Wieczór pod lampą gazowąWieczory poświęcone wspólnemu czytaniu Pisma Świętego należą do moich najpiękniejszych wspomnień z czasów chłopięctwa. Dziadek i ja siedzieliśmy w jadalnym pokoju, dziadek w fotelu obitym skórą, ja na krześle. Krąg światła spod umbry gazowej lampy - była przerobiona z naftowej - padał na stół i na otwartą przede mną Biblię.
![]() Dużych rozmiarów zegar, stojący w kącie, równomiernie tykał i co kwadrans sennym biciem odmierzał czas. A potem pokój zaległa cisza pachnąca rodzynkami, tłuczonym cynamonem i goździkami, które babka przechowywała w kredensie. Tego wieczoru dziadek położył dłonie na poręczach fotela i rzekł: - Czytaj powoli i wyraźnie. Nie połykaj liter. Wejdź w siebie i miej na uwadze, że czytasz Pismo Święte, a nie powieści Karola Maya. Po tym łagodnym upomnieniu, wypowiedzianym z lekka drwiącym tonem, dostrzegalnym raczej w modulacji głosu niż w samej treści wypowiedzianego zdania - zacząłem czytać, jak mogłem najwyraźniej, fragment z Drugiej Księgi Kronik:
"Dwanaście lat miał Manases, Dziadek wykonał ruch dłonią. Przerwałem czytanie. - Powiedz mi, co uczynił król Manases? - Zgrzeszył. - Czym zgrzeszył? - Król przestał wierzyć w Boga. - Czym się objawiła jego niewiara? - Wzniósł posągi pogańskich bogów i oddawał im cześć. - Dobrze. Ale chciałbym od ciebie usłyszeć, czym jeszcze zgrzeszył król Manases? Milczałem. - Czy tylko tym, że przestał wierzyć w Boga? Milczałem. - Czy tylko tym, że oddawał cześć posągom bogów? Milczałem. - Manases popełnił jeszcze jeden wielki grzech. Przeczytaj uważnie ostatni werset. Przeczytałem powoli, wyraźnie akcentując każde słowo: "Ale Manases zwiódł Judę i mieszkańców Jerozolimy..." Podniosłem głowę znad Biblii i powiedziałem: - Manases zwiódł lud Izraela. A na to dziadek: - Słusznie powiedziałeś. Król Manases popełnił wielki grzech, albowiem nie tylko sam przestał wierzyć w Elohim, ale na domiar złego odebrał wiarę synom Izraela, któęy zaczęli "czynić jeszcze większe zło niż poganie". Zrozumiałeś? - Tak. Zrozumiałem dziadku. Dziadek wcisnął łokieć w miękką poręcz fotela i wsparłszy głowę na dłoni patrzał w ciemny kąt pokoju, i tak do mnie powiedział: - Manases uwierzył w kłamstwo i w imię kłamstwa popełnił grzech. - Tak, dziadku. - Ale są grzechy, które ludzie popełniają w imię prawdy i ku chwale prawdy. A takie grzechy są najcięższe. - Nie rozumiem, dziadku. - Opowiem ci starą przypowieść, którą za dawnych lat słyszałem z ust mojego ojca. Zamyślił się. Do pokoju weszła babka. Trzymała w rękach misę z jabłkami. Widząc dziadka pogrążonego w myślach, cofnęła się i cicho zamknęła za sobą drzwi. W pokoju został przez chwilę szelest jej atłasowej sukni. - Działo się to - rozpoczął opowiadanie dziadek - po zburzeniu Świątyni i Jerozolimy. W świętym mieście Safed, w północnej Galilei, żył pobożny Judejczyk, imieniem Abraham, który codziemiie rano i wieczór modlił się w synagodze. Podczas jednego z nabożeństw pewien rabbi, który zażywał w mieście wielkiego poważania dla swej mądrości i bogobojnego życia, wygłosił kazanie i, wspominając minioną chwałę Izraela, przypomniał zebranym dawny zwyczaj składania ofiar z chlebów w Świątyni Pańskiej. "Dzisiaj - mówił z bólem rabbi - Świątynia Pańska z powodu grzechów Izraela leży w gruzach, stoły pokładne spłonęły i spłonął Ołtarz Całopalenia i w zapomnienie poszła trwająca od wieków tradycja ofiarowywania Panu chlebów, pięknie wypiekanych z pszenicznej mąki, siedmiokrotnie przesiewanej przez gęsty przetak. "Tak mówił rabbi, a Abraham, słysząc jego lament, zapłakał nad smutnym losem ludu i ślubował ku chwale Pana raz w tygodniu składać w synagodze dwa chleby z pieczołowitą pobożnością wypiekane przez jego żonę. I jak postanowił, tak uczynił. Wczesnym rankiem przyszedł cichaczem do synagogi i przez nikogo nie zauważony włożył dwa chleby do świętej arki, i gorąco błagał Adonaj, aby zechciał przyjąć jego ofiarę, jako dalszy ciąg tamtych ofiar, które przez długie wieki lud składał na świątynnych stołach. Gdy następnego dnia zjawił się w synagodze, stwierdził ku swojej radości, że chleby zniknęły, co było dla niego oczywistym dowodem, że Pan przychylnym okiem spojrzał na jego dary i spożył je ze smakiem. Wzruszony, gorąco dziękował Elohim, że raczył wysłuchać jego modlitw, i od tej pory raz w tygodniu, przed świtem, zakradał się do synagogi, gdy była jeszcze pusta, i wkładał do arki dwa chleby. I znów następnego dnia stwierdzał ich nieobecność w arce, a wtedy dusza jego wzlatywała do Adonaj i stawała się Jego podnóżkiem. Zdarzyło się jednak pewnego razu, że gdy zwyczajem swoim wszedł o świcie do Domu Bożego i umieścił chleby w arce u stóp świętych rodałów, usłyszał za sobą głos, dochodzący z półmroku: - Co robisz, Abrahamie? Odwrócił się. Przed nim stał rabbi. - Złożyłem w ofierze Panu chleby pokładne - odpowiedział Abraham - które według dawnego zwyczaju za czasów Świątyni zwykli synowie Izraela składać na pokładnych stołach. Sam przecież o tym mówiłeś, rabbi, w swoim kazaniu i łzy wylewałeś nad ludem, którego dotknęło wielkie nieszczęście. - Czy wiesz, co się dzieje z twoimi chlebami, które umieszczasz w arce? - spytał rabbi. Abraham pochylił głowę i rzekł: - Wiekuisty, okazując mi łaskę, spożywa, moją ofiarę. A na to rabbi: - Czy tobie się zdaje, głupcze, że Bóg posiada ręce, którymi sięga po pożywienie, i usta, do których je wkłada. I żołądek, który je trawi? Jesteś prostakiem, am haarecem, synem nieuctwa! Wiedz, że te chleby kradł nieuczciwy dozorca bożniczy i sam je zjadał! Schwytałem go na tym uczynku, a chcąc się dowiedzieć, jaki to szaleniec wkłada chleb do arki, ukryłem się w synagodze i oto teraz widzę, że ty nim jesteś, Abrahamie, owco zbłąkana, mężu przepaści, który nie wiesz, że Elohim nie posiada żadnych cielesnych właściwości! Bezbożniku! Jak mogłeś przypuszczać, że Bóg zjada twe chleby, skoro jest niewidzialny, nieskończony i nieograniczony ciałem! Dopuściłeś się grzechu, Abrahamie! Abraham zapłakał, zrozumiał bowiem, że czcząc Pana według swojej najlepszej woli, bluźnił przeciw Niemu, a Pan zagniewany jego nieuctwem i głupotą odwrócił swoje oblicze od jego chlebów. Zgnębiony i rozczarowany wrócił do domu. Tej samej nocy przyszedł do rabbiego Elohim i tak powiedział: - Chciałeś wyprowadzić z błędu pobożnego człowieka, ale w swoim zacietrzewionym dążeniu do prawdy zapomniałeś o tym, że nie jest ważne, czy Ja, Pan Zastępów, spożywam owe chleby, czy spożywa je nieuczciwy sługa bożniczy. Albowiem ważne jest tylko to, że Abraham, człowiek prostego serca, wierzył, iż Ja, Bóg, posiliłem się jego chlebem. A ty, co zrobiłeś? Zabiłeś wiarę pobożnego człowieka! Kto zabija wiarę człowieka nawet w imię prawdy, winien jest śmierci, bo czyni tak, jakby zabił samego człowieka. Dlatego umrzesz, rabbi. Rano domownicy znaleźli w łożu martwe ciało rabbiego. Dziadek skończył opowiadanie. Milczeliśmy. Babka weszła do pokoju i postawiła na stole misę z jabłkami, po czym otworzyła drzwi kredensu, wyjęła talerzyk z rodzynkami i postawiła go obok mnie na stole. Zegar wybił kwadrans. I znów zaległa cisza pachnąca rodzynkami, tłuczonym cynamonem i goździkami. ROMAN BRANDSTAETTER
Fragment z książki "Krąg biblijny"
|
| [ Strona główna ] |
|
Modlitwy | Zagadki | Opowiadania | Miłość | Powołanie | Małżeństwo | Niepłodność | Narzeczeństwo | Prezentacje | Katecheza | Maryja | Tajemnica Szczęścia | Dekalog | Psalmy | Perełki | Cuda | Psychotesty | Polityka Prywatności | Kontakt - formularz | Kontakt
© 2001-2026 Pomoc Duchowa |