Rozważania Miłość Modlitwy Czytelnia Źródełko Pomoc Duchowa Relaks Download Cuda Opowiadania Perełki

Kilka refleksji o twórczości literackiej Michała Jakuba Łyska

     Mijają dwa lata od śmierci Michała Jakuba Łyska, wybitnie dobrego studenta V roku matematyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W zwykły wieczór 14 marca 1997 roku Michał, gdy wracał na swoim rowerze do domu, został napadnięty i bestialsko pobity. Dwa dni później zmarł w szpitalu.

     Jacek Szybowski, Jego przyjaciel, tak pisze o Michale: On był syntezą spokoju, rozsądku, wrażliwości, dobra. Nie skrzywdziłby nawet muchy... Zawsze pomagał słabszym. Zarówno w szkole, jak i na studiach, był po prostu oblegany przez mniej zdolnych kolegów i koleżanki, którym wiele godzin poświęcał tłumacząc trudne zagadnienia matematyczne. Nikomu nie odmawiał, nawet kosztem snu. Dlatego wiecznie brakowało mu czasu dla siebie. A zainteresowań miał mnóstwo.

     Leżą przede mną - z woli Jego Ojca - zapiski literackie Michała Jakuba Łyska. Pokaźną część stanowią twórcze tłumaczenia utworów holendersko-angielskiej grupy "The Legendary Pink Dots". Teksty te, nasycone poezją wyróżniają się przede wszystkim delikatnością, subtelnością. W jednym z nich Michał pisze wprost: zostawiać ślady, delikatnie chodząc pośród chmur.

     Michał, autor twórczych wersji tych utworów, nie boi się zgłębiać tajników buntu młodych ludzi, ich niezgody na świat, taki jaki on jest. Rozważa wspólne pytania egzystencjalne. Szczególnie mocno opowiada się po stronie buntu młodych ludzi przeciwko obłudzie, która zniekształca i wypacza życie wewnętrzne, duchowe. Współczuł czynnie z tymi, o których pisał: ...Ci, którzy nie mogli poradzić sobie z oficjalną rzeczywistością.

     Solidaryzuje się z losem młodych ludzi - odrzuconych czy wydziedziczonych, ale w wiecznej pogoni i tęsknocie za pięknym, pełnym, prawdziwym życiem. Oto fragment utworu w Jego tłumaczeniu, pt. "Pokój z widokiem":

     Mój pokój to nic specjalnego.
     Wszystkie meble stare.
     Stłukli wszystkie moje okna,
     więc jest zimno.
     Prosiłem władze miasta o wybudowanie ściany,
     by powstrzymać tych z zewnątrz
     przed wchodzeniem do wewnątrz,
     lecz sprawę odłożyli.
     Jestem panem tego majątku,
     lecz ów ma 30 stóp w poprzek i wali się szybko;
     Leżę pośród gipsu, cegieł i śmieci
     - poprzez sufit widzę błękit
     - widzę Ciebie!

     Non omnis moriar... Oto przede mną teczka zapisków literackich autorstwa Michała. Być może niepełnych. Te zostały od- kodowane z komputera, pozbierane z miejsc zastrzeżonych tylko dla ich Autora. Czy pisane były wyłącznie dla siebie? Czy też z myślą o dalszym szlifowaniu tekstu, przed decyzją pokazania go innym? A może było to przymierzanie się do Dzieła, zakrojonego na miarę najwyższych ambicji, a poszukujący młody Autor pragnął połączyć w fakturze przyszłego utworu powagę z żartem?

     Takie nasuwają się myśli, gdy czytam poszczególne fragmenty, zapisy, widząc w nich jakby kamyczki jakiejś jeszcze nie w pełni widzianej, nie w pełni zmaterializowanej ale już świecącej pełnym blaskiem - mozaiki...

     Delikatne zaciekawienie jakie cechuje wszystkie utwory Michała niech ożywi nasze myśli, służy naszej refleksji nad życiem.

     zapiski na marginesie utworów literackich Michała Jakuba Łyska

     Michał swoją prozę opatrzył następującymi słowami:

     Motto:
     Carol Ryfer to nie ja
     Carol Ryfer

     Wydaje nam się, że wiemy kim jesteśmy. Wydaje nam się dużo więcej. Że znamy świat, ludzi, ba, nawet kosmos, bo przecież człowiek postawił swoją stopę na Księżycu, szykuje wyprawę na Marsa. Człowiek jest dumny. Może nawet pyszny, ten człowiek końca dwudziestego wieku. No tak. No tak. Ale nie odejmując nic z jego ludzkiej doli, nie lekceważąc jego dążności do poznawania tajemnic, w ogóle go nie lekceważąc, wręcz odwrotnie - kochając - można go jednak zapytać o najprostsze rzeczy, a wtedy się okaże, że to język racjonalny wprawia go w dobre samopoczucie, podczas gdy wszystko w jego życiu graniczy z tajemnicą. Więc nawet na pytanie - czy jest jasno czy ciemno? - można dać taką odpowiedź:

     Wieczór był właśnie a dokładniej poranek, ale tak wczesny, że raczej wieczór jeszcze. Cokolwiek bądź - było ciemno.

     A co na przykład powiedzieć o człowieku, który "nie sięgnął gwiazd", któremu nie udaje się zostać wielką natchnioną osobą? Brak mu całkowicie ekstaz, olśnień, podniebnych porywów. Dane jest mu raczej życie z boku, acz nie odebrano mu radości obserwowania i wszelkich pożytków duchowych stąd płynących. Czy taka kondycja może być również ogarnięta radością wolności?

     Tak na marginesie Carol Ryfer uważał konsekwencje bycia z dala od gwiazd za raczej pozytywne. Carol Ryfer mógł się czasem schować, nie zasłaniając oczu widzieć to, co akurat chciał widzieć, zwłaszcza jeśli noc była na tyle gęsta, że nie było nic widać.

     Obrazy świata są nieprzeliczone. Wydaje się, że człowiek znajduje się na przykład na moście nad rzeką. Tyle tylko może powiedzieć: jestem nad rzeką. Ale tu zaczynają się komplikacje, a raczej tajemnice. O tym, że człowiek znalazł się nad rzeką można opowiedzieć na przykład tak:

     Tak więc Carol Ryfer znajdował się właśnie nad rzeką. W tym sensie, że rzeka była pod spodem, a nie z boku, jak to często jest, gdy ktoś znajduje się nad rzeką. Rzeka była raczej brudna ale za to prosta, co mieszkającym w niej rybom chyba nie wiele pomagało, ale powodowało, że rzeka i tak nie byłaby malownicza, gdyby była czysta... W gruncie rzeczy tak naprawdę to rzeka była trochę kręta. Ociupinkę. Acz niewiele. Z mostu wyglądała jak okrutnie prosta rzeka z jednym małym zakrętem...

     Co wypełnia świat? Rzadko, jakby zbyt rzadko o tym myślimy.

     To trzepotało. Szumiało lub grzmiało delikatnie. Czasami grzmiało bardziej agresywnie, ale to raczej rzadko. Płynęło nieznacznie zauważalnymi falami. Sprawiało wrażenie, że istnieje.

     Co spowija świat, na co człowiek może się otworzyć?

     Atoli raczej nie było nachalne, co było jego zasadniczo najlepszą cechą. Nie zmuszało do niczego, takie w każdym razie odnosiło się wrażenie. Wyglądało na odwieczne.

     A więc nie pustka. Nie na pustkę człowiek może się otworzyć szukając "rzeczy wielkich". Ale czy tego chce? Człowiek na ogół jest zajęty innymi sprawami, które mu się wydają najważniejsze. To zbyt rzadko go pociąga, zastanawia, fascynuje, pochłania. Przy czym w gruncie rzeczy nie był to jakiś wielki problem, dopóki nie czuło się potrzeby, by się nim stało. Więc zazwyczaj nie był.

     Pewne znaki na ziemi ludziom są takie bliskie, takie drogie, że poświęcają im życie albo przynajmniej nie szczędzą trudów. Kiedy czytamy "Pieśń nad pieśniami" To śpiewa nam w duszach. Kiedy czytamy hymn św. Pawła o miłości To wypełnia jego treść bez najmniejszej reszty. Tylko To otwiera człowieka na innych, na siebie, na sens życia. Dla innych znowu ludzi To równoznaczne jest z Sercem.

     To

     Czasem jednak wypełniało wszystko pod warunkiem, że się tego chciało. I wówczas trudno było tego nie zauważyć, bo było faktycznie wszędzie. Oplatało szumiąc lub grzmiąc delikatnie. Trzepotało.

     A pośrodku tego wszystkiego był Carol Ryfer.

     Utwory Michała Jakuba Łyska wprowadzają nas w myślenie o sprawach istotnych, egzystencjalnych. Ale odbywa się to w formie delikatnej jakby "przezroczystej" ("prze- widocznej" - jak sam to określił Michał).

     Nie tylko jest w tej twórczości obecna medytacja, ale także żart - czujny, ciepły, serdeczny. Jakby przez twórczość Michała przewijało się Jego hasło czy wręcz motto życiowe: Nic na siłę. Myśl pozytywnie.

     Z tej mądrości możemy wszyscy czerpać.

     Leszek Aleksander Moczulski marzec 1999

     fragmenty prozy Michała Jakuba Łyska

     rozdział 273;

     zatytułowany: "Carol Ryfer i coś wielkiego"

     Carol Ryfer szedł mostem. Wieczór był właśnie a dokładniej ranek, ale tak wczesny, że raczej wieczór jeszcze. Cokolwiek bądź było ciemno. Gwiazdy świeciły co prawda, ale jeśli ktoś widział gwiazdy z daleka (Carol Ryfer mieszkał był w odległym zakątku Drogi Mlecznej, gdzie do najbliższej gwiazdy, która akurat waliła jego antypodalnym współuczestnikom zjawiska zwanego człowieczeństwem po galach, miał osiem minut [gdyby to grubo oszacować], a do następnej miał ho, ho). No więc jeśli ktokolwiek widział gwiazdy z tak daleka, jak widział je Carol Ryfer gdy wykonał odpowiedni ruch głową, wie, że niewiele zmieniały one natężenie ciemności na moście, którym szedł Carol Ryfer. Tak na marginesie, Carol Ryfer uważał konsekwencje bycia z dala od gwiazd za raczej pozytywne. Carol Ryfer mógł się czasem schować, mógł nie zasłaniając oczu widzieć to co akurat chciał widzieć, a zwłaszcza, jeśli noc była na tyle gęsta, że nie było nic widać, mógł też iść w ciemnościach poprzez most, co akurat robił. Gdyby wokół było więcej pobliskich gwiazd nie byłby w stanie iść pośród ciemności przez most. No chyba, że akurat wszystkie były gdzieś za górką, czy czymś takim, na przykład większą górką.

     Tak więc Carol Ryfer znajdował się właśnie nad rzeką, w tym sensie, że rzeka była pod spodem, a nie z boku, jak to często jest, gdy ktoś znajduje się nad rzeką. Rzeka była raczej brudna, ale za to prosta, co mieszkającym w niej rybom chyba niewiele pomagało, ale powodowało, że rzeka i tak nie byłaby malownicza, gdyby była czysta. Chyba żeby nią trochę pokręcić, czym nikt nie chciał się zająć i to nie dlatego, że była brudna, ale dlatego, że jakoś nikt nie myślał o tym, że fajnie byłoby mieć malowniczą, krętą rzekę. W gruncie rzeczy tak naprawdę to rzeka była trochę kręta. Ociupinkę. Acz niewiele. Z mostu wyglądała jak okrutnie prosta rzeka z jednym małym zakrętem, ho ho jak daleko, ale za to za większą górkę.

     Mimo, że było ciemno, i że większa górka była dość daleko i Carol Ryfer nie powinien był jej widzieć, Carol Ryfer ją widział. Większa górka wyglądała jak większa górka widziana w nocy przy założeniu, że ją widać. A ponieważ rzadko ktoś to zakładał, mało kto, w tym Carol Ryfer, mógł rozpoznać, że to większa górka, ta sama, którą każdy kto ma użyteczne oczy mógłby rozpoznać w dzień, przy założeniu, że widział ją całkiem niedawno. Ktoś o użytecznych oczach mógłby ją nawet rozpoznać widziawszy ją dawno, lub na zdjęciu czy czymś takim, przy założeniu, że miałby lepszą pamięć do większych górek. Carol Ryfer nie rozpoznał większej górki, acz to właśnie ona odwracała jego uwagę od rzędu brudnych i w większości spalonych latarni. A właściwie niezupełnie ona. Raczej to, co tam było. Za nią.

     No więc oto co widział Carol Ryfer: Carol Ryfer widział światło unoszące się nad niezidentyfikowanym dlań obiektem, który był oczywiście większą górką, tą samą co w dzień. To znaczy światło wyraźnie świeciło zza niezidentyfikowanego obiektu, który był większą górką i którym Carol Ryfer nie zaprzątał sobie głowy w ogóle. Carol Ryfer ogólnie nie zaprzątał sobie głowy, co najwyżej zauważał. I tak oprócz samego pojawienia się światła (najwyraźniej na rzece) Carol Ryfer zauważył jego ruch. Ruch w kierunku niezidentyfikowanego obiektu psującego widoczność, a będącego niewątpliwie większą górką. Chwila refleksji i już wiadomo, że skoro obiekt świecący (w najgorszym wypadku samo światło) poruszał się w kierunku górki to znaczy, że poruszał się też w kierunku mostu. Carol Ryfer nie myślał o tym. Carol Ryfer wiedział jednak, że zbliżało się oto coś wielkiego.

     Rozdział 17;

     niezatytułowany i nie opowiadający o niczym

     To trzepotało. Szumiało lub grzmiało delikatnie. Czasami grzmiało bardziej agresywnie, ale to raczej rzadko. Płynęło nieznacznie zauważalnymi falami. Sprawiało wrażenie, że istnieje. Rozwijało się, a potem cofało, zawsze jednak mniej niż podczas rozwijania. Czasem było nad, a czasem pod, lecz zazwyczaj z boku albo naokoło. Atoli raczej nie było nachalne, co było jego zasadniczo najlepszą cechą. Nie zmuszało do niczego, takie w każdym razie odnosiło się wrażenie. Wyglądało na odwieczne. Zdawało się, że było zawsze, lecz co jakiś czas inne niż poprzednio i kiedykolwiek wcześniej. Można było pomyśleć, że uwielbiało noce, lecz poranki też nie były mu obce. Zresztą, każdą godziną przynosiło coś nowego, o ile oczywiście się tego chciało. Jego obserwacja nie wymagała skomplikowanych ruchów głowy ani gałek ocznych, ani nawet kciuków. Co do kolorów to jednak trudno było cokolwiek powiedzieć. To nie wyglądało na coś, co jest bezbarwne, ale też nie można było o tym powiedzieć, że jest żółte czy fioletowe. Przy czym w gruncie rzeczy nie był to jakiś wielki problem, dopóki nie czuło się potrzeby, by się nim stało. Więc zazwyczaj nie był. Chyba, że czasami i właściwie tylko pod światło. Gdy wzięło się głębszy oddech zdawało się znikać. Przepadało gdzieś nieznacznie, zupełnie tak nieznacznie jak nieznacznie się pojawiało, o ile w ogóle się pojawiało, co czasem trudno było zauważyć. Czasem jednak wypełniało wszystko, pod warunkiem, że się tego chciało. I wówczas trudno było tego nie zauważyć, bo było faktycznie wszędzie. Oplatało szumiąc lub grzmiąc delikatnie. Trzepotało.

    A pośrodku tego wszystkiego był Carol Ryfer.

Michał Jakub Łysek

Kwartalnik Katolicki

nr 47



   

Wasze komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.



Autor

Tresć




[ Powrót ]
 
[ Strona główna ]


Humor | O stronie... | Wspomóż nas | Polityka Prywatności | Reklama | Kontakt

© 2001-2019 Pomoc Duchowa
Portal tworzony w Diecezji Warszawsko-Praskiej