Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Kto jest prawdziwym nieprzyjacielem?

     Miłujcie waszych nieprzyjaciół... - tak brzmi przesłanie Ewangelii. Przekonanie o konieczności polubienia, ba, nawet pokochania nieprzyjaciół jest tak silne, że z całych sił próbujemy udowodnić sobie, że zgodnie z tym wymogiem postępujemy. Kto jest jednak prawdziwym nieprzyjacielem?

     Poszukując prawdziwego drania

     Poszukiwanie naszego drania rozpoczniemy zatem od opisu dwóch postaw. Oto pierwsza z nich.

     Wymyśliliśmy całą gamę tzw. tolerancyjnych zachowań, jesteśmy też w stanie pozwolić na największe dziwactwa. Dochodzi do tego, że umiemy bronić patologii w imię... tolerancji. Bo czymże są krzyki np. o zarejestrowanie tzw. "miękkich" narkotyków czy posiadania broni palnej (do samoobrony - oczywiście), jeśli nie takim właśnie zachowaniem. W przeciwnym razie posądzeni zostaniemy natychmiast o konserwatyzm w najgorszym tego słowa znaczeniu, o uniemożliwianie rozwoju innym i temu podobne rzeczy. Cóż zatem pozostaje, jeśli nie przyłączyć się do tych, którzy krzyczą najgłośniej?

     Okazuje się jednak, że w ten sposób rozumiana "miłość do nieprzyjaciół" (choć tu nieprzyjaciel nie ma ludzkiej twarzy - jest nim przyjemność, inność, czy coś podobnego) ma jednak swoje granice. I określenie ich jest bardzo proste - dopóki to draństwo nie dotknie mnie samego lub kogoś z moich bliskich. Bo wtedy sytuacja zmienia się diametralnie. Zaczyna się wielkie larum, oskarżenia wszystkich i o wszystko, wtedy nie ma litości dla więźniów, narkomanów, dla nikogo. Sprawa jest prosta: to ja jestem biedny i skrzywdzony, a oni... Kim jednak są ci "oni" nikt chyba nie ma pojęcia.

     Dlatego też jak wcześniej byłem w stanie bronić "biednego narkomana", który wstrzykiwał sobie codzienną dawkę w miejscu publicznym, tak teraz gotów jestem wybijać szyby i pikietować ośrodki dla chorych na AIDS czy ośrodki odwykowe, zwłaszcza te w mojej miejscowości. Wszystko oczywiście w imię dobra przyszłego pokolenia i jego rozwoju.

     To tylko jeden fragmencik całej mozaiki tolerancyjnych zachowań, usprawiedliwionych przez "miłość do nieprzyjaciół". Oto kolejny. Sytuacja jest nieco inna, bo okazuje się tu nasza wielkoduszność i zdolność do przebaczenia. Jesteśmy w stanie rozprawiać godzinami, czy ktoś jest winien czy też nie, możemy nie tylko mu współczuć, ale doskonale również rozumiemy, że miał prawo do błędu, w gruncie rzeczy nie miał innego wyjścia. Ale wszystko to pod jednym warunkiem: że cała sprawa toczy się daleko od nas samych, że nas nie dotyczy. Jeśli to nasze podwórko, to już inna sprawa.

     Sytuacje można by mnożyć. Posłużę się dła ilustracji przykładem biblijnym. Rzecz traktuje o Józefie i jego braciach. Wszyscy doskonale znamy całą sprawę i swoje oburzenie nad okrucieństwem braci, którzy byli w stanie sprzedać Józefa w niewolę. A wszystko dlatego, aby pozbyć się... konkurenta.

     Ocen wszystkich tych sytuacji nie zamierzam nawet zamieszczać w tekście, bo są dostatecznie jasne.

     Trochę inaczej rzecz się ma z wnioskami. Jeden postaram się wyciągnąć, nie uzurpując sobie pretensji do wyłącznej racji. Idąc jednym czy drugim śladem dochodzimy do..., no właśnie, do samych siebie. I właśnie poszukiwania naszego drania kończą się na naszym ego. Tak naprawdę to on potrzebuje najwięcej miłości, tej najtrudniejszej miłości - bo wymagającej. Miłości dzięki, której może dokonywać się rozwój.

kl. Wacław Nowak SP

Kwartalnik Katolicki

nr 47


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej