie. Wziął na siebie grzechy moje i wszystkich ludzi, został skazany na śmierć krzyżową w Jerozolimie przez prokuratora Palestyny, Poncjusza Piłata. Po śmierci na krzyżu został pochowany w grobie. Trzeciego dnia zmartwychwstał, jak sam zapowiedział i ukazał się wielokrotnie apostołom i swoim uczniom. W swojej śmierci i zmartwychwstaniu odniósł ostateczne zwycięstwo nad grzechem i śmiercią i zaprasza mnie i każdego człowieka, abyśmy uczestniczyli w Jego zwycięstwie. Jezus mówi: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (J 11, 25-26). Aby wydostać się z beznadziejnej i bezsensownej niewoli grzechu i śmierci trzeba oprzeć się na nadziei wbrew nadziei, że Bóg do końca mnie umiłował (por. J 13, 1). Stając się prawdziwym człowiekiem, zjednoczył się i pozostaje ze mną przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (por. Mt 28, 20) w tajemnicy Eucharystii, aby dawać mi udział w swoim zmartwychwstałym życiu. Wielu słuchaczy gorszyło się słuchając tego, co Jezus mówił na temat Eucharystii: Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata... Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew mój a jest prawdziwym napojem (J 6, 51. 53-55).

     Tylko wtedy będę wyrwany z piekielnej beznadziei grzechu i śmierci, jeżeli z całą swoją grzesznością, tak jak marnotrawny syn, rzucę się w ramiona Jezusa, który czeka na mnie w sakramencie pokuty, a po wyznaniu grzechów, przyjmę Go do swego serca w darze Eucharystii. Eucharystia to zmartwychwstały Chrystus w swoim uwielbionym człowieczeństwie i dlatego jest największym skarbem i szczytem całego wszechświata.

     Andre Frossard, znany francuski dziennikarz i pisarz, odkrył tajemniczą rzeczywistość obecności Boga w Eucharystii, dzięki przypadkowemu spotkaniu z Najświętszym Sakramentem wystawionym do adoracji w jednym z paryskich kościołów . Tak opisuje historię swojego nawrócenia w książce Bóg i ludzkie pytania ("Jedność", Kielce 1991): wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin i byłem świadkiem mojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa...

     Mój ojciec chciał mnie widzieć w szkole przy ulicy Ulm. Poszedłem tam w wieku dwudziestu lat, ale pomyliłem stronę ulicy i zamiast wstąpić do Wyższej Szkoły Nauczycielskiej, wszedłem do sióstr od Adoracji po kolegę, z którym miałem iść na obiad.

     To, co zamierzam wam opowiedzieć, to nie historia jakiegoś odkrycia intelektualnego. Jest to relacja o doświadczeniu fizycznym, o doświadczeniu prawie laboratoryjnym. Otwierając żelazne drzwi klasztoru byłem ateistą. Ateizm przybiera wiele form. Jest ateizm filozoficzny, który wcielając Boga w przyrodę odmawia Mu odrębnej osobowości i umieszcza wszystkie rzeczy w zasięgu ludzkiej inteligencji; nic nie jest Bogiem, wszystko jest boskie. Ten ateizm prowadzi do panteizmu pod postacią jakiejś ideologii. Ateizm naukowy odrzuca hipotezę Boga jako nieodpowiednią w badaniach i usiłuje wyjaśnić istnienie świata tylko poprzez właściwości materii, nie pytając, skąd ona sama pochodzi. Jeszcze bardziej radykalny ateizm marksistowski nie tylko neguje Boga, ale posłałby Go na urlop, nawet gdyby istniał. Jego natrętna obecność przeszkadzałaby w wolnej grze woli człowieka. Istnieje również ateizm najbardziej rozpowszechniony, który dobrze znam, to ateizm idiotyczny. Taki był mój ateizm. Ateizm idiotyczny nie stawia sobie pytań. Uważa za naturalne przebywanie człowieka na ognistej kuli pokrytej cienką warstwą suchego błota i obracającej się wokół swojej osi z prędkością ponad-dźwiękową dookoła słońca - czegoś w rodzaju bomby wodorowej, unoszonej przez miliardy lampionów (gwiazd) o zagadkowym pochodzeniu i nieznanym przeznaczeniu. Byłem jeszcze takim ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić mojego przyjaciela i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament.

     Nie doznałem nigdy zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była starą chimerą, a chrześcijanie, gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. Historia opowiedziała się za nami - za lewicą, a problem Boga był rozwiązany przez negację, co najmniej od dwóch do trzech stuleci. W moim środowisku religia wydawała się tak niemodna, że nie było się już nawet antyklerykałem, chyba tylko w dniach wyborów... Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat - o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością o mocy, która może skruszyć serce, i której wspomnienie nigdy nie zaniknie, nawet w najgorszych chwilach życia, niejednokrotnie przenikniętych lękiem i nieszczęściem. Odtąd nie stawia sobie innego zadania, jak tylko świadczyć o tej słodyczy i o tej rozdzierającej czystości Boga, który mu pokazał owego dnia przez kontrast, z jakiego błota został ulepiony... Owym światłem, którego nie ujrzałem cielesnymi oczyma, nie było to, jakie nas oświeca łub powoduje opalanie. To było światło duchowe, tzn. światło pouczające - jakby żar prawdy. Odwróciło ono definitywnie porządek rzeczy. Od chwili, kiedy je ujrzałem, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą...

     Jeśli chodzi o moją wolną wolę, to posługiwałem się nią naprawdę dopiero po moim nawróceniu, kiedy zrozumiałem, że tylko Bóg może nas uratować ze wszystkich zależności, w jakie nieuchronnie popadlibyśmy bez Niego.

     Podkreślam. To było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością wobec której nie ma już pytań (s. 21-24).

     Wiele lat później już jako światowej sławy pisarz i dziennikarz mówił: Co ja mogę uczynić na wieść, że chrześcijaństwo jest prawdziwe? Co na to poradzę, że istnieje Prawda i że Prawda ta jest Osobą?

     Chrześcijaństwo nie jest ani rzeczą, ani ideą, ale to Osoba Jezusa Chrystusa, który zwyciężył śmierć przez swoje zmartwychwstanie i pozostał z nami w sakramentach pokuty i Eucharystii, aby nas prowadzić do życia wiecznego w niebie. Jego Boską Miłość i życie wieczne, każdy człowiek może otrzymać za darmo, musi spełnić tylko jeden warunek: w ciemnościach wiary całkowicie zaufać i zawierzyć Jezusowi całe swoje życie. To jest jedyna recepta na pełnię szczęścia i osiągnięcie życia wiecznego w niebie. Zmarnować taką szansę byłoby szczytem bezmyślności i głupoty.


ks. M. Piotrowski TChr


Publikacja za zgodą redakcji

nr 5-2004



   


Najważniejszy dzień mojego życia. Refleksje o życiu i śmierci Najważniejszy dzień mojego życia. Refleksje o życiu i śmierci
O. Leon Knabit OSB
Ojciec Leon Knabit podjął temat życia i śmierci. Mnich twierdzi, że do śmierci trzeba się przygotowywać i że trzeba żyć w jej blasku, a nie w jej cieniu... » zobacz więcej

Wasze komentarze:
 bogusław: 31.03.2013, 22:13
 Do Mariusza. Otarłeś się o Najwyższego, poczułeś Jego Ducha, przeniknęła do ciebie Jego Mądrość. Utraciłeś to? czy aby na pewno? Czy to nie Duch Boży wkłada ci tęsknotę za społecznością z Bogiem i za czystym życiem. Piszesz że masz serce z kamienia. Ja myślę że masz serce mięsiste. Pan Jezus powiedział że nikt nie może przyjść do mnie jeśli go wpierw nie pociągnie Ojciec . Nie szukał byś Boga gdyby to On cię nie wzywał. Czytałeś co Pan Jezus mówił o nowo narodzeniu? Myślę że się na nowo narodziłeś. Tak jak wszyscy jesteś doświadczany, przechodzisz przez dolinę cienia śmierci. Walcz! Jesteś wolnym człowiekiem, Bóg szanuje twoją wolność i nie przymusi cię abyś poszedł drogą miłości. On tylko ci proponuje, decyzja należy do ciebie. Im bliżej byłeś Boga tym bardziej wiesz co straciłeś jeśli utraciłeś pierwszą miłość. Więc proszę powiedz, co może cię odłączyć od miłości Bożej, jaka pokusa, jaki grzech będzie dla ciebie więcej wart aniżeli czyste życie. Wypatruj świtu i nadsłuchuj trąby gdyż Ps. 110:3 3. Lud twój chętnie pójdzie za tobą W świętej ozdobie, Gdy wystawisz wojsko swoje; Młódź twoja zrodzi ci się Jak rosa z zorzy porannej. Mat. 24:30-31 30. I wtedy ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego, i wtedy biadać będą wszystkie plemiona ziemi, i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach nieba z wielką mocą i chwałą, 31. I pośle aniołów swoich z wielką trąbą, i zgromadzą wybranych jego z czterech stron świata z jednego krańca nieba aż po drugi.
 Michał : 20.01.2010, 16:22
 Mój gg to 10484394.Mariusz opisz mi to bardziej jeśli możesz.Jestem ciekawy i wierzę ci . Pozdrawiam .
 Mariusz: 05.11.2009, 22:54
 Pewnej nocy leżąc zapłakany w pościeli, czułem wielki żal, nagle poczułem w całym ciele ból, który po chwili stał się podobny do ognia palącego od wewnątrz - pamiętam, że tak pomyślałem: co się ze mną dzieje? Co mi jest? Nigdy czegoś takiego nie czułem. Po chwili to uczucie się pogłębiło i stało się nie do zniesienia ... myślałem, że za chwilę umrę - zresztą pragnąłem śmierci. Po chwili stało się coś w co i tak nikt nie uwierzy - na ułamek sekundy przed oczami zamkniętymi mignęła mi postać którą skojarzyłem później z Jezusem i doznałem jakiegoś wstrząsu elektrycznego dosłownie, postrzegałem rzeczywistość sercem, swoim mózgiem, tym co sprawia że mamy uczucia, jakby płomień, widziałem światło które było Bogiem - zobaczyłem stamtąd uśmiech. Pierwsza myśl - Bóg jest bystrością, która jest życiem w ludziach, to czego zawsze pragnąłem było zawsze we mnie, ale schowane, wtedy został zdjęty z mojego serca wielki ciężar - pamiętam że ktoś powiedział - to jest mężczyzna, a Pan Bóg: niech mu będzie dana wszelka zdolność! i nagle zacząłem rozumieć "wszystko". Blask Boga widziałem przez chwilę - powiedział mi że nie podobna żeby człowiek żył widząc Boga - ja słyszałem tylko głos nie uszami to było jak myśli które dobiegały prosto do mnie. Przez chwilę byłem najinteligentniejszym człowiekiem na Ziemii, zmieniłem sposób postrzegania rzeczywistości, odzyskałem swoją wolę, czułem jak zostałem wyleczony ze wszystkich lęków, pożądań, wszystkiego co sprawiało chaos. Wiele z tego co mi się przydarzyło odnalazłem w Piśmie Świętym - należy je rozumieć tak jak jest napisane, Jezus i święci używali prostego języka, ale żeby go zrozumieć trzeba serca - wszystko tam było opisane dokładnie tak jak mi się przydarzyło. Od tamtej chwili czułem bliskość Boga, ale pośrednikiem był Jezus, który był "we mnie". Nie opisuję tu wszystkiego bo nie wszystko pamiętam, nie oczekuję że ktoś mi uwierzy bo sam nie mogłem uwierzyć, prędzej myślałem, że od tego płaczu i depresji oszalałem, ale na te myśli od razu poczułem że zasmucam Boga. To było wspaniałe przeżycie, słodkie, niczego nie pragnąłem, pamiętam jak się cieszyłem - nareszcie się wyśpię mam "lekką głowę", czułem spokój, a jeszcze bardziej cieszyłem się że odzyskałem życie, wolę. Otoczenie widziało we mnie zmiany, niektórzy mi mówili że bardzo się zmieniłem, swoim zachowaniem budziłem w nich podziw, wpatrywali się we mnie z ciekawością. Jednak mimo takiego głębokiego przeżycia po pewnym czasie zwątpiłem, załamałem się, nie robiłem tego co mówił mi wewnętrzny głos, wpadłem w pychę, moja wola nie słuchała tego co wypływało z wnętrza - z serca, pamiętam do dziś jak opuścił mnie Jezus, natychmiast poczułem pustkę, bezsens, chłód. Nie gniewał się, po prostu odszedł uznając mój wybór. Wszystko wróciło do "normy". Przez długi czas nie mogłem się podźwignąć, nie byłem zdolny do niczego, dzisiaj jest niewiele lepiej, wiem że mam serce z kamienia i nie wiem jak się skruszyć - nie potrafię, nie oszukam Jezusa, On nie zareaguje dopóki się nie skruszę - nie wiem jak, boję się żebym nie został w takim stanie do śmierci, a co gorsza jeśli w niedługim czasie miałby nastąpić koniec świata. Dodam tylko, że obserwując innych po tamtym przeżyciu sądziłem, że większość ludzi zostanie potępiona, jednak nie znałem wyroku to było dla mnie Tajemnicą, potrafiłem tylko stwierdzić: jeśli ta osoba się nie zmieni, marny jej los - widziałem jakby wnętrza osób, nikt nie mógł mnie oszukać co tak naprawdę myśli. Coś niesamowitego nadnaturalnego...raczej naturalnego każdy człowiek byłby taki jak Jezus gdyby nie jego grzech. Przypomniało mi się jeszcze jedno, otóż czym jest grzech? W najbardziej skrajnej i wymagającej formie: grzech jest wszystkim poza tym co JEST. Na pewno dla nikogo nie jest to zrozumiałe, ale jeżeli ktoś dozna podobnego przeżycia i natrafi tu to rozpozna że ja nie kłamię, może dzięki temu on uwierzy w to co mu się przytrafiło i tego nie straci. Nie jestem żadnym sekciarzem, nie brałem narkotyków, jestem "zwykłym" szarym człowiekiem. Nie opisałem wszystkiego bo nie jestem w stanie, nie potrafię oddać słowami i nie pamiętam już wszystkiego. Pragnę do tego wrócić. Pozdrawiam.
 ewa: 14.11.2007, 18:23
 myślę że z chwilą narodzin wchodzimy w wieczność, z której w tym bólu rodzenia wyszliśmy. Odkąd siebie pamiętam a więc gdy byłam małą dziewczynką czułam zanurzona się w Bogu ...Mając może 1o lat miałam dziwny sen...przyśnila mi się siotra zakonna,która powiedziała mi ,że niedługo umrę.Był to dla mnie wstrząs,ale od tej chwili myśl o śmierci mi towarzyszyła...z upływem czasu stała się nie tyle złem ale dobrem ,ponieważ za jej bramą był Ktoś kogo moje młode serce kochało...Jezus.Dzis z perspektywy czasu widzę ,ze tu chodziło o inną śmierć...tą duchową ...w którą weszłam mając 20 lat i ktora przez 20 następnych lat mojego życia ciągle walczyla o swoje miejsce w moim życiu .Był to czas wielu zmagan,wielu łask ale iciągłej z nią walki.Czułam się jak Łazarz w grobie ale JEZUS mocą swojej Miłości sprawił że wróciłam do ŻYCIA.Dzisiaj czuję ,że moje ręce i nogi są jeszcze związane ale jestem już po stronie ŚWIATŁA i one zostaną wkrotce mocą CHRYSTUSA rozerwane.Obecnie perspektywa tej fizycznej śmierci nie jest dla mnie straszna.Im blizej wieczności tym jeśteśmy bliżej Miłości no i jesteśmy młodsi .Jezus dotykał mnie swoją Miłośca w konkretny sposób i do dzisiaj mnie zadziwia... Dziękuję Ci Panie.
 Monika: 10.11.2007, 00:42
 Na czole...! Zaraz się zetrze. Ja jednak proponuję w sercu. Tam zostanie.
 Misia: 01.06.2007, 14:47
 Tak często wydaje mi się, że nie wierzę w Boga... Jezu, prowadź
 Weronika: 10.05.2007, 19:25
 Jakie to jest latwe,a zarazem trudne:w ciemnosciach wiary calkowicie zaufac i zawierzyc Jezusowi cale swoje zycie. To jest recepta na pelnie szczescia i osiagniecie zycia wiecznego w niebie.To trzeba sobie zapisac na czole. Boze prowadz. Amen.
 
(1)


Autor

Treść




[ Powrót ]
 
Daj plusika:
[ Strona główna ]
 Partnerzy medialni:

O stronie... | Ogłoszenia | Konkurs | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2017 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej