Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Jakże piękna jesteś...

     Oto minęła już zima
     deszcz ustał i przeszedł.
     Na ziemi widać już kwiaty,
     nadszedł czas przycinania winnic
     i głos synogarlicy już słychać
     w naszej krainie.
     Drzewo figowe wydało zawiązki owoców
     I winne krzewy kwitnące już pachną...
     Powstań przyjaciółko ma,
     piękna ma i pójdź!
     Ukaż mi swą twarz
     Daj mi usłyszeć swój głos...

     (Pnp 2,11-13)

     Wiosna jest czasem narodzin, czasem odnowienia tego, co w świecie skostniałe, co w świecie zmarznięte. Jest czasem nowego życia, czasem kwitnących drzew i zawiązków owoców. Jest czasem młodości. I kiedy mówimy o dojrzewaniu, to właśnie mamy na myśli: ów budzący się do życia świat i ciekawość z tym związaną. Owe powolne wzrastanie. To co było "pod ziemią", to co nie było ważne, przebiło się i budzi. Odkrycie. Jestem kobietą, jestem mężczyzną. Istnieje drugi, który jest różny ode mnie...

     Czas "wiosny" jest więc czasem zauważenia nie tylko samego siebie w nowym świetle, ale także tego "innego". Jest też czasem kiedy budzi się pragnienie, by osobę, która nas zaciekawia i intryguje, poznać. I to jest normale w życiu każdego człowieka. Drugi człowiek mnie fasycynuje, bo jest na tyle do mnie podobny, by było możliwe zaistnienie między nami więzi i na tyle inny, by mnie zaciekawiał swoją odmiennością. Chcę go zgłębić. Ale nim to nastąpi muszę wpierw sam siebie określić: Kim ja jestem?, muszę wpierw samego siebie zobaczyć.

     ...Co ty możesz wiedzieć o miłości?! - myślimy często, patrząc na rodziców i starszych od nas, kiedy występują ze swoją listą nakazów i zakazów. To, o czym mówisz, to już prehistoria... I tak to trwa aż do chwili, gdy sami stajemy się rodzicami i nasze własne dzieci zarzucają nam wapniactwo. I okazuje się wtedy, że to nie prehistoria, paleocyt, ale że pewne prawa są ponadczasowe i stałe jak prawa fizyczne, kto przeciwko nim występuje ponosi naturalne konsekwencje swego działania. To tak jak z prawem grawitacji, mogę uznać że mnie ono nie obowiązuje, no bo przecież świat się zmienił i skoczyć z wieżowca. Ale dopiero na dole okaże się, czy mnie ono obowiązuje czy nie. Tak samo jest z prawem dojrzewania do miłości. To jest ogólna zasada dotycząca wszystkich, bez chwalebnych wyjątków... Takie same prawo obejmowało ludzi żyjących wcześniej jak i teraz. Zakochanie nie jest odkryciem XX wieku, ludzie zakochiwali się zawsze. Dlatego warto czasem nie ulec zadufaniu, nie wyważać drzwi otwartych, ale posłuchać co inni mają na ten temat do powiedzenia. Bowiem dobrze jest uczyć się na błędach, nie tylko swoich ale też i cudzych, choćby z tego prostego powodu, że się samemu wszystkich popełnić nie zdoła. Inna sprawa, że można uczyć się nie tylko na błędach, ale także można podpatrzeć tych, którzy żyjąc zgodnie z pewnymi prawami i normami wcale nie wyglądają na męczenników, a ich szczęście jest zaraźliwe.

     Jest taka księga Starego Testamentu, która nosi tytuł Pieśń nad pieśniami. Opisuje ona miłość. Jedne interpretacje mówią, że miłość Boga i Izraela, drugie że Chrystusa i Kościoła. Ale pierwotny tekst, który stał się wyjściem dla tych alegorii jest po prostu zbiorem pieśni weselnych sięgających niekiedy pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem. Zbiorem pieśni opisujących miłość między oblubieńcem a oblubienicą, między kobietą a mężczyzną. Spotyka się w tej księdze pewne prawa dotyczące każdej miłości ludzkiej. I im się przyjrzymy uważniej.

     O jakże piękna jesteś przyjaciółko moja, jakże piękna...

     Pierwsze co w niej rzuca się w oczy, to brak jakiegokolwiek fałszywego wstydu w patrzeniu na miłość, także na jej urok fizyczny. Z drugiej strony brak jest jakiejś niezdrowej i chorobliwej ciekawości. Dla ludzi Wschodu opis piękna ciała ludzkiego, całego ciała ludzkiego, opis bogaty w porównania i alegorie, był czymś tak naturalnym, jak dla nas opis zachodu słońca nad morzem. "Te rzeczy" nie były czymś pokąt- nie przekazywanym na podwórku, przy użyciu często wulgarnego języka, ale pewną oczywistością, w której się wzrastało. Tak jak normalnym było, że człowiek ma ręce i nogi, tak też normalnym było, że człowiek jest istotą seksualną. Można było podziwiać więc piękno, ale dziwić się seksualności człowieka było czymś nie do pomyślenia, nie mówiąc już o jakieś niezdrowej ciekawości. Nam się tylko wydaje, że jesteśmy tacy wyzwoleni, ale mało kto pokusiłby się na takie opisy, jakie spotyka się w tej księdze czy w baśniach Wschodu. I to jest pierwszy etap dojrzałości. Przyjąć CAŁĄ cielesność człowieka, także jego seksualność. Nie ma bowiem w cielesności podziału na "brudne" i na "czyste". Jest, owszem, podział na intymne i nie intymne, ale to inna historia. To, że dostrzegamy w sobie czy w innych wymiar seksualny, nie jest dewiacją, ale z drugiej strony "ta sfera" jest tak bardzo bliska człowiekowi, że publiczne się z nią afiszowanie jest żałosne i śmieszne. Dlatego pierwszym znakiem dojrzałości i pierwszym znakiem że można zacząc budować coś głębszego jest właśnie to, że patrzę na człowieka w sposób całościowy dostrzegając w nim wszystkie wymiary jego osoby: cielesny, psychiczny i duchowy. A z cielesności nie wybieram fragmentów. Łatwo to sprawdzić. Wystarczy wziąć tekst Pieśni i przeczytać któryś z opisów sławiących piękno oblubieńca, bądź oblubienicy, opisów "od stóp do głów" i "od głów do stóp". I wtedy popatrzeć co w nas się dzieje, pomijając to, że taki opis miłości jest nam zupełnie obcy. Ale warto popatrzeć, jak to czytam: pokąt- nie, z niezdrową ciekawością i kiepskimi komentarzami czy przeciwnie z oburzeniem, że takie rzeczy i to w Piśmie Świętym... czy wreszcie z pewnym zdumieniem nad pięknem ludzkiej miłości, nad jej bogactwem. Pierwszy etap - akceptacja swojej i cudzej cielesności we wszystkich jej wymiarach. Warto z tym zdążyć nim nadejdzie zakochanie, bo potem trzeba nadrabiać albo ulec złudzeniu, że miłością jest coś, co jest zwykłą fascynacją seksualną.

     Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie

     Następnym etapem jest zauważnie drugiego i pragnienie poznania go. Jest to tego rodzaju ciekawość z jaką bada się rzeczy nowe. Nie ma w niej jeszcze żadnych podtekstów, jest to raczej ciekawość badacza, który napotkał na inny świat, tam, gdzie go znaleźć się nie spodziewał. To może trochę trwać i prowadzić do pięknej przyjaźni, jeśli nie zostanie zbrudzone przez "życzliwych". A potem zaczyna się. Drugi mnie zafascynował. Co więcej, obudził we mnie inną ciekawość, która jest już nie tyko pragnieniem poznania jego odmienności, ale także pragnieniem doświadczenia jej. Zaczynam odkrywać fakt, że drugi może mi powiedzieć coś o mnie, że może nauczyć mnie czegoś nowego. Najpierw jest to ogólne wrażenie związane z zetknięciem z drugą płcią, a potem z tłumu wyłania się twarz, głos, postać - ta jedna. Zakochaliśmy się. No trudno. Przepadło.

     Niech mnie ucałuje pocałunkiem swoich ust! Bo miłość twa jest lepsza od wina Olejek rozlany imię twe...

     Zakochanie jest uczuciem. Bardzo gwałtownym uczuciem o "dużym ładunku emocjonalnym". Zakochanie nie jest jednak miłością, ale może, choć nie musi, do niej prowadzić. Te dwie sprawy często są mylone. Stąd istnieje tendencja, by uważać, że miłość jest uczuciem, ponieważ bierze się za nią uczucie zakochania. A trzeba to ustalić od razu, aby nie było niedomówień: tak jak miłość nie jest uczuciem, tak zakochanie nie jest jeszcze miłością. Może do niej prowadzić, owszem. Ale miłością samo z siebie nie jest. Miłości się "nie czuje", tak jak się czuje bolącego zęba, nie jest miłością nagłe ściśnienie w dołku czy inne reakcje fizjologiczne na widok osoby, która mnie zafascynowała. Do miłości się dojrzewa. Natomiast z całą pewnością czuje się zakochanie. Jak powiedzieliśmy wyżej jest to silne doświadczenie. I są dwie drogi jego realizacji. Pierwsze: to jest "pójście na całość". Łapczywie próbuje się pochłonąć dobro, które się właśnie skosztowało. Może to prowadzić do niestrawności. Jest to też tak, jak z brakiem dobrych manier przy stole. Można postępować wbrew wszelkim regułom dobrego wychowania, ale konsekwencja może być taka, że następnym razem nie zostaniemy zaproszeni.

     Drugie wyjście to chodzenie z sobą. I to nie przez trzy dni, ale znacznie dłużej. W Pieśni, ten czas jest dla Oblubieńców wzajemnym szukaniem się, gubieniem i znajdywaniem. Jest czasem poznawania. I tak być powinno, jeśli zakochanie ma nas prowadzić do miłości, a nie tylko do zaspokojenia fizycznego pożądania. Czy wynika z tego, że należy "ze sobą chodzić"? Oczywiście, jest to nawet konieczne dla wzajemnego poznania. Z tym, że musi być jasno określone, iż jesteśmy ze sobą po to, aby się poznawać a nie po to, aby rekompensować swoje głody emocjonalne czy nieuporządkowaną seksualność. Ten czas jest bardzo ważny, bo jest też czasem decyzji na pozostanie lub odejście. Poznajemy bowiem swoje pragnienia, marzenia, swoje rodziny i pytamy, czy się czujemy w tym dobrze. Czy mamy o czym rozmawiać, coś wspólnie robić...

     Pojawia się tu problem języka. Bardzo ważny problem. Mądrość ludzka spostrzegła bardzo szybko, że język ludzki jest takim dziwnym źródłem, z którego może wypływać woda jednocześnie słodka i gorzka. Że ten sam człowiek może swymi ustami ożywiać i zabijać, może mówić prawdę i kłamać. I nie dotyczy to bynajmiej tylko języka mówionego. Jest język gestów, jest też specyficzny język ciała, którego ukoronowaniem jest fizyczne zjednoczenie, powołany do tego, by wyrażać miłość. Jest to język bardzo subtelny i łatwo nim okłamywać siebie lub drugiego. Wystarczy, że gesty nie wyrażają tego, czym są. A nie wyrażają, gdy nasza wewnętrzna dojrzałość nie nadąża za uczuciami, które my bierzemy za miłość. Gdy przekraczają naszą i cudzą granicę intymności, owo pole psychologiczne, w którym nie przyjmujemy byle kogo, bez zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. Obejmujące ramiona mają zapewniać o domu i opiece, a są zasłoną np. dla zaborczości, pocałunek mówi o wzajemym oddaniu, a staje się przykrywką dla egoizmu. Niekiedy zdarza się nam obserwować śmiałe pieszczoty par spotykanych w miejscach publicznych. Jest to właściwie zabijanie własnej miłości, pozostawienie tylko wybujałej seksualności, bez cienia troski o drugiego i bez cienia odpowiedzialności, manifestacja swojego stanu posiadania. Ten drugi jest czymś. co do mnie należy i co mogę odrzucić, kiedy mi się nie spodoba, a nie kimś, kto ma swoją wartość. Miłość potrzebuje intymności, jest jak delikatna roślina, wiatr rozwiewa jej zapach, ale przeciągi ją niszczą. Miłość nie może stać się bagnem, gdzie sami się wciągniemy i utoniemy. Dlatego język miłości musi wzrastać wraz z poznaniem i odpowiedzialnością za siebie nawzajem. A nie na odwrót. "Tak" się człowieka nie poznaje. A "sprawdzanie" miłości jest jej zaprzeczeniem. I bardzo boli gdy stwierdzi się, że nie "dopasowaliśmy się" pod wszystkimi innymi względami i trzeba się rozstać.

     Schwytajcie nam lisy,
     małe lisy co pustoszą winnice,
     bo w kwiecie są winnice nasze

     Tyle o języku. Warto teraz wspomnieć o roli innych. W mieście oblubienicy są strażnicy strzegący miasta, jak i lisy pustoszące winnice. Ci pierwsi są symbolem tych, którzy przypominają o granicach i prawach, jednym słowem tych, co wydają się nudni i starzy, zakazujący, stojący na straży moralności, często bardzo surowej. Drugą grupę stanowią "miłosierni" gotowi nas poinformować ze wszelkimi szczegółami o tajnikach współżycia i sprowadzić miłość do doświadczania własnej przyjemności. Do nich oblubieniec zwraca się z prośbą, aby nie rozbudzali ukochanej póki nie zechce sama. I nie znaczy to "póki nie przejawi takiej woli", ale dotąd, dopóki nie będzie w stanie przyjąć także tego wymiaru w sposób zdrowy i normalny. Jednym słowem jest to prośba, aby nie niszczyć wrażliwości człowieka przez przedwczesną "edukację". Współczesny świat cierpi na jakąś seksualną fobię i próbuje ukazać człowieka w jednym jego wymiarze, zresztą bardzo okrojonym. Pornografia, czasopisma "młodzieżowe", które młodzieżowe nie są, filmy, czynią z seksualności, dodajmy już wykrzywionej, bóstwo i każą ją adorować, odzierając człowieka z innnych jego wymiarów i potrzeb. Podczas gdy w miłości zjednoczenie fizyczne nie jest preludium, ale finałem, tutaj ukazane jest jako jedyna korzyść z istnienia drugiego obok mnie. Naczelną zasadą nie jest wówczas jak z drugim żyć, ale jak go wykorzystać. I o ile strażnicy miasta mogą przynajmniej pomóc nam uchronić wewnętrzny ogród przed zryciem go przez buldożery, o tyle "lisy" wyrządzają ogromną szkodę, pustoszą. Edukacja podwórkowa i brukowa, jest edukacją podwórkową i brukową, choćby była kolorowa i ciekawa. A więc nie ma żadnego odniesienia do świata prawdziwej wiedzy i prawdziwej nauki...

     Miły mój jest mój a ja jestem jego

     Zbierając to wszystko co powiedzieliśmy wyżej o zakochaniu przyjmujemy, że pierwszym etapem jest zauroczenie emocjonalne i wiodą z niego dwie drogi: jedna w dół ku zwierzęcemu zaspokojeniu, a druga w górę ku poznaniu siebie w miłości. Dlatego drugim etapem jest "współodkrywanie się" wzajemne, poznawanie swoich światów, swoich systemów wartości, zainteresowań.

     Jeśli znajdujemy tu płaszczyznę do rozmów, jeśli współodczuwamy pewne rzeczy, i współ je przeżywamy, to jesteśmy na najlepszej drodze do umocnienia rodzącej się wtenczas miłości. Zaczyna się tworzyć nasza wspólna historia, szczególne dni, które stają się naszym wspólnym świętem, do których się wraca pamięcią i od których można zawsze zacząć rozmowę, po to, by iść głębiej. I wreszcie pojawia się radość. Radość z tego, że znalazłem kogoś, kto mnie rozumie. Człowiek bowiem szuka w drugim przede wszystkim poczucia więzi i zrozumienia, a nie chwilowego zaspokojenia zmysłów. Już wtedy zaczyna się pojawiać pragnienie zjednoczenia i wyłączności. Dostrzega się piękno drugiego, nie tylko zewnętrzne, ale przede wszystkim wewnętrzne i dostrzega się własne piękno i własną godność w spojrzeniu drugiego na mnie. Stajemy się z wolna dla siebie kimś jedynym i niepowtarzalnym. Chcemy nawzajem obdarzać się wszelkim dobrem i tak powoli wchodzimy w krąg działającej miłości, bo ona jest pragnieniem dobra.

     Ogrodem zamkniętym jesteś
     ogrodem zamkniętym źródłem

     W Pieśni pojawia się jeszcze obraz ogrodu, który jest zamknięty do czasu przyjścia oblubieńca, tego którego miłuje się nie tylko ciałem, ale i duszą. Ogród, który chroni swoje wewnętrzne piękno przed zdeptaniem, jest symbolem naszej wierności, a przede wszystkim naszej czystości, cnoty jakże pogardzanej i jakże wyśmiewanej. Piękny symbol, ukazujący czym naprawdę jest czystość. Że jest uzdolnieniem do miłowania, do całkowitego daru z siebie: więcej ma do dania ten, co siebie wcześniej nie rozmienił na drobne. Czy chcielibyśmy, aby ktoś podarował nam pogryziony owoc? Kto rozbija perłę, traci ją. Rozbita nie jest już perłą. Ogród jest miejscem, gdzie wstęp ma tylko oblubieniec albo oblubienica i nikt inny, jest to miejsce przygotowane, owoce zachowane dla tego jedynego...

     Połóż mnie jak pieczęć na swoim ramieniu
     jak pieczęć na swoim sercu
     bo jak śmierć potężna jest miłość
     zazrość jej nieprzejednana jak Szeol
     żar jej to żar ognia - płomień Jahwe


     Ostatni etap, to etap pieczęci. Bez pieczęci na dokumencie nie ma on ważności, bez przypieczętowania miłości przysięgą, rozbawiona zostaje ona podstaw. Język cia- i staje się językiem, który kłamie. Dopiero za drzwiami komnaty ślubnej, komnaty pieczęci można dać wszystko. Pieczęć, a nie ej zerwanie, otwiera drogę do ogrodu. Pieczęci domaga się natura miłości i natura izłowieka tęskniąca za trwałą wzajemną więzią. Miłość jest bowiem nieprzejednana ak sama śmierć, jest "zazdrosna", nie zno- 5i konkurencji. I tu nie chodzi o zaborczość, ale o wyłączność, o poczucie prawdy i bezpieczeństwa. Współczesny świat odrzuca ten etap jako przeżytek, bądź jako przeszkodę i tym samym potwierdza, że rodzaj miłości jaki proponuje, nie jest prawdziwy. Bowiem ci, co się zakochują, chcą być ze sobą "na zawsze", a nie na najbliższe pięć minut. Etap pieczęci daje wreszcie prawa do tych darów, które ukradzione nie przynoszą już tyle radości.

     Kochaj i rób co chcesz powiedział św. Augustyn. Więc może nie potrzeba żadnych etapów, żadnego dojrzewania, miłość daje mi prawo do wszelkich zachowań... Kochaj. No właśnie, i tu jest problem, kochaj to nie znaczy: "czuj się zakochany i zafascynowany". Kochaj znaczy pragnij dobra, i tylko dobra drugiego, nawet kosztem własnego. Miłość i zakochanie to odmienne rzeczywistości. I tylko temu, który ma miłość można powiedzieć "rób co chcesz", bo miłość nie wyrządza zła, a co za tym idzie, szanuje wszelkie prawa dane przez Boga swojemu ludowi.

Agnieszka Myszewska

Kwartalnik Katolicki

nr 47


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej