Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Do czego zdolna jest miłość

     Gdy pytamy się, co jest najważniejsze w życiu? najczęściej odpowiadamy: Najważniejsze jest serce...

     Powiedz mi, jakie jest twoje serce - a powiem ci, kim jesteś. Cokolwiek dobrego lub złego dzieje się z człowiekiem, ma to początek w jego sercu. W sercu jest złość, przewrotność, nienawiść, ale w sercu może mieszkać dobroć, prawda i miłość. Nienawiść i miłość jednakowo silnie kształtują życie człowieka, odbijają się na jego obliczu. Tę niezwykłą prawdę w swoich obrazach często odsłaniał flamandzki malarz Hieronim Bosch. Ostatnim znanym dziełem, namalowanym tuż przed śmiercią tajemniczego artysty jest obraz zatytułowany: Niesienie Krzyża. Dlatego też obraz ten można potraktować jak testament, jako ostateczny apel artysty skierowany do ludzkości.

     Dzieło to ma niezwykłą siłę ekspresji, chociaż na obrazie są tylko twarze ludzkie, umieszczone bardzo blisko siebie. Ich mnogość zastępuje gwar i hałas pochodu. Jednak twarze pełnią jedynie drugorzędną rolę - najważniejszą w obrazie jest TWARZ JEZUSA. To niezwykłe, chociaż twarz Chrystusa nie dominuje wcale w kompozycji - to jednak nasze spojrzenie stale się ku niej zwraca. Jego głowa jest bowiem jedynym punktem spokojnym wśród tłumu powykrzywianych twarzy. Te twarze - tworzą jakby oprawę dla milczącej uległości Chrystusa.

     Ale jest coś więcej. W otaczających głowę Chrystusa - ludzkich twarzach, o rysach zniekształconych przez złość i nienawiść, została wyrażona diaboliczność. Te diabo- liczne twarze wypełniające przestrzeń, stłoczone wokół łagodnej i subtelnej twarzy Chrystusa dźwigającego krzyż na ramionach - podkreślają jedynie jego niezwykłość w dziejach ludzkości. Ta twarz-wyłania się jako wysepka spokoju i skupienia wśród wykrzywionego wrzaskiem i histerią tłumu. Jezus ma zamknięte oczy, tak jakby był już gdzie indziej, w miejscu, w którym ciosy ludzi nie mogą go dosięgnąć.

     Po przekątnej, odwrotnej niż ramie krzyża pojawiają się dwie ludzkie twarze, które odbijają na sobie, co prawda w różnym stopniu intensywności, Chrystusową godność. Jest to twarz dzielnej niewiasty Weroniki i dojrzewająca do nawrócenia, twarz dobrego łotra Dyzmy. Tragicznie łagodna twarz Weroniki ma, tak jak Chrystus, zamknięte oczy, ponadto jej upodabnianie się do oblicza niosącego krzyż jest podkreślone poniżej na chuście, na której jeszcze raz widnieje łagodna twarz Chrystusa. Znamiona dobra ujawnia również, śmiertelnie blada twarz Dobrego Łotra. Na jego twarzy widoczne jest zło wcześniejszej jego drogi życia, jednak dokonuje się w nim dramatyczna przemiana, która zostanie uwieńczona wyznaniem z wysokości krzyża na Golgocie.

     Dlaczego wśród natłoku plugawych pysków jedynie te trzy twarze wydają nam się ludzkie? Ponieważ w ich sercu zwycięża miłość. Twarz Chrystusa jest kwintesencją człowieczeństwa - a równocześnie ucieleśnieniem miłości. On przyjmuje krzyż, aby nam ukazać miłość. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 8,12). On staje się żertwą ofiarną, aby nas nauczyć miłości: ...abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Tej miłości miłosiernej ulega Weronika. Odpowiada miłością na miłość. Nie zważając na to, co powiedzą ludzie, przedziera się przez wrogi tłum, aby temu Poniżonemu ulżyć w cierpieniu. Tej miłości poddaje się Dyzma, który w spotkaniu z Chrystusem, zaczyna dostrzegać całą brzydotę swojego życia i zaczyna żałować popełnionego zła. A żal jak wiemy otwiera bramy raju i sprawia, że zaczynamy być na nowo zdolni do miłości.

     Kompozycja obrazu i środki malarskiej symboliki w omawianym obrazie są głęboko przemyślane przez artystę. W ten sposób widz, chrześcijanin, zostaje zachęcony do pójścia za przykładem Chrystusa i do poddania się Jego wszechogarniającej miłości, która przemienia życie i sprawia, że człowiek oddala się poprzez skupienie i modlitwę od tego świata, którego wady i szaleństwa artysta często ukazywał na swoich licznych obrazach.

     Obok zachęty w obrazie mistrza Hieronima jest również przestroga. Pójście za światem - sprawia, że ludzka twarz staje się diaboliczna, jak twarze wypełniające przestrzeń wokół wizerunków Dobrego Łotra, Weroniki i Chrystusa. Te twarze są symbolem zezwierzęcenia - jakiemu może ulec człowiek. Prawdziwy człowiek - to Chrystus i ta, która Jego miłość przyjęła w swoje życie Weronika = Prawdziwa Ikona. Każdy kto odrzuca Chrystusową miłość - skazuje Go na śmierć - wchodzi na drogę zezwierzęcenia - tak przynajmniej przekazuje nam Bosch w swoim obrazowym testamencie.

     Kiedy przyglądamy się twarzy Chrystusa, tej przedstawionej przez Boscha, a przede wszystkim tej namalowanej przez ewangelistów - potrafimy zachwycić się człowiekiem, człowiekiem zdolnym do miłości. Do podobnego zachwytu możemy dojść, gdy czytamy biografie świętych. Św. Franciszeka, św. Józefa Kalsancjusza, św. Teresy z Awili - ale i tych mniej znanych jak bł. Aniela Salawa i Krzysztof Ferreira. Dziś może myślimy, że współcześnie nie ma zbyt wielu ludzi, którymi można się zachwycać. Może, po cichu przyznajemy rację Diogenesowi - który na Areopagu Ateńskim chodził z zapaloną lampą - szukając człowieka. Smutny był, ponieważ - było tam wielu ludzi, ale nigdzie nie mógł znaleźć człowieka. Myślę jednak, że źle szukał. Bo ja znalazłem - i to nie jeden raz - prawdziwego człowieka. Szczerze mówiąc ciągle - takich ludzi spotykam. To doświadczenie nie jest jedynie tylko moim doświadczeniem.

     Dzisiaj chciałbym przypomnieć historię, którą nam pozostawił Antoine de Saint- Exupery w swej książce Ziemia, planeta ludzi. Opowiada w niej o swym przyjacielu Guillaumet, który w trakcie przelotu samolotem pocztowym nad Andami - wpadł w zamieć śnieżną, na wysokości sześciu tysięcy pięciuset metrów. Wówczas to, maszyna z niewiadomych powodów zaczęła tracić wysokość. Był pewien, że się roztrzaska o krawędź ściany jednej ze skał. Uratowało go wylądowanie na lodowej tafli niewielkiego stawu, leżącego na dnie leja - wulkanu Maipu. Ale czy rzeczywiście uratowało?

     Staw znajdował się bowiem na wysokości czterech i pół tysiąca metrów i to w okolicy zupełnie nie zamieszkanej przez ludzi. Wokół szalała zawierucha - a temperatura dochodziła do minus 40 stopni. Pilot wiedział, że nie może zostać w samolocie czekając na ekipę ratunkową, po pierwsze dlatego, że staw był zupełnie niewidoczny z wysoka, po drugie nie zniósłby temperatury czekając na ratunek, na dodatek nie posiadał także pożywienia. Jedyną szansą ratunku - było zejście na dół - do niższych partii gór. Rozpoczął więc wędrówkę. Szedł bez czekana, sznurów, żywności, pokonując przełęcze na wysokości czterech tysięcy pięciuset metrów albo posuwał się wzdłuż pionowo spiętrzonych ścian skalnych, przy czterdziestostopniowym mrozie, z zakrwawionymi stopami i rękami. Szedł z uporem mówki, wracał, by okrążyć przeszkodę, padał, wstawał z wysiłkiem, wspinał się na zbocza po to, by stanąć nad przepaścią, nie pozwalając sobie na najmniejszy odpoczynek, gdyż na tyle miał świadomości, że gdyby to uczynił - już nie zdołałby się podnieść z tego łoża śniegu.

     Kiedy się pośliznął, to musiał podnosić się szybko, by nie zamienić się w kamień. Z sekundy na sekundę sztywniał z zimna. A jeśli po upadku odpoczywał o minutę za długo, z trudem zmuszał do wysiłku zamarłe mięśnie, żeby wstać. W śniegu - wspomina później - człowiek traci instynkt samozachowawczy. Po dwóch trzech dniach wędrówki pragnie się tylko snu. Pragnąłem go. Ale mówiłem sobie: Moja żona, jeśli myśli, że żyję, myśli, że idę. Koledzy myślą, że idę. Wierzą we mnie. I będę bydlakiem, jeśli nie będę szedł.

     Więc szedł, nie poddawał się - bo przecież, ktoś w niego wierzył. Szedł - jedynie ostrzem scyzoryka nacinał co dzień głębiej buty, żeby stopy, które marzły i puchły, mogły się w nich zmieścić.

     Zwierzając się Saint-Exupery'emu powiedział: Od drugiego dnia najwięcej trudu kosztowało mnie, aby nie myśleć. Zbyt cierpiałem, sytuacja moja była zbyt rozpaczliwa. Żeby mieć dość odwagi i iść, nie powinienem był myśleć o swojej sytuacji. Na nieszczęście, nie miałem władzy nad mózgiem, pracował jak turbina. Ale mogłem jeszcze podsuwać mu obrazy. Napuszczałem go na jakiś jilm, na jakąś książkę. I jilm albo książka rozwijały się przede mną w najlepsze. Potem znowu powracałem do mojej obecnej sytuacji. Niezawodnie. Wówczas napuszczałem mózg na inne wspomnienia...

     Kiedyś jednak o mało nie poddał się. Wspomina kiedy raz, pośliznąwszy się, upadł w śnieg i zaniechał wysiłków, aby się podnieść. Niczym bokser, który - straciwszy nagle całą namiętność walki - słyszy sekundy spadające w obcym mu wszechświecie jedna po drugiej aż do dziesiątej, która jest nieodwołalna. Zrobiłem, co mogłem, i nie ma już nadziei. Po cóż mam się upierać przy tej męczarni - mówił sobie. I wówczas, wystarczyłoby zamknąć oczy, aby zawrzeć pokój ze światem. Aby wymazać ze świata skały, lód, śnieg. Wystarczyłoby zamknąć powieki i nie byłoby już nic - ani uderzeń, ani upadków, ani palącego zimna, ani tego brzemienia życia na barkach, kiedy człowiek idzie jak wół, a życie ciąży bardziej od zaprzęgu. W tej właśnie krytycznej chwili, kiedy nie chciał powstać, zakosztował trucizny zimna, które niczym morfina wprawiało go w błogostan. Prowadziło w kierunku śmierci. I wówczas - jak wspomina - jego życie szukało schronienia w okolicy serca. Tam właśnie tuliło się - coś najbardziej delikatnego i cennego w człowieku. Kiedy tak leżał w śniegu, świadomość opuszczała powoli oddalone obszary tego ciała, które było dotychczas zwierzęciem karmionym cierpieniami, a wówczas zaczynało nabierać obojętności marmuru. Kiedy ciało sztywniało - zapadał w sen, w którym wyzwolony od ograniczeń ciała - biegł wielkimi, łatwymi susami, bez wysiłku osiągając rozkosze równin.

     I wówczas właśnie w sercu - odezwały się wyrzuty sumienia. W ów błogi sen - zaczęły się nagle wplatać konkretne szczegóły. Myślałem o żonie. Moja polisa ubezpieczeniowa uchroni ją przed nędzą. Tak, ale polisa...

     W wypadku zaginięcia, śmierć prawna następuje dopiero po czterech łatach. Ten szczegół nabrał takiej wyrazistości, że zatarł inne obrazy. Przyjaciel Exupery'ego leżał wówczas na brzuchu na stromej pochyłości śnieżnej. Zamieć śnieżna szybko przykryłaby zwłoki, a wraz z nadejściem lata jego ciało stoczyłoby się z całym tym błotem do jednej z tysięcznych szczelin Andów. Wiedział o tym. I wiedział również, że jakaś skała wystaje spod śniegu o dobrych pięćset metrów przed nim. Pomyślał wówczas: Jeśli się podniosę, zdołam może dowlec się do niej. I jeśli mocno przywrę ciałem do głazu, z nadejściem lata odnajdą mnie. Ta myśl sprawiła, że stanął na nogi i szedł jeszcze dwie noce i trzy dni. Szedł mimo, że nie myślał wówczas, że zajdzie daleko. Wspominał: Niektóre znaki zapowiadały mi już bliski koniec. Bez pożywienia, wyobrażasz sobie chyba, że po trzech dniach marszu, serce moje goniło resztkami... I na pionowym zboczu, po którym posuwałem się zawieszony nad próżnią, wydrążając wgłębienia na uchwyty do rąk, serce zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Staje, uderza znów. Uderza miarowo. Czuję, że jeśli zatrzyma się o sekundę za długo - koniec. Bez ruchu wsłuchuję się w siebie. Nigdy, słyszysz, nigdy w samolocie nie czułem się tak zależny od silnika, jak w ciągu tamtych kilku chwil czułem się zawisły od swego serca. Mówiłem mu: Nuże! Jeszcze jeden wysiłek! Postaraj się uderzyć jeszcze... Ale to było serce w dobrym gatunku. Przystawało i zaczynało bić znowu... Gdybyś wiedział, jak byłem dumny ze swego serca!...

     Z każdym dniem było coraz gorzej. Musiałem zatrzymywać się mniej więcej co dwie godziny, żeby rozciąć jeszcze bardziej buty, natrzeć śniegiem nabrzmiałe stopy albo po prostu dać odpoczynek sercu. Ale w ostatnich dniach zacząłem tracić pamięć. Już dawno byłem w drodze, kiedy nagle zdawałem sobie sprawę, że czegoś zapomniałem. Za pierwszym razem była to rękawica, to rzecz poważna na takim mrozie! Położyłem ją przed sobą i wyruszyłem bez niej. Następnie był to zegarek. Potem scyzoryk. Potem kompas. Po każdym odpoczynku stawałem się uboższy... Guillaumet nie podał się jednak, ciągłe sobie powtarzał: Zrobić jeszcze krok, bo to tylko ratuje. Jeszcze jeden krok. Za każdym razem - ten sam krok powtarzał. Bo każdy następny krok - to ratunek, ale nie dla niego, miał bowiem świadomość, że wkrótce umrze. Ale im dalej dojdzie - tym szybciej odnajdą jego ciało. Tym szybciej żona będzie mogła otrzymać polisę ubezpieczeniową, która nie pozwoli jej żyć w nędzy. I tak stawiając krok, po kroku, właściwie nie wiadomo jaką siłą - po sześciu dniach od momentu katastrofy dotarł do siedzib ludzkich. Przeżył.

     Mimo, że nawet najbardziej wytrawni znawcy And, przemytnicy - odmówili udziału w ekspedycji ratunkowej, stwierdzając: Pilot, jeśli nawet wyszedł cało z katastrofy, nie przeżył nocy. Kiedy zimą w wysokich górach noc napotka człowieka, zmienia go w sopel lodu. Nic jednak takiego się nie stało. Przeżył. Swoją historię podsumował mówiąc Saint- Exupery'emu: Tego, co zrobiłem, możesz mi wierzyć, nie zrobiłoby nigdy żadne zwierzę.

     Od kiedy przeczytałem wspomnienia Exupery'ego - myślę ciągle o tym zdaniu, najpiękniejszym jakie znam, które wyznacza miarę człowieka, podnosi go i przywraca prawdziwą hierarchię wartości. Uświadamia nam bowiem - prymat ducha nad ciałem. Ciało jest więc tylko drobnym narzędziem, ciało jest tylko sługą. Sługą serca. A serce - sługą MIŁOŚCI.

     To z powodu - miłości do żony - Guillaumet dokonał rzeczy, która była ponad ludzkie siły. Bo kiedy się prawdziwie kocha, nieważne czy człowieka, czy Boga, można pokonać ciało, można pokonać strach. W sercu ludzkich wydarzeń - strach umiera. Tylko nieznane przeraża człowieka. Ale dla tego, kto stawia mu czoło, ono już nie jest nieznane.

ks. Eugeniusz Grzywacz SP

Małgorzata

Kwartalnik Katolicki

nr 47


   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej