Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Ile waży jedno słowo...

     poznaliśmy się...

     Hania: Pochodzę z Pojezierza Augustowskiego, mąż z Rzeszowszczyzny. Mieszkając w Polsce pewno nie mielibyśmy wielkich szans, by się kiedykolwiek spotkać, dlatego dobry Bóg skierował nasze drogi w to samo miejsca, za ocean do Nowego Jorku. Będąc na niedzielnej Mszy świętej usłyszałam ogłoszenie, że rozpoczynają się spotkania młodzieży polskiej w salce przy kościele św. Stanisława Kostki. Postanowiłam, że pójdę, gdyż brakowało mi rozmów na inne tematy niż tylko: gdzie się pracuje i ile zarabia. Spotkania te organizował i prowadził Rysiek. Powiem szczerze, ujęła mnie jego dobra i łagodna twarz. I chociaż kiedyś, jako nastolatka marzyłam o niebieskookim blondynie, teraz zupełnie się to nie liczyło. Ważne było to, że jest dobry, poważnie traktuje sprawy wiary, jest szlachetny, zatroskany o innych. Zbliżyły nas podobne zainteresowania, ten sam kierunek studiów.

     Rysiek: Pierwsza randka była trochę przypadkowa. Wraz ze znajomymi postanowiliśmy wyjechać w niedzielę w góry, gdzie organizowano festiwal zespołów indiańskich. Wybieraliśmy się dwoma samochodami. Na dziesięć minut przed wyjazdem zauważyliśmy, że jest jeszcze jedno wolne miejsce i można zabrać kogoś ze znajomych. Przejrzałem adresy i okazało się, że najbliżej mieszka Hania. Zatelefonowałem i zaproponowałem wyjazd z nami. Za 10 minut byliśmy razem w samochodzie. Nie starałem się uwieść mojej przyszłej (jak się później okazało) żony. Zauważyłem jednak już wtedy jak wiele nas łączy. Sam się dziwiłem, jak może na świecie żyć taki człowiek, który patrzy tak samo jak ja na większość istotnych spraw i ma prawie identyczną hierarchię wartości.

     decyzja o małżeństwie

     Hania: Gdy nasza znajomość pogłębiła się, a Rysiek podobał mi się coraz bardziej, czasem tęskniłam i czekałam na to, by wreszcie powiedział, jakie ma względem mnie zamiary, a jednocześnie bałam się zniewolić go swoją osobą. Myślałam: a jeśli ma być księdzem? Czekałam i modliłam się, czasami modliliśmy się też razem, by Bóg pozwolił nam podjąć wolną i dobrą decyzję.

     Do dziś pamiętam (a było to 9 lat temu) miejsce i okoliczności w jakich po raz pierwszy rozmawialiśmy o małżeństwie: myślę, że nasza znajomość zmierza do małżeństwa - powiedział i była to pewnie próba oświadczyn.

     Rysiek: Nie pamiętam w jakich okolicznościach to powiedziałem. Pamiętam jednak, że modliliśmy się razem, by Bóg dał nam odwagę rozstać się, jeśli On nie przeznaczył nas do wspólnego w małżeństwie życia. Jedną z pięknych cech mojej przyszłej żony był brak namolności. Nie chciała mnie sobie przywłaszczyć. Ja jej zresztą też. Tego się bałem i prosiłem Boga, by wczucia i emocje nie zniewoliły mnie i by Hania czuła się do końca wolna. To dziwne, może nawet śmieszne i bulwersujące, ale nigdy przed ślubem nie powiedziałem Hani, że ją kocham. To słowo było dla mnie zbyt wielkie, "święte", bym mógł je wypowiedzieć. Wiem, że to Hanię trochę bolało. Dla mnie było to oczywiste, więc po co jeszcze mówić? Można kochać i nie mówić tego. Można przecież nie kochać a mówić, że się kocha. Obiecałem jednak, że po raz pierwszy powiem jej te słowa w piątą rocznicę ślubu. I rzeczywiście tak zrobiłem nie wątpiłem jednak nigdy w jej miłość do mnie ani w moją do niej, zresztą do dzisiaj.

     Z oświadczynami też miałem problemy. Jak to zrobić? Zapytałem więc Hanię, czy muszę się jej oświadczyć. Odpowiedziała, że nie jest to konieczne. I to chyba były oświadczyny. Wiedziałem, że chłopak powinien podarować dziewczynie pierścionek zaręczynowy. Też nie wiedziałem, jak z tego wybrnąć, bowiem nie chciałem, aby Hania pomyślała, że już nie ma odwrotu. Chodził mi po głowie taki wiersz zacytowany na jednym z zaproszeń ślubnych, o dwóch sercach, które biją jednym życiem. Wiersz kończył się słowami: serca będą bić wiecznie razem albo bić przestaną. Odczuwałem, że takie są właśnie nasze serca: biją razem, jednym życiem i że jest to dar Boży.

     Zamówiłem więc u złotnika pierścionek, na którego obręczy miały być dwa połączone serca. Zapakowałem go do dość dużego pudełka (by nie pomyślała, że w środku jest pierścionek...) i zostawiłem Hani jako prezent bożonarodzeniowy. Po czym... wyjechałem do Polski. Nie byłem pewny, czy znowu wrócę do Nowego Jorku lub czy Hania wróci do Polski, byśmy mogli być razem. Chciałem jakby zaryzykować. Czy mimo to uda mi się jej nie stracić? Bo jeśli dar naszej miłości pochodzi rzeczywiście od Boga, to czy coś stanie na przeszkodzie w drodze do sakramentu małżeństwa? Minęło niewiele czasu i zadzwoniłem do Hani z pytaniem, czy przyjechać do Nowego Jorku. Odpowiedź brzmiała: Jest zima i trudno o pracę. Odpowiedziałem: Już nie chcę przyjeżdżać do pracy, tylko do Ciebie. Usłyszałem: Jeśli tak, to przyjeżdżaj. Następnego dnia spotkaliśmy się na lotnisku w Nowym Jorku. Wtedy wiedzieliśmy już, że naszych serc chyba nikt już nie rozłączy.

     Hania: Do Polski wróciliśmy razem, mieliśmy już wówczas ustaloną datę i miejsce ślubu. Rozpoczęły się intensywne przygotowania, przedstawianie rodzicom i w czerwcu przed Bogiem, w obecności najbliższych, szczęśliwi powiedzieliśmy sobie nawzajem, że pragniemy dzielić ze sobą resztę życia na dobre i na złe. Oczywiście dzień ten był poprzedzony długimi, szczerymi rozmowami, czasem trudnymi, gdyż chcieliśmy dać siebie sobie nawzajem w pełnej prawdzie. Już przed ślubem ustaliliśmy, że będziemy w małżeństwie zawsze mówili sobie prawdę, nawet gdyby była ona gorzka. Tej decyzji dotychczas nie pożałowaliśmy.

     realia miłości

     Hania: Pragnęliśmy, jak wszyscy młodzi ludzie, by nasza miłość była ciągle świeża, by rozwijała się i była miłością na zawsze. I chyba od początku małżeństwa przeczuwaliśmy, że możliwe jest to tylko razem z Chrystusem i pod opiekuńczym płaszczem Jego Maki. Dziś jesteśmy o tym przekonani. Gdy się coś w naszych relacjach chwieje, bądź wręcz załamuje, idziemy do spowiedzi. Często wspólnie, a gdy obowiązki rodzicielskie na to nie pozwalają, przynajmniej w tym samym czasie. Spotkanie z Chrystusem Miłosiernym odbudowuje nasze relacje z Bogiem a jednocześnie naszą wzajemną miłość. Mówimy, że tak naprawdę to Bóg jest Źródłem i Dawcą miłości. Człowiek ma jej tyle, ile od Boga przyjmie, wyciągnie po nią ręce i zechce się dzielić.

    Rysiek: Za rok 10 rocznica ślubu. Po raz drugi planuję powiedzieć Hani, że ją kocham. Mam nadzieję, że nie po raz ostatni.

Hania i Ryszard

Kwartalnik Katolicki

nr 47


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej